Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mrożek Sławomir. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mrożek Sławomir. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 lipca 2015

Odcinek 2033: Sławomir Mrożek, 1961 rok

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema

Warszawa, 29 lipca 1961 roku
Szefie,
jest to raport spóźniony. Potok życia mnie porwał. Gdyby Homer był moim znajomym, tobym zadzwonił do niego i poprosił, żeby Ci opisał, jak to podczas przejazdu, w Toruniu, spalił mi się regler w samochodzie i jak przez sześć dni nie wracałem do Warszawy, tylko jeździłem, pociągami, podwodami, okazjami, po Polsce, wiele miast widziałem i wiele przeżyłem, żeby regler ten dostać. Pogoń na przestrzeni 1000 km, 4000 zł wydane, wiele dużych miast zwiedziłem. Zdrowie straciłem, zdolność formułowania mnie zawodzi. Próg frustracji mi się obniżył, stres ogromny. Dowiedziałem się, że Ty również starasz się, żeby jako tako wyjechać do Jugosławii, widziałem nawet list od Ciebie na biurku pani Wiśniewskiej. Ja tak samo. Więc Ty rozumiesz mnie, a ja rozumiem Ciebie. I Ty z ZAiKS-em załatwiasz różne sprawy, i ja. A tu znowu zniżki na paszporty dać nie chcą. Państwo żąda łapówki za przekroczenie granicy w wysokości 200 zł ode mnie i 2000 od mojej żony. Do tego bilety lotnicze Warszawa – Belgrad – Warszawa (wiesz zapewne, że na pociągi pozwolenia na zapłacenie w złotych nie dają, bo LOT lata pusty, więc raczej przymusowo na LOT, zawsze sobie poradzą, chytruski). Razem 13 000, chyba nie da rady, mimo kolosalnych moich zarobków w walutach, złocie, diamentach i kości słoniowej. Musiałbym podwyższyć poszóstne moim chłopom pańszczyźnianym i oćwiczyć mojego pachciarza od cegielni, by profit większy wyciągnąć z psubrata. Dygatowie również do Jugosławii się wybierają, Brandysowie, a także Tarnostwo. [...]
W lipcu będę w Krakowie, czy będziecie? Nowe okulary sobie sprawiam, może nareszcie będę mógł zacząć jakieś czytanie solidne, stanę się bardziej gibki intelektualnie i wybrnę z parszywego impasu, w jakim się znajduję co do pisania. Tyle że dziecko sąsiada zapisuje się do powszechnej szkoły muzycznej, klasa fortepianu. Lekko licząc, dwanaście lat wprawek i ćwiczeń za ścianą, bo potem pewnie konserwatorium. Galernicy zawsze mogli liczyć na to, że jakiś chrześcijański okręt ich napotka na morzu i uwolni z rąk Maurów. A ja na co?
Plugawy jakiś się czuję, kompleksy u mnie rosną już prawie na ścianach, jak grzyby tropikalne. CZY MOŻNA ZACZĄĆ NOWE ŻYCIE?
Co do zasłony, to czy nie powinien to być prezent? Z drugiej strony, każde dziecko wie, a jak nie wie, to mu powiedzą, że obaj jesteśmy skąpi potwornie. Prezent nasunąłby Ci prawdopodobnie jakieś męczące myśli o rewanżu, co by wprowadziło całą sprawę w koszmar niewymierności. Więc jest tego 20 metrów, cena własna, czyli taka, którą moja żona otrzymuje od państwowej placówki, która z kolei sprzedaje ten towar klientom – 70 zł za metr, razem 1400 zł. [...]
Prześliczna rzecz się zdarzyła w biurze paszportowym, w jednym z ogonków. Przez tłum oczekujących przepchały się małe dwie dziewczynki, dotarły do biurka i zawołały stanowczo do pani, która coś stemplowała: „Gdzie jest piłka?”. „Jaka piłka?” – odparła zdumiona pani. „Tu wpadła piłka!” – zawołały z mocą. Prawdziwe w każdym calu. GDZIE JEST PIŁKA? – woła naród.
Do zobaczenia,
Sł. Mrozek

Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy 1956–1978, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 53–55.

poniedziałek, 27 października 2014

Odcinek 1184: Sławomir Mrożek, 1962 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

27 października 1962 roku, sobota
Zdaje się, że wiem, dlaczego lubię czytać w obcych językach, mimo że są obce.

Język polski jest dla mnie wciąż za jasny, za oczywisty, nie stawia oporu, a sztuczne stwarzanie, to znaczy doszukiwanie się w nim oporu pod postacią tak zwanej pracy nad stylem, zupełnie mnie nie bawi. Kiedy czytam po francusku czy po angielsku, mam wrażenie, że wyrażam nim tajemnicę, choćbym sam jej nie znał. [...]

Sławomir Mrożek.
Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 7.

niedziela, 14 września 2014

Odcinek 1164: Sławomir Mrożek, 1969 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

14 września 1969 roku
Jedenastego września upiłem się ciężko. Na przyjęciu u Teresy. Mam wiele
Rysunek Sławomira Mrożka.
usprawiedliwień. Nie wiem, czy należy użyć któregokolwiek z nich. Równie ostrożny jestem z wyrzutami sumienia. Nie wiem, czy powinienem je mieć.

Podobnie ostrożny, nieufny jestem wobec tego pisania. Nie mam zaufania do tego pisania. Nie znalazłem żadnej formuły, nie wiem, jakie to pisanie ma być. Nieuchronnie każde pisanie jest tylko pisaniem, więc i to – także. Zresztą pisanie jest tylko znakiem, pisanie dosłowne jest tylko znakiem „pisania”, formowania. Trudno jest pamiętać, „pisząc”, że ono nie jest tym, czym chce być.
Moje ostatnie upicie się można wielorako interpretować. Nieco pompatycznie – także jako karę. Za zadufałość, za gwałtowność, za przesadne bicie się w piersi, wyrywanie sobie włosów z głowy, za przysięgi i zarzekania się. Kiedy odczytuję poprzednie strony, bije z nich wielka gwałtowność, aż niekiedy jest to histeria. [...]
Picie moje jest rozmaite i widocznie służy mi do rozmaitych celów. Ale najuboższe picie jest takie, jakie ma służyć do ucieczki: nie wytrzymam tego, więc się upiję. Wtedy wyjdzie ze mnie wnętrze, w nim są posiłki. Wtedy zniknie, co nabyte i powierzchowne, nie będzie krępowało i męczyło. Ale picie jest wprawianiem się w sytuację, pokonywaniem sytuacji przez sytuację. Gra i farmaceutyka. Choć jakże skuteczna.
Przeczytałem notatki od daty powrotu do Paryża. Uderza ich nieczystość, rozwichrzenie, po prostu grafomaństwo.
Grafoman jest to człowiek, który pisze „całym sercem”.
Zdaje się, że tu nie da się oszukać prawa: pisanie jest tylko pisaniem. Grafomaństwo notatek (zła forma) świadczy, że nie tędy droga. Uważaj, uważaj, kiedy piszesz, nie gniewaj się na prawo, że jest takie, jakie jest. Musisz wiedzieć o tym już teraz, od razu. Powikłanie, pomieszanie, złe następstwa pomieszania, powikłania – to może ci zaszkodzić we wszystkim, nie tylko w pisaniu. (Nie tylko twoje pisanie będzie złe).
Z pisaniem też ostrożnie.
Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 624–625.

wtorek, 24 czerwca 2014

Odcinek 1089: Sławomir Mrożek, 1966 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

24 czerwca 1966 roku
Przedwczoraj wróciłem z Londynu ogromnie zadowolony, że tam byłem przez
Sławomir Mrożek, fot. Jerry Bauer. 
miesiąc. Pewnie zmieniłem się jakoś, może dlatego nie jestem w stanie czytać już Brzozowskiego. Nie że go nie szanuję. Ale może on mi teraz jakby niepotrzebny, a jego nauczycielski ton z trudem znoszę, o tyle tylko grzecznie, że w Anglii nauczyłem się być grzeczny. Owszem, co o polskości pisze, tak, ale nagle mi to zmalało, jakbym spojrzał z dalsza, mniej mnie to teraz wszystko obchodzi, chociaż prawda. I inne rzeczy także pewnie prawda.
Właściwie jestem już poza Chiavari, chociaż nie wiem, jak długo tu jeszcze trzeba mieszkać. Jestem tak samo poza Chiavari, jak kiedyś byłem już poza Polską, chociaż w niej mieszkałem.

O tyle stałem się większy, o ile większy świat mi się ukazał. Nie jestem w stanie zamieszkać w łupinie orzecha i czuć się panem nieskończonych przestrzeni.

Coś mnie odstręcza od pisania tego wszystkiego. Ostrzeżenie, że nie o to chodzi, żeby napisać, nazwać, zobaczyć napisane i już tego nie mieć. Jeżeli więc należy prowadzić coś takiego jak ten dziennik, to albo – znowu powtarzam – zapisywać, co było na obiad, albo też próbować przygotowywać pracę konkretną. W każdym razie także i na to znaleźć nową formułę.

Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 376–377.

czwartek, 29 maja 2014

Odcinek 1063: Sławomir Mrożek, 1962 rok

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema

Chiavari, 29 maja 1962 roku
Staszku,

znowu nic z niczego nie wynika. To może nie przypadek, że to tutaj właśnie Sienkiewicz
Plakat reklamujący uroki Riwiery Włoskiej.
tak wpadł paskudnie z tą swoją nocą poślubną. Bo może za dużo mu się wydawało, że jak tylko w powietrzu, w wodzie, w zieleni i wszystkich żywiołach jest abondanca [płodność], to wystarczy się tylko położyć do góry brzuchem, a reszta sama zleci. Żeby nie kłamać: bardzo dobrze tu mi jest, owszem. I gdybym nie był już w kolebce zgryziony, powiedziałbym, że Riwiera to raj, to znaczy dokładnie, choć innymi słowami, tak samo jak owe tłumy Angielek starych lub Niemców, co odkładają, odkładają, aż wreszcie dają w ryło śwince skarbonce i machną się na taką czy inną Riwierę. Więc żeby nie łgać, naprawdę pysznie tu jest i reszta sama rzeczywiście zlatuje, ale tak aż dobrze zlatuje, że wczoraj zerwałem się o szóstej rano, byle tylko zaprotestować przeciwko tej słodyczy, rzuciłem się do maszyny, do papierów, nie, żeby coś naprawdę wypracować to chyba tu nie jest możliwe, ale byle co, byle jakiś odpór dać, bo taki strach mnie ogarnął, że cały się w przestworze słodkim rozleję i już na zawsze bez kształtu, bez konturu, bez kości swojej zostanę. Bo tu Polak jak ryba głębinowa, tam u nas inne atmosfery, tu przeniesiona, pęka z hukiem, chyba że się zaprze i nadmie, albo odwrotnie, w każdym razie, chyba że coś ze sobą zrobi.
I żebym to ja jeszcze mógł z tego belcanta szydzić, ale nie mogę, bo to canto naprawdę jest bel. I przypomina mi się ów widok z Twojego okna ku szosie krakowskiej, taki skromny w brunatnościach i szarościach, i taki właśnie, że człowiek tylko wtedy głębiej kaszkiet na oczy nasuwa, w dłonie popluwa i bykiem naprzód idzie, bo nie ma innego wyboru, kiedy widok przed nim taki. Tam wszystko trzeba rzeźbić i żyźnić, a tu całkiem inaczej. Kiedy bardzo mały byłem, Bajki polskie Wujcia Czesia mnie poinformowały, że był jeden chłopczyk, co umarł od zapachu konwalii (prawie umarł). Czy to korzystniej, tak czy tak? A bo ja wiem. Szydzić możemy, że literatury nie mają, a Moravia kutas. Oni, że tarasów nie mamy takich i gajów oliwkowo-winnych, i morza niebieskiego, i tych wakacji wszechobejmujących, ulgi dożywotniej. Ale że coś za dużo morderstw tu się popełnia, więc to coś lepiej o nich świadczy, niż mógłbyś pomyśleć z dotychczasowych uwag. To dalsza sprawa, wymaga dalszej wnikliwości.
Wszelkie zresztą takie pytania, co lepiej, kogo bardziej kochasz, tatusia czy mamusię, komu fajniej, czy wolałbyś zostać marynarzem czy lotnikiem, przypominają również dziecinne pytanie, co wolisz, kilo szyb czy kilo ryb. Jeżeli zapytany odpowie, że szyb, to go się szczypie, jeżeli że ryb, to go się rypie. Więc nie będę pytał, stwierdzał tylko.
Więcej pisać na razie nie mogę, bo kolega wszedł i jechać ze sobą kazał. Tu jeszcze trochę będę.
Twój
Sł.M.

Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy, Wydawnictwo Literackie 2011, s.122–123.

poniedziałek, 28 października 2013

Odcinek 850: Sławomir Mrożek, 1962 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

28 października 1962 roku
[...] Od pewnego czasu śpię w dziwny sposób. Tylko jeżeli kładę się do łóżka pijany, zasypiam od razu i bez żadnych snów. Ponieważ pijaństwo rzadko się teraz zdarza, więc można powiedzieć, że normalnie mój sen jest rodzajem maszyny, do której wieczorem wrzuca się przeżycia świadome, a przez całą noc ona je miele i układa na swój tajemniczy, niemniej uporządkowany sposób, według niewiadomego mi systemu. Przez całą noc, śniąc, wiem, że powinienem pisać sztuki i opowiadania. Ta inhibicja działa nieustannie i komponuje moje sny. Jeszcze wyraźniejsze są stany półjawy, to znaczy jeszcze wyraźniej objawia się ta zawodowość snu, o której mówię. Kiedyś, kiedy grałem w siatkówkę albo płynąłem łodzią, wiosłowałem i odbijałem piłkę przez całą noc. Jest to właściwie to samo. [...]

Sławomir Mrożek.
Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 7.

środa, 15 maja 2013

Odcinek 692: Sławomir Mrożek, 1964 rok


Z dziennika Sławomira Mrożka

15 maja 1964 roku
Przedwczoraj skończyłem sztukę kolejną, jedenastą, pierwszą za granicą, po dwóch i
Sławomir Mrożek.
pół miesiąca. Teraz nie mam co robić i trzeba szybko wymyślić sobie coś nowego. I tak już do końca.
Za pięć dni koniec paszportu.
Za miesiąc rok od naszego tu przyjazdu.
Gdyby chcieć tak dalej, to można napisać: za... koniec życia, i wstawić potem odpowiednią liczbę.
Jung też zauważył, że osoby „łączone” są podziemiami, więc moje odczucie, że każde spotkanie jest dla mnie szokiem – zostało niejako lekarsko zalegalizowane.
Masa, czyli nikt. Zdaje się, że tym zdaniem można pokwitować wszystko, co się dzieje w Polsce.
Nigdy nie miałem objawów morderczo-erotycznych i mam nadzieję, że interesuje mnie to nie z powodów zboczenia. Owszem, biłem czy dusiłem (raczej podduszałem), ale nie z miłości, tylko doprowadzony do furii dokuczliwą głupotą partnerek. Dosyć mnie wymęczyły, mnie słabego i tak wrażliwego pazia, różne idiotki. Sprawa przedstawia mi się tak: w zabójstwie wydaje mi się szukanie absolutnego „przyswojenia” sobie drugiego człowieka (ofiary) i kontakt jest bardzo przecież fizyczny. Przyswojenia aż do zera, aż do anihilacji, czyli w tym właśnie kryje się niepowodzenie. Tak samo posiadanie fizyczne, zdaje się, jest smutnym złudzeniem, choć nie jestem pewny, bo nie jestem kobietą. Kobiety i Jung twierdzą, że nic podobnego, ale moja podejrzliwość męska nie pozwala w to szczerze uwierzyć.
Europejczyk powiada, że harakiri jest nieludzkie i ohydne. Europejczyk natomiast lepiej przyjmuje harakiri wykonane komuś. Czyli tylko dlatego, że Japończyk to robi sobie, wydaje się Europejczykowi brzydkie. Europejczyk nie lubi nic złego zrobić sobie. Bliźnim, to rzecz inna.
Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 103–104.

środa, 2 stycznia 2013

Odcinek 560: Sławomir Mrożek, 1963 rok


List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema

Zakopane, 2 stycznia 1963 roku
Dzisiaj w pigeon-hole’u [przegródce] w recepcji znalazłem list Twój. W Zakopanem zostajemy, w Zakopanem. W pierwszy dzień świąt moja żona nadwerężyła sobie rączkę w przegubie na skutek upadku na verglasie [gołoledzi]. Najpierw nie bolało, potem w nocy bolało – i dramatyczne szukania jakiegokolwiek pojazdu w środku nocy, kiedy Boża Dziecina miała już ze 26 godzin życia ludzkiego na ziemi. Szpital i gisp (gips), na szczęście skończyło się na gipsie i przykazaniu, żeby gipsu nie zdejmować przez dwa tygodnie. Więc nie chcę, żebyśmy wracali do Warszawy, dopóki rączka unieruchomiona, bo tutaj nic nie trzeba, tylko pozwolić, żeby gips robił swoje. I dlatego będziemy tutaj do 9, 10 bm.

Zima jest taka, że jestem z niej dumny jako Polak. Nareszcie coś nie-połowicznego, coś prawdziwego w tym kraju ułamków. Cudowne tu śniegi i zamrozy, chojary w śniegu puszystym, cisza gór majestatyczna. Na nartach pożyczonych i w butach pożyczonych (natychmiast rany na nogach) zacząłem się uczyć, bardzo mi się spodobało. Kupię sobie własny sprzęt i będę uprawiał.
Zakopane, Krupówki, 1962 rok.
Sylwester miał miejsce w barze Roma, Cyganie grali. Schodzili też z estrady, grali kobietom do ucha na skrzypcach łkających, w oczy patrząc (za opłatą). Ładnie było, opuściliśmy w porę lokal, więc pozostały poprawne, jak przystało na ludzi kulturalnych, wspomnienia. W sieni za to stał gazda, bardzo pijany, którego kobieta waliła w pysk raz za razem. A on tylko oczy przymykał i prosił: „Jeszcze, jeszcze...”. Szwagier przyjechał ze szwagierką, citroenem starym, tym o długim ryju, co do ścigania wrogów PRL dawniej służył. Więc wiele mieliśmy zabawy z wyciąganiem go ze śniegu to tu, to tam. [...]
Duch mój ostatnio ciężkawy. Przykuty do ciała obżartego, rozbestwionego odcięciem od źródeł odpowiedzialności, od telefonu i wielkomiejskich niepokojów. W sielskość się zapadłem jak w piernaty. A to pospać, a to w okno popatrzeć, przejść się, pochrząkać, gazetkę poczytać, jak Rej istny. Czasem tylko w drzwiach jakaś postać ogromna, niekształtna. Postoi groźnie, pomilczy. To Byt. Z małżonką swoją, tajemnicą, panią Bytową z Eternulskich.
Z okazji Nowego Roku, co tu dużo mówić, co tu ukrywać, masę wszystkiego, dla Was. 
Od gór pozdrowienia, haj.
Sł.
Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 206–209.

czwartek, 26 lipca 2012

Odcinek 400: Sławomir Mrożek, 1969 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

26 lipca 1969 roku 
Witold Gombrowicz
Gombrowicz umarł w nocy, 24/25 lipca 1969.
Kobieta na górze ma atak epilepsji.
Ja wczoraj miałem atak życia. Teoretycznie byłem ześmiertnięty.
Tylko teoretycznie. Tydzień przedtem umarł Kobiela.
Wczoraj w nocy wypiłem samotnie dużo dużo wódki. Ale się nie upiłem. tylko wstąpiłem w natchnienie, pewnie dlatego, że dużo i dobrze jadłem. Przez cały dzień. Doszedłem do jakichś wniosków, które, mam nadzieję, trochę pamiętam. Lepiej żebym je pamiętał pomięcią wisceralną [dotyczącą jelit] niż cerebralną.
Ogólnie, a czytam w tym czasie Platona: Fedon, o nieśmiertelności duszy, cały ów kierunek, aby przeczekać życie, bo ono nieprawdą, do śmierci zaś się przygotować, bo ona prawdą, wydał mi się niechętny, podejrzany. A kto to mówi, ja, który mam silny jej instynkt i zrozumienie dla śmierci.
Wiec jakby wczoraj we mnie coś się odwróciło albo przynajmniej zrównoważyło.
O ile wiem, Gombrowicz był bardzo po stronie życia. Jadł zawsze tak, jak ja jadam tylko od czasu do czasu, Chciał zawsze tak (silnie), jak ja chce tylko od czasu do czasu.
[...]
Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1: 1962–1969, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 607  608.

Za dzisiejszą notkę serdecznie dziękujemy Ani (Czytanki Anki).



poniedziałek, 26 grudnia 2011

Odcinek 187: Sławomir Mrożek, 1961 rok

List Sławomira Mrożka do Stanisława Lema  

Londyn, 26 grudnia 1961 roku
Reklama piwa, 1956 rok.
[...] Xmasa spędziłem w rodzinie tutejszej, rdzennej. Polaków jak dotąd udaje mi się szczęśliwie nie spotykać. Powiedzieli, żebym przyszedł, został na noc, bo będzie party. Jak party to party, myślę sobie i ze swojej strony kupuję flaszkę wódki tutejszej, whisky zwanej. Party pod Londynem miała być z licznym udziałem aktorów. „Oho”, myślę sobie, „aktorów” i zacieram ręce, bo znam aktorów (polskich). Wiozą ci mnie za Londyn. Wchodzimy. Rodzina, zakąski gotowe, grzecznie gadu-gadu, myślę sobie, za­raz się zacznie. No i przesiedzieliśmy do pierwszej przy komin­ku. Z boku stała prawdziwa beczka z piwem. Aktorzy, owszem, przyszli. Również usiedli. Panowie siedzieli w fotelach i wypijali co kwadrans jeden litr piwa. Czerwienieli, pęcznieli, wychodzili, wracali, kontynuowali. Panie siedziały w kątach na gorszych zydelkach. Były także dzieci, dwoje półrocznych, przewijano je w czasie party, adapter grał, panowie pęcznieli, a potem wszyscy poszli spać. Dano mi pokój rzecz jasna bez żadnego ogrzewania, więc nie rozbierając się, włożyłem na siebie płaszcz i poszedłem do łóżka. Rano wstaję, przecieram szybki z mrozu, a tu panowie w samych koszulach już się krzątają po ogródku, przy samochodach coś majstrują. Zwlokłem się, wniesiono indyka wielkości świni. Zjedliśmy go, napęcznieli i usiedli przy kominku. Jak nic zleciało do wieczora, to sobie człowiek na telewizor spojrzał, to beknął, to piwka pociągnął, kilka osób zasnęło w fotelach, potem wróciliśmy do Londynu. Teraz rozumiem, dlaczego mogli stworzyć imperium. Nie tracą zdrowia ani energii na samospalanie się w słowiańskich orgiach. [...] 
Stanisław Lem, Sławomir Mrożek, Listy 1956-1978, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 86-87.    

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękujemy 

środa, 26 października 2011

Odcinek 126: Sławomir Mrożek, 1962 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

26 października 1962 roku, piątek
We wrześniu, czternaście lat temu, zacząłem pisać dziennik. W październiku, trzy lata temu, spaliłem bez żalu kilkanaście albo dwadzieścia kilka tomów, po dwieście stron blisko każdy. Uczucia dla tego dziennika straciłem już mniej więcej na trzy lata przed spaleniem, prowadziłem go coraz mniej regularnie, w ostatnich latach przed auto da fe zupełnie nie.
Monstrum składało się z trzech motywów: potrzeba znalezienia się jakoś sam na sam z czystym papierem (było to na długo przed debiutem), potrzeba załkania przed kimś, choćbym to był ja sam, gromadzenia jakichś doświadczeń, notatek z lektury, poglądów etc. Trzy potrzeby to oczywiście uproszczenie. Ani granica między nimi nie była wyraźna, ani ich liczba nie jest ostateczna. Podobnie z motywami zaprzestania tej akcji. Najprostszy i najbardziej powierzchowny to ten, że zacząłem pisać zawodowo. Rzeczywiście, w miarę jak drukowałem, przestałem się oddawać temu młodzieńczemu rękopiśmiennictwu. Choć prowadziłem dziennik jeszcze długo po tym, jak zostałem „pisarzem”.
Te parę kilo moich przeżyć serdecznych spaliłem, oczywiście ze strachu przed niepowołanym czytelnikiem w przyszłości. Zdałem sobie sprawę z tego, że ich przed nim nie uchronię, po włamaniu do mojego krakowskiego pokoju, dokonanym, kiedy byłem w Ameryce. W naszym kraju sejfy nie istnieją, zdaje się, a jeżeli istnieją, to nie mam do nich zaufania.
Ale nie tylko dlatego. W owym czasie ogarnął mnie najsilniej strach przed cmentarzem, przed tym, jakim już nie byłem, przed starzyzną. [...] Może wstydziłem się siebie, chciałem się wyprzeć małego, ale garbatego przodka, jakim byłem sam dla siebie. Zresztą nie będę mnożył tłumaczeń.
Mniej więcej po trzech latach od daty ogniska, które miało tak ładnie zaznaczyć odejście mojej młodości, a w jakieś sześć po wygaśnięciu owego instynktu samoskargi i mówienia do siebie doznaję podobnego odruchu pisania.
[...] Należę do pokolenia, dla którego pojawienie się samolotu na niebie było sensacją. I dlatego piszę na maszynie, a nie moim ukochanym sposobem, piórem i na dobrym papierze. [...] Ale po co właściwie tłumaczę się tak i przed kim?
Oczywiście nie trzeba się okłamywać. Warto by ustalić granice, co powinno być sprecyzowane w słowach dla samego siebie, a co pominięte. [...] Ustalmy więc uczciwie: to, co zaczynam, może czytać każdy.
Rozmowa towarzyska nie jest dla mnie ani narzędziem, ani sposobem. Tylko za pomocą papieru staję się swobodnym dyskutantem, a próby z magnetofonem dały żałosne rezultaty.
Żałuję, że nie mam wyraźnego pisma, bo maszyna do pisania nie jest całkiem obłaskawiona.
Mam nadzieję, że się przyzwyczaję do tej formy. Na razie czuję się nieswojo. Koniec przedmowy.

Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1: 1962–1969, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 5–7.

czwartek, 11 sierpnia 2011

Odcinek 50: Sławomir Mrożek, 1964 rok

Z dziennika Sławomira Mrożka

Włochy, 11 sierpnia 1964 roku
Kto pozbawił mnie ojczyzny – winien jest, a ta słabość dzisiejsza będzie zapowiedzią tej słabości, która niektórym starcom pozwolą łatwo i godnie umrzeć.
W związku z pierwszym – chętnie pojechałbym do Polski na chwilę, na rok, wyjechał znów na chwilę, na rok. Byle nie być jak krasnoludek wciskany do śmierdzącego buta z cholewą.
W związku z drugim – jestem bardzo zmęczony. Lato śródziemnomorskie, ja. Przypadki. Przypomina się: „Wytrwać, oto wszystko. Kto mówi o zwycięstwie?”. To z Rilkego. Pracować nad sztuką przetrwania. Takiego, żeby nawet przetrzymać Sąd Ostateczny i wyjść z kąta już po sesji.
Za skąpstwo i jałowość duszy kupiłem spokoik, za który z kolei należałoby coś nabyć wartościowego. Jeżeli to się nie uda, można będzie powiedzieć, że wszystko było pomyłką. Każda moja siła wynikała tylko ze słabości, więc nawet tymi siłami nie mogę się ozdobić. Moja równowaga jest równowagą nieustannego padania na pysk. Oczywiście czai się plugawo-kokieteryjna nadzieja, że to właśnie jest zasługa i cnota. Gdyby nie mieć tych niejasnych podejrzeń, że nie ma żadnych nadziei, cnót ani zasług, że nic nie należy się za nic i zawsze pusta jest kasa.
Jak długo jeszcze? Ano, długo czy krótko, to nie ma na końcu większego znaczenia.
Talent by się przydał, ale potężny, ale mocny. Powiadają, że talent to praca. Co robić, kiedy ja nie mam talentu do wielkiej pracy. Fizycznie. Dupa mnie boli, oczy mnie bolą i noga mnie boli. I każdy test na inteligencję jest dla mnie za trudny. Byłem za dobrym i za grzecznym uczniem w szkole. Ze strachu i z przymilności.

Sławomir Mrożek, Dziennik, t. 1: 1962–1969, Wydawnictwo Literackie 2010, s. 119.