Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mansfield Katherine. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mansfield Katherine. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 września 2017

Odcinek 2077: Katherine Mansfield, 1920 rok

List Katherine Mansfield do J.M. Murry’ego

Mentona. Niedziela po południu. 19 września 1920 roku
Przecież to prawda, że co niedziela będziemy razem chodzili na spacer? Przez cały tydzień ciężko pracujemy. Ty w tym ohydnym, czarnym mieście, którego nienawidzę, ja — na mojej pięknej wyspie; ale gdy przychodzi niedziela (była to dziś rano moja pierwsza myśl) stroimy się i zaraz po dwunastej słyszę upragnione, odrębne, trochę zabawne gwizdanie. Podbiegam do okna, posyłam całusa, zsuwam się ze schodów i idziemy. W tym tygodniu nie pójdziemy daleko — tylko tyle, aby stracić świat z oczu — to wystarczy. Bo Twoja Wig jeszcze bardzo słaba, nie może chodzić prosto; czasami wpadam na drzwi albo stawiam nogi za wysoko, ale doprawdy czuję się lepiej. [...]
Później.
Mam uczucie, że ten domek powinien w jakiś sposób stać się naszą własnością. Jest to doskonałość w swoim rodzaju i odpowiedniej dla nas wielkości. Leży wysoko przy bocznej dróżce, która tworzy odnogę innej bocznej drogi — odosobniony — pokoje dają na południe i zachód — ogród — taras na południe — ideał. Mógłbyś uprawić cały ogród. Przed kuchnią jest mały warzywnik, a od frontu dość duży kawał ziemi pełen drzew i roślin. W ogrodzie znajduje się jeszcze kran od wody — z boku znowu klomb — dróżka — kamienny taras z widokiem na morze — wielka magnolia i palma, która wygląda, jakby daktyle na niej dojrzewały. Otrzymasz fotografie tego wszystkiego. Wewnątrz jest solidnie i tak jakoś obszernie; wszystko mieści się na dwóch piętrach, a gospodarska część oddzielona, zamknięta i także doskonale zaopatrzona. Będę oczywiście prowadziła ścisłe rachunki, zobaczę dokładnie, ile by nas kosztowało życie tutaj. 
Marie, służąca, jest znakomitą kucharką — równie dobrą jak Annette. Załatwia wszystkie sprawunki, jak dotąd wydaje mi się, że dobrze to prowadzi; prawdziwy skarb. Gotuje oczywiście na maśle, ale to wychodzi na jedno, ponieważ nie jadam masła do stołu. Jedzenie jest o wiele lepsze niż w Anglii w domach, gdzie bywamy, nie wiem, do jakiej kuchni mogę je porównać — a wszystkie proste potrawy, jarzyny, sałaty są doskonałe. Wielką przyjemność sprawia mi pójść do kuchni na ranną szklankę mleka i widzieć tę poczciwą duszę, która powraca z targu do czyściutkiej kuchni, gdzie suszą się pęki cytrynowych liści i pęki rumianku.
Katherine Mansfield przed domem w Mentonie, 1920 rok.


Wszystko jest we wzorowym porządku. Na płycie stoją rondle — tajemnicze rondle — w których coś się praży. Jarzyny ułożone w wiązki gotują się w dużym glinianym garnku, a podczas gdy ja piję mleko, Marie opowiada o swoich świetnych zakupach. Anatol France mógł był mieć taką kucharkę. 
Pogoda jest doprawdy niebiańska, za gorąco, aby używać dużo ruchu, ale w nocy podnosi się lekki powiew. Nie umiem Ci powiedzieć, co za zapachy przynosi — woń morza jak w środku lata, woń laurów z ogrodu i zapach cytryn. Dziś po drugim śniadaniu przyszła nagle wielka burza, padały krople deszczu wielkości stokrotek, a całe niebo było fiołkowe. Wyszłam zaraz po burzy — niebo połyskiwało od błyskawic, słońce wyglądało jak olbrzymi kleks ze srebra, krople podobne do srebrnych rybek zwisały z drzew. Piłam deszcz z brzoskwiniowych liści, a potem strząsnęłam sobie prysznic na głowę. Wszystkie liście fiołków wypełnione były wodą. Myślałam o Tobie — to są rzeczy, których dla Ciebie pragnę. Teraz ogarniam znowu wzrokiem całe niebo i światło na wodzie — nasłuchuję głosu koników polnych, wypatruję malutkich żab na ścieżkach, widzę jaszczurki... Mam dziwne wrażenie, jakbym to ja była w domu, a Ty nieobecny.

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 268–271.

niedziela, 28 czerwca 2015

Odcinek 2023: Katherine Mansfield, 1919 rok

List KatherineMansfield do lady Ottoliny Morrell

Hampstead, piątek 28 czerwca 1919 roku
Diabelne zimno wciąż trwa. Noszę jeszcze mój pas ratunkowy, nasycony od wewnątrz maściami. Ach, te noce! Siedzę na łóżku i czekam, aż czarne drzewa staną się zielone. A jednak świt, który wreszcie nadchodzi, jest tak piękny, a zarazem taki straszny — narodziny światła są takie cudowne, że prawie warto na to czekać. Kiedy w nocy biją godziny, odbywam wędrówkę po miastach — w wyobraźni. Niewidzialna, prześlizguję się przez nieznane ulice, zastanawiam się, kto zamieszkuje duże domy o ciężkich drzwiach, albo też przyglądam się odpływającym łodziom na jakimś wybrzeżu i wdycham nocny zapach pełnego morza — aż bezsenność staje się ekstazą. Jaka to dziwna i realna rzecz, życie osobiste — własne, tajemne, osobiste życie. Nikt nie wie, co się myśli. Nikt nie ma nawet najlżejszego pojęcia, kim się właściwie jest...

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 176–177.

wtorek, 13 maja 2014

Odcinek 1047: Katherine Mansfield, 1915 rok

List Katherine Mansfield do J.M. Murry’ego

Paryż, 13 maja 1915 roku
Nie potrafię Ci opisać, jak tu pięknie przy dziennym świetle. Liście na drzewach już się rozwinęły... Zapomniałam zupełnie, co za intensywne życie toczy się wewnątrz drzewa, jak ono drży i niemal wygładza swe piórka, jak trzepocą się najwyższe jego gałązki, a niskie kołyszą się leniwie.

Bardzo dzisiaj gorąco. Wszystkie okna otwarte na oścież. Przechodnie od samego rana niosą naręcza bzu... Otyli mężczyźni, niskiego wzrostu, trzymają pęki bzu zawieszone kwieciem w dół, na małym palcu; młode dziewczęta tulą wiązanki w ramionach; dzieci kryją twarzyczki w kwiatach; stare, tłuste kobiety przyciskają bukiety do siebie i tylko widać jakby kryzę z bzu nad ich piersiami. Wybiegłam o siódmej kupić pomarańcz. Sklepy były już otwarte. Zwoje kiełbasy zwieszały się nad garnkiem, w którym tkwił bez; krawcowa schylona nad maszyną miała gałązkę bzu przy bluzce (nic Ci już więcej nie powiem, bo mi nie uwierzysz). Bez jest wszędzie. Powiem Ci tylko, gdzie go spostrzegłam wczoraj po raz pierwszy. 

„Ach, Tig, nie zawracaj mi głowy!”

Już kończę, ale to muszę opowiedzieć. Zatrzymaliśmy się przed sanitarnym pociągiem. Z okna widziałam wnętrze wagonu; nosze stały w krąg. Ludzie przykryci po brody leżeli bez ruchu. Widać było tylko śmiertelnie blade twarze, a nad nimi pukle włosów. We drzwiach rozparł się tęgi, rumiany lekarz o jasnej brodzie i, gwiżdżąc, obcierał sobie ręce. A wszędzie wokoło na ścianach wagonu litościwe kobiece dłonie porozwieszały wielkie pękł białego i fiołkowego bzu. „Jaki piękny bez — krzyknęli moi towarzysze podróży. — Patrzcie jaki prześliczny”. Nikt nie myślał o rannych.
Transport rannego, Paryż, 1915-1916 rok. 
(Posłyszałam okrzyk sąsiadki z góry: „Fermez vos persiennes, s’il vous plait!” [Proszę zamknąć okiennice!] Ale nie zdążyłam. Ciekawam, czy kobiecina strzygła owce, czy też po prostu trzepała dywanik. Może jedno i drugie. Niech ją porwie licho!)

Podjeżdża mały wózek, a w nim troje niemowląt i moc dzienników. Wózek ciągną dwaj malcy — ośmio- czy dziewięcioletni mężczyźni. Zatrzymali się naprzeciwko, oparli wózek na jakimś drążku i poszli do WC rozprawiając, odpinając majtki i krzycząc na bobasy, żeby się zachowywały spokojnie. Niestety, w chwili kiedy zniknęli z oczu, małe pędraki zaczęły wrzeszczeć ze złości i powyrzucały dzienniki do rynsztoka. Teraz opiekunowie przybiegli z powrotem; zbierają zabłocone gazety, a winowajcy zwiesili główki nad poręczą wózka niby zbrodniarze skazani na gilotynę... Zapanował złowieszczy spokój.
Paryż, wiosna 1915 roku.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 31–33.

sobota, 22 marca 2014

Odcinek 995: Katherine Mansfield, 1915 rok

List Katherine Mansfield do J.M. Murry’ego

Paryż, 22 marca 1915 roku
Lej po bombie w Paryżu, 1917 rok.
Siedzę i piszę do Ciebie przy świetle świecy; cały dom zamknięty, cicho, wszyscy mieszkańcy w piwnicach. Jakąś godzinę temu zabrzmiały trąby. Wszystkie światła pogaszone, jedno tylko świeci się bardzo daleko na moście, a drugie na rogu, przed komisariatem. Stanęłam przy otwartym oknie. Reflektory omiatają niebo i oświetlają kolejno białe obłoki; pięknie to wygląda. Ktoś od czasu do czasu przechodzi albo jakiś ciemny wóz przejeżdża galopem. Kiedy zatrąbiono na alarm, odezwały się syreny, gwizdki, i zaryczały samochody. Byłam wówczas na ulicy, po chwili zapanowała zupełna ciemność, tylko gdzieniegdzie błyskała zapałka jakiegoś przechodnia. Doszłam do Quai aux Fleurs, zobaczyłam ludzi zgromadzonych po bramach; krzyknęli do mnie: N’allez pas comme ca dans la rue [Niech pani tak nie chodzi po ulicy]. Zrobiło to na mnie przykre wrażenie. Konsjerżka, sąsiedzi i dziwaczny staruszek, który korzysta z każdej sposobności, aby na siebie zwrócić uwagę, pytali, czy chcę descendre [zejść], ale ta myśl była mi wstrętna. Poszłam na górę — oczywiście gaz się nie palił — i wychyliłam się przez okno. Nagle wszystko mi się wydało przerażające. Jeśli mam wyznać prawdę, o mało co mnie nie zemdliło (jakie to prozaiczne!). [...]
W chwili, kiedy pisałam te słowa, trąby zabrzmiały jeszcze raz. Wybiegłam znowu z lampą do sypialni i otworzyłam okno. Przejechał wielki samochód wioząc jakiegoś człowieka, który trąbił. Z bliska i z daleka dochodziły głosy: C’est fini? Fini alors? [Skończyło się? A więc już koniec?] Nieliczni przechodnie puścili się biegiem za samochodem, a potem równie nagle się zatrzymali. [...]
Takie alarmy nie są zabawne. A nawet są bardzo przerażające. Sama myśl o nich jest mi wstrętna. Przecież to okrutne i bezmyślne ślizgać się po niebie i rzucać bomby n’importe ou [gdziekolwiek]. (Znowu trąby i syreny, i gwizdki! Nowy alarm. Wszystko się zaczyna jeszcze raz od początku). [...]

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 26–27.

niedziela, 29 grudnia 2013

Odcinek 912: Katherine Mansfield, 1915 rok

List Katherine Mansfield do J.M. Murry’ego

Bandol, 29 grudnia 1915 roku
W razie gdybyś miał rzeczywiście przyjechać, wynalazłam dla nas maleńką willę — doskonałość w swoim rodzaju. Położona samotnie w małym ogródku z tarasami, zwrócona na południe; słońce świeci tam przez cały dzień. Na kamiennej werandzie stoi niewielki okrągły stolik, moglibyśmy tam siedzieć i jeść albo pracować. Jest urocza kuchenka, rondle, garnki i wielka maszynka do kawy, elektryczność, woda na dole i na górze w cabinet de toilette, i niesłychanie elegancki water closet. Mała kwadratowa jadalnia — z nisko zawieszoną lampą, która oświetla stół — ma drzwi na werandę, a stamtąd jest widok na morze, jak zresztą i z chambre a coucher. Domek stoi na wysokiej górze i nazywa się willa „Pauline”. Właścicielka, która mi ją pokazywała, podjęła się znaleźć mi femme de menage na trzy godziny dziennie.
Willa „Pauline” w Bandol, stan obecny.
...Każ mi się umyć i ubrać. Zapaliłam jeszcze jednego papierosa, a serce wciąż mi skacze, choć umysł mój jest zimny. Wielki wazon z żółtymi i białymi żonkilami na środku stołu, róże w sypialni, drobne czerwone anemony na kominku. „To jest nasza willa, Bogey”. Dzwonek. To twoje kufry, przywieźli je z dworca. Usiedliśmy uśmiechnięci, ale nie śmiemy na siebie spojrzeć. Rozpakowałeś rzeczy, włożyłeś aksamitne ubranie i buty. Jestem na dole, a Ty na górze. Słyszę Twoje kroki. Wołam: „Bogey, chcesz kawy czy herbaty?” Postanawiamy, że będziemy pracować rano, potem zjemy drugie śniadanie — pochodzimy, dopóki się nie ściemni — wrócimy do domu na herbatę — porozmawiamy, poczytamy, ugotujemy kolację — a potem zabierzemy się do roboty. Na spacery będziemy brali worek, który kupiłeś — włożymy tam pomarańcze i suche gałęzie, i szyszki... O Boże! tu jest równie pięknie jak w Nowej Zelandii — równie zacisznie, możemy tu żyć samotnie we dwoje, bez trosk i kłopotów... Ot, tak sobie marzę.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 70–71.


poniedziałek, 21 października 2013

Odcinek 843: Katherine Mansfield, 1919 rok

List Katherine Mansfield do J.M. Murry’ego

Ospedaletti. Wtorek. 21 października 1919 roku
[...] Dziwny dziś dzień, cały w tonach popielatofioletowych i bardzo chłodny. Morze jakby wciąż rosło — coraz większe posuwa się dalej i dalej... Ludzie walczą z wiatrem i przechodzą rozmawiając bardzo głośno. Dwa śliczne ptaki spacerowały po ogrodzie. Miały wysmukłe, szczupłe, jasnożółte korpusiki, kurteczki czarne ze złotym i długie srebrnoszare ogony. Szczęśliwe stworzonka, zupełnie się nie bały i wesoło sobie gwarzyły, chodząc po żwirze.
Mam wrażenie, że mój wczorajszy list nie brzmiał dobrze. To wina owadów. Ręce mnie palą, jakby je kto przypiekał — są spuchnięte i zaognione. Zagoją się za parę dni. To bardzo dziwne, że owady nie wyginęły. Czasami bywa naprawdę bardzo zimno, równie zimno jak w Marsylii, a mimo to wieczorami pojawiają się, choć okna zamknięte. A niech je licho! [...]
Leżę w moim pokoju przy otwartych drzwiach i oknach, a wiatr myśli, że nie ma nikogo i, nucąc z cicha, obchodzi spokojnie dom. Cień oliwnego drzewa tańczy i słychać tylko głos morza. [...]
Widok Ospedaletti.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 193–195.

niedziela, 19 maja 2013

Odcinek 696: Katherine Mansfield, 1921 rok


List Katherine Mansfield do Anny Estelli Rice

Baugy, czwartek, 19 maja 1921 roku
Muszę jeszcze raz napisać do Ciebie, kochana moja, póki jesteś w Paryżu. Gdybym już nigdy nie otrzymała od Ciebie słówka, mogłabym żyć Twoim listem. Zadałaś sobie trud – wiem przecież, co znaczy pisać – i przesłałaś mi kawał Paryża – kompletny – ze sobą samą i ruchem ulicznym (chciałabym być w takim miejscu, gdzie taksówki przejeżdżają ludzi), i marmurowymi parapetami, i sklepami, gdzie widać kiełbasy wśród kwiatów, i z petit dejeuner, i z Wyndhamem Lewisem, i... więc przebiegłam przez Twój list, a potem włóczyłam się po nim powoli, zatrzymując się, podziwiając i kochając; wąchałam wszystko i wszystkiego słuchałam. To był wspaniały dar, Anno – un cadeau superbe pour moi. Kocham Cię za to, czujesz? Musisz czuć. Byłam w Paryżu, a nawet w St. Cloud, gdyż na wieść o Twoim projekcie wynajęcia tam domku, zaczęłam marzyć o sąsiedniej willi. Śliczne są nasze dwa domki – dwupiętrowe z krzakami bzu przy bramie. Zrobiłam w płocie dziurę, przez którą mogę rzucić okiem do Ciebie i rano wyśledziłam małego – robił porządki w ogrodzie. Zawołałam: „Dawidzie!” – odparł dość niedbale: „Co?” Spytałam: „Chcesz przyjść dziś do mnie na podwieczorek?” – odwrócił się i krzyknął w stronę domu: „Ona chce, żebym przyszedł na podwieczorek!” Na to pokazała się w oknie Twoja głowa i powiedziałaś: „No i cóż, chcesz iść?” – Dawid odrzekł: „A co mamy w domu do herbaty?” – Był to przemiły sen. Marzę, aby się spełnił, dopiero byśmy się ubawiły! Wieczorem lampa stałaby na stole w ogrodzie. Widzę całe urocze życie, które obecnie bardziej by mi odpowiadało niż życie kawiarniane.
Mimo to Paryż i Londyn mają swój urok. Dobrze czasami porozmawiać, a ja lubię obserwować i słuchać. Góry działają przygnębiająco w roli sąsiadki przy stole. A jednak kiedy leżę, patrzę na nie całymi dniami, i groza mnie przejmuje... Gdybym je mogła umieścić w noweli – les placer.
W sobotę byłam u największego specjalisty w Szwajcarii, Anno, i dlatego Twój list przyszedł niezwykle w porę – dobrze mi zrobił, zbliżył mię do życia. Po wizycie u tego lekarza krajobraz i wszystko – zmieniło się – oddaliło się trochę. Zawsze sobie wyobrażam, że mi doktor powie: „Polepszenie? Oczywiście! Wkrótce pani wyzdrowieje. Za sześć miesięcy będzie pani zdrowa jak ryba”. Ale mimo że ten pan był bardzo miły, nie chciał powiedzieć nic ponad: „Jeszcze jest nadzieja” – to wszystko. Starałam się wtrącić słowo: guerir [wyzdrowieć], ale mi się nie udało. Mogłam jedynie wyciągnąć z doktora następujące zdanie: „Jeśli pani żołądek będzie w dalszym ciągu trawił, jest jeszcze nadzieja”.
Cóż to za piekło tak kochać życie jak ja! Uważam, że moja miłość wzrasta, zamiast się zmniejszać. Życie mi wcale nie powszednieje – wciąż jest dla mnie cudem. Mam nadzieję, że pozostanę na tym świecie dość długo, aby napisać prawdziwie dobre dzieło. Sprzykrzyli mi się ci obiecujący ludzie, co młodo umierają; nie pragnę powiększyć ich grona. Wobec tego będę w dalszym ciągu pochłaniała jeunes d’oeufs i de la cierne... [żółtka i śmietanę].
Już wieczór. Pewnie zapalają światła na ulicach. Widzę kuliste cienie drzew, ciepłą biel bruku, widzę śpieszących ludzi. A tutaj – góry odbite w jeziorze są sinawe, zimne, tylko same Wierzchołki przykrywa śnieg morelowego koloru. Cudne jest życie. „Żyć – to wystarcza”, mogłabym się prawie z tym zgodzić – ale niezupełnie.
Pocztówka z Bougy, 1913 rok.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 344–346.

czwartek, 14 marca 2013

Odcinek 631: Katherine Mansfield, 1918 rok


List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Bandol, czwartek, 14 marca 1918 roku
Katherine Mansfield
i John M. Murry we Francji.
...Obrzydliwy dziś dzień – zimno, ciemno, morze niemal czerwone, złowróżbne, chwilami słychać grzmoty. I psy szczekają bez powodu i drzwi w hotelu trzaskają, a wszystko, co jest blade, wygląda zanadto biało – jakby wybielone. Muszę zawołać tę idiotkę, żeby przyniosła garść liści czy coś podobnego na podpałkę. I muszę nie pozwolić sobie na pakowanie i rozpakowywanie (w myśli) kufra przez cały wieczór. Znasz to uczucie? Więc możesz sobie wyobrazić... Nie, już nie wytrzymam. Ach, gdyby ten Kanał nas nie dzielił. Okropnie się boję, że mnie storpedują. Z pewnością poszłabym na dno, a za nic nie chcę się utopić albo skończyć w inny sposób, przed przesadzeniem z doniczki do ogrodu. Więc pamiętaj, musisz nosić na sercu coś skrzyżowanego, na dobrą wróżbę. Nie, nie mogę dziś pisać, moje serce jest zaprzątnięte telegramem, który wysłałam. Biorę go niemal na serio i, wiesz, jestem niespokojna.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 131–132.

niedziela, 13 stycznia 2013

Odcinek 571: Katherine Mansfield, 1918 rok


List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Bandol. Niedziela, 13 stycznia 1918 roku
Wczoraj bardzo zmarzłam, więc postanowiłam pójść na mały spacer, aby się rozgrzać przed wieczorem. Okutałam się tak, że wyglądałam jak zawiniątko ciepłych rzeczy i wyruszyłam. Przede wszystkim zaszłam do mairie [merostwa], aby się zameldować. Dawny sekretarz siedział przy biurku w szamerowanej czapce; bęben stał w kącie. Sekretarz z poważną miną wycinał z pocztówki portret pięknej Hiszpanki i nalepiał go na okładkę notesu, sapał przy tym niczym delfin. Maire [mer] swoim zwyczajem ani chciał spojrzeć na mój paszport. Wytłumaczyłam mu jednak, że to doprawdy konieczne; kiedy się wreszcie zdecydował, wysilił się na dokładność, z czego wynikło, że figuruję w książce jako „Kadreen, filie d’Arnold Beaucamp et Anne Dysa de Nouvelle Zelande”. Nie umiałam go nakłonić do większej ścisłości, więc pozwoliłam mu pisać dalej. [...]

Dziś jest niezmiernie cicho. Pamiętam takie same niedziele. Ani śladu słońca. Niebo ołowiane. Morze jak oliwa... Miałam bardzo złą noc. Kaszlałam i pociłam się tak, że ciągle musiałam twarz obcierać. Powtarzałam sobie wciąż: „Musi już być piąta”, a tymczasem było zaledwie kwadrans po pierwszej. Ach te długie, długie samotne noce w czasie choroby! Nie można o nich zapomnieć. Za to dziś po śniadaniu zasnęłam i spałam do jedenastej; słyszałam hałasy na korytarzu, a mimo to spałam mocno...
Pocztówka z Bandol.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 100–103.

środa, 24 października 2012

Odcinek 490: Katherine Mansfield, 1919 rok


List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Ospedaletti, piątek, 24 października 1919 roku
Katherine Mansfield i John M. Murry.
Kiedy mówisz o Wingu Twoje opowiadanie ma w sobie coś, co trafia mi wprost do serca. Widzę Winga, jak leżał pogrążony w kocim odrętwieniu, a Ty całowałeś jego nosek. Już nie będziemy mieli równie uroczego kociaka. Kiedy sypiał na naszym łóżku i nie chciał się nigdy ułożyć – pamiętasz? Dawał nura i wypływał pod szafą albo na słupku od ekranu.
(Ach! Te komary!!! Jest ich trzy).
Twój niedzielny list uwidocznił mi bardzo, bardzo wyraźnie Ciebie i dom. Potrafiłeś w zadziwiający sposób przedstawić gatunek dnia – ciągłość następujących po sobie rzeczy – za pomocą milczenia.
Wiem, co masz na myśli, mówiąc o ludzkiej gadatliwości, chociaż sama nie jestem une silencieuse [milcząca]. Te lata, które człowiek spędzał siedząc z wymuszonym uśmiechem, aby udać, że bierze udział w zabawie, że jest au courant... co za głupota, co za strata czasu!
Ale w rzadkich chwilach rozmowy z Tobą czuję, prawdziwie czuję, że otwierają się niebiosa, a nasze myśli, niby anioły, płyną w górę i w dół. Czas, spokój, umysł wolny od trosk, to wszystko musi stać się naszym udziałem... Musimy mieć czas na milczenie i czas na rozmowę. Ale głównie na rozmowę. Żyliśmy w straszliwym naprężeniu nerwów i nikt się o tym nie dowie. Czy to nie dziwne, jaki świat jest w gruncie rzeczy zimny i obojętny? Pomyśl o cierpieniach, przez które przeszliśmy. Kogóż to obchodzi? Kto się tego domyśla? Gdybyśmy się już uprzednio nie ,,odseparowali” na zawsze, byłoby to wystarczającym powodem do odsunięcia się. Przecież nie moglibyśmy, wiedząc to, co wiemy, trzymać z innymi, którzy nie wiedzą. Gdybym tylko potrafiła wyrazić tę różnicę, tę wizję świata, tak jak my go widzimy. Czechow w ten sam sposób patrzył na świat, a także – o ile mi się zdaje – Keats.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 197–198.

środa, 8 sierpnia 2012

Odcinek 413: Katherine Mansfield, 1921 rok


List Katherine Mansfield do Doroty Brett

Montana, 8 sierpnia 1921 roku
Chalet des Sapins w szwajcarskiej
Montanie, gdzie mieszkała Mansfield.
Przepraszam za ten papier. Jestem na górze i nie mam innego pod ręką. Siedzę na szerokim balkonie, na który wychodzi moja ubieralnia. Jest wczesny ranek, wierzchołki drzew wyglądają, jakby były z polerowanego złota, a lekki wiatr huśta się na gałęziach. Góry po drugiej stronie szerokiej doliny stoją nieruchomo w słońcu; po ich dalekich, sennych szczytach szybują srebrzyste obłoczki. Ale najbardziej lubię patrzeć na głębokie, ostre cienie w rozpadlinach i na zboczach gór; stały się częścią mojej wizji. Nie umiem sobie wystawić, aby można żyć obok piękniejszego i bardziej doskonałego widoku. Przyglądam mu się – z małymi przerwami – od wczesnego ranka do późnej nocy, gdy nietoperze wylatują i ćmy czepiają się włosów...

Proszę Cię i błagam nie myśl, że aż tak bardzo potrzebne mi są pieniądze. Mogę je zawsze zdobyć. „Mogę pojechać do jakiejś cudownej miejscowości i nadstawiać kapelusza albo sprzedawać maść borną, wartości l pensa, za 2 szylingi i 6 pensów, zdobywając na czysto 2 szylingi i 5 pensów, albo – nie, nie lękam się już o pieniądze. A przy tym zarabiam – suma zarobku zależy od mojej pilności. Obecnie mam 30 funtów długu, a w tej chwili przyszły dwie zakonnice i przyniosły roboty wykonane przez dzieci w klasztorze. Te kochane istoty (mam romantyczną sła­bość do zakonnic), łagodne gołębice w niebieskich kapturach, słodkie, zamknięte w sobie, wyjęły małe wyprawki z ciężkiego pudła i tak je zachwalały, że wydałam 2 funty i 7 szylingów na maleńkie flanelo­we kaftaniczki i fartuszki dla dziecka siostry mojej służącej Ernestyny, którego jeszcze nie ma na świe­cie.
Rachunek rzeźnika na czerwonym papierze jest nie uregulowany – nie będę mogła go teraz zapłacić. Więc widzisz, taka już jestem, jeśli chodzi o pieniądze – nie warto mnie żałować ani mi pomagać. [...]
Muszę skończyć ten list i wziąć się do mojego opowiadania. Nazwałam je „W zatoce”. Pełno w nim (mam nadzieję) piasku, wodorostów i kostiumów kąpielowych porozwieszanych na werandach, sandałów na parapetach okien, drobnych, różowych, „morskich” powoi, kanapek nieco przysypanych piaskiem i wznoszących się fal przypływu. Pachnie rybami (ach, mam nadzieję, że czuć ten zapach!).
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 362–364.

czwartek, 28 czerwca 2012

Odcinek 372: Katherine Mansfield, 1919 rok

List Katherine Mansfield do lady Ottoliny Morrell

Hampstead, piątek, 28 czerwca 1919 roku
Diabelne zimno wciąż trwa. Noszę jeszcze mój pas ratunkowy, nasycony od wewnątrz maściami. Ach te noce. Siedzę na łóżku i czekam, aż czarne drzewa staną się zielone. A jednak świt, który wreszcie nadchodzi, jest tak piękny, a zarazem taki straszny – narodziny światła są takie cudowne, że prawie warto na to czekać. Kiedy w nocy biją godziny, odbywam wędrówkę po miastach – w wyobraźni. Niewidzialna, prześlizguję się przez nieznane ulice, zastanawiam się, kto zamieszkuje duże domy o ciężkich drzwiach, albo też przyglądam się odpływającym łodziom na jakimś wybrzeżu i wdycham nocny zapach pełnego morza – aż bezsenność staje się ekstazą. Jaka to dziwna i realna rzecz, życie osobiste – własne, tajemne, osobiste życie. Nikt nie wie, co się myśli. Nikt nie ma nawet najlżejszego pojęcia, kim się właściwie jest...
Parliament Hill w Hampstead.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 176–177.

wtorek, 15 maja 2012

Odcinek 328: Katherine Mansfield, 1915 rok

List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Paryż, 15 maja 1915 roku
Katedra Notre Dame w Paryżu, około 1915 roku.
Latarnik zapala latarnie, ale ja jeszcze siedzę w mroku. Wróciłam właśnie z ogrodu przy Notre Dame. Zmierzch zapadał, a kwitnące drzewa pachniały prze­dziwnie. Było prawie pusto; na drugim końcu ławki siedział stary człowiek i wciąż nucił pod nosem, a kil­koro nieznośnych bębnów bawiło się w piłkę. Widać było tylko ich głowy, kolana i ręce wciąż w ruchu. Pnie drzew były bardzo czarne, a liście – prześlicz­ne; przypominały cudowną koloraturę sopranu przy akompaniamencie basowej melodii. Nad drzewami wznosiła się katedra Notre Dame, szacowna i piękna. Małe ptaszki fruwały od wieży do wieży – wiesz, te ptaszki co to zawsze fruwają wśród ruin. Patrzyłam na nie i przyszła mi ochota napisać sonet. Wieża i ptaszki uosabiałyby starość i myśli starych ludzi, które wciąż odlatują i wciąż do nich powracają. Mu­szę to kiedyś napisać.
Całe popołudnie pracowałam nad swoją książką, Jakie przyjemne jest zmęczenie po takiej pracy!
Kochankowie spacerują leniwie wzdłuż quai. Prze­chylają się nad parapetem, patrzą na taniec wody, a potem odwracają się i całują; idą parę kroków przy­tuleni do siebie i znowu przystają i całują się. Muszę przyznać, że wieczór jakby do tego stworzony...
Deszcz przestał padać, kiedy list do Ciebie wysła­łam, ale jeszcze mamy un temps tres lourd [pochmurna pogoda]. Kupiłam butelkę wina za 45 centymów (bardzo dobre), chłodzi się w misce z wodą, przy zlewie. Masło i mleko wy­stawiłam za okno w kuchni. „Mamy coś w rodzaju lata” – powiedziałby błazen w music-hallu.
Pisuj do mnie często, kiedy tylko masz czas. Wiem dobrze, że żadna ludzka istota nie potrafi skutecznie współzawodniczyć z moją grafomanią, ale samotność w odległym kraju nie da się porównać z osamotnie­niem w Anglii, nawet tak wielkim jak twoje. [...]
Z czyjej to winy jesteśmy rozłączeni, nie żyjemy prawdziwym życiem, a wszystko prócz czytania i pi­sania wydaje się nam stratą czasu?
Byłam dziś w ogródku za Notre Dame. Biało i ró­żowo kwitnące drzewa wyglądały tak cudnie, że sia­dłam na ławce. W samym środku ogródka jest traw­nik, a na nim marmurowy basen. Kąpiące się wróble zamieniały basen w fontannę, a na aksamitnym traw­niku spacerowały gołębie, gładząc piórka. Matki, nia­nie i dziadkowie obsiedli wszystkie ławki i krzesła, a małe dzieciaczki, niepewne na nóżkach, robiły babki z piasku, napełniały wiaderka kwiatami kaszta­nów lub rzucały czapki dziadków na trawnik, gdzie wstęp był im wzbroniony. Potem przyszła niańka Chinka, ciągnąc za sobą dwoje bębnów. Wyglądała bardzo zabawnie w zielonych spodniach, czarnym kaf­tanie i malutkim turbaniku, wciśniętym na głowę.
Usiadła i wzięła się do cerowania, świergocąc cały czas jak ptaszek i mrugając na dzieci, igłę do cerowa­nia wpinała w swój turban.
Katherine Mansfield i John M. Murry.
Gdy się jej przyglądałam, pomyślałam sobie, że jestem jakby pogrążona we śnie. Dlaczego nie mam prawdziwego domu prawdziwego życia? Dlaczego nie mam niani Chinki w zielonych spodniach i dwoj­ga dzieci, które przybiegałyby do mnie i przytulały się do moich kolan? Nie jestem już młodą dziewczyną jestem dojrzałą kobietą, która pragnie wielu rzeczy. Czy spełnią się kiedykolwiek moje pragnienia? Pisać cały ranek, potem szybko zjeść drugie śniadanie i zno­wu pisać; zjeść kolację, wypalić jednego papierosa i być wciąż samą aż do chwili pójścia na spoczynek... A miłość i radość życia walczą, aby sobie znaleźć ujście, a życie wysycha niby mleko w starej piersi. Chcę żyć! Chcę przyjaciół, ludzi, chcę mieć dom. Chcę brać i dawać.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 37–40.

czwartek, 22 marca 2012

Odcinek 274: Katherine Mansfield, 1915 rok

List Katherine Mansfield do Johna M. Murry’ego

Paryż. Poniedziałek wieczór. 22 marca 1915 roku
Nareszcie przyszedł Twój list...
...Dzień wczorajszy był dla mnie pięknym dniem. Muzy zstąpiły kołem, niby anioły na dach ,,Bożego Narodzenia” Botticellego (tak się przynajmniej zdawało pokornej małej Tig) i wpadłam w otwarte ramiona mojej pierwszej powieści.
Aniołowie, fragment „Bożego Narodzenia” Sandro Botticellego.
Katherine Mansfield.
Napisałam porządną porcję. Będę jednak musiała wszystko przepisać dla Ciebie na cienkim papierze. Kiedy to przeczytasz, pomyślisz zapewne, że jestem głupiutka, ale powiesz mi swoje zdanie, prawda? Jest tam wszystkiego po trochu. Wiosna tak na mnie działa. Napisałam porządną porcję, a potem zamknęłam budę i wybrałam się na długi spacer wzdłuż quai — bardzo daleko. Gdy wychodziłam, zapadał zmierzch, a jak wróciłam, było już zupełnie ciemno. Przede mną płonęły światła i łódki kołysały się na wodzie. Przechyliłam się przez barierę na moście i spostrzegłam, że jedna z łodzi łudząco przypomina moją powieść, a raczej moje o niej marzenia. Nieduża, groteskowego niemal kształtu — chce powiedzieć, że jest trochę ciężka — ludzie w niej są raczej posępni, widzę ich w nieco dziwnym świetle — poruszają się wśród ostrego, kontrastowego blasku i cienia; wprowadzę tam jasne drgające plamy światła i szum wody (a to, mój chłopcze, dla spotęgowania wrażenia). Myślę, że powieść będzie niezła. Oczywiście nie jest to dzieło poważne, ale nie mogę być poważna o tej porze roku, a zawsze przeczuwałam, jaka to rozkosz pisać powieść na wiosnę.
Byłam dziś u Cooka i zmieniłam ostatniego funta. Staram się być bardzo oszczędna. Zrobiłam wielkie odkrycie; jadam na kolację gotowane jarzyny za 20 centymów i wypijam za trzy sous mleka dziennie. Paryż jest idealny do pracy.
Czytałam Twój list w Ogrodzie Luksemburskim. Jakiś stary pan, widząc moje czułe uśmiechy, ofiarował mi połowę swego parasola (zauważyłam wówczas, że deszcz zaczął padać). Odmówiłam staruszkowi, ponieważ miał pomarańczowe okulary; może to był szpieg z powieści Conrada?
Zaadoptowałam Stendhala; czytuję go teraz co wieczór i rano, jak tylko się obudzę.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 28–29.

niedziela, 1 stycznia 2012

Odcinek 193: Katherine Mansfield, 1915 i 1919 rok

Dziennik Katherine Mansfield 
1 stycznia 1915 roku
Katherine Mansfield.
Mal. Anne Estelle Rice.
Jaki marny dzienniczek, ale zdecydowałam się prowadzić go w tym roku. Doczekaliśmy się odejścia Starego Roku i nadejścia Nowego. Była cudna noc, błękitna i złota. Zabrzmiały dzwony kościelne. Wyszłam do ogrodu, otworzyłam furtkę i omal nie cofnęłam się z powrotem. J. [John Middleton Murry] stał w oknie i wyciskał pomarańczę do filiżanki. Cień róży sztamowej tworzył na trawniku mały bukiecik. Księżyc i rosa pokryły wszystko blaskiem. O samej północy zdawało mi się, że słyszę kroki na drodze, i przestraszona uciekłam do domu. Lecz nikt nie przeszedł. J. powiada, że zachowałam się jak dzieciak. Oczyma duszy ujrzałam ducha. L. M., bardzo blada, z rozwianymi włosami i z ciemnymi oczami pełnymi trwogi.
Mam dwa życzenia na ten rok: pisać i zarabiać. Pomyśleć tylko: mając pieniądze moglibyśmy pojechać, gdzie zechcemy, moglibyśmy mieć pokój w Londynie, moglibyśmy sobie pozwolić na swobodę, niezależność i dumę wobec nic nie znaczących ludzi. Bieda nas tylko tak przycisnęła. J. nie potrzebuje pieniędzy i nie chce zarabiać. Ja muszę, ale jak? Przede wszystkim skończyć tę książkę [powieść Maata]. To na początek. Kiedy? W końcu stycznia. Jeśli ci się uda, jesteś uratowana. Gdybym pisała cale dnie i noce, mogłabym to zrobić. Tak, mogłabym. Dalej więc! Czuję, że zbliża się nowe życie. Wierzę, jak zresztą zawsze wierzyłam, że ono przyjdzie i wszystko będzie dobrze.
Katherine Mansfield, Dziennik, tłum. Teresa Tatarkiewiczowa, Czytelnik 1985, s. 33-34.


List Katherine Mansfield do Dorothy Brett
Hampstead. Środa. 1 stycznia 1919 roku
Katherine Mansfield
Mieliśmy cudowne święta: pończochy, drzewko, ozdoby, strzelające cukierki, pudding, napoje — mocne i obfite. Dostawaliśmy i wysyłaliśmy paczki, a Murry był w takim usposobieniu, jakby od Wigilii do drugiego dnia świąt nie zdejmował bibułkowego kapelusza. (Był to wielki czerwonożółty motyl). Stopniowo, pod wpływem wina i chińskich przysłów postanowiliśmy bawić się w szarady — Kot, Gertler, Campbell itp. Ach, jak mi było przyjemnie! Jak ja ich wszystkich kochałam! Poruszali się i błyszczeli niby świeczki na najciemniejszym, najbardziej tajemniczym drzewku. Chciałam im powiedzieć: „Bądźmy zawsze tacy jak teraz, nie budźmy się nigdy, bo zobaczymy, że wszystko minęło".
Raz jeszcze przekonałam się, jakie życie może być radosne i czarujące, zobaczyłam, że jeszcześmy się nie zestarzeli, że krew wciąż żywo krąży nam w żyłach. Potrafimy się śmiać. Czerwone krzesła zamieniliśmy w statek piratów, Koteliański włożył mufkę na głowę, a Campbell uwiązał sobie pod szyją słomiankę. Czyż nie można by tego częściej urządzać? Życie należałoby dzielić między pracę a zabawę — prawdziwą zabawę. Nie powinniśmy siadywać po kątach, skończywszy pracę. Czuję, że moje gorące pragnienie szczęścia nie da się nigdy ugasić.
Rozwarto wreszcie bramy mego więzienia — wolno mi wychodzić. Znalazłam człowieka, który mnie wyleczy. Ale mówi, że nie mogę jechać do Szwajcarii, natomiast z wiosną powinnam wyruszyć gdzieś do podzwrotnikowego klimatu, na przykład na Majorkę lub Korsykę. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że Cię skuszę i że odwiedzisz mnie w małym domku, gdzie przed progiem rosnąć będzie figowe drzewo i daktylowa palma. Wiwat życie! Nie wysyłam do Ciebie listu tylko okrzyk, abyśmy naprawdę spędziły razem część Najzupełniej Nowego Roku.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 169–170.

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Odcinek 180: Katherine Mansfield, 1921 rok

List Katherine Mansfield do Dorothy Brett

Montana, 19 grudnia 1921 roku
Od ostatniego mego listu do Ciebie przebywam w dobrze mi znanej krainie pierzynek. Zimno przeszyło mnie na wskroś i ruszam tylko jednym skrzydłem. [...]
Katherine Mansfield i jej przyjaciółka
Dorothy Brett, malarka (z lewej).
Pogoda była śliczna. Słońce świeciło przez całe popołudnie, ale o zmierzchu wyskoczył pradawny wicher i dmucha, i jęczy. Jest to straszliwy wicher – wicher, o którym człowiek na szczęście zapomina, póki się znowu nie pojawi. Czy wiesz, o jakim wichrze myślę? Przynosi z sobą wspomnienia – a przez wspomnienia rozumiem to, o czym nie można myśleć bez bólu. Do mnie przynosi zawsze mego brata. Ach, moja miła, mam błogą nadzieję, że nie znałaś nikogo, kto umarł młodo – kto umarł przedwcześnie. Cóż to za gorycz! Ale co ja robię, chciałam napisać do Ciebie na święta – życzyć Ci wielu radości. Mogę to uczynić – nawet bez wielkiego trudu – pomimo trosk życiowych. Radujemy się z tego, że żyjemy, że się znamy, i w tym samym czasie stąpamy po ziemi. Róbmy projekty i przeprowadzajmy je, cieszmy się, kiedy się spotkamy. Daj Boże, abyśmy dużo się śmiały w tym roku i nigdy nie płakały. A przede wszystkim zachowajmy przyjaźń dla siebie. Twój ostatni list zawierał coś, co sprawiło, że stałaś mi się jeszcze droższa. Nie wiem, co to było. Miałam wrażenie, że wyszłaś z tego listu i dotknęłaś mnie z uśmiechem a ja zrozumiałam Twoją dobroć.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 402–403.

poniedziałek, 14 listopada 2011

Odcinek 145: Katherine Mansfield, 1919 rok


List Katherine Mansfield do męża, Johna M. Murry’ego
 
Ospedaletti. Piątek. 14 listopada 1919 roku
John Middleton Murry.
Dziś strasznie zimno: wiatr, strumienie deszczu, mgła, a powietrze ostre jak kwas. Siedzę przy kominku w moim pokoju, jestem szczelnie okutana, mam butelkę z gorącą wodą, a na to wszystko włożyłam jeszcze ciepły szlafrok. Strasznie się boję zimna, uciekłabym przed nim nie wiem dokąd. Podczas takiej pogody brzmią mi w uszach słowa Ansaldiego: "W pani stanie zdrowia zaziębienie mogłoby spowodować katastrofę". Boże! Jacy my jesteśmy mężni, że wiedząc o tym żyjemy rozłączeni w dalszym ciągu. Zdumiewające. Ale nie ma rady; musi tak być, nic innego zrobić nie możemy. Byłoby bardzo dziwne, gdybym pozbyła się smutnych myśli, gdyby uciekły do lasu i nie wychodziły stamtąd, powiedzmy, przez pięćdziesiąt lat. Robią się przekorne pod wpływem mgły i bezustannego szmeru spadających kropli.
Kiedy słońce się schowa, wpadam w odrętwienie. Pomysł zamieszkania na wprost morza był wielką pomyłką. Przekonałam się o tym. Morze bez słońca wygląda jak zmatowiałe lustro. Po prostu potrzebuje słońca daleko bardziej niż ziemia. "Nie ma rady, moje serce zamarło" — mówi morze i powtarza to wciąż donośnym, przenikliwym głosem... Zrobiłam jeszcze drugie odkrycie — nie należy żyć samej i skazanej na prawie ciągłe przebywanie w domu, gdzie tak głośno słychać morze. Gdyby ten huk można było przerywać rozmową, pocałunkami lub spacerami, wszystko byłoby w porządku, ale działa straszliwie przygnębiająco, gdy tego brak. Czasami leżę i nie śpię dosłownie przez całą noc, dochodzę wówczas do takiego zdenerwowania, że udaję upiora — ś p i e w a m i rozmawiam głośno, aby zagłuszyć szum fal. Przypuszczam, że w towarzystwie nie zwracałoby się na niego uwagi. L.M. powiada, że nic nie słyszy. Taką rzecz trzeba samemu wypróbować.
Róża Katherine Mansfield.
Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 210–211.

wtorek, 27 września 2011

Odcinek 97: Katherine Mansfield, 1920 rok

List Katherine Mansfield do męża, Johna M. Murry’ego

Mentona, 27 września 1920 roku
Katherine Mansfield, 1915 rok.
Marzę i marzę, i marzę. Czemu Ciebie tutaj nie ma? Mimo że jestem biedna jak mysz kościelna, nie chcę, abyś drukował „Słoneczko i gwiazdeczkę”. W tym tygodniu prześlę Ci nowelę: umieść ją, jeśli to możliwe. Oczywiście nie umieszczaj, jeśli nie masz miejsca. Znikły, niestety, moje 25 funtów miesięcznie – próżne jęki...
Pełno tu jaszczurek. Olbrzymia jaszczurka – krokodyl w miniaturze – ma swoje siedlisko wśród liści w rogu tarasu. Obserwowałam ją dziś: ukazała się – jakby od niechcenia – i złapała mrówkę. Trzeba było widzieć małe szczęki, szybki ruch języka i silny puls bijący jak fala poniżej łopatki. A te oczy! Jaszczurka nasłuchiwała nimi. Nie mogąc znaleźć jeszcze jednej mrówki, tupnęła przednią łapką, a potem zobaczyła, że się jej przyglądam, mrugnęła porozumiewawczo – i znikła.
Jest także gniazdo os w ogrodzie. Dziś rano dwie młode osy wyszły z gniazda, złapały liść i zaczęły go ciągnąć każda w swoją stronę. Był to brązowy liść wielkości mniej więcej trzech listków herbaty. Osy wpadły we wściekłość. Popłakiwały, jęczały – wyrywały sobie liść – nie chciały sobie ustąpić, ostatecznie jedna z nich wywróciła koziołka i nie mogąc się podnieść – wierzgała nóżkami. Nigdy nic podobnego nie widziałam. Osa-bliźniaczka nie była w stanie sama poruszyć liścia. Zwróciłam uwagę mego niewidzialnego towarzysza zabaw na morał tego zdarzenia.

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 275–276.

niedziela, 24 lipca 2011

Odcinek 32: Katherine Mansfield, 1921 rok

List Katherine Mansfield do lady Ottoliny Morrell
 

24 lipca 1921 roku

Katherine Mansfield
"Chalet des Sapins". Montana-sur-Sierre.

Mamy wprost cudną pogodę. Mieszkamy wysoko (5000 stóp nad powierzchnią morza), a chłodny wia­terek przenika z nieba i w lesie nie jest duszno... Nie mogę sobie wystawić nic piękniejszego od tego zakątka Szwajcarii. Wszystko się zmienia, gdy stracić z oczu ohydne Jezioro Lemańskie i ska. Sierre to ciepłe miasteczko, które dojrzewa w słońcu wśród doliny; miło mi tam było i chętnie bym w nim za­mieszkała. Ma wszystkie gatunki południowych kwiatów, jest wesołe, "osobliwe" i pełne słowików. Ale gdy wyjechaliśmy wyżej, zrobiło się jeszcze ładniej. Wynajęliśmy ten mały — ale nie za mały — domek na dwa lata. Stoi na uboczu wśród leśnej polanki, okna wychodzą na wierzchołki drzew, a po przeciwległej stronie doliny widać śnieżne szczyty. Powietrze wydaje mi się cudowne, a pachnie jeszcze cudowniej.
Nigdy dotąd nie mieszkałam w lesie, wychodzi się z domu i w jednej chwili człowiek znika między drzewami. Są małe polanki i gaiki pełne kwiatów, a przez nie przebłyskują lodowato zimne strumyczki. Z najwyższą radością siaduję tam na pniu drzewa i gdybym jeszcze potrafiła, jak konik polny, sławić kogoś — wyśpiewać komuś podziękowanie. Ale komu?
M. i ja żyjemy niczym dwa małe rozkłady zajęć. Pracujemy całe rano i od podwieczorku do kolacji. Po kolacji czytamy głośno, paląc papierosy, a po po­łudniu M. idzie — a ja wlokę się — na spacer. Dni upływają coraz szybciej. Mamy jedną rozradowaną służącą do wszystkiego, która nosi chłopski gorset i fałdowaną spódnicę w aksamitne pasy. A mimo że nasz chalet jest taki arkadyjski, ma jednak łazienkę z gorącą wodą i centralne ogrzewanie na zimę, i for­tepian, i grube dywany, i żaluzje. Jestem już za stara, aby mnie te wygody nie cieszyły.
Z ludzi widujemy jedynie moją kuzynkę Elżbietę, która mieszka o pół godziny od nas. Pożyczamy so­bie Chateaubrianda i obdarowujemy się wzajemnie koszami moreli, a od czasu do czasu prowadzimy uro­cze rozmowy, które — jak sobie wyobrażam — po­dobne są do rozmów w przyszłym życiu... stale roz­pamiętujemy i roztrząsamy... choć licho wie, dookoła czego one się toczą. Jaka to dziwna rzecz — rozmowa. Mgły wznoszą się i opadają — rozmówca ginie nam z oczu, potem wydaje nam się, że go odnajdujemy, aż wreszcie opada znowu miękka, ostateczna zasłona... Wprost nie do wiary — czujesz to przecie — jacy przy końcu rozmowy jesteśmy tajemniczy i samotni. Przypuszczam, że człowiek, zrobiwszy raz to odkry­cie, powinien je zapamiętać na zawsze, ale dla mnie jest ono wciąż nowe.
O ile mi się zdaje, pisarze niedostatecznie sobie to uświadamiają. Udają, że cała zawartość paczki jest im znana. Ale co zrobić w takim wypadku, aby uniknąć mglistości? [...]
Pisuję w dalszym ciągu nowele. [...] Ale teraz, gdy te nowele ukończyłam, nie uważam, aby były dobre. Są zbyt proste. Wydaje mi się wciąż, że w następnym opo­wiadaniu wyrażę wszystko, ale to następne opowia­danie jest zawsze nieosiągalne. Robię na nie oszczęd­ności. [...] Wieczorami M. czyta głośno i robimy notatki. Nasze życie przypomina chwilami szkołę z dwojgiem uczniów. Wi­dzę, jak idziemy na spacer długim wężem — we dwoje — i poprawiamy sobie wzajemnie zadania. W rze­czywistości tak nie jest.
Jaki szalenie nudny list, prawda? "Kasia zrobiła się teraz taka nudna!"

Katherine Mansfield, Listy, tłum. Maria Godlewska, Czytelnik 1978, s. 357-359.
Widokówka z Montana-sur-Sierre w Szwajcarii