Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modrzejewska Helena. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Modrzejewska Helena. Pokaż wszystkie posty

piątek, 8 kwietnia 2016

Odcinek 2050: Helena Modrzejewska, 1893 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Marii Chłapowskiej

W drodze do Chicago, w wagonie, 8 kwietnia 1893 roku
Moja droga Maryniu! 
Przebacz, że tak dawno nie pisałam, ale w naszym tułaczym życiu tak trudno zdobyć się na chwilę spokoju. Mam nadzieję, że list ten zastanie Cię w dobrym zdrowiu, jak również całą rodzinę. 
Czerwona Wieś musi być śliczna o tej porze. Zawsze z żywą przyjemnością myślę o miłych chwilach spędzonych z Tobą i Twymi — i tęsknię, pocieszając się nadzieją, że nam Pan Bóg pozwoli jeszcze wrócić do kraju i nacieszyć się Wami. Tego roku, niestety, myśleć o tym nie możemy z powodu nieprzewidzianych wydatków i okoliczności. 
Mój syn pracuje obecnie na własną rękę, ale w każdej chwili może mnie tu potrzebować, dopóki jego pozycja zupełnie się nie zdeklaruje. Przy tym jest Marylka, moja wnuczusia, nareszcie Wystawa Chicagowska i wiele innych powodów, nie wyłączając ranczu, które nas tego roku zatrzymują w Ameryce. 
Paderewski ciągle tu odbiera owacje i zbiera dolary. Takiego sukcesu nie miał tu
Ignacy Paderewski, 1898 rok.
żaden przed nim wirtuoz — nawet [Antoni] Rubinstein, co jednak nie dowodzi, aby Paderewski był większym od Rubinsteina. Różnica jest w indywidualności, niestety nie tyle artystycznej, ile powierzchownej, i chociaż Paderewski geniuszem nie przewyższa Rubinsteina, ale jego osobistość jest tego rodzaju, że przyciąga do siebie tłumy, po największej części żeńskiego rodzaju. Panny i panie amerykańskie po prostu wariują za nim, a ponieważ tu, jak i wszędzie na świecie, ce que la femme veut etc., więc powodzenie jest kolosalne. Wszyscy się tym bardzo radujemy, tym bardziej że jest nadzieja, że skoro tylko nasz artysta zbierze dość pieniędzy, osiądzie w jednym miejscu i zacznie na nowo komponować. Jego ostatni koncert jest bardzo piękny.
 
Jest tu obecnie artystka dramatyczna, Włoszka, Eleonora Duse, o której słyszałaś zapewne. Jest nadzwyczajna! chociaż ja zawsze admiruję Sarę Bernhardt więcej. Duse jest trochę naturalistką i filozofką, i trochę zanadto obrachowuje swoje efekta. 
Czy Moryś ma jeszcze jakie egzamina do zdawania? Jeżeli tak, to mu życzę, żeby ostatni poszedł najświetniej — i nie wątpię, że tak będzie. Jak zdrowie Henia? Z wiosną zapewne dobrze. Gabrynia już jest w świecie — jak jej się podoba le monde, bo że ona się podoba, o tym wiem z ust wiarogodnych. Co porabia Gucio? Ucieszyliśmy się bardzo projektem wysłania go do Ameryki. Jeżeli do tego przyjdzie, to znajdzie tu dwa kochające serca i cztery gościnne ramiona. Będziemy mu niesłychanie radzi [zakończenia listu brak]

Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 164–166.

czwartek, 15 maja 2014

Odcinek 1049: Helena Modrzejewska, 1877 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Marii Faleńskiej

San Francisco, 15 maja 1877 roku
Droga Pani!
Przed kilku dniami odebrałam list Pani, który mnie niezmiernie ucieszył.
Helena Modrzejewska w San Francisco.
Dziękuję, dziękuję, dziękuję! [...]
Spieszę podzielić się z Panią dobrym dla mnie wypadkiem. Oto odbyłam próbę z Adrianny Lecouvreur po angielsku, w obecności dyrektora i reżysera tutejszego teatru. Prosiłam się prawie o tę próbę — bo te niedźwiedzie nie dowierzały, żeby w kraju, który według ich mniemania wykreślonym został z karty dziejów świata, w kraju, o którym oni tu nigdy nic nie słyszą, mogła istnieć sztuka. Otóż — doznałam triumfu, jaki mnie jeszcze nigdy nie spotkał. Niedźwiedzi zmieniłam w pudlów skaczących obecnie na dwóch łapkach przede mną. Dyrektor — zachwycony, zadziwiony, oczarowany — zaangażował mnie na tyle przedstawień, ile sama zechcę, i życzy sobie, żebym już za miesiąc wystąpiła. Ja zaś odwlekam jeszcze, bo chcę się jeszcze paru ról nauczyć — ale bardzo być może, że mnie namówią do wcześniejszego wystąpienia. Moja angielszczyzna nie przeszkadza im wcale — owszem, Jankesy mówią, że niektóre dźwięki w mej mowie są perfectly wonderfull i nie tylko że ich mój akcent nie razi, ale przeciwnie, podoba im się. [...]
Pisząc o sobie i o sobie tylko, zapominam donieść Pani, że Karol jest obecnie w Anaheim. Pojechał tam dla klimatu, a po części dla oszczędności, bo nasze fundusze prawie wyczerpane — farma wszystko zjadła. Zresztą tu, w San Francisco, bardzo niezdrowe powietrze dla tych, co się nie ochraniają dosyć — a Pani zna Karola. Biegał w cienkim tużurku wieczorami i zaziębił się. Pisał mi jednak wczoraj, że już prawie zupełnie zdrów — i wybiera się na moje występy.
Muszę Pani opisać, jak tu mieszkam. Niech Pani sobie wyobrazi domek o jednym piętrze — drewniany — ale wyglądający jak pałacyk z oknami weneckimi zdobiącymi front, wewnątrz calusieńki obity dywanami, począwszy od sieni, a skończywszy na kuchni, gdzie pani domu, w kołyszącym fotelu czytając gazetę, dogląda garnków, przed domkiem krzaki i kwiaty — na podwórku fuksje, wino, róże. Oto jest moje mieszkanie. Ja rezyduję z Dolkiem na pierwszym piętrze, przede mną mieszka czarna i chuda dama, moja znajoma, a jeszcze niżej — tłusta, olbrzymia gospodyni domu. Te dwie panie tak mnie lubią, że mi nie dają wytchnąć — co chwila któraś z nich zagląda do mnie, czy mi czego nie potrzeba, czy nie jestem słaba, jednym słowem, psują mnie. Oprócz tego mam nauczycielkę [Joe Tucholsky] — młodą osobę, która się formalnie kocha we mnie. Jej to zawdzięczam przełamanie mego języka, ponieważ co dzień przychodzi, a bawi po cztery lub pięć godzin, czasem nawet na wieczór zostaje u mnie. Pokazuje się, że przeznaczono mi być lubioną przez płeć piękną. Za to też żaden Jankes nigdy się jeszcze za mną nie obejrzał, żaden mi nie powiedział komplementu [...] Jakiż ja niedorzeczny list do Pani piszę! To z radości, że mi się udała próba. Rzeczywiście, powróciwszy z teatru tak byłam wesołą jak dziecko, pobiegłam na podwórko urwać kwiatek — i o mało że nie schwyciłam w siatkę ślicznego kolibri uwijającego się koło fuksji, aby go spłaszczywszy należycie, przesłać w kopercie pannie Marii, ale cóż, radość rozmiękczyła mi serce, żal mi się zrobiło biedaczka i darowałam mu życie. A szkoda, bo można by go w broszce nosić.
Muszę skończyć, bo mój list sensu nie ma.


Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 385–387. 

wtorek, 13 sierpnia 2013

Odcinek 774: Helena Modrzejewska, 1876 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Stanisława Witkiewicza

Nowy Jork, 13 sierpnia 1876 roku
Kochany Panie Stanisławie!

Dziś niedziela, i tak spokojnie! Całe miasto wydaje się być pogrążone w głębokim śnie. [...]
Nowy Jork — to potworny, niechlujny bazar. Budynki są wielkie, ale bez stylu. Domy z cegły albo koloru czekoladowego (nazywają je tutaj broimstone), z zielonymi okiennicami, wyglądają po prostu okropnie. Całe miasto jest tak brzydkie, jak tylko sobie można wyobrazić. Ale to, co sprawia, że ulice wyglądają jeszcze mniej ponętnie, to są podeszwy męskich butów w oknach. Niech Pan sobie wy­obrazi, że mężczyźni mają tu osobliwy zwyczaj siedzieć w fotelach na biegunach i kłaść nogi na parapetach okiennych. Można oglądać i podziwiać wymiary ich butów w przedsionkach hotelowych, zakładach fryzjerskich, klubach, a nawet w niektórych prywatnych domach. Gdziekolwiek się obrócić, wszędzie te podeszwy patrzą na nas.
Central Park, 1863 rok.
Kilka dni temu poszliśmy do Centralnego Parku, pragnąc pospacerować i trochę odetchnąć chłodniejszym, świeżym powietrzem, ach, ale jakież rozczarowanie! Drzewa po większej części są zbyt młode, by dawać jakiś cień, a drogi i ścieżki są pokryte asfaltem. Asfalt rozpuszcza się na palącym słońcu i zatruwa powietrze. Wróciliśmy, skoro tylko znaleźliśmy wehikuł. Ale jest jedna rzecz, która mi się bardzo podoba: wieczorem chodzimy obserwować promy. Są to duże statki na dwóch rzekach — które z obu stron okrążają Nowy Jork — i przewożą pasażerów tam i z powrotem z różnych podmiejskich miasteczek. Kiedy wszystkie te statki są od wnętrza oświetlone, tworzą ładny widok. Kolorowe światła umieszczone z przodu każdego promu odbijając się w wodzie powiększają efekt, a ponieważ jest dużo, bardzo dużo tych poruszających się pałacyków, dążących w jedną i drugą stronę, cała rzeka wydaje się jak w ogniu. Oczywiście jeździliśmy kilka razy do Filadelfii oglądać Wystawę, i Rudolf
Otwarcie Wystawy Światowej w Filadelfii.
był uszczęśliwiony, bo interesuje się ogromnie wszelkiego rodzaju maszynami, które tu są wspaniale wystawione. Zobaczyłam, co tylko mogłam zobaczyć, jednak prócz gigantycznych ogórków i gruszek z Kalifornii nie zauważyłam niczego, co by przewyższało to, co widziałam poprzednio w Paryżu, Wiedniu lub Warszawie. Ale zwiedzaliśmy wszystko, podziwiając porządek i czystość, które rzucają się w oczy w każdej części terenów wystawowych. Staraliśmy się robić, co inni robili; próbowaliśmy nawet orzeszków ziemnych i nadymanej kukurydzy, dziwiąc się, dlaczego ludzie jedzą te łakocie bez smaku. Paprocki przepowiada, że za kilka lat nasze podniebienia tak się zmienią pod wpływem amerykańskiego powietrza i jedzenia, że z satysfakcją będzie widział, jak noszę orzeszki ziemne w kieszeni, a kukurydzę w bombonierce. [...]
Na razie do widzenia. Karol i reszta przesyłają Panu pozdrowienia.
Zawsze ta sama itd.

Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 313–316.


niedziela, 6 stycznia 2013

Odcinek 564: Helena Modrzejewska, 1875 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Szymona Bendy

Warszawa, 6 stycznia 1875 roku
Helena Modrzejewska.
Kochany Szymku!
Twój serdeczny i pełen dowcipu list zastał nas przy Wigilii. Właśnie podawano karpia na szaro, gdy się drzwi otworzyły i lokaj podał nam z wielką paradą na srebrnej tacy Twój list. (Nb. nie myśl, żeby to do zwyczajów należało; srebrnej tacy używa nasz lokaj tylko w uroczyste święta i przy gościach, w powszednie dnie w paluchach przynosi.)
Zaczęłam zaraz czytać Twój list — ale musiałam przestać, bo wszyscy już napoczęli karpia i dalsze czytanie listu mogłoby się było tragicznie zakończyć, bo już Karolek zaczął się tak śmiać, że się aż zakrztusił, a Dolcio był zmuszonym wyjść z pokoju, żeby się uwolnić od kąska, którym zapełnił już buzię.
Żebyś widział teraz Dolcia, zadziwiłbyś się bardzo. Niedługo będzie z niego skończony mężczyzna. Jest mało co mniejszy ode mnie i zawsze nadzwyczaj poważny. Grywa w szachy i należy do towarzystwa łyżwiarzy — tylko mu papierosa w ustach brakuje. Najwięcej zaś to mnie cieszy, że się doskonale uczy j bardzo lubi muzykę. Macie więc córkę [Jadwigę]. My zaś oboje z Karolkiem oczekujemy na próżno potomka; żeby się pocieszyć, wzięłam na wychowanie małą Józię [Tomaszewiczównę, córkę] dużej Józi [Tomaszewiczowej]. Jest to mały hipopotamik pod względem form ciała — ale móżdżek jest bardzo mizerny u niej. Ma jednak zdolności do muzyki i rysunku. Nie mówisz nam, jakie ma imię Wasza mała? [...]
Pisz znów do nas, jak Ci czas pozwoli. Nie pojmujesz, co to za radość dla mnie, dla Mamy [Józefy Bendowej] i Karola, gdy Twoje listy czytamy.
Ksawcię całuję serdecznie w obydwa policzki, przesyłając przy tej sposobności życzenia świąt jej i jej rodzicom, spóźnione, ale szczere. Ciebie także ściskam z całej duszy — i Wasze pędraczki [Władysław i Jadwiga] niech przyjmą całusy kochającej ciotki.
Helena
Mateczka rozlewała łzy radości nad Twym listem i kazała Was uściskać przesyłając błogosławieństwo Waszej małej.
Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, wybór i opracowanie Jerzy Got i Jerzy Szczublewski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965,  s. 263-264.

niedziela, 2 grudnia 2012

Odcinek 529: Helena Modrzejewska, 1907 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Ludwiki Chłapowskiej

Tustin, Cal., 2 grudnia 1907 roku
Helena Modrzejewska.
Najdroższa Luniu!
Twój serdeczny liścik ucieszył Wujaszka i mnie niezmiernie, a opis pracy, jakiej się oddajesz, zaimponował nam bardzo. Jakże to piękne zajęcie, ogrodnictwo. Ja bym też pragnęła bardzo oddać się tej umiejętności, ale niestety tu nigdzie nie ma takiej szkoły i sama muszę z doświadczenia się uczyć, sadzić na ślepo i czekać, co wyrośnie, albo obcinać róże bez umiejętności, kierując się jedynie instynktem. Jednak znajdowałam w zajęciu się krzewami i kwiatami dużo przyjemności, gdyśmy mieszkali na ranczu.
Obecnie mieszkamy tu w najętym domu, który Ci muszę opisać, bo jest oryginalny. Wyobraź sobie długie niskie domostwo w stylu hiszpańskim. Wchodzisz doń głównymi drzwiami, prosto do sali 42 stóp długiej, a 30 szerokiej, o wysokim stropie i wiązaniach z polerowanego drzewa. Strop jest zbudowany pod dachem i według tegoż formy, tak że przez to robi salę bardzo wysoką, chociaż dość ciemną z powodu wspaniałego balkonu przed domem. Na prawo jest pokój zwany biblioteką, tuż obok prześliczny jadalny pokój. Ze sali także na prost [!] wchodzi się do podwórka czworograniastego, otoczonego kolumnadą. Czworobok poza kolumnadą stanowi trawnik, fontanna z jedną złotą rybą oraz wiszące w koszach różnego rodzaju paprocie. Po bokach stoją palmy, po kątach kosze ze zwieszającymi się roślinami oraz rząd prześlicznych różnorodnych paproci, po stronie cienia umieszczonych. Z tego podwórka na prawo wchodzi się do naszego sypialnego pokoju o sześciu oknach i okienkach i o pięciu wmurowanych szafach. W trzech z nich można się ubierać, tak są duże. Ten pokój ma swoją łazienkę oraz pokoik do bielizny z półkami, szafą i skrzynią, a stamtąd wchodzi się do innego również dużego jak nasz, sypialnego pokoju. Naprzeciw wchodowych drzwi jest pokój gościnny, który jest najładniejszy, tj. najstaranniej umeblowany. Stąd jest tylko jedno wyjście, to jest do podwórka, a stamtąd idzie się do śniadalnego pokoju, który jest obok kuchni, z kuchni idzie się do spiżarni, a stamtąd do dużego jadalnego. Tak że około podwórka ten dom jest budowany i nikt się do podwórka nie może dostać prosto z dworu, trzeba koniecznie przejść przez jeden z pokoi. Ale na tym nie koniec. Poza domem jest jeszcze jeden dom, w którym się znajdują trzy pokoje dla męskiej służby, dwa gościnne i jeden dla pokojówki. Oprócz tego jest sala bilardowa, kręgielnia, strzelnica i ruleta. Stajnia jest także w hiszpańskim stylu i tam mieszkają nasz koń i krowa. Lawn tennis court także jest, a wszystko oświecone elektrycznością, zewnątrz i wewnątrz.
Możesz z tego opisu sądzić, jak nam tu wygodnie. Płacimy za ten dom umeblowany, ze srebrami i porcelaną i wszelkimi dodatkami 700 dol. na rok. Na przyszły rok jednak będziemy musieli się stąd wyprowadzić do nowego domu, który się ma na wiosnę budować. Kupiliśmy tu trzy morgi, a raczej akry, aby sobie chałupkę na nich zbudować i ładny ogród założyć.
Obecnie całe moje zajęcie koncentruje się w pisaniu pamiętników. Pracuję rankami, a po obiedzie oddaję się szyciu lub czytaniu. Szyję sukienki dla biednych dzieci i ubieram lalki na Boże Narodzenie dla stowarzyszenia katolickiego zwanego Bronson Settlement, którego zajęciem jest zbieranie dzieci z bruku i uczenie ich religii oraz innych nauk. To stowarzyszenie jest założone przez naszego biskupa w Los Angeles i bardzo prosperuje. [...]
Mamy tu bardzo miłych sąsiadów, nie tak jak na ranczu, gdzie nasz najbliższy sąsiad był eks-złodziej koni, a z drugiej strony mieszkała meksykańska rodzina robotników. Teraźniejszy nasz sąsiad jest prezesem banku z rodziną. Żonę ma bardzo miłą, i ładną córkę. Oprócz tego dwóch chłopców i dwie krewne. Chodzimy do nich i oni do nas na wista. [...]
Jestem obecnie w stanie rozjaśnienia, bo za tydzień mój syn tu ma przyjechać na tydzień. Wujaszek także się na jego przyjazd cieszy.
[...] Bardzo a bardzo tęsknię czasem za krajem — za Wami — ale  jeszcze nie  tak  prędko  będziemy  mogli  zawitać w nasze łany.Muszę skończyć pamiętnik i musimy dom zbudować. To zabierze przeszło rok. W lecie może wybierzemy się do Chicago lub tam, gdzie Dolciowie będą, a później może i do kraju na wizytę.
Do  widzenia, najdroższa  Luniu.  Oboje z Wujaszkiem przyciskamy Cię do serca i życzymy powodzenia w ogrodnictwie.
Kochająca ciotka Helena
Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 2, wybór i opracowanie Jerzy Got i Jerzy Szczublewski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 369-372.

środa, 17 października 2012

Odcinek 483: Helena Modrzejewska, 1894 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Józefy Chłapowskiej

Żegocin, 17 X 1894 roku
Helena Modrzejewska.
Najdroższa Józinko!
[...] Przedwczoraj jeździliśmy do państwa Gorzeńskich.
Podobno tam byłaś, więc Ci nie będę opisywać ogrodu i parku, które są prześliczne. Pani Gorzeńska wystąpiła z dobrym podwieczorkiem i wyborną kolacją, pan Gorzeński zaprawiał ją sosem swoich konceptów i uwag — więc było wesoło, zwłaszcza, że wujaszek Karol w bardzo żywą wdał się rozmowę z całym stołem o Kalifornii. Ja rozmawiałam z panem Wacławem Łubieńskim, który siedział przy moim złym uchu — o glizdach! A to stąd poszło, że ja wymówiłam wyraz „izba”, a on zrozumiał „glizda”, więc na ten temat dalej prowadziliśmy rozmowę. Widać, że i ja siedziałam ze strony jego złego ucha. Bardzo miły człowiek ten pan Łubieński i ma jeszcze milszą żonę.
[...] wracając z grodu Ostrorogów, wszystkie trzy, tj. ciocia Teońcia [Teonia Chłapowska], Lunia i ja, spałyśmy jak zabite, ale za to wspomnienia w kształcie pchełki, która zapewne wiedziona popędem ciekawości przeniosła się ze śnieżnego grzbietu pieska pani Gorzeńskiej na moje łono — wspomnienia owe tak skakały, nie po mojej głowie, ale po całym ciele, że do trzeciej z rana oka zmrużyć nie mogłam i dopiero gdy nasycona psotnica uciszyła się, i mnie sen oczy skleił. To się stało z mojej winy, gdyż doświadczenie mnie już nauczyło, że nie mogę nigdy bezkarnie bawić się z pieskami. Gdyby pani G. przeczytała ten list, śmiertelnie by się na mnie obraziła za taką relację o jej piesku, który jest pod wszelkimi względami wzorem doskonałości. Byłoby mi to przykro, bo ją nadzwyczaj lubię i cenię.
Wczoraj pani G. przywiozła tu panią Łubieńską, tak więc Mama zastała gości, z którymi z wielkim ożywieniem przez cały wieczór rozprawiała; ja zaś byłam tak zmęczona po bezsennej nocy, że gdyby nie Lunia, która na mnie zawsze sprawia ożywcze wrażenie, byłabym ziewała z pewnością. A teraz bojąc się, abyś Ty ziewać nie zaczęła nad moim listem, kończę pieczętując go serdecznym całusem. Papie pozdrowienia i uścisk ręki.
Kochająca Cię 
ciotka Helena

[...]
Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 2, wybór i opracowanie Jerzy Got i Jerzy Szczublewski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 175-176.

piątek, 23 grudnia 2011

Odcinek 184: Helena Modrzejewska, 1877 rok

List Heleny Modrzejewskiej do Marii Faleńskiej

Nowy Jork, 23 grudnia 1877 roku
Helena Modrzejewska w roli Kamili
(Dama kameliowa), Nowy Jork.
Droga, kochana Pani!
Nie mogłam odpisać wcześniej na list, pełen — czego? Ot,  pełen  dobrych,  szczerych,  serdecznych  wyrazów,  za który nie wiem doprawdy, jak dziękować. Jaka Pani dobra, to sama o tym nie wiesz. Każdy list Pani przynosi mi pociechę, której bardzo potrzebuję w mym osamotnieniu. Mówię w osamotnieniu, ponieważ przez parę miesięcy byłam sama z Dolkiem [synem Rudolfem]. Bieda na jakiś czas rozłączyła mnie z Karolem. On pojechał na farmę, bo tam przynajmniej mógł żyć, a ja z Dolkiem bardzo skromnie żyłam z tego, co zebrać mogłam z sprzedaży kilku kosztowniejszych przedmiotów przywiezionych z kraju. Przed wyjazdem moim do Nowego Jorku Karol przyjechał do San Francisco — zdrowszy dzięki Bogu (bo, jak pisałam, zdrowie jego szwankowało) — i pozostał ze mną dwa tygodnie, tj. aż do mego wyjazdu. Obecnie znajduje się w San Francisco — dla tych samych powodów, które nas poprzednio rozłączyły. Podróż od jednego oceanu do drugiego jest bardzo kosztowna, a że ja, zamiast kapitałów, mam dotychczas tylko długi, więc czekamy lepszych czasów, aby się znów połączyć. Chciałabym bardzo, żeby przyjechał do Nowego Jorku, bo tu będzie bliżej Europy i — chociaż niepodobna, żeby ze mną jeździł po różnych miastach, bo tu ludzie bardzo dziwnie patrzą na mężów podróżujących z występującymi na scenie gwiazdami. [...]
A teraz donoszę Pani, że wczoraj, tj. 22 grudnia 1877 r., wystąpiłam po raz pierwszy w Paryżu Stanów Zjednoczonych [w Nowym  Jorku]. Bałam się strasznie — i gorzej grałam niż kiedykolwiek, a przede wszystkim gorzej wymawiałam, pomimo tego nie było końca oklasków. Dziś rano mój agent przyniósł mi wszystkie pisma — wszystkie jednomyślnie chwalące mnie. Powinna bym być zadowoloną, a jednak rozpłakałam się jak dziecko. Dlaczego? Ot, niech Pani sobie mnie wyobrazi w obszernym salonie, wygodnym, ogrzanym, sute śniadanie zastawione przede mną, dwanaście pism, śpiewających mi pochwały, rozrzuconych na ziemi, na stole ogromny kosz kwiatów z napisem Hołd od rodaków. Jednym słowem, wszystko, co może zadowolić miłość własną i żołądek, ale proszę się obejrzeć naokoło: w tym salonie ja jestem sama, ludzie, co przemawiają do mnie — cudzoziemcy, nikogo, co by dzielił ze mną owe triumfy, o których powiedzieć mogę jak Hamlet [w przekładzie] Ostrowskiego, że „złamanej szpilki niewarte. Wprawdzie Dolek jest ze mną, ale on zajęty swą muzyką i wtenczas tylko szczęśliwy, gdy gra — nie mam prawa zajmować go mymi sprawami. Tak więc, zmuszona sama trawić moje powodzenie, czuję się często chorą — moralnie. W tej chwili spoglądam od czasu do czasu na ów kosz kwiatów i serce mi się ściska, i tęsknota za krajem wraca w całej potędze, i chciałabym mieć skrzydła, uciec stąd do moich i tam, moim językiem wyśpiewać wszystkie walki, które przebyłam. Zdaje mi się, że piszę niedorzeczności. Daruj mi Pani. Odczytałam mój list i chciałam go spalić — ale się namyśliłam i posyłam, jaki jest. Jeżeli w nim jest co nienaturalnego, proszę to złożyć na karb gorączki.
Helena Modrzejewska w roli Julii
(Romeo i Julia), San Francisco.
[...] Takie życie, jak obecnie prowadzę, nie jest dla mnie. Niech Pani sobie wyobrazi, co to jest grać — jak ja tu będę — trzy, cztery lub pięć tygodni co dzień Adrianną Lecouvreur, a w każdą sobotę dwa razy na dzień, potem pojechać na tydzień do Filadelfii i grać znów Adriannę, potem na tydzień do Baltimore i znów to samo, nareszcie do Bostonu — tam zmiana: tydzień Adrianna, tydzień Julietta, tydzień Dama kameliowa. Gram tę sztukę, niestety, ale muszę przyznać, że w przerobieniu angielskim owa dama jest tylko kokietką, tak niesłychanie popularną i lubianą, że byłam zmuszoną ubrać się w nią. Zresztą, co mi tam — nie myślę wpływać na moralność panien amerykańskich, które, między nami mówiąc, jeżeli są bardzo surowe w pozorach, to podobno w czynach są niesłychanie liberalne. Nigdzie się nie widzi tyle hipokryzji, co w tym Nowym Świecie. Najmniejsze zboczenie z drogi wywołuje skandal, ale dopóki dowodów nie ma, choćby nawet wszyscy wiedzieli o fakcie, to wszystko jest all right.
Kończę mój list prośbą o częste wiadomości o sobie, o panu Felicjanie, któremu posyłam serdeczne pozdrowienie. Ściskam kochaną Panią — a proszę nie chorować. Obojgu życzę zdrowia.
Helena
[...]
Korespondencja Heleny Modrzejewskiej i Karola Chłapowskiego, t. 1, wybór i opracowanie Jerzy Got i Jerzy Szczublewski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1965, s. 398-401.