Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nałkowska Zofia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Nałkowska Zofia. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 października 2014

Odcinek 1176: Zofia Nałkowska, 1935 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 11 października 1935 roku
Źle, źle. Każdy następny miesiąc jest pełen niebezpieczeństw, jest niewiadomy.
Plakat do filmowej adaptacji Granicy, 1938 rok.
A wiadome są tylko płatności. I wiadoma konieczność pisania wciąż, pisania bez ustanku — zawsze z najlepszej siebie, z tych jedynych zasobów, które w każdej chwili mogą się wyczerpać, które już zawsze wydzieram ze siebie gwałtem i przymusem. Więc zmęczenie, zmęczenie... Ból głowy, pobielałe oczy, smutek. Bogusław nie jest w tym pociechą, chociaż myślę teraz, że bez niego nie umiałabym istnieć. Ale co można zrobić na to, co jest moim losem i co sama sobą ściągam na moich bliskich. Nie mogę kochać ani nawet przyjaźnić się z nikim, kto ma pieniądze. Ostatnio wszystko krąży koło tego tematu, koło tej ciągłej i chyba nie tak koniecznej nędzy: listy, telefony, nawet odwiedziny, których nie mam serca odmówić. Długi wstęp, mający mię objaśnić o tym, czego sama doświadczam, co wiem najlepiej. I złudzenia, że ja właśnie potrafię coś zaradzić — to jest ująć sobie jeszcze 15 albo 5 złotych albo zrobić telefon, który nic nie pomoże. Widzę trząsące [sic!] się ręce albo czytam, że nie ma już wyjścia, że ani stąd, ani znikąd (mówię tylko o moim zawodzie, nie zwykłych żebrakach). W całej handlowej organizacji literatury — w domach wydawniczych, redakcjach, urzędach — pisarz jest tym najmniej potrzebnym, tym natrętnym, którego żądanie pieniędzy budzi zakłopotane zdziwienie — bo książek nikt nie kupuje, bo jest deficyt. Ale deficyt ujawnia się już po opłaceniu całego mnóstwa ludzi, żerujących na pisaniu — pośredników, organizatorów, dyrektorów, urzędników, redaktorów, administratorów, księgarzy. Personele tych wszystkich ośrodków obrotu książką i twórczością są nieprzeliczone — teatry TKKT, ogromny dom Gebethnerów, redakcje (zwłaszcza pism subwencjonowanych). Biorą rękopis z miną ofiary — i to jest wszystko, o nic więcej nie chodzi. Mnie dotyczy to zupełnie tak samo jak innych — zwłaszcza że ja jedna z niewielu żyję tylko z pisania, bez żadnego stanowiska, żadnej synekury. Mimo że Granica idzie podobno świetnie, mimo że napisałam słuchowisko i sztukę, mimo że dwie książki złożyłam Gebethnerowi, że wychodzą moje rzeczy w „Wiadomościach” i w „Pionie”, mimo że obiecałam napisać jeszcze dramat dla TKKT i powieść nową dla „Świata”, i powieść dla młodzieży — a wszystkie terminy na listopad! — nie mam pieniędzy, nie mam pieniędzy... [...]
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1930–1939, cz. 2, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1988, s. 35–37.


sobota, 10 maja 2014

Odcinek 1044: Zofia Nałkowska, 1944 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 10 maja 1944 roku
Piszę tylko po to, by zahamować, zatrzymać w przemijaniu życie. Zwłaszcza tu, w dzienniku. Ale dla kogo? Nie rozważając tego myślałam zwykle dość mglisto o jakiejś bibliotece czy archiwach, gdzie ktoś przyjdzie to czytać. Teraz i tego nie myślę, że ani nie będzie tu bibliotek, ani tych, którzy by do nich przychodzili. Wiadomo, że „Europa będzie pustynią”, że „zrównana z ziemią”, że „perzyna”. I to jest bliskie, zapowiedziane, tego się czeka z dnia na dzień. Naloty znoszą miasta, ludzie giną na wszelkie sposoby, wedle wszelkich kluczów, pod każdym pretekstem. Nie zostanie nic. I rzecz cała zawiera się dla mnie w tym, że napiszę, i na tym się to skończy. To jest wszystko. Ale jednak to jest. Pisząc ratuję to, co jest. Reszta jest poza moim zasięgiem. Reszta zaiste jest milczeniem.
Zbombardowane Drezno, 1945 rok (źródło).
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1944, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 538–539.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Odcinek 1018: Zofia Nałkowska, 1903 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 14 kwietnia 1903 roku, wtorek
Flirt, ryc. Alphonse Mucha, 1899 rok
Życie moje leci teraz galopem – nigdy nie zdążę wszystkiego tu zapisać. Tyle rzeczy wciąż się dzieje, tyle ludzi przesuwa się przed mym wzrokiem. Jestem wesoła, interesująca, flirtująca. Mam powodzenie. Mężczyźni wyraźnie, manifestacyjnie ubiegają się o mnie. Nigdy nie bywałam tak otoczona.
Mędrzeckiego bardziej nienawidzę, niż kocham Rygiera. Gdy widzę ich razem, chętniej rozmawiam z Mędrzeckim. Dużo dałabym za to, by rzucić go sobie do nóg – i wtedy – może bym go nawet nie odtrąciła. Tajemnice współczesnego zwyrodnienia. Bo nie tylko nie kocham go ani trochę, ale mam przeświadczenie że będąc jego żoną, byłabym najnieszczęśliwsza. A mimo to – mimo to... [...] A Rygiera kocham, tęsknię, gdy go nie widzę dzień jeden. [...]

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1899–1905, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1975, s. 314–315.

piątek, 28 lutego 2014

Odcinek 973: Zofia Nałkowska, 1940 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 28 lutego 1940 roku
Po sklepie i domu kręci się Wacek, papierosiarz i gazeciarz. Dawniej był chłopcem u zduna, później pracował przy monterach, zna się na żarówkach, kontaktach i stopkach. A teraz robi dobre interesy. „To, mówię pani, taki mię instynkt do tego handlu wziął!” – powiada. Jest wesoły, chętny, skwapliwy do wszelkich zadań, jak młody wyżeł. Początkiem jego kariery było złupienie monopolowego składu papierosów i tytoniu w czasie oblężenia. Mówią, że ludzie brodzili tam po kolana w najdroższych tytoniach. „Wszyscy brali, mówi Wacek, to ja będę stać i będę się patrzyć, jak inni będą brali?” Temu Wackowi zawdzięczam mój pierwszy o tym czasie dochód z literatury, dawnego zapomnianego mego fachu. Z ciężką jak kamienie walizą, wyładowaną Granicami i Niedobrymi miłościami, wypuścił się na miasto, obiegł znajomych swych ulicznych sprzedawców i od razu sprzedał wszystko za cenę, jaką wyznaczyłam. „To komedia, stypa była.” Twierdzi dumnie, że nic na tym nie zarobił, nie chciał też przyjąć ode mnie pieniędzy, przejęty uznaniem dla mnie z powodu skwapliwości, z jaką od niego ten towar nabyto. „Wie pani, jakie to stypowe!”. Raz przyniósł 55 zł, raz 71 i ostatnio 47. Niezależnie od tego, jak jest naprawdę z jego wyniosłą bezinteresownością, sama ambicja może wystarczyć. Ach, jakże wzruszyły mię te pieniądze, stanowiące ekwiwalent trzech czy czterech kilo masła. Ale przecież był to zarobek jak dawniej, jak kiedyś przed stuleciami – z tego, co napisałam.
Uliczny handel książkami w Warszawie, 1944 rok.
Zofia Nałkowska, Dzienniki, t. 5, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 188.

wtorek, 8 października 2013

Odcinek 830: Zofia Nałkowska, 1936 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 8 października 1936 roku, Podchorążych 101
Jeszcze po kątach leżą nie rozpakowane książki, jeszcze nie można znaleźć miejsca na teki, obrazy nie zdecydowane wiszą tu i tam prowizorycznie. Te przenosiny miały być odnowieniem życia, za zgodą więc mamy — wyproszoną — część przedmiotów starych i bardzo brzydkich wysłałam na Górki, krzesła i jedna szafę wzięła do pracowni Hania, pewne cudze ohydne krzesła „jadalne” też zostały wreszcie zwrócone (po kosztownym odnowieniu). Znaczną część książek po ojcu, jego bibliotekę i biurko — smutnie ubogie — wzięło według dawnej umowy Towarzystwo Geograficzne do „pokoju Nałkowskiego”. Mama ma teraz w swoim dość dużym i słonecznym pokoju swój fortepian, odnowione fotele, lepszy żyrandol, jest jej dobrze. Straszna komoda, niepotrzebna szafa (ma nowoczesną w ścianie), zielona „dywanowa” otomana — tego już nie dało się zlikwidować. Ale w porównaniu z tamtejsza zawstydzającą graciarnią jest to znacznie lepiej. Ta sprawa rozwiązana została szczęśliwie, ale wynikła nowa z Bogusławem. Poza pokojem mamy pozostają na nas oboje dwa i malutki hol. Nie jest łatwe uzgodnienie kątów do pracy i legowisk, gdy postulaty są maksymalne, a możliwości wąskie i nie najlepsze. Przy tym w likwidowaniu materiału meblowego z Marszałkowskiej poszłam trochę za daleko, nie mam stołu, nie mam krzeseł, stolików, szafy, która musi zastąpić kredens. Za to radością nieustanną są tutejsze okna, wypełnione jesienną zielenią i północnym niebem (słońce jest tylko w pokoju mamy). Żyję (żyjemy wszyscy) z tej powieści, która jest tylko na brudno, którą tak ciężko jest pisać w tym zamęcie. Po ciosach, które spadły na mnie za Granicą, nie mam już w sobie ani trochę lekkomyślnej wiary i pewności siebie. Zamiast Niecierpliwi chcę nazwać to teraz Czarną godziną. Ale zachodzi obawa, że może to odstraszy czytelników.
 
Dom przy ul. Podchorążych 101 (obecnie Gagarina 33),
fot. z lat 90. XX w. W lokalu na dole mieścił się podczas
okupacji sklep tytoniowy sióstr Nałkowskich.

Zofia Nałkowska, Dzienniki, t. 4, cz. 2, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1988, s. 149–150.

poniedziałek, 29 lipca 2013

Odcinek 759: Zofia Nałkowska, 1924 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Grodno, 29 lipca 1924 roku

Dziś poznałam osobiście marszałka Piłsudskiego, wobec którego tylko z dala dotąd doznawałam owej sensacji, którą pani Cezaria Ehrenkreutz tak pięknie nazwała „dreszczyk monarchiczny”. Dotąd unikałam tego w zwykłej u mnie obawie przed — powiedzmy: rzeczywistością. Dziś stało się to pod naszym dachem. Z podziwem i przyjemnością patrzyłam na tego człowieka, nie doznając żadnego zawodu. Jest tak obdarzony przez naturę we wszelki urok człowieczy — talent, zapał, dowcip, żywość i wdzięk. Wadą jego, o której przedtem wiedziałam, jest to, że nie nadaje się do żadnej wymiany, że jest człowiekiem monologu, że interlokutor jest mu czymś zupełnie obojętnym. Zapytanie, a nawet powiedzenie przerzuca go tylko na inny tor, na inny temat, ale w niczym nie zmienia stanu rzeczy. Zresztą nie jest to wada, chociaż tę samą właściwość tak bardzo zarzucał Brzozowskiemu Irzykowski. Jest to bowiem wy starczanie sobie, zupełna niezależność od audytorium — rzecz dla mnie na przykład najbardziej niedostępna. Tym się tłomaczy znana jego niewybredność, pogodne akceptowanie lada jakiego otoczenia. — Oprócz podziwu uczuwałam jeszcze sympatię — do tego człowieka, o którym wiele myślałam i bez złudzeń. Zawsze ciekawy jest dla mnie problemat niechęci, jaką dla Piłsudskiego ma Żeromski. Jednak to nie jest przypadkowe. Ci dwa najbardziej utalentowani ludzie w Polsce.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1918–1929, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1980, s. 119–120.

piątek, 26 kwietnia 2013

Odcinek 674: Zofia Nałkowska, 1915 rok


Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 26 kwietnia 1915 roku
Warszawa, pl. Św. Aleksandra (obecnie pl. Trzech Krzyży).
Słońce i upały. Liście na drzewach tutejszych wystrzępione już u pąków. Tak mało wiem o tym. Jedyny ładny widok jest u nas z okna w łazience. Tam widać ponad dachami kopułę kościoła Świętego Aleksandra, a na horyzoncie pasmo drzew prawego brzegu Wisły. Poza tym z pokoju widne jeno bliskie mury. – Na zebraniu w Towarzystwie Literatów miałam niejaki odwet moralny na Abramowiczu. Jeden wieczór z Birnbaumem, jeden z Muszkowskim i Słońskim. To ostatnie jedynie miało odcień bladego zaciekawienia na tle dosyć przewrotnym. Ale, ach, nie warto nawet mówić o tym. Powinnam coś napisać na dwa tutaj zamówienia i to są po prostu tortury. Pomimo wzmożonej inicjatywy Szpera zupełnie na próżno usiłuję odnaleźć w sobie jakąś najsłabszą reminiscencję uczucia. Plus defeu qui couve, tous deux ćest en vain ątfon essay de reprendre le reve joli, fini desormais... [Już nie tli się ogień, oboje daremnie próbujemy przywrócić piękny sen, od tej chwili skończony...] A przecież mogłam go była kochać; długo, długo, zawsze. Mogłam była odmienić swoje życie przez niego. – Raz zgodziłam się na spacer wspólny, zresztą cudzą pewną sprawę mając na uwadze. Mówiłam: „pan jest wyjątkowo szczęśliwy, bo ja zwykle z dawnymi mymi flirtami zupełnie się nie zadaję”. Ile fałszu. Traktuję go tedy, nie w myśl jego zamierzeń, jako właśnie przyjaciela. Ach, inna była ta zeszła wiosna. – Wczoraj przez parę godzin byłam na Górkach, niejako obchodząc rocznicę. Nazbierałam sasanek i trochę kwitnącej brzozy. Widziałam kaczyńce i zupełnie już różowe pączki brzoskwiń. Anim tam cała, ani tu, nigdzie teraz. – Smutny wieczór. Okno otwarte i ktoś tu w łonie podwórza dziwnie smętnie i nieudolnie klapie po klawiszach. Powinnam, powinnam pisać. Ale tak mi się zdezorientowało natchnienie i nawet smak. – A teraz znowu ktoś gwiżdże.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1909–1917, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1976, s. 378–379.

czwartek, 14 lutego 2013

Odcinek 603: Zofia Nałkowska, 1925 rok


Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Leysin-Feydey, 14 lutego 1925 roku
Choucas - kawka
szwajcarska.
Wczoraj miałam migrenę i leżąc w łóżku widziałam przez okno wędrówki chmur i mgieł, które jak morze wypełniły dolinę, a później podniosły się w górę, zasłoniły szczyty i zawisły tuż za oknem ciężką zasłoną. Wyglądały jak sypki, biały pył mączny, zawieszony w powietrzu. Przemiłe czarne ptaki, z dala podobne do wron, z bliska zgrabne jak gołębie, gładkie i lśniące, o żółtych dziobach i koralowych nóżkach, zlatywały ostrożnie, ale chętnie na poręcz ganku, gdzie im Jan sypał chleb, moczony w mleku. Wielka to jest uciecha, gdy zjawią się z tych białych chmur ze swoim miłym, nic nie podobnym do krakania, ćwierkaniem. Dziś spadły duże śniegi i zmieniły wiosenny prawie krajobraz na srogą zimę, choć bez mrozu. Poszliśmy na spacer uroczy drogą górską, brnąc po śniegu, sypkim jak mąka. Jodły zbocza upchane, obarczone śniegiem, jak niegdyś sosny na Górkach, ukazywały w trójkątach pomiędzy sobą zaśnieżoną dolinę i góry przeciwległe, czarno-białe od lasów i śniegów, obarczone jeszcze, oblepione ciężkimi śniegowymi chmurami. W pewnej chwili ukazały się spoza nich dalekie, białe Dents du Midi. Z miejsca, gdzieśmy zaszli, pod Chamois, nie widać z góry ani jednego domu, ani śladu życia ludzkiego. Byliśmy zupełnie wobec dzikiej, nie znanej natury sami – chociaż towarzyszyła nam urocza Francuzka, mająca męża w Maroko i twarz księżniczki z Tysiąca i jednej nocy. [...] Z ganku od nas widać w śniegach światła Leysin, a dalej w dole, głębiej na prawo – liczniejsze światła, które z tej odległości migocą wyraźnie, jak gwiazdy.
Pocztówka z Leysin-Feydey.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1918–1929, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1980, s. 156–157.


środa, 16 stycznia 2013

Odcinek 574: Zofia Nałkowska, 1942 rok


Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 16 stycznia 1942 roku
Anna Nałkowska w wieku ok. 30 lat.
Noce. Strach. Pusta kulka powietrza na miejscu serca. [...] Opału mamy tak mało, że pali się tylko w jednym piecyku, przedpokój, kuchnia, łazienka są lodowate, trudno się nie przeziębić. Mama powinna leżeć w łóżku, ale wystarczy na chwilę wyjść z pokoju, by zastać ją siedzącą, gotową do wstania. I trzeba jej, żartując, ściągać pantofle i pończochy, kłaść, okrywać. Dziwi się, upiera, ale rezygnuje bez gniewu, zawsze zgodna, dobra i łagodna. Co chwila czegoś żąda, wydaje polecenia, poucza, wciąż pyta, czy kto nie przyszedł, każe iść zobaczyć, kto stuka. Ma w nas obu przedłużenie siebie, ręce, które ją dźwigają, palce krające i smarujące bułkę, zapinające guziki. Ma w nas organ zanikłej swej pamięci. Cokolwiek mówimy, przerywa co parę słów: „Ale jaka Halinka? Ale jaka Emilia? Ale jaka Maniusia?”.

Żyje w ciągłej u nas niewoli – we wszystkim powstrzymywana i monitowana. Ale życie przy niej też jest więzieniem. Nie zdaje sobie sprawy, co jest niemożliwe, co jest nad siły. Musi mieć wszystko – bardziej niż kiedykolwiek dawniej, gdy tak mało chciała dla siebie. Musi być starannie uczesana, całkowicie od rana ubrana, musi mieć ciepło, musi mieć same rzeczy dobre, masę słodyczy, wszystko dobrze podane, ładnie nakryte, czysto sprzątnięte. I gdyby tylko tak żyła – kaprysząca, uparta, nic nie rozumiejąca, miła i dobra, jak dziecko. Ale ona ma wciąż te myśli, o których mówi rzadko, myśli, od których cały jej niepokój i siany wokół zamęt jest ucieczką. Chce wciąż grać, chce iść gdzieś, gdzie jest muzyka, wyrywa się do ludzi, domaga się wciąż nowych, „wesołych” książek, których właśnie nie mam. Wczoraj rano powiedziała: „Śniło mi się, że już ze mną koniec”. – „No widzisz, a przecież już ci lepiej, już jesteś zdrowa”. – Od razu uśmiecha się i mówi: „Tak, już jestem zdrowa”. Ale wczorajsza analiza wykazała białko, leukocytów 250, erytrocyty liczne. Dziś po przebudzeniu powiedziała do mnie cicho: „A dziś śniło mi się znów, że Hania nie żyje”. – Takie są jej sny, taki jest jej świat. [...]
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1944, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 347–348.

sobota, 10 listopada 2012

Odcinek 507: Zofia Nałkowska, 1946 rok


Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Łódź, 10 listopada 1946 roku
Dziś – hm – kończę jednak te swoje sześćdziesiąt dwa lata życia. Nie tylko bez zgody na ten gwałt nade mną, ale z nieopisanym ponadto zdziwieniem. Nie ja osiągam ten wiek. Mną go osiąga czas – pojęcie niejasne, oparte na konwenansie, podejrzane, umowne. On wydaje na mnie ten wyrok. O dziwo! Jest to kara za wszystkie rozkosze, wypite przeze mnie z faktu, że uczestniczę w ruchu gwiazd, planet i słońc, że nieopatrznie – co dzień jednak obracam się z ziemią.
Prócz wszystkich ogromnych obowiązków, przywiezionych z podróży [do Pragi], od samego przyjazdu mam te trzy obce sprawy do załatwienia. Uczuwam już jako wyrzuty sumienia załatwienie opornej tutaj wymiany książek i czasopism, wielkiej sprawy przekładów – choćby przez rewanż. No – i wszelkie konsekwencje kurtuazyjne. [...]

Przeskok jest dość gwałtowny. Z tamtego dobrobytu, równo­wagi, zgody i celowości – do tutejszego zniszczenia i mozołu nad siły. Plus jeszcze nieuchronne trwonienie ludzkiej siły i ludzkiego czasu, i ludzkich nerwów. A także zbiorowa niemoralność – cóż że spowodowana wojną, kiedy usprawiedliwiona samym mechanizmem życia.
Zofia Nałkowska, 1945 rok.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1945–1954, t. 6, cz. 1, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 2000, s. 334.

niedziela, 7 października 2012

Odcinek 473: Zofia Nałkowska, 1946 rok


Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Praha, 7 października 1946 roku
Spałam mocno i głęboko. Rano przyszedł młody malarz i w dziesięć minut zrobił karykaturę starej kobiety, to jest mnie. Później jazda samochodem do naszego poselstwa. Winko, ciasteczko, rozmowa o utrudnionym naszym pakcie z Czechami. [...] Później obiad w tym pięknym hotelu Alcron – obyczaj, poziom, służba jak u Ritza, za to kuchnia nie na mój smak – niestety.

Zwiedzamy samochodem Pragę. Zatrzymujemy się na Hradczanach, oglądamy place i dziedzińce. Zimno, straszny wiatr, marznę okropnie. Schodzimy w podziemia, zapuszczamy się w geologiczne warstwy historii, w wielką, głęboką przestrzeń odkopanych starych murów, w podziemne piętra czasu, sięgające X-go wieku – wszystko pod dzisiejszym zamkiem, mieszkalnym i pełnym skarbów. Odsłonięte cmentarzysko, płasko leżące, układane warstwami szkielety. Szkielet męża, żony i dziecka razem.
Wystawa w podziemiach Hradczan.

Wiodą nas poprzez ten świat dziejów murowane korytarze, wygodne schodki, żelazne poręcze. Powtarzający się co czas ja­kiś napis „Pozor” nie ma na celu obudzenia wątpliwości w rzeczywistość tego, co widzimy, tylko nakazuje baczność w miejscach mniej bezpiecznych. Wszystko świadczy o wielkiej ambicji narodu, o głębokim pietyzmie, sumiennej i wielkiej pra­cy, mającej ją udokumentować.
Na wierzchu znów te dziedzińce (z kolumną morowej zarazy, z posągiem św. Jerzego, z grubą fontanną), „największa w Europie” sala Hiszpańska, cała ruchoma i wibrująca od rzeźb i orna­mentów, i katedra św. Wita, jej nawy i witraże stare i nowe, grobowiec Ślika, ta kaplica – niby wydrążony klejnot, cała nabijana półszlachetnymi kamieniami, wyzłacana, polichromowana.
W skarbcu „autentyczna” głowa Karola [IV Luksemburskiego], owinięta „tiulem”... Wszystko w niestrudzonej, najstaranniejszej interpretacji młodego oprowadzającego nas profesora.
Zofia Nałkowska, Dzienniki, t. 6, cz. 1, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 2000, s. 299.

niedziela, 1 lipca 2012

Odcinek 375: Zofia Nałkowska, 1940 rok



Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Adamowizna, 1 lipca 1940 roku
Słońce budzi mię ciepłymi dotknięciami. Wychodzi nagie spoza topoli i ruchomą koronkę światła przesuwa po twarzy i rękach. Teraz, o tej najwcześniejszej porze, krzyczą tylko wilgi, jak kiedyś na Górkach. Po ranie pogodnym dnie są bogate, pełne niespodzianek. Ciszę upału rozdziera nagle zimny wicher, pułap chmur okrywa błękit i na przekór Cervantesowi piorun wystrzela wprost ze słońca, a deszcz ulewny poi udręczone suszą rośliny. Ale w godzinę później jest znowu sucho i gorąco. Wczorajszy zachód po deszczu był jak ballada – chmury naciekłe malinową czerwienią rozwieszały swoje frędzle i festony z ognia nad zdziwionym zielonym światem. A tamten sprzed dwóch dni miał kolor końca świata. Na niebie odgrywały się sceny z początków kosmologii, żółte chmury, ponure niewiarogodnie i ciężkie, rosły pionowo ku górze, rozsiewając zgrozę na przyrodzenie. I w tej żółtej ciemności zapalało się raz po raz jasne, lotne i jak grynszpan zielone światło błyskawicy. Nie jestem zdrowa niestety, boli mię jeszcze wciąż ta wątroba, dając wielkie osłabienie. Nie jem wielu dobrych rzeczy, w tym też truskawek.
Dwór w Adamowiźnie, gdzie Nałkowska często bywała u swej przyjaciółki Zofii Zahrtowej.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1944, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 194.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Odcinek 355: Zofia Nałkowska, 1942 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Adamowizna, 11 czerwca 1942 roku
Tu dopiero, daleko od ludzi, po wielogodzinnym nieprzytomnym śnie mogę myśleć o niej [chodzi o zmarłą pięć dni wcześniej matkę pisarki] bez przeszkody. Ukazuje mi się wciąż inna, wiele jej leży jeszcze w niewiadomym dla mnie i w niedostępnym. Najbliższa jest ta ostatnia – już spokojna, już obojętna, nieruchoma i cicha, z tym uśmiechem tak wyniosłym, tak zaledwie bolesnym. Po takich męczarniach! Można było jeszcze całować jej czoło chłodne, jej skronie i brwi, małe usteczka, które nie podnosiły się już do pocałunku. Można było całować jej ręce – nie złożone trumiennie, tylko jedna zgięta na piersi, jakby przytrzymująca kwiaty, jedna spuszczona wzdłuż ciała – ręce białe, żółtawe, takie piękne, takie smutne – cieniutkie paluszki, których wąskie, podłużne paznokcie po kolei robiły się sine. Jeszcze była z nami – ale już niedostępna dla miłości, nic nie chciała, niczego już od nas nie czekała. Nie można już było nic dla niej zrobić – prócz niepotrzebnych kwiatów, świec, ozdób, ludzi. – Ale wraca też ta ze straszliwych dni choroby, z nocy przedostatniej i ostatniej – wraca jako najstraszliwszy wyrzut, że do końca nie przestałyśmy jej torturować naszą miłością, wraca jak najstraszliwsze cierpienie współczucia, żalu rozdzierającego, że aż to, aż takie na nią padło. [...]
Rodzina Nałkowskich: siedzą od lewej Wacław Nałkowski,
 jego teściowa i żona Anna. Stoją córki: Zofia i Hanna.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1945, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 384–385.

sobota, 5 maja 2012

Odcinek 318: Zofia Nałkowska, 1947 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Łódź, 5 maja 1947 roku
Popiersie Zofii Nałkowskiej
dłuta Hanny Nałkowskiej.
Żyję. Gdyby nie zabiegi, rozpętane przez całą wiedzę i gorliwość doktora J[akubowskiego], byłabym lekkim krokiem prosto z salonu zestąpiła do trumny.
Osiągnęłam życie niezliczonymi zastrzykami penicyliny (czy naprawdę ofiarowanymi mi przez Uniwersytet Łódzki?). Stębnowała nimi moje dnie i noce w trzygodzinnych odstępach i ozdabiała zawsze jednakim, młodym, rozpłaszczonym uśmiechem „Siostra Hania” – ani siostra, ani dla mnie Hania, tylko pielęgniarka. Prawdziwa siostra Hania była też prawie wciąż tutaj. Także Genia. Także to, o czym zawsze słyszałam, a wyobrażałam sobie inaczej: bańki cięte i inne zastrzyki, robione przez nią i przez doktora. Wszystko było nietrudne do zniesienia. I myśl o mamie, że i ja także, że jestem blisko niej. Ta śmierć poszłaby mi łatwo teraz. I to był najlepszy czas.
Doktor J[akubowski] popsuł mi szyki. Czy doznaję jakiejś odmiany radości wobec faktu, że stało się inaczej? Nie. To, co mam teraz przed sobą, jest trudniejsze, bardziej zobowiązujące. Wymagające więcej wysiłku. Rzecz wiadoma i nieuchronna rozłożona została na etapy, wahnięcia, może przerwy. Niepotrzebnie – skoro byłam taka gotowa.
Jestem ogromnie słaba. Mama mówiła: „Takie wycieńczenie”.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1945–1954, cz. 1, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 2000, s. 421.

czwartek, 19 kwietnia 2012

Odcinek 302: Zofia Nałkowska, 1938 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 19 kwietnia 1938 roku
[...] Rano z łóżka patrzę w szybę otwartych drzwi do pokoju Bogusława. Odbija się w niej pociemniały widok z tamtego okna: wierzch drzewa i bielejący przy nim kawałek ściany – zupełnie podobny do widoku z okna na Górkach: na osadę Rosy z dawną rozłożystą topolą. – Cóż – nie ma już tego. I nie to już nawet jest najważniejsze. Pamiętam, jak mając kiedyś owe duże pieniądze z amerykańskiego wydania Kobiet chciałam kupić za 100 tysięcy marek sąsiadujący od zachodu z Górkami klin wzgórza z niedużym murowanym domkiem („dom Wiły”). Coś się jednak zmieniło i gdy przyjechałam z pieniędzmi, „matka Wiły” nie chciała tego już sprzedać. A teraz byłoby mi to zostało po utracie Górek. Ileż wiązałam z tym miejscem marzeń nieustających o przebudowie domu, o urządzeniu ogrodu. I zawsze ustępowałam przed wolą mamy, która wydawała mi się przez całe życie najwyższą racją. Broniła się przed każdą zmianą, utrzymując – zresztą z wysiłkiem i poświęceniem – stan rzeczy, dbając przez kilkadziesiąt lat o to tylko, by wszystko zachować do sprzedaży. Nie dała ruszyć gałęzi, która zasłaniała widok ani przebić ścieżki między drzewami, bo największą wartość mają drzewa. Stworzyła tak na całe życie stan ciągłej tymczasowości. Nie chciała, bym ja zajęła się Górkami, „wiedząc, co to za ciężar”. Jednak to właśnie beznadziejne przeczekiwanie było ciężarem. I tak się stało – a teraz jakże mi żal. – Za oknem na rozzłocone listkami drzewa wali się gęsty śnieg, przez chwilę bieli się nawet w jaskrawej trawie i na grubszych gałęziach. I znowu pamiętam, jak sypał się kiedyś taki sam śnieg kwietniowy na różowe, kwitnące brzoskwinie przed domem na Górkach. [...]
Zofia Nałkowska (stoi z prawej) na Górkach.
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1930–1939, cz. 2, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1988, s. 303.

niedziela, 18 marca 2012

Odcinek 270: Zofia Nałkowska, 1903 rok

Z dziennika Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 18 marca 1903 roku, środa
Leon Rygier, lata 20. lub 30.
Dziś znowu gorzej z gardłem. – Zazdroszczę tobie, którykol­wiek czytasz mój dziennik: w tej chwili możesz zobaczyć, jak wiele jeszcze pozostaje do końca tej grubej księgi, czyli – jak długo będę jeszcze żyła. A ja, będąc w tym miejscu książki, pisząc to – nie wiem. Tam dalej – puste, białe karty – życie czy śmierć? I ile życia? Drugie tyle czy rok, dwa?
Pociechą jest mi w tym smutnym, szarym życiu myśl o Rygierze. Jego rzadkie zęby, „baranie” oczy i cudny timbre głosu wydaje mi się jak jeden czar. Nie tęsknię za nim. Wystarcza mi, że on w ogóle gdzieś jest.
Zofia Nałkowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1975, s. 298.

czwartek, 22 grudnia 2011

Odcinek 183: Zofia Nałkowska, 1913 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Górki, 22 grudnia 1913 roku

Zofia Nałkowska, 1910 rok.
Jestem stworzona na kobietę prywatną. I wszystkie dygresje moje w kierunku swawoli lub cyganerii były zawsze pomyłką. Lubię do przesady swój dom, oddychać mogę jedynie w atmosferze rodziny. Nie umiem kochać się efemerycznie. W warunkach mego nieszczęsnego małżeństwa i przy mych „przekonaniach” powinnam była zostać Messaliną. Tymczasem przez lata już całe trwam nieomal w panieństwie – mimo że pokus mi nie brak i że jedyna moja próba wolnomiłosna nie zgotowała mi ani rozczarowania, ani cierpienia. – Moje nawet zmysłowe marzenia łączą się zawsze potajemnie z tęsknotą za przystanią. Marzę o kimś silniejszym, przy kim mogłabym zamknąć oczy chociaż na chwilę. Dotąd najsmutniejszymi mymi słowami miłosnymi są owe napisane z powodu Szalita: „nie będzie domu naszego na żadnym miejscu ziemi”. – Mój wiek spóźniony, pobladłe od książek „jagody” i zwłaszcza stan cielesnego zobojętnienia daje mi pewność, że nie zmieni się już nic. [...]
Zofia Nałkowska, Dzienniki 1909–1917, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1976, s. 288–289.

poniedziałek, 17 października 2011

Odcinek 117: Zofia Nałkowska, 1944 rok

Z dziennika Zofii Nałkowskiej

Adamowizna, 17 października 1944 roku
Tak. Tą udręką, tym nieustannym daremnym wysiłkiem jest chęć ujęcia samego fenomenu zwykłą nazwą, chęć, by się to stopiło z rzeczywistością, jakoś w niej uległo. By dało się włączyć w życie. Spalona stolica na skutek bezsensownego powstania, setki tysięcy ofiar, wydane na rabunek skarby z piwnic. Zniszczone na zawsze całe złoża wartości. Ale wysiłek jest próżny – to nie to znaczy. Ta rzecz nie da się nazwać ani załatwić, rzeczywistość nie chce jej połknąć. Widmo tego miasta zjawia się wciąż jako puste miejsce powietrza. Miasta, do którego nie można wrócić, miasta bez adresów. Puste miejsce po wszystkich odmianach szczęścia, które było w przytulnych kątach pod ścianami, w zamykających się i otwieranych drzwiach, w ciepłych głosach ludzkich, zwierzeniach i pieszczotach, w rozstaniach i przybyciach, w krokach, stąpanych po różnych kondygnacjach powietrza, w czytanych książkach, wspominanych umarłych. Ta wszystko było tam, rozwieszone na piętrach, ujęte w sześciany i bloki żytego powietrza, w linearne schematy trwania. Nie mogę tego nie widzieć, nie mogę o tym zapomnieć. Miasto, nad którym zamknęły się dzieje – jedno z wielu umarłych miast historii.
"Puste miejsce powietrza...". Warszawa po powstaniu, 1944 rok.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1944, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 627.

czwartek, 1 września 2011

Odcinek 71: Zofia Nałkowska, 1939 rok

Z dzienników Zofii Nałkowskiej

Warszawa, 1 września 1939 roku
Pierwszy dzień wojny. Wraz z innymi patrzyliśmy z ulicy na walczące aeroplany. Robotnicy, którzy wciąż jeszcze pracują nad kopaniem kanału wzdłuż Łazienek, wyszli ze swych głębin i patrzyli na niebo. Znowu przeżywa się coś, co kiedyś później wydawać się będzie niewiarogodne. Nie uczuwam strachu ani zdziwienia, tylko smutek. Wielka dzieje się sprawa i tym razem – po całych dwudziestu pięciu latach. Szybkie przestawienie wszystkiego. Rzeczy tamte powracają na swoje miejsca ważne, inne wszystko maleje, zapada w oddalenie. Mój pokój zamieniony w schron przeciwgazowy. Nie ma okna, którego uszczelnienie zabrało wiele godzin pracy Bogusława [Kuczyński, przyjaciel pisarki]. Małe zapasy zalepione w szafeczce ściennej przy drzwiach balkonu. Nie mamy dotąd masek, tylko zastępcze maseczki, osiągnięte również z wielkim trudem, opatrunki, różne lekarstwa, watę i gazę. Mama z Hanią [Nałkowska, siostra] jest w Wołominie. Nic nie można pisać, choć Bogusław przy tym się upiera, nie daje mi zmywać ani sprzątać, nie chce zwracać uwagi na to, że jest wojna. [...] Mam zamiar tutaj zostać, cokolwiek będzie. Przyjdzie czas, gdy będę sama w tym mieszkaniu. Bogusław dotąd nie został wezwany. Już poszedł. [...] Przez cały dzień radio ostrzega o atakach, wszyscy uczepieni głośników, łapiąc między skoczną muzyką urywki swego losu. Ostatni nalot już bardzo wyraźny: huk i łoskoty przenikają dom, z okna widać je niby powolne ptaki, szybujące na wielkich wysokościach. Towarzyszą im wśród błękitu kulki białych mgiełek, te walki i gonitwy tu, z oddali, wydają się łagodnym igraniem. Wreszcie usiedliśmy na dwóch fotelach w mniejszym przedpokoju, gdzie uszyłam dla innych prowizoryczną maskę. Huki dalekie – trochę podobne do burzy, później jeszcze z okien jasne okręgi samolotów po niebie nad Łazienkami. Jeszcze nie ma wielkich klęsk, jeszcze wiele jest przed nami.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1944, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 29–30.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Odcinek 46: Zofia Nałkowska, 1944 rok

Z dziennika Zofii Nałkowskiej

Adamowizna, 7 sierpnia 1944 roku
Dziś – ukryta pod kopką małych snopków, w rozległej przestrzeni pola i nieba, widziałam ciężką łunę nad Warszawą, która we dnie wygląda jak chmura. Przeżyłam sobą chyba wszystko, co da się przeżyć na ten swój finalny temat. Wiedząc zarazem o każdej chwili, jak jestem śmieszna, o ile rzecz okaże się nieprawdziwa. Wiem już, czym jest ten strach, pomieszany z obrzydzeniem, strach groteskowy, który nie jest wewnętrznym zamętem i popłochem, ale raczej skupieniem, raczej pogardliwą zgodą na to cudze postano­wienie. Wbrew wszelkim pozorom okazał się zbędny, jak to podejrzewałam. Okazał się przedwczesnym, luksusowym, czystym eksperymentem strachu. – Ludzie, którzy uciekli z Warszawy, przynoszą nowe wiadomości. Powstanie się nie udało, powstanie, które zjednoczyło wszystkie skłócone elementy. Walki na ulicach trwają. Odebrane dzielnice są całe palone, ulica za ulicą, dom za domem. Ludność wywlekana z mieszkań, rozstrzeliwana na podwórzach. – Jak w trzydziestym dziewiątym nikt nie przyjdzie ani przyleci z odsieczą. Wybuch nastąpił za wcześnie, nie doczekawszy przybliżenia się frontu. Dalecy ludzie, pociągający za te nitki, czegoś nie dopatrzyli, przerachowali się o te parę dni. Tysiące drobnych marionetek kona we krwi, umiera ze świadomością swej klęski, zbytecznej, chybionej ofiary. Uplątani w te niteczki, kierowani przez ludzi nieznajomych, siedzących daleko przy swych biurkach nad mapami, giną, wlokąc za sobą dziesiątki tysięcy we własną zgrozę, torturę i śmierć, wydając to nieszczęsne miasto na całkowite zniszczenie.
Łuny pożarów nad Śródmieściem, pierwsza połowa sierpnia 1944 roku.

Zofia Nałkowska, Dzienniki 1939–1944, oprac. Hanna Kirchner, Czytelnik 1996, s. 588–589.