Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Montgomery Lucy Maud. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Montgomery Lucy Maud. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 lutego 2015

Odcinek 1206: Lucy Maud Montgomery, 1905 rok

Z pamiętnika Lucy Maud Montgomery

Środa (Czy na pewno środa? Chyba tak.)
8 lutego 1905 roku
Dzisiaj rano nie musiałam robić wypadu z oblężonej fortecy i odgarniać śniegu – z tej prostej przyczyny, że nie mogłam wydostać się z domu. Drzwi i wszystkie okna od wschodu były całkowicie zasypane śniegiem. Wydaje mi się, że takiej zawiei nie pamiętają nawet najstarsi mieszkańcy Wyspy Ks. Edwarda. Burza szalała przez cały dzień.
Po śniadaniu zmusiłam się do skończenia wielkanocnej opowiastki, którą zamówiła u mnie gazeta szkółki niedzielnej. (Uwaga: Nie c i e r p i ę pisać na zamówienie!) Później pisałam na maszynie aż do obiadu. Po obiedzie wróciłam do maszyny, a następnie spędziłam pół godziny z igłą nad koronkową serwetką. Potem, ponieważ nie pozostało już nic pilnego do zrobienia, zabawiałam się przepisywaniem z książek różnych złotych myśli do notesu. Łatwo je odszukać, gdyż wszystkie są zaznaczone. Zawsze miałam zwyczaj zaznaczania wybranych fragmentów w moich książkach. Teraz robię to ołówkiem. Jako nastolatka nie byłam na tyle rozsądna i używałam atramentu. W rezultacie nie mogę teraz wymazać znaków przy tych akapitach i stwierdzeniach, z którymi przestałam się zgadzać; i narzucają się moim oczom, przypominając o sentymentalnych „zielonych dniach”.
Zima na Wyspie Księcia Edwarda, lata 60. XIX wieku.

Gdy zapadł zmrok, napisałam list, zajęłam się robótką, a potem trochę czytałam. Pogrążam się w apatii. Jutro poczta także nie dotrze. Żadna skarga nie wyrazi tego nagromadzenia nieszczęść. Przypominam sobie, co powiedział pewien stary szkocki emigrant, który po powrocie do domu ujrzał dymiące zgliszcza i całą rodzinę wymordowaną przez Indian: „To jest kompletny absurd”. Tak, to jest absurd.
Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza. Pamiętniki 1898–1910, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 134.


wtorek, 20 maja 2014

Odcinek 1054: Lucy Maud Montgomery, 1905 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Poniedziałek, 20 maja 1905 roku
Cavendish, W. Ks. Edwarda
(...) Dawno oczekiwane książki dla biblioteki nadeszły jakieś dwa tygodnie temu, a wraz z nimi kilka innych, które zamówiłam dla siebie. Przekroczyłam wszelkie granice przyzwoitości i czytałam dniem i nocą. 
Tej wiosny kupiłam „Księgi dżungli” Kiplinga. Są wspaniałe. Żałuję, że nie mogłam ich mieć w dzieciństwie. Ale cieszę się, że mogę je mieć jako osoba dorosła. Kupiłam także i przeczytałam raz jeszcze „Klub Pickwicka” i „Dawida Copperfielda”. Czytałam nieśmiertelnego „Pickwicka” jeszcze w latach dziecinnych – znalazłam w domu stare, zniszczone wydanie bez okładek i rozkoszowałam się lekturą. Pamiętam, że przy tej książce zawsze robiłam się głodna – tyle w niej było „dobrego jedzenia – a bohaterowie bez przerwy zajadali jajka na szynce i popijali „mleczny poncz”. Po paru rozdziałach biegłam zazwyczaj do kredensu w poszukiwaniu smakołyków. 
Przedwczoraj wieczorem wypożyczyłam z biblioteki książkę zatytułowaną
„Elizabeth i jej niemiecki ogród” – wzięłam ją, ponieważ nic innego nie było. Nie znałam jej, nie sądziłam, by miała jakąś wartość i dlatego ociągałam się z czytaniem. W końcu zabrałam się za nią w zeszły czwartek. Zanim jeszcze skończyłam pierwszy rozdział, miałam ochotę wytargać się za uszy za to, że nie odkryłam tej książki wcześniej. 
Okazała się zachwycająca  cała. Elizabeth musi być moją „duchową bliźniaczką” – przynajmniej gdy mowa o ogrodach. Sto razy wypowiada uwagi, które ja zawsze chciałam wygłosić. Teraz już nie muszę nic mówić – Elizabeth wyraziła to lepiej. 
Wymknęłam się do Alei Zakochanych, gdy tylko stało się to możliwe. Od grudnia aż do piątego maja nie mogłam się tam dostać. I poczułam się jak nowo narodzona – nie wiem, co będę robiła w raju bez tej alejki! 
Wprowadziłam się z powrotem na piętro, co oznacza, że zaczynam żyć. Może to dziwne, że zwykła zmiana pokoju ma na mnie taki wpływ! Ale to prawda. Na tym polega dla mnie różnica między szczęściem a nieszczęściem. Życie tu na górze uzupełnia życie w ogrodzie. I dzięki temu jest tak przyjemne, że prawie mnie zadowala.
Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 139–140.

wtorek, 8 kwietnia 2014

Odcinek 1012: Lucy Maud Montgomery, 1902 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Wtorek, 8 kwietnia 1902
Redakcja „Echa", Halifaks
Lucy Maud Montgomery.
Wczorajszej nocy śniła mi się Pensie. W tym śnie byłyśmy znowu dziećmi i wędrowałyśmy brzegiem morza. Przeszłość powróciła do mnie w żywych barwach  żadne wspomnienia na jawie nie mają takiej mocy jak sny...
Dorosłe życie rozdzieliło nas z Pensie. Żadna nie ponosi za to winy. Gdy przeminęło dzieciństwo ze swym bagażem zabaw, okazało się, że nie mamy wspólnych zainteresowań. Nic jednak nie wydrze nam rozkosznej przeszłości.
Pensie jest teraz żoną i matką. A jak tak bardzo się różnię od owej dawnej, figlarnej dziewczynki, że wydaje mi się ona zupełnie inną istotą biedactwo, jakże często źle rozumiane, o przewrotnej wyobraźni, żyjące w marzeniach dziwnym, wewnętrznym życiem, którego nikt się nawet nie domyślał. Była to osobliwa mała Maud  owa Maud z dawnych dni. Miała wiele wad i słabych stron, lecz serce bardzo kochające i czułe. Tak, moje serce było wówczas tkliwe, kochające, złaknione i porywcze! Zastanawiam się, czy cały jego żar już wystygł. Chyba nie. Czasami jeszcze bucha płomieniem, a potem dusza czuje ból. Nieszczęsna dusza! I nieszczęsne serce! Zawsze łączyły was wspólne zmagania w tym nierównym związku. Ale w tamtych dniach nie miałam duszy  w każdym razie bardzo niewielką, być może w stanie embrionalnym  dlatego byłam szczęśliwa w swej nieświadomości. Kiedy rozpoczął się proces duchowej ewolucji, przyszło cierpienie. Mimo wszystko jednak dobrze jest mieć duszę  może kiedyś ból ustanie i warto na to zaczekać.
Dziewczynki bawiące się w ogrodzie, mal. Hans Anderson Brendekilde.
Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza. Pamiętniki 1898–1910, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 105-106.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Odcinek 941: Lucy Maud Montgomery, 1905 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Piątek, 27 stycznia 1905
Cavendish, W. Ks. Edwarda
Montreal, Quebec, Kanada. Pocztówka z 1905 r.
Przez dwa dni szalała straszliwa śnieżyca  powiedziałabym, że najgorsza ze wszystkich, jakie przeżyliśmy, gdyby nie to, iż wiem, że każda śnieżyca wydaje się taka w porównaniu z innymi, minionymi, których srogość zaciera się we wspomnieniach. Nie popełnię jednak błędu stwierdzając, że takich zasp nigdy jeszcze nie było. Otaczają nas ze wszystkich stron i sięgają dachu „niby górskie szczyty". W pokojach na dole panuje półmrok. Zaspy są niewątpliwie bardzo malownicze, ale więźniowie nie zważają na uroki architektury. Od dwóch dni nie dociera do nas poczta. Kiedy widzę przez okno te potężne, białe mury  mam ochotę krzyczeć.
Dobrze, że przywykłam do monotonii, inaczej bowiem ostatnie, niewypowiedzianie posępne dwa dnie przeżarłyby moją duszę pleśnią. Praca pozwoliła mi zachować zdrowe zmysły; skończyłam opowiadanie, wydziergałam wymyślny kołnierzyk i przeczytałam książkę, która pozwoliła mi przenieść się ze śnieżnego więzienia w cudowny świat.
Warto popatrzeć na nasz sad  okryte śniegiem drzewa przypominają marmurowe kolumny czarodziejskiego pałacu, widzianego w jakimś cudownym śnie. Wieczorem przejaśniło się, a zachód słońca był wspaniały  płomienny i różowo-złoty. Gdy jego blask opromienił sad, wybaczyłam śnieżycy. Trudno sobie wyobrazić piękniejsze zjawisko.
Sad w zimie, mal. Judy Munro.
Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza. Pamiętniki 1898–1910, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 133134.

wtorek, 25 czerwca 2013

Odcinek 725: Lucy Maud Montgomery, 1909 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Sobota, 25 czerwca 1909 roku. Cavendish, W. Ks. Edwarda

Dzisiaj musiałam pójść na próbę chóru. Uczęszczam na próby od sześciu łat i
Lucy Maud Montgomery, ok. 1900 r.
chyba jeszcze nikomu się nie skarżyłam. Teraz jednak
muszę trochę ponarzekać, a tym samym oczyścić organizm z tych sześciu lat.

Próby chóru należą do moich najbardziej przykrych obowiązków. Przed sześciu laty musiałam zastąpić organistkę, która wyjechała. Powtarzam: musiałam. W naszym kościele nie było wówczas nikogo, kto by potrafił grać na organach i choć zajęcie to budziło we mnie silną niechęć, uległam w końcu namowom pastora i chóru.
Nigdy nie lubiłam tego zajęcia. Nie jestem uzdolniona muzycznie i czuję się jak piąte koło u wozu. Wprawdzie granie prostych hymnów i psalmów w niedziele nie wymaga wielkiego talentu i nie to budzi we mnie niechęć. Nie lubię prób chóru. Niektóre jego członkinie nie żywią wobec mnie przyjaznych uczuć i zawsze panuje niemiła atmosfera. Nie żywią również przyjaznych uczuć wobec siebie nawzajem i nieustannie się obrażają. Zimą muszę przemierzać samotnie długą drogę, by dotrzeć na próbę. Tak, nie znoszę ich. O każdym następnym wieczorze myślę z odrazą. Można być niemal pewnym, że wynikną jakieś przykrości. Dzisiejszy wieczór był szczególnie niemiły. „Tot”, córka wuja Johna, zuchwała, źle wychowana dziewczyna, której z uzasadnionych przyczyn nikt w chórze nie lubi, jak zwykle zakłócała pracę i denerwowała wszystkich.

Lucy Maud Montgomery, Pamiętniki 1898–1910. Uwięziona dusza, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 204.

sobota, 27 kwietnia 2013

Odcinek 675: Lucy Maud Montgomery, 1891 rok

Z dziennika Lucy Maud Montgomery

Poniedziałek, 27 kwietnia 1891 roku
Lucy Maud Montgomery.
Zaprosiłam Laurę, ponieważ spodziewałam się wizyty pana Musztardy. Niewątpliwie dostał za swoje. Ojca i pani M. nie było w domu, więc mogłyśmy dokuczać mu do woli. Ponadto udało mi się przestawić zegar o pół godziny naprzód, więc gdy pan M. wyszedł, była dopiero 10.00, a nie  jak mu się wydawało  10.30.
Latem mam zamiar wrócić do domu. Przez pewien czas uważałam tę sprawę za beznadziejną, lecz teraz to już postanowione. Przykro mi będzie opuścić ojca, Laurę, Willa i paru innych przyjaciół, ale tylko ich żałuję. Cudownie będzie wyrwać się z tej atmosfery podejrzliwości, drobnych złośliwostek i szykan, jaką stwarza pani Montgomery. Po prostu czuję, że się duszę. Urabiam sobie ręce do łokci dla niej i jej dzieci, ona nie sili się nawet na uprzejmość wobec mnie. Robię w tym domu wszystko, z wyjątkiem prania, do którego ona zgodziła pewną Indiankę. Jest zadowolona jedynie wówczas, gdy może wyrwać się z domu. To ostatnie wcale mnie nie zasmuca, ponieważ żyję w tym domu tylko wtedy, kiedy jej nie ma. Bardzo lubię wspólne posiłki sam na sam z ojcem. Możemy cieszyć się naszym koleżeństwem i nikt nie zerka na nas ponuro ani nas nie wyszydza.
O zachodzie słońca przyszli państwo McTaggart i zabrali Katie i mnie na przejażdżkę faetonem. Było cudownie. Gdy jechaliśmy do Goschen, zapadał miękki, wonny zmierzch, a na zachodzie widać było jeszcze blade smugi, odbijające się w szerokiej rzece.
Lucy Maud Montgomery, Krajobraz dzieciństwa. Pamiętniki 1889–1897, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 7172.

poniedziałek, 15 października 2012

Odcinek 481, Lucy Maud Montgomery, 1908 rok


Z pamiętników Lucy Maud Montgomery

Czwartek, 15 października 1908
Cavendish, W. Ks. Edwarda
Lucy Maud Montgomery.
We wtorek odbyłam zachwycającą przejażdżkę do Park Corner korzystając z nieoczekiwanej sposobności, jaką był wyjazd Willa Houstona. Nie jeździłam tam od dwóch lat. Widok tego drogiego, starego domu i wesołe popołudnie ze Stellą bardzo dobrze mi zrobiły. Od dwóch tygodni czuję się o wiele lepiej – mój apetyt się poprawił i mam więcej energii, a chorobliwa niechęć do widywania się z ludźmi znacznie osłabła. Ale boję się zimy. Czuję, że brak mi sił, by stawić czoło troskom, które na pewno przyniesie. Babci bardzo dokucza reumatyzm i obawiam się, że zima będzie dla niej ciężka. Mam tylko nadzieję, że nie okaże się w tym roku bardzo mroźna.

Dzisiaj dostałam od wydawnictwa Page list z prośbą o fotografię i osobistą notkę o powstawaniu „Ani”, aby je przekazać „dociekliwym redaktorom”. Wydaje się, że „Ania” odniosła duży sukces. Stała się „bestsellerem” i właśnie wyszło jej piąte wydanie. Nie potrafię tego pojąć. Moim dominującym uczuciem jest niedowierzanie. Nie mogę uwierzyć, że taka prosta opowiastka, napisana w zwykłej wiejskiej osadzie na Wyspie Księcia Edwarda i przeznaczona dla młodych czytelników, naprawdę zyskała powodzenie w tym zabieganym świecie. Dostałam wiele miłych listów na jej temat – a recenzjom wprost nie ma końca. Większość jest bardzo pochlebna. Trzy czy cztery napisano w tonie dość pogardliwym, a trzy były naprawdę nieprzyjemne.
Okładka pierwszego wydania.

Jeden z recenzentów stwierdza: „ta książka promieniuje szczęściem i optymizmem”. Kiedy pomyślę o troskach, smutku i strapieniach, które towarzyszyły jej powstawaniu, dziwię się temu. Dzięki Bogu, potrafię oddzielić ciemne strony mego życia od mojej pracy. Nie chciałabym rzucać cienia na życie innych – chcę być zwiastunką optymizmu i słońca.
Czy to przyjemne? Oczywiście, że tak. Czuję z radością, że długie lata zmagań i samotnych wysiłków uwieńczone zostały powodzeniem. Ale to powodzenie wywołało także liczne drobne złośliwości, przejawy niechęci i zawiści. To mnie nie boli, ponieważ żaden z moich prawdziwych przyjaciół nie zawinił w taki sposób. Chwilami jednak ludzka natura budzi we mnie coś w rodzaju mdłości.

Lucy Maud Montgomery, Uwięziona dusza. Pamiętniki 1898–1910, tłum. Ewa Horodyska, Nasza Księgarnia 1998, s. 181–182.

środa, 12 września 2012

Odcinek 448: Anna Shirley, bez roku


List od Ani Shirley, magistra nauk humanistycznych, kierowniczki wyższej szkoły w Summerside, do Gilberta Blythe, studenta medycyny na Uniwersytecie Redmondskim w Kingsporcie
Szumiące Topole
Aleja Duchów, Summerside

Wyspa Księcia Edwarda

Poniedziałek, 12 września 
Najdroższy!


Czy zwróciłeś uwagę na adres? Czy kiedykolwiek słyszałeś coś równie uroczego? „Szumiące Topole” to nazwa mojego nowego domu. Uważam, że jest piękna, podobnie jak „Aleja Duchów”, która zresztą oficjalnie nie istnieje. Ulica ta właściwie nosi nazwę Trydenckiej, ale nikt tak jej nie nazywa. Tylko czasem w „Kurierze Tygodniowym” można znaleźć wzmiankę o ulicy Trydenckiej, a wówczas mieszkańcy Summerside spoglądają na siebie ze zdumieniem i pytają jeden drugiego: „Gdzie też to może być?” […]

Zapada zmierzch... (A propos, czy „zmierzch” to nie urocze słowo? Wolę je daleko bardziej niż „zmrok”. Brzmi miękko jak aksamit, zamyka w sobie wszystkie cienie odchodzącego dnia i... no, jest po prostu właśnie takie jak zmierzch). Za dnia należę do świata, a w nocy władzę nade mną przejmują marzenia senne i wieczność. Ale o zmierzchu należę tylko do siebie... i do Ciebie. Dlatego też o tej porze właśnie zamierzam pisać do Ciebie. Ale to nie będzie list miłosny. Stalówka w moim piórze drapie i nie mogę nią pisać listów miłosnych. Nie umiałabym też zapewne zdobyć się na taki list, gdyby stalówka była zbyt ostra lub zbyt tępa. A więc będziesz otrzymywał ten rodzaj listów tylko wtedy, gdy znajdę idealnie dobrą stalówkę.

Teraz opiszę Ci mój nowy dom i jego mieszkańców. […]
Od razu pokochałam ten domek. Istnieją domy, które, trudno powiedzieć dlaczego, wywierają głębokie wrażenie od pierwszego spojrzenia. Takie właśnie są Szumiące Topole. Jak Ci je opisać?! Jest to biały budyneczek – bardzo biały, z bardzo zielonymi okiennicami, wieżyczką w rogu i oknem na poddaszu. Niski kamienny murek odgradza go od ulicy. Wokół rosną w równych odstępach wysmukłe topole. W tyle znajduje się ogród, w którym kwiaty i warzywa tworzą cudowną mieszaninę barw. Słowa te jednak nie oddają prawdziwego czaru Szumiących Topoli. Jest to dom o własnej osobowości i ma w sobie coś, co przypomina mi Zielone Wzgórze. […]
Pokoik okazał się bardzo mały. Prowadzą doń boczne schodki. Jest dość mały, ale nie aż tak, jak ten okropny pokój, w którym mieszkałam przez pierwszy rok w Kingsporcie. Jedno okno wychodzi na zachód, a drugie na północ. Trzecie znajduje się w narożnej ścianie wieży. Stoją pod nim półki na książki. Podłogę pokrywa pleciony dywanik. Łóżko jest tak gładko zasłane barwną kapą, że wydaje się bluźnierstwem spać na nim. Dodatkowego dostojeństwa nadaje mu wspaniały baldachim. A co najlepsze, jest tak wysokie, że wchodzi się do niego po schodkach, zrobionych specjalnie w tym celu. Na dzień chowa się je pod łóżko. Prawdopodobnie kapitan MacComber przywiózł całą tę maszynerię z którejś ze swych zamorskich podróży.
W kącie stoi mały kredensik, którego półki wysłane są białym papierem powycinanym we wzorki. Na drzwiach widnieją namalowane bukiety kwiatów. Przy oknie leży okrągła, niebieska poduszka z wgłębieniem pośrodku. Przypomina duży niebieski pączek. W rogu stoi śliczna toaletka z półką na miskę, mydelniczkę i dzbanek z gorącą wodą. Na drugiej półce siedzi porcelanowa biała dama w różowych pantoflach, ze złocistą szarfą i czerwoną porcelanową różą w złotych porcelanowych włosach. W szufladzie ozdobionej mosiężną gałką leży moc ręczników. […]
Wprowadziłam się dzisiaj. [...]
Ale lubię Szumiące Topole i czuję, że one także mnie lubią. Zawsze wiem, czy lubi mnie dom, w którym mieszkam. [...]
Gdy zechcę, będę mogła spędzać urocze samotne godziny w moim pokoju. Czasem bardzo miło jest być samą. Zaprzyjaźnię się z wiatrami. […].
Chyba nie będę dziś spała. Nigdy nie mogę zasnąć w obcym domu, a co dopiero w tak dziwacznym łóżku. Ale to nie szkodzi. Zawsze kochałam noc, a tę spędzę marząc o całym swym życiu – przeszłym, obecnym i przyszłym. Szczególnie o przyszłym.
Długość tego listu dowodzi, że nie mam nad Tobą litości. Pragnęłam opisać Ci wszystko, żebyś mógł wyobrazić sobie moje nowe otoczenie. Kończę, gdyż daleko nad zatoką księżyc „tonie w krainie cieni”. Muszę jeszcze napisać do Maryli. Mój list przyjdzie na Zielone Wzgórze pojutrze. Tadzio przyniesie go z poczty i nie odstąpi od kolan Maryli, gdy będzie czytała. A pani Linde uważnie nadstawi uszu. Och! Jeszcze chwila, a pogrążę się we łzach z tęsknoty za domem. Dobranoc, najdroższy.
Twoja Ania
Lucy Maud Montgomery, Ania z Szumiących Topoli, tłum. Aleksandra Kowalak-Bojarczuk, Nasza Księgarnia 1990, s. 5–16.