Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marai Sandor. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Marai Sandor. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Odcinek 1151: Sándor Márai, 1939 rok

Z zapisków Sándora Máraia

25 sierpnia 1939 roku
Sándor Márai.
Wenecja należy do życia jak narodziny i śmierć. Każdy ma dwa miasta rodzinne. Jednym z nich jest Wenecja.
Człowiek przyjeżdża, udaje się gondolą do hotelu, chodzi po uliczkach, siedzi w kawiarni na placyku, na chybił trafił odwiedza znajome muzea i kościoły i cały czas czuje się jak syn marnotrawny, który powrócił w rodzinne pielesze. Tak, to jest Ca' Rezzonico, salon, w którym Tiepolo malował sufit. Bo w Wenecji tak się żyło: kiedy ktoś potrzebował malarza pokojowego, wzywał starszego lub młodszego Tiepolo.
Przybywałem już do Wenecji pociągiem, samolotem, statkiem i samochodem, ale niezależnie od tego, czy zdarzało mi się ujrzeć ją z powietrza, z portu, czy z długiego mostu, za każdym razem odczuwałem niepokojące, mocne bicie serca, jakby mój prywatny los był jakoś związany z tym miastem. Wenecja bynajmniej nie jest miła — jest tajemnicza, twarda, oporna. Kiedy mieszkańcy Aquilei uciekali w laguny przed wojskiem Attyli, wbudowali w kamienie i marmur opór człowieka kultury wobec barbarzyńskiego najeźdźcy. Bo świat zawdzięcza Wenecję Attyli — przyczyna wszelkich ziemskich rzeczy jest zaiste niepojęta i nieprzewidywalna.
Piazza San Marco, Wenecja, 1939 rok.
Człowiek przyjeżdża, wsiada do gondoli i od razu czuje, że Wenecja wzięła go w posiadanie; poznaje też, w jaki sposób to robi. To szczególna metoda, ta sama od stuleci, a następne wieki zapewne też jej nie zmienią. Sekretem sposobu Wenecji jest właśnie gondola. Po wodach lagun poruszają się już i nowocześniejsze środki komunikacji, pływa vaporetto, śmigają lodzie motorowe. I każdego dnia człowiek kilkakrotnie z nich korzysta, bo gondola jest droga. Ale gondolier stoi w swojej czarnej trumnie, w odwiecznym rytmie kołysze się nad wodą i wiosłem i wie, że każdy gość Wenecji w końcu stanie się niewolnikiem gondoli. Dlaczego? Bo przed tym tajemniczym, odwiecznym sposobem weneckim nie można się obronić.
Gondole w Wenecji nie mają już żadnego praktycznego znaczenia. Vaporetto doskonale radzi sobie z przewozem licznych pasażerów, a komu bardzo się spieszy, dzwoni po motorówkę. Nawet według kryteriów weneckich gondola jest najwolniejszym środkiem komunikacyjnym. Rada miejska od stuleci reguluje działalność gondolierów, nie wolno im już samowolnie pływać po lagunach, poruszają się po wąskich kanałach według ustalonych cen. Gondolier wiosłuje powoli, ma czas. Czasem krzyknie coś melodyjnie, czasem machnie ręką, nogą albo wiosłem w kierunku gondoli płynącej z przeciwka, czasem opowiada coś niebu, marmurowym ścianom i wieczności w niezrozumiałym, wspaniałym i wielomównym języku. Ale poza tym to najspokojniejsi ludzie na świecie. Nie spieszą się, ponieważ wiedzą, że nikt nie umknie gondoli. W Wenecji każdy obcokrajowiec zostaje jej niewolnikiem.
Wojna w gondoli, 1940 rok.
Naturalnie można się dostać do hotelu i w inny sposób — człowiek wsiada na stateczek parowy, wynajmuje bagażowego, który niesie walizki... ale to takie skomplikowane i zbyteczne! Przecież pod ręką jest gondola, która obejmuje człowieka niczym kochanka z zaświatów. Nie ma na świecie, na ziemi, na wodzie ani w powietrzu środka lokomocji, który by kołysał tak łagodnie, tak miękko, z tak cudownym wyczuciem rytmu jak to tajemnicze czółno, którego kształt, kolor, proporcje i poruszenia nie zmieniły się od stuleci. Gondoli nie pokonała maszyna, która zastąpiła dorożkę. Gondola była silniejsza. Chwyta podróżnego już w chwili przybycia i do momentu wyjazdu trzyma go jak swego niewolnika.
W Wenecji człowiek czuje się zawsze trochę jak podczas blokady: jeśli skłócisz się z gondolierami, nie ma ucieczki; obcy może najwyżej skoczyć do wody. I Wenecja strzeże gondoli niczym doskonałego i tajnego sposobu na utrzymanie niewolnictwa. Człowiek przyjeżdża i gondola porywa go ze sobą w ten nieprawdopodobny, gęsty i szlachetny czar, jakim jest Wenecja. A potem gość opuszcza miasto i gondola obojętnie płynie z nim pod drobnymi mostami, w cieniu wieczności, tak bezszelestnie, jakby płynęła nie przez wody laguny, tylko przez wieki. Tak powinienem odejść z życia, myśli podróżny, w taki sposób należy opuścić ten nieprawdopodobny, gęsty i szlachetny czar, jakim były rzeczywistość i sen, walka i pokój, Wenecja i Mateszalka. Tak chciałoby się odejść z życia, w pokoju i niepamięci tego kolebania, jakby człowieka usypiała jakaś prastara, tajemnicza piastunka, kołysząc go tak samo jak kiedyś, w początkach życia. Bo gondola ma w sobie coś z ruchu kołyski, ale ma też coś z czarnej nieruchomości trumny. Nie można do niej przywyknąć, nie sposób się nią znudzić...
Tak, kołysz mnie, gondolierze! Masz rację, nie ma się dokąd spieszyć. Jakiś ty dziwnie znajomy w tym słomianym kapeluszu! Czy przypadkiem nie nazywasz się Charon?

Sándor Márai, W podróży, tłum. Teresa Worowska, Fundacja Zeszytów Literackich 2011, s.106-108.

sobota, 11 sierpnia 2012

Odcinek 416: Sándor Márai, 1938 rok

Z zapisków Sándora Márai

11 sierpnia 1938 roku
Sándor Márai.
W tych gorących dniach, kiedy poczta codziennie przynosi kolorowe widokówki to z gór, to znad morza, kiedy ludzie uganiają się za nowoczesnymi sposobami podróżowania i przeżywania świata, przypomniał mi się stary album. Odszukałem go i długo przeglądałem.
Ten album ma sto lat, pochodzi z tajemniczej rodzinnej rupieciarni. (Każda rodzina ma coś takiego). Minęło sto lat od czasu, kiedy człowiek, który wykleił te karty fotografiami, wycinkami z gazet i pamiątkami, co jakiś czas wyjeżdżał i zwiedzał świat. Znał już pociąg i statek parowy, ale najczęściej podróżował powozem. Musiał być kimś ciekawym świata, bo wybierał się w podróż co rok, był w Szwajcarii, W Paryżu i w Londynie, objechał też Węgry, odwiedził Kassę, Löcse, Oradeę. Wszystko, co po drodze zobaczył i uznał za godne zapamiętania, trafiało do albumu, który potem gdzieś się zawieruszył, a ja go teraz oglądam po stu latach.
Ten mój daleki i nieznany krewny podróżował jeszcze z pietyzmem. Pojechał do Paryża, obejrzał w Luwrze Wenus z Milo, kupił barwną reprodukcję, przywiózł ją do domu, wkleił do albumu i podpisał: Wenus z Milo. Kupił też obraz przedstawiający angielski parlament, umieścił go w albumie i podpisał: „Tu mieszka angielska demokracja. W Karlsbadzie oglądał przedstawienie teatralne, przywiózł stamtąd na pamiątkę drukowany złotymi literami program teatralny. W Lilafured na brzegu jeziora Hamori zobaczył dwie ciekawe, rzadkie odmiany paproci, które również znalazły się w albumie. Z Paryża przywiózł egzemplarz sławnego pisma „Charivari z 7 marca 1838 roku, pełnego plotek i śmiesznych karykatur. W Wiedniu bardzo spodobał mu się ogród schönbruński, przywiózł stamtąd kwiat. Dziesięć lat później zdobył portret Petöfiego, wkleił do albumu i podpisał: „Dziś widziałem Petöfiego.
Ten album jest skromny i naiwny. Z rozczuleniem przewracam jego pożółkłe karty. Ale po chwili coś sobie uświadamiam i ogarnia mnie wstyd. Bo ja już nie śmiałbym przywieźć z Paryża i umieścić w albumie obrazka z Wenus z Milo ani podpisać go przez wzgląd na niedokształconych. Obcy już nam ten drobiazgowy, odświętny, nieśmiały i delikatny sposób oglądania, odczuwania, nasłuchiwania świata. My każdego lata rzucamy się na niego jak szaleni, opychamy się nim obiema rękami. Wszystkiego nam mało! W ciągu sześciu dni chcielibyśmy zobaczyć góry — wszystkie góry! — od Szpicbergów do Tatr Wysokich, Lido, Paryż, razem z Luwrem i Juan-les-Pins, za pół ceny. Kto dziś wybiera się w podróż, pospiesznie wysyła jedną-dwie kartki „z tego pięknego miejsca i uważa za naturalne, że to piękne miejsce jest Kopenhagą czy Wenecją. Sto lat temu podróżny wymawiał jeszcze te nazwy z nabożeństwem. Do Gastein szykował się tak jak my na wyprawę do Indii, ale był jeszcze bardziej przejęty i wzruszony. Przeżycie stanowiła zwykła podróż do Wiednia czy nad jezioro Hamori, nawet przemówienie króla Ferdynanda otwierające narady parlamentu węgierskiego w Pozsony było dla słuchacza wydarzeniem, choć cesarz i król Ferdynand był, biedak, półgłówkiem i w Pozsony udało mu się wygłosić wszystkiego półtora zdania. Dawny podróżnik obserwował, słuchał, widział i zapamiętywał. My już tylko jeździmy.
Podróżujemy wygodnie, bardzo szybko i na wielką skalę. W ciągu dziesięciu godzin przelatujemy z Pesztu do Helsinek. A pocztówka, którą wysyłamy do kraju ze stolicy Finlandii, Londynu czy Rzymu, najczęściej przychodzi później niż my, niespokojni wędrowcy. Mój krewniak przed stu laty jechał przez świat powoli, ale coś widział. Każda rzecz była dla niego nowością, nawet Wenus z Milo i cesarz Ferdynand. Dla nas wszystko jest takie, jakbyśmy już to widzieli — może w jakimś prospekcie? — a błyskawiczne wojaże odbywali właściwie tylko dla sprawdzenia. Tak, wszystko jest na swoim miejscu, rzeźby Thorvaldsena, szczyt Jungfrau, pomnik Ibsena w Oslo i parlament angielski. W porządku, możemy wracać do domu. Świat mieści się w aparacie Kodaka, wspomnienia przesuwają się jak klatki filmu, wszystko jest niewyraźne i zlewa się ze sobą, a wspomnienia z podróży kurczą się do rozmiarów hasła. Podróżny sprzed stu lat jeszcze marzył o świecie jak o trudnym i zarazem wspaniałym przeżyciu, o Petófim i o angielskim parlamencie. Ja dziś zazdroszczę mu tych marzeń.
Sándor Márai, W podróży, tłum. Teresa Worowska, Fundacja Zeszytów Literackich 2011, s. 88-91.