Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lechoń Jan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lechoń Jan. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 sierpnia 2017

Odcinek 2072: Jan Lechoń, 1951 rok


Z dziennika Jana Lechonia
30 sierpnia 1951 roku
1. Już dwa lata piszę ten dziennik. Myślę, że zostanie z niego mniej, niż mi się zdawało,
Jan Lechoń.
gdym pisał pierwsze zeszyty z zapałem odkrywcy i raz po raz odkrywając samego siebie. Odtąd nieraz siadam do tych kajetów – zmęczony, pusty lub co najgorsze z jedną myślą – aby wypełnić tę stronicę. Nieraz w ciągu ostatniego roku tak poddawałem się mojej skłonności do krycia mych wszystkich cierpień i gnębiących mnie kłopotów, że gubiłem siebie, powtarzałem się, poddawałem banałom i gotowym frazesom. Mimo to – te zeszyty są dla mnie pełne wagi, jako narzędzie kontroli nad sobą, jako świadectwo walki z sobą i z gwiazdami, a wreszcie jako jedyny często powiernik. Myślę też nieraz, że należałoby je przepisać w całości, aby kiedyś, gdy mnie nie będzie, mogły być pouczającym dokumentem nie literackim, ale ludzkim.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 225–226.

wtorek, 5 kwietnia 2016

Odcinek 2049: Jan Lechoń, 1952 rok

Z dziennika Jana Lechonia

5 kwietnia 1952 roku
1. Tylko dwie zwrotki. Druga już w ostatniej chwili, już kiedy gotów byłem przyznać się do klęski. Brzmi to pięknie, „laurowo i ciemno”. Ale boję się, że za mało ciemno, za romantycznie, za jednoznacznie.
2. Tak sobie dziś wyroiłem jakąś trudność, przykrość jak przed rokiem, że byłem pewny, iż ona się stanie, widziałem jej dalsze ciężkie skutki – i nie wierzyłem oczom, kiedy przyszedł list, który według tych głupich przeczuć nie był przyjść powinien. Ciekaw jestem, czy to czyste urojenie, czy też jakieś wrogie siły gdzieś za mymi plecami przeciw mnie spiskują. Tak czy owak: Apage! Apage!
3. Święcone w Polsce – potwornych wielkości baby, mazurki, szynki, pisanki, baranek z chorągiewką, stół ubrany barwinkiem. I to suszenie przed tym, pamiętam, kiedy nie było żadnych wódeczek i ryb faszerowanych w Wielki Piątek, tylko śledź i kartofle – a później czekało się w Wielką Niedzielę na rezurekcję, jakby naprawdę na Zmartwychwstanie Pana Jezusa, i naraz ze smutku i postu robiła się wielka radość, żarcie i picie. Dyngus na wsi, który zawsze przypomina mi obrazy naiwnego i rzewnego Wojciecha Piechowskiego. I pieśń rezurekcyjna, wśród naszych cudownych pieśni kościelnych jedna z najcudniejszych Wesoły nam dzień dziś nastał. I brzęk nie kończący się dzwonków w kościele, a przed kościołem pierwsze listki na drzewach.
Wojciech Piechowski, Szkic do obrazu Rezurekcja, 1900 rok. 

Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 406–407.

czwartek, 12 listopada 2015

Odcinek 2044: Jan Lechoń, 1951 rok

Z dziennika Jana Lechonia

12 listopada 1951 roku
1. Prawie trzy stronice powieści. Pewno jest to złe, ale cieszy mnie to samo już,
Reklama, 1949 rok.
że wreszcie do tego wróciłem. Mimo że szło mi jak z kamienia – czułem przecież, że to przyjemność nie na jeden dzień, że odnalazłem ten świat niby wymyślony, a bardziej mój nawet niż ten „dziennik”. I wszystko, co dziś napisałem
– było pod nazwiskiem Skargi „o mnie” – o tym, co mnie teraz właśnie porusza.
2. Na rogu ulicy scenka, wypisz, wymaluj dla karykaturzysty albo do dziecinnych książek o zwierzętach. Jedna pani trzyma na smyczy trzy czarne jamniczki w czerwonych trykotowych czaprakach, druga zaś szczeniaczka-boksera w trykocie zielonym. Jamniczki raz po raz poszczekiwały w nie bardzo zdecydowanym tonie. Myślę, że to były plotki i zwierzenia. Bokser – jak wiadomo najpoczciwszy egzemplarz z psiej rasy, wyrywał się do nich w zamiarach najprzyjaźniejszych, jeśli nie wręcz seksualnych. Dużo bym dał, żeby wiedzieć, co te psy mówiły naprawdę.
3. Przeglądanie „Nowej Kultury”. Dąbrowska i Staff podpisani pod jakąś odezwą żałobną z powodu śmierci Borowskiego, który odebrał sobie życie. Znałem tylko jego publicystykę – i ta była okropna. Kloaka w więziennym dole. No ale widać już od takich podpisów nie można się teraz uchylić. – O Dzierżyńskim więcej wierszy i artykułów niż w najpoddańszych laurkach o Piłsudskim. Podobno Jurkowski zaraz po wojnie zabrał się do szycia butów. Czemu Iwaszkiewicz tego nie robi?
4. Słodycz ust to nie żadna przenośnia. Tylko oczywiście nie każdych.


Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 287–288.

wtorek, 27 stycznia 2015

Odcinek 1202: Jan Lechoń, 1955 rok

Z dziennika Jana Lechonia

27 stycznia 1955 roku
Lilka Pawlikowska, zastrachana, zawsze świadoma swego ukrywanego garbu i
Maria Pawlikowska-Jasnorzewska
swego utykania, a zarazem tego, że jest cudowną poetką i że ma profil, jakich już nie ma, i oczy, jakich już nie bywa. W każdej rozmowie zlewająca na nas komplementy tak przesadne, jak dobre wróżby Cyganek. I nagle słysząc jakiś dowcip, jakąś złośliwość niebotyczną albo jakieś bardzo ryzykowne, ale bardzo zabawne świństwo – wybuchała śmiechem z całego serca, śmiechem bachicznym i okrutnym. I Lilka też jak Iłła była czarownicą, tylko inną, bardziej niebezpieczną, bo warzyła zioła z upajających zapachów, bo wabiła nie tylko uroczym smutkiem, ale nawet śmiechem. Bardzo dużo napisano o niej, ale wszystkim tym pochwałom czegoś brak: pisze się o niej, jak zawsze u nas, prawie jak o świętej. A to była czarownica. Rusałka to też znaczy czarownica.

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 554.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Odcinek 1186: Jan Lechoń, 1949 rok

Z dziennika Jana Lechonia

3 listopada 1949 roku
1. Klęska zupełna. Żadnej łączności między zdaniami. Żadnej melodii, wszystko wątpliwe, wszystkie słowa bez siły, koloru. Każda myśl mogłaby być wyrażona inaczej. Całe zdania przeczytane w chwilę po ich napisaniu wydają mi się nic nie znaczyć. Tak samo pisałem dwadzieścia pięć lat temu w podobnym do dzisiejszego stanie nerwów. Nie rzucam jednak złej roboty, męczę się nią do końca – inaczej nie wiem, co bym zrobił, i pewno przestałbym pisać na Bóg wie jak długo, bojąc się nowej konfrontacji z klęską. 
2. Zacząłem czytać Fausta. Pierwsza myśl: dlaczego nikt nie próbował zrobić z naszego Twardowskiego naprawdę poważnej figury? Sieroszewskiego i Wołoszynowskiego nie można było właściwie czytać. Twardowski jest pewno tak bardzo polski, jak Don Kichot jest hiszpański, jest coś bardzo naszego w tej kombinacji jowialności, buty i filozofii. Mądry poeta mógłby go jeszcze podnieść, bo Piast Dantyszek też jest zanadto szlagoński. Tego lata chodziło mi coś po głowie na ten temat, ale zrobiły się z tego rymy pięknie częstochowskie, do jakiejś ariostycznej gawędy. Myśleć o tym i jeśli Bóg da, coś z tego zrobić w bardzo pięknych kolorach, z jakimś czarodziejskim kogutem, ze srebrną Barbarą, smugami księżyca, pasem słuckim. Jakaś mistyczna komedia. 
3. Każde zobowiązanie, najgłupsze przyjęte zamówienie wyczerpuje mnie całego, jakby to chodziło o mój los lub całą reputację mego pisania. Na tym zmarnowałem lata, nie ważąc się uwolnić z żadnego przyrzeczenia. Oczywiście brak poczucia rzeczywistości, czyli swego rodzaju wariacja. 
4. Bierut i Cyrankiewicz w rocznicę zabrania Wilna i Lwowa powinszowali sowieckiej tak zwanej Litwie i Ukrainie, wyznając raz jeszcze winę Polski, że tyle wieków gnębiła te zagrabione ziemie. Rok 1984 Orwella już przyszedł. Już słowo „zdrada” nic nie znaczy - a raczej „zdrada" nazywa się „dobrem ojczyzny”. Oburzać się? Raczej myśli się o tym, co powiedział Aleksander Wielopolski: „Gilotyna bez złości pracowała dla dobra świata.” Bez złości – te wszystkie Bieruty powinny być kiedyś wygnane na zawsze z Polski, aby po prostu przywrócić ład w terminologii, aby wiedziano, że „zdrada” – to „zdrada”. 
5. Pan Jan Piłsudski powiedział kiedyś swoim niezrównanym litewskim akcentem: „Tak on się straszliwie zgniewał, że s ł o w a nie powiedział.”

Bolesław Bierut (w środku) i Józef Cyrankiewicz (po jego lewej stronie).
Jan Lechoń, Dziennik, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 108–109.

środa, 20 sierpnia 2014

Odcinek 1146: Jan Lechoń, 1950 rok

Z dziennika Jana Lechonia

20 sierpnia 1950 roku

1. Napisałem dzienną rację, pokonując największym wysiłkiem zmęczenie, pesymizm, wszystkie możliwe kompleksy i wielki atak zwykłego lenistwa. Próbowałem wrócić do tonu narracyjnego, który by mnie wprowadził znowu do akcji i pozwolił skończyć ten rozdział. Niestety! Jestem widać nabity swoimi komplikacjami, bo znów sprawa zagęszcza się, zamiast rozjaśniać, i biednemu
Skardze walą się te moje obecne konflikty na głowę.
Władysław Anders, 1912 r.
2. Dzisiejszego generała Andersa poznałem w r. 1925 u państwa Sikorskich, w okresie kiedy byliśmy z Tuwimem i Słonimskim prawie codziennymi gośćmi w tym domu. Był to wtedy piękny kawalerzysta, rumiany, z blond wąsikiem, najtypowszy ułan od koni i dziewczynek. Ile razy patrzę teraz na portret Generała, ze zdumieniem porównywam go w myśli z obrazem ówczesnego zdobywcy kobiet i konkursów hipicznych. Pamiętam, że na tej samej herbacie był u Sikorskich mjr Beck z ówczesną swą żoną. Porównać to, czym były wszystkie wspomniane tu osoby, z tym, czym się stały. 
3. Jedną z najbardziej zasadniczych cech mego charakteru – albo może raczej wad – jest zupełna niemożność podniesienia głosu i chorobliwa niechęć do kłótni. W rezultacie albo zachowuję raz na zawsze dobre z kimś stosunki, albo pewnego pięknego dnia zrywam znajomość, bez wstępów i raz na zawsze. Ilekroć słyszę, jak najlepsze małżeństwa coś sobie raz po raz dogadują, myślę, że nie potrafiłbym tak żyć. Pierwsze takie szpilki – byłby to chyba ostatni dzień mojego małżeńskiego pożycia. 
4. Koniecznie czytać Faulknera. I koniecznie coraz więcej czytać „po amerykańsku”.
Jan Lechoń, Dzienniki, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 383.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Odcinek 1095: Jan Lechoń, 1951 rok

Z dziennika Jana Lechonia

30 czerwca 1951 roku
1. Jest wieczór w Locust Valley. Wiedziałem, jadąc tutaj, jak bardzo jestem zmęczony, ale rozkleiwszy się w tej ciszy – poczułem dopiero, że mam głowę po prostu stratowaną, jakby mnie tabun koni przejechał. Przerzucałem jakieś książki i marzyłem, aby ta cisza trwała jak najdłużej, aby nic nie czynić, onic nie zabiegać i nic nie gadać.

2. Wczoraj i dzisiaj noce pełne snów. Olbrzymie wiewióry – jak z obrazu Hieronymusa Boscha, wcale nie łagodne, tylko potworne. Zrzuciłem takie dwa zwierzaki w pasji z okna, przyprawiając je o śmierć. Potem jakiś Murzyn złośliwy, chcący mi dokuczyć. I „najdroższa osoba”, i pełno kłopotów i westchnień przez gardło nawet we śnie zdławione płaczem.
Hieronim Bosch, Kuszenie św. Antoniego (fragment).
3. Po drodze do Cecylii lasek młodych brzózek, tak wątłych jak łodygi kwiatów i skłaniających się jak kwiaty; cóż to za cudo ten biały kolor wśród świeżej jeszcze zieleni. Cóż to za poezja raźna, rzeźwa i tak polska, jakby nigdzie indziej tych brzóz nie było.
4. Wczoraj na Broadwayu człowiek wielkiego wzrostu z główką potwornie miniaturową, jakby odciętą znad innego tułowia i prawie bez podbródka. Coś bardzo żywo mówił do swego towarzysza, prawie karzełka. Ciekaw jestem co? I czy to możliwe, żeby to nie był zupełny idiota. [...]
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 171–172. 

wtorek, 3 czerwca 2014

Odcinek 1068: Jan Lechoń, 1953 rok

Z dziennika Jana Lechonia

3 czerwca 1953 roku
Ani mowy o robocie. Naraz wszystkie kłopoty – wielkie i te najbardziej dokuczliwe, bo drażniące – małe. Prócz tego zmęczenie i taka złość na politykę, że nie chce się brać gazet do ręki.
*
Świat naprawdę zwariował z okazji londyńskiej koronacji. Wszystko, co było tradycją, wielkim gestem, symbolem – zo­stało ośmieszone, z wyżyn zdrowego rozsądku i demokracji. Jeszcze po tej wojnie Amerykanie niszczyli ostatnie fortece prawdziwego ładu i prawdziwej ludowej mistyki – jak monarchia włoska. Mało brakowało, aby i w Grecji, gdzie zjawiła się królowa, zburzono jedyną zaporę przeciw bolszewikom. I naraz ci sami Amerykanie tracą dosłownie głowy, poczucie humoru, amerykańską dumę, nie mówiąc o amerykańskich pieniądzach, z powodu domowej obcej ceremonii, która nigdy nic nie znaczyła dla świata poza Imperium. I moim zdaniem, mimo angielskiej stabilizacji, mimo cnót tej monarchii, przez tyle wieków niecnotliwej – nic nie znaczy. To wariactwo jest oczywiście nieszkodliwe, ale gdy przypomniałem sobie fotografię Elżbiety mizdrzącej się do Tity, odeszła mnie ochota do opisów tej ceremonii i wszystkie te pyszne stroje wydały mi się śmieszną szopą.
Elżbieta II i Josif Broz Tito.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 133–134.

środa, 30 kwietnia 2014

Odcinek 1034: Jan Lechoń, 1953 rok

Z dziennika Jana Lechonia

30 kwietnia 1953 roku
Przepisywałem, prawie nie poprawiając. Co nie znaczy, że nie trzeba było poprawiać.

Stara, komiczna, bardzo poczochrana pijaczka czy wariatka wychodzi ze sklepu i na jej powitanie rzuca się jakiś śmieszny pokurcz, ni to kundel, ni foksterier. Obskakuje ją, kręci ogonem, piszczy z radości. Starucha coś tam zrzędzi, łaje go, ale widać, jak jest rada z tych czułości. Na jakieś inne nie mogłaby liczyć i co to za szczęście, że ma takiego psa, oddaną żywą istotę, która nie wie, co to brzydota, brud, pijaństwo, i kocha ją z wdzięczności i z porywu serca.
 
Nowy Jork, lata pięćdziesiąte, fot. Vivian Maier
Mały, może czteroletni chłopczyk, którego matka prowadzi na pasku, coś się jej naprzykrza i dostaje uderzenie w twarz. Wybucha strasznym płaczem i tuli się do sukni matki, wpatruje w nią, błagając przebaczenia. Oto, co się nazywa miłość – w niej jest cały świat tego dziecka; wina, kara, przebaczenie i nagroda.

Przysłowie wschodnie: „Bij zawsze twoją żonę, nawet jeżeli nie wiesz dlaczego. Bo ona wie na pewno.”

Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 105–106.

środa, 12 marca 2014

Odcinek 985: Jan Lechoń, 1952 rok

Z dziennika Jana Lechonia

12 marca 1952 roku
1. Trzy strony – ale trzeba by znów stale pisać trzy strony, aby to się rozwijało, rozjaśniało, aby znów zacząć pisać. Tylko na takie trzy strony dziennie potrzeba nie tylko czasu, ale również i przede wszystkim zupełnego oddania się, postawienia wszystkiego (a cóż dopiero romansów) poniżej. I z tym właśnie jest bieda.
2. Śnił mi się dzisiaj jakiś plac, jakby Kanonia w Warszawie. Było na nim pusto zupełnie, był ciepły dzień letni. W pewnej chwili pięknie kute w żelazie drzwi jednego z domów otworzyły się i pokazała się w nich Irena Wiley bardzo zaczerwieniona (rano dowiedziałem się, że przechodziła zapalenie płuc). Później w każdej niemal bramie zobaczyłem zaczajonych wariatów, znaczyło to, że Hitler ma tędy przejeżdżać. Uchodząc przed nimi, wszedłem na schody jednego z domów i znalazłem się nagle w mieszkaniu, do którego drzwi były otwarte. Po chwili zjawił się jakiś jegomość jakby garbaty, też hitlerowiec, z którym zacząłem rozmawiać bardzo bezczelnie, choć złym niemieckim. Niemiec przechodzi na rosyjski, ja chcę skręcić na francuski, na co on mówi: „Po francusku będziemy mówić w Norymberdze.” Po czym dodaje: „Biedny Hitler – chciał tak dobrze dla Niemców.” Okazuje się, że jednak Hitlera zabito. Budzę się i długo nie mogę zdać sobie sprawy, że to był sen tylko.
Kanonia w Warszawie, 1934 rok.
3. Lilka Pawlikowska, gdym się kiedyś pytał, dlaczego nie rozejdzie się z Jasiem Pawlikowskim, skoro on ją zdradza, a ona tak ciężko to przechodzi, odpowiedziała mi: „Bo widzisz, jak chcę się z nim rozwieść – on zaraz robi Babcię albo trupcia i... nie mogę.” Babcia i trupcio – tacy czy inni, to często najważniejszy powód, że małżeństwa trzymają się, że ludzie nie mają siły skończyć z tym, co jest już tylko wspomnieniem albo obawą przyszłości.
 
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 387.


piątek, 7 lutego 2014

Odcinek 952: Jan Lechoń, 1950 rok

Z dziennika Jana Lechonia

7 lutego 1950 roku
1. Napisałem krótkie przemówienie dla prezydenta Zaleskiego, rozpoczynające film o powstaniu, i dałem do przepisania rozdział powieści, który prześlę „Wiadomościom”. Nie była to wielka robota, ale ciążyła mi od tygodni i jej upchnięcie, śmieszne to powiedzieć, to akt woli. Gorączka opadła, ale jeszcze coś niewyraźnie ze mną.
2. Francuzi żyją mitologią grecką, cała ich poezja tkwi w niej – z niej są wszystkie jej obrazy, metafory: Valery, Mallarme, Giraudoux, Cocteau. Myśmy stworzyli w XIX w. mitologię własną. Cóż z tego, że zamknięta jest ona dla obcych, skoro dla nas stała się źródłem właśnie mistycznych wzruszeń i żywej, nie mózgowej, ale wstrząsającej całym naszym życiem wewnętrznym poezji.
3. Stara, już pod osiemdziesiątkę Colette – jeszcze pisze z sensem, raz po raz odezwie się w niej jakiś zmysłowy apetyt, odda nam jak nikt inny smak jakiejś potrawy, zapach jakiegoś kwiatu. Ale jej świat – pozbawiony młodości i zarazem wyższego jakiegoś sensu, jakiegoś prawa – wydaje mi się przecież duchową prowincją. W tej najrzetelniejszej pisarce jest coś z kucharki.

Colette, portret Irvinga Penna, 1951 rok.
4. Przypomniał mi się z otwarciem przed laty kongresu Polonii w Buffalo lotnik-porucznik Godlewski, polski chłopiec z Chicago, który mając siedemnaście lat pojechał do polskiego wojska w Anglii i w rajdzie nad Niemcami stracił obie ręce. Był to wtedy chłopiec tak wzruszająco piękny, że mógł pozować do anioła bohaterstwa czy do jakiegoś polskiego świętego. Czemu się takich rzeczy nie robi? Można to przecież zrobić jak El Greco albo jak Michał Anioł – nie tylko jak Styka.


Jan Lechoń, Dziennik, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 205–206. 

piątek, 24 stycznia 2014

Odcinek 938: Jan Lechoń, 1950 rok

Z dziennika Jana Lechonia

24 stycznia 1950 roku
1. Siedzenie, niezbyt długo zresztą nad papierem – bezskutecznie. Oczywiście, że wczorajsza pretensja Wandy do mnie i mój przez to uraz nie pomagają do napisania tego wiersza. Ale ten dziwny zbieg okoliczności trzeba chyba zrozumieć tak, że mam zapomnieć o wszystkim, co osobiste, i tym bardziej ten wiersz jak najlepiej napisać.
2. Przed laty, gdy Ludwiś Morstin urządzał w Pławowicach pierwszy zjazd poetów,
Artur Oppman, Or-Ot, ok. 1930 roku.
cudowny i pocieszny Or-Ot za żadne skarby nie chciał jechać. Gdym go przyparł do muru, dlaczego odmawia, powiedział: „Znam hrabiów i wiem, że choćby naj­bardziej udawali demokratów, uważają się za coś lepszego, i dlatego unikam ich towarzystwa.” Myślałem wtenczas, że nasz pułkownik przesadza, ale później po wielekroć sprawdziłem, że miał rację. Sprawdziłem np., gdym kiedyś z Dolly Radziwiłł na obiedzie na cztery osoby poczuł od razu solidarność z Misią Sert, podczas gdy Dolly i Józio Czapski cały czas mieli jakieś swoje hrabskie sekrety. Nawet drogi, najzacniejszy Ludwiś wyrwał się kiedyś z okrzykiem radości na wiadomość, że nudna Hesia Staffowa jest jakąś bałtycką baronówną.
3. Okropność, zgroza, co za plugawe, zdradzieckie, rynsztokowe rzeczy piszą poeci w Polsce. Mała kanalia o wielkim wariackim talencie, Gałczyński, chwali się w liście do żony, że widział samego Mołotowa. Broniewski, pewnie już zapity do ostatecznego upodle­nia, wyrzeka się wszędzie polskiej poezji na rzecz pism Lenina. Naprawdę, że Tuwim przynajmniej w wierszach jeszcze najlepiej się trzyma. Ale za to podpisuje obiema rękami wszystkie nikczemności.
4. „Stara gitara z wstążką różową” – przypomniał mi się śliczny wiersz Or-Ota, dlatego może, że Czapski na swym odczycie powiedział, że Or-Ot robił wstrząsające wrażenie czytany w obozach i że wtedy zrozumiał, że miałem rację, tak go kochając. Poezja Or-Ota ma w swej małej skali coś z tej prawdziwości, którą wstrząsała wielka poezja Mickiewicza. Uczucie, prawda robią poezję z jego bardzo prostych, nieraz do znudzenia wciąż powtarzanych słów.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 192–193.

piątek, 1 listopada 2013

Odcinek 854: Jan Lechoń, 1954 rok

Z dziennika Jana Lechonia

1 listopada 1954 roku
Nic nie robiłem, bo miałem nieprzewidziane kłopoty z pieniędzmi, i trzeba było się dobrze trzymać, żeby mi to na długo nie rozhuśtało nerwów. Po południu Anakreont, ale prawie że na smutno. Jestem zły na siebie, bo powinienem był się nie dać. Potrzeba mi paru miesięcy ascezy, aby zrobić ze sobą porządek. Ale naturalnie nie jest to takie łatwe. Wbrew temu, co powiedział mój Francuz-spowiednik, nie uważam, aby diabeł był taki silny. To my jesteśmy słabi, aż wstyd się przyznać, jak głupio słabi.


Pan Sydney Carroll, z którym coś tam mam robić przy swym filmie dla Bejtmana, jest typem intelektualisty amerykańskiego, wierzącego we wszystkie izmy, analizy, psychoanalizy, wszystkie teorie medyczne, wszystkie nowości, zastanawiającego się nad znaczeniem naukowym wszystkiego – i w rezultacie smutnym jak noc, zagubionym w pogoni za sukcesem, za pieniądzem, którym gardzi jak owi Żydzi z Maurois, ale który według niego symbolizuje siłę i zwycięstwo w życiu. W gruncie rzeczy nie rozumie nic, bo gardzi instynktem, który jedynie kryje w sobie szczęście. Siedząc z nim przy śniadaniu myślałem, ile jestem szczęśliwszy od niego – ja, emigrant bez żadnej w tym kraju przyszłości, ale który bimba sobie na trzy czwarte ważnych rzeczy, a zwłaszcza psychoanalizę i amerykańskie sukcesy. 
Kilkuletni synek Pagnola przekonany jest, że skoro jego ojciec jako akademik nosi szpadę – zebrania Akademii Francuskiej muszą polegać na pojedynkach jej członków. Kiedy Pagnol wraca z jakiejś uroczystości w swym zielonym fraku i ze szpadą, mały Frederic widząc go zdrowym i całym mówi: ,,Znowu zabiłeś jednego.”
Marcel Pagnol w stroju akademika.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 493.

czwartek, 3 października 2013

Odcinek 825: Jan Lechoń, 1954 rok

Z dziennika Jana Lechonia

3 października 1954 roku
Dzień na wsi. Upał, przesadne żarcie i zmęczenie. Nic z roboty.

*
Przez okno pokoju, w którym sypiam w Locust Valley, widzę pejzaż jesienny, ten sam gąszcz drzew i krzewów co parę tygodni temu, tylko że teraz tak odmieniony jak Arcyserwis Wojskiego. Kolory fioletowe, złote, z plamami, prawie mgiełkami czerwieni – w swej prawie londyńskiej mgle jesiennej. Gdzieś widziałem i staram się sobie przypomnieć, gdzie, kolory nieprawdziwe – już wiem, takie właśnie były czy też zdaje mi się, że były, drzewa i krzewy Frycza w jego Burzy w Teatrze Polskim. Na ich tle widzę teraz jakże wyraźnie Zelwerowicza z najlepszych jego, pełnych prawdziwego jowialnego humoru czasów, Jarnińskiego w błazeńskiej czapce Trynkula i Jaracza, wtedy niemal debiutanta w Warszawie, jak tańczy pokracznie i podśpiewuje: „Pan! Pan! Kaliban!”

Jesień w okolicach Nowego Jorku.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 3, Państwowy Instytut Wydawniczy 1993, s. 471–472.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Odcinek 780: Jan Lechoń, 1951 rok


Z dziennika Jana Lechonia

19 sierpnia 1951 roku

1. Usiłowałem coś napisać przed obiadem, ale bez wielkiego przekonania. Była
pogoda jak w Polsce, śpiewały jakieś ptaszki, mogące, od biedy, imitować skowronki, i kwitła, choć niestety nie pachniała, koniczyna. Nie uważam, żebym ten dzień stracił, przełaziwszy go po łące i nad potokiem.
2. Od pewnego czasu mam zupełnie fizyczne uczucie, że świat wypełniony jest niewidzialną materią, z której możemy czerpać, co chcemy, i stwarzać w ten sposób rzeczywistość. Coś mi się zdaje, że to jest egzystencjalizm. Jeżeli tak jest – to jego prawdę odkryłem niezależnie od Sartre’a, nie myślą, tylko po prostu coraz bardziej opanowującym mnie szóstym zmysłem.
3. Siedmioletni Ryś, który mówi ,,sz” zamiast „s” – więc np. „szkoczki krawat” – ciągle skacze mi na plecy i każe się obnosić, jak to się mówiło, „na barana”. Kiedy mijaliśmy kogoś na szosie – zdjął mi kapelusz z głowy i ukłonił się w moim imieniu. Wobec tego mówię mu: „Rysiu! Jeżeli zgodzisz się cały dzień zdejmować mi kapelusz, dostaniesz dolara.” Ryś zgadza się, ale wieczorem przychodzi do mnie i mówi mi szeptem: „Proszę pana, ja myślę, że lepiej niech kotek panu zdejmuje kapelusz, a mnie oddaje pieniondze – bo to jest mój kotek.”
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 216–217.

sobota, 6 lipca 2013

Odcinek 736: Jan Lechoń, 1951 rok

Z dziennika Jana Lechonia

6 lipca 1951 roku
1. Dwie i pół stronicy z wysiłkiem, z którego coś wynikło. Tylko że jestem sto mil od osoby Henryka i nie wiem, czy te, moim zdaniem, niegłupie historiozoficzne wywody dadzą się zamknąć w tym wspomnieniu.

2. Przeżycia niektórych książek w młodości jak zdarzeń własnego życia, rozdzierający
Ewa Curie.
smutek niektórych scen, płacz powracający, ilekroć je czytałem. Więc pogrzeb Wołodyjowskiego, pogrzeb Tatiany w Urodzie życia, linijka z Quo vadis: „A amfiteatr oszalał”, z Bez dogmatu: „Anielka umarła dziś rano”, całe stronice z Nędzników. Zdolność do tych ludzkich wzruszeń, tego prymitywnego, jak mówił Witkacy, „bebechowego wstrząsu” odchodzi wraz z młodością, chcemy od książek czegoś innego, płakać przy czytaniu – wydaje się nam złym świadectwem dla czytanej książki. A jednak, kiedy rozpłakałem się przy końcu przedmowy książki Ewy Curie o matce – doznałem jakby katharsis, jakby spłynęła na mnie łaska powrotu dzieciństwa.
3. Kazio Junosza-Stępowski, który asystował przy pertraktacjach i później zniknięciu Franca Fiszera z dziewczyną z ulicy, pytał go później: „Jak ty możesz obcować z takimi dziewczynami. Co im mówisz?” „Jak to co – huknął Franc. – To, co się zawsze mówi. Moja królowo, mój aniele, kocham cię nad życie.”
4. Cambaceres, który miał obyczaje, nie wiadomo dlaczego zwane „specjalnymi”, tłumaczył się kiedyś przed Napoleonem za spóźnienie, przypisując je wizycie pewnej damy. Na co Napoleon odpowiedział: „Jeżeli dama nie chciała wyjść, trzeba było podać jej laskę, kapelusz i wyprosić za drzwi.”
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 177–178.

środa, 5 czerwca 2013

Odcinek 713: Jan Lechoń, 1951 rok

Z dziennika Jana Lechonia

5 czerwca 1951 rok
1. Obrzydliwy dzień, pełen nieudanych zabiegów o pieniądze, złych wiadomości na przyszłość. Nie ma co w siebie wmawiać, że jest inaczej. Jest okropnie.
2. Pewien ksiądz, Polak amerykański, widział w Zakopanem Kornela, który jest podobno zupełnie rozklejony. To naprawdę prawie symbol – Kornel, rozkochany we wszystkich przyjemnostkach dostatniego świata, i ta morga duchowa, ten gigantyczny Katyń – jakim jest Polska pod Rokossowskim. Ksiądz widział, jak jakaś grupka dzieci rozpoznała Kornela na ulicy i otoczyła go, mówiąc mu jakieś miłe rzeczy. Kornel rozbeczał się jak bóbr. Biedne dziecko, które mniej wiedziało o świecie od tych dzieci.
Kornel Makuszyński z żoną, zdjęcie przedwojenne.
3. Odkryta świeżo korespondencja Victora Hugo z żoną dowodzi niezbicie, że za życia jej nic on nie wiedział o romansie z Sainte-Beuve'em, że był słowem „le cocu magnifique”. Dowiedziawszy się po śmierci, przebaczył jej i pod jej fotografią podpisał te trzy wzniosłe słowa: „Chere morte pardonnee.” Coraz jaśniej widać, że był on lepszy, inny niż ten, którego widzieli współcześni, najwidoczniej nie mogący mu darować jego wielkości.
4. Jakiś pan starszy i jowialny odbywa na Amsterdam Avenue codzienny spacer z dwoma pieskami meksykańskimi, które biegną za nim drobnymi kroczkami jak maciupeńkie koniki. Spacer skończony i pieski skaczą panu za pazuchę, przy tym oba znają swoje miejsce – jeden zawsze po lewej, drugi – po prawej. Pieski bardzo mądre różnią się zasadniczo jako charakter – jasnokawowy z białym brzuszkiem jest paskudny złośnik, a ciemnokawowy – złote serduszko spragnione pieszczot i miłości.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 148.

wtorek, 30 kwietnia 2013

Odcinek 678: Jan Lechoń, 1951 rok


Z dziennika Jana Lechonia

30 kwietnia 1951 roku


1. Trzeba było wyjść rano. – Ale mogłem wrócić wcześniej. Mogłem coś napisać. Ale poddawałem się nerwom, wiosennemu lenistwu, otępieniu bez przyczyn i z wielu przyczyn.
2. Śmierci nie możemy sobie tak samo wyobrazić jak życia bez osób, które kochamy. I naraz nie wiadomo dlaczego przestajemy je kochać, podlegamy śmierci nie tak zupełnej jak nasza fizyczna zagłada, ale w istocie swej do niej podobnej.

Jan Lechoń,
rys. Zdzisław Czermański,
ok. 1954 roku.
3. Od przedwczoraj daremnie próbuję pogodzić się z rozczarowaniem w przyjaźni. Zgoda na to rozczarowanie oznaczałaby, że nie spodziewam się po tej przyjaźni tego, co było jej urokiem – niezwykłości uczuć delikatniejszych niż normalne ludzkie stosunki i niekosztownego poświęcenia w jej imię. Tłumaczę sobie, że to, co mnie spotkało – jest to przecież ludzkie, arcyludzkie – ale to właśnie odejmuje całej sprawie jej poezję, a mnie owo uczucie bezpieczeństwa wśród zawistnego albo obojętnego świata, którem tej przyjaźni zawdzięczał. Jak sobie tłumaczyć, że nie mam racji, kiedy jestem cały obolały od tego rozczarowania. Jeżeli nawet mój stosunek do tej sprawy jest tylko subiektywny – to tym niemniej nie powinno mnie było spotkać to, co spotkało. „Przyjaciel jest to ten, który jest przy tobie, gdy nie masz racji”, powiedział kiedyś Muhlstein, gdy jeszcze był zdolny do przyjaźni.
4. Wiem, że od paru tygodni – ten dziennik to grafomania, ciągnięcie siłą myśli z pustej głowy. Piszę jednak – bo teraz właśnie muszę się trzymać, a zresztą może te kartki będą jakimś hieroglifem duszy, z którego kiedyś ktoś odczyta sekret takich jak ja typów.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 114–115.

piątek, 21 grudnia 2012

Odcinek 548: Jan Lechoń, 1949 rok


Z dziennika Jana Lechonia

21 grudnia 1949 roku
1. Przyjechałem do Waszyngtonu po dniu latania bez przerwy, aby wszystkie nieodzowne przedświąteczne rzeczy załatwić. Osiągnąwszy to jak zawsze za późno, zdałem sobie sprawę, że wszystko to „funta kłaków niewarte”. I okazuje się, że był to wielki wysiłek nerwów. Jestem zjechany jak po największych przeżyciach.

2. W południe znów oglądałem film o powstaniu, który pokazywaliśmy Korbońskiemu w nadziei, że może jakichś ludzi albo jakieś specjalnej wagi sceny rozpozna w tym obrazie, zupełnie pozbawionym komentarza. Każde zetknięcie się z tym filmem wzburza coraz bardziej, coraz mniej rozumie się, jak świat mógł dopuścić do zagłady tych ludzi, i coraz prymitywniej czuje się nienawiść do Niemców. Wieczorem miałem jako sąsiadów w wago nie jakąś sentymentalną Niemkę amerykańską, która sprowadziła z Europy swoją siostrzenicę i jej męża, niby ofiary wojny. Trójka ta cackała się ze sobą, śliniąc się od sentymentalizmu i Gemutlichkeit, pieścili się swą niemczyzną – widać było, że uważają krzywdy Niemiec za największą hańbę naszych czasów. To nie nacjonalizm – tylko zwykła sprawiedliwość, że mając w pamięci to, co widziałem rano, chciałem gruchnąć w łeb tę babę. Powinna ona była sprowadzić tu polskich dipisów. Wiem, że takich rzeczy się nie robi, ale to byłoby dopiero w porządku.
3. Pięknie jest dobrze znosić kłopoty materialne. Ale poniżej pewnego poziomu jest to po prostu niemożliwe. Dzisiaj byłem pełen chwalebnego stoicyzmu, ale właśnie dlatego, że to nie tyczyło się tych najprymitywniejszych potrzeb. Kiedy one są w grze - w każdym, jeśli nie jest świętym, burzy się poczucie krzywdy społecznej i zwykła zazdrość. Cóż tu gadać o tych, przed którymi zamknięte są wszelkie sublimacje.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 1, Państwowy Instytut Wydawniczy 1992, s. 157–158.

sobota, 3 listopada 2012

Odcinek 500: Jan Lechoń, 1952 rok


Z dziennika Jana Lechonia

3 listopada 1952 roku
Ledwo jako tako się trzymałem – kłopoty prawdziwe i lęki przed tymi, które mogły się na mnie zwalić. Tyle mi tylko starczyło woli, żem się stawił wszędzie, gdzie było trzeba, na czas. 

To, że znajdują się Polacy, którzy, zabezpieczeni materialnie, obdarzeni nawet jakimiś godnościami, podgryzają się pod innych, chcą zgarnąć jeszcze więcej pieniędzy i rzekomej władzy – wydaje mi się ohydą tak bezprzykładną, takim wyzwaniem polskiemu losowi, że gdyby mi przyszło wkraczać w takie wypadki, powiedziałbym najgorsze rzeczy bez ogródek, nie oglądając się na żadne względy i urzędy. I dziwię się, że ci, którzy mają te rzeczy rozsądzać, bawią się w jakieś omówienia i przez to pomagają do tego zgorszenia.
Plakat wyborczy, 1952 rok.

Podeszła do mnie na ulicy bardzo miła pani w średnim wieku, trzymająca za rączkę małą dziewczynkę, i zapytała o jakieś ciemne dla niej formalności wyborcze – nie głosowała bowiem dotąd w Nowym Jorku, gdyż mieszkała w małym miasteczku. Po czym powiedziała, jakby szukając zrozumienia i współczucia, że zależy jej bardzo, aby nie zmarnował się jej głos, który chce dać na Eisenhowera, i myśli, że wszystkie matki amerykańskie myślą tak samo jak ona. „Mój syn jest w Korei. To jest jeszcze dziecko, naprawdę dziecko. Wierzę, że Eisenhower jeden może zrobić coś takiego, aby mój mały powrócił.” Niestety! Eisenhower może zrobić tylko jedno – zbombardować bazy czerwonych. Jeśli nie ma tego zamiaru, wziął na siebie straszliwą odpowiedzialność względem tysięcy takich poczciwych, wzruszających pań, jak ta, która mi się zwierzyła przedwczoraj.
Jan Lechoń, Dziennik, t. 2, Państwowy Instytut Wydawniczy 1991, s. 574–575.



Podobnie jak Michał Bałucki, nie lubimy jubileuszy tudzież uroczystych obchodów, ale korzystając z okazji, że dziś odcinek numer pięćset, serdecznie dziękujemy drogim Czytelnikom za obecność i za wszystkie komentarze.
Okrągła liczba sprzyja podsumowaniom. Do tej pory w Płaszczu zabójcy gościliśmy 205 autorów – najczęściej ulubieńca wszystkich pań Wojciecha Kossaka. Stronę odwiedzono 98 923 razy. W ubiegłym miesiącu odnotowaliśmy mały rekord: 10 663 wyświetleń. Dotychczas pojawiło się 6281 komentarzy. Będzie nam miło, jeśli kolejne miesiące spędzicie z nami, wtuleni w Płaszcz. Serdecznie zapraszamy na kolejne odcinki.