Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lawrence David Herbert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lawrence David Herbert. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 października 2015

Odcinek 2037: David Herbert Lawrence, 1913 rok


List Davida Herberta Lawrence’a do lady Cynthii Asquith

Lerici, przez Fiascherino, Włochy, 23 października 1913 roku
Droga Pani: już od dawna chciałem do Pani napisać. Ale sporo czasu upłynęło, nim tutaj dobrnęliśmy. A całe wieki upłynęły od naszego wyjazdu z Bawarii. Frieda była u swojej rodziny w Baden-Baden, ja nie chciałem tam jechać. Przeszedłem więc na piechotę w poprzek Szwajcarię i na zawsze wyleczyłem się z sympatii do tego kraju. Jedyną rozrywkę stanowi możność rzucenia kamieniem z przeraźliwej wysokości w dół — co zresztą jest prawnie zabronione. A góry... gdybym podniósł rękę z wystawionym w górę małym palcem i zobaczył go jaśniejącego na tle nieba, mógłbym go nazwać Monte Rosa. Nie umiem ocenić piękna gór; z bliskiej odległości ma się wrażenie, że wciąż tylko stoją na drodze, są zbyteczne, nigdy nie ruszają się z miejsca i tylko wzajemnie sobie przeszkadzają.
Potem dotarłem do potwornego Mediolanu, z katedrą podobną do rozzłoszczonego jeża i obmierzłymi mieszczuchami w skarpetkach, czerwonych krawatach i kapeluszach na bakier. To mnie wykończyło.
Za to teraz zamieszkaliśmy w cudownym miejscu, w pięknym palazzino, w olbrzymim ogrodzie, schodzącym tarasami do morza — tak się to po włosku nazywa. Ja nazywam to małym, czteropokojowym różowym domkiem z dużą winnicą, położonym nad okoloną skałami zatoczką. Frieda mówi, że jest to pomalowany na różowo grobowiec, bo takie to jest (a raczej było) brudne w środku. O Boże, ileśmy się napracowali skrobiąc to paskudztwo do czysta. Nie było sensu wołać w tym celu naszej służącej Elide. Jeszcze nigdy nie widziała, do czego służy szczotka ryżowa. Opasałem się szelkami i zabrałem się do roboty. Patrząc, jak czarna podłoga czerwienieje, a spod koszmarnego brudu na ścianach wynurzają się czerwone cegły, mieliśmy ochotę śpiewać hymny i psalmy pochwalne. [...]
Lerici (źródło).
Ale Włosi, w przeciwieństwie do nas, nie uważają, że ich domy są z nimi bezpośrednio związane. W Anglii dom jest dla każdego z nas, podobnie jak skorupa dla ślimaka, zewnętrzną osłoną. Tutaj jest to nora, do której ludzie wpełzają chroniąc się od deszczu i ciemności. Podczas posiłków Capitano i jego żona (dom należy do nich, ona go odziedziczyła, ale go odnajmują i sami mieszkają w mieście) bezceremonialnie rzucają na podłogę wszystkie resztki i odpadki oraz bouts de vin, a koty i muchy odprawiają na tym łupie swój wojenny taniec.
Położenie jest piękne — mały różowy domek wśród winnic nad okoloną skałami zatoczką Morza Śródziemnego. Do kąpieli chodzi się owinięty ręcznikiem. Nagrzana woda krzepi i wzmacnia... wspaniałe uczucie. Chciałbym, żeby Pani też tego zakosztowała.
Żyjemy prawie za darmo (wiem, że te prozaiczne sprawy bardziej Panią interesują od odwiecznych prawd) — za komorne płacimy 60 franków miesięcznie, służącej 25, warzyw jest mnóstwo i są śmiesznie tanie. Rano, po obudzeniu, patrzy się na ciemne sosny majaczące w różowej poświacie jutrzenki, przez cały dzień drzewa oliwne lśnią w słońcu, a łodzie rybackie i dziwne żaglowce (na przykład korsykańskie stateczki) ukazują się znikąd na tle jasnobłękitnego nieba, a wieczorem, o zachodzie słońca, całe morze staje się matowozłote, z purpurowym odblaskiem.
Czy dokonała Pani zamierzonego wypadu do Wenecji i czy bardzo tam cuchnie? Boże, jak te Włochy potrafią śmierdzieć. Chodzimy po listy na pocztę do Tellaro (tam i z powrotem dwadzieścia pięć minut drogi brzegiem morza do niedostępnej wioski, wyglądającej jak siedziba rozbójników mor­skich) i wierzyć się nie chce, jak tam jest straszliwie brudno. [...]
Piękne ukłony dla pana Asquitha, Żonkila i Pani.

David Herbert Lawrence,  Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 103–104. 

piątek, 20 marca 2015

Odcinek 2018: David Herbert Lawrence, 1919 rok



List Davida Herberta Lawrence’a do Katherine Mansfield

Middleton, Mountain Cottage, „czwartek”, [? 20 marca 1919 roku]

Kochana Katherine: [...]
A tutaj śnieg, śnieg, śnieg i biało, biało, biało. Wczoraj przez cały dzień w absolutnej ciszy padał śnieg. Myślałem, że to już koniec świata, miałem chwilami wrażenie, że jestem ostatnim żywym mieszkańcem księżyca, który rozsypał już cały swój zasób śniegu i teraz, głęboko uśpiony, śni swój wiekuisty biały sen, umierając powoli pośród mglistej śnieżycy i w ciszy, głębszej niż cisza. Nikt do nas nie przychodzi, śnieg bieli się na krzakach i grubą pionową krechą poznaczył pnie modrzewi, rosnących zwartą kępą za drogą. Boże, Boże... Na podwórku i na ścieżkach widać tylko liczne ślady ptaków i królików. Wciąż jeszcze jestem osłabiony po ostatnim przeziębieniu, ale F[rieda] ma się już lepiej. Dostaliśmy dzisiaj dwie gazety — rzecz niezwykła, bo listonosz rzadko nam je dostarcza. Pięknie się ten Londyn przedstawia! Stary szacowny ustrój uprzemysłowionej Anglii zdaje się powoli rozpływać w brudzie i błocie, jak topniejący śnieg. Myślę, że będzie trwało jeszcze wieki, zanim rozleci się do końca, przegniły i zawistny, bez iskry zapału, bez śladu inspiracji i kompletnie wyniszczony biernym oporem powtarzających się strajków. Złości mnie to, ale niech przyjdzie, co przyjść musi. [...]
D.H. Lawrence, Katherine Mansfield, Frieda Lawrence i John Middleton Murry na ślubie Lawrence'a w 1914 roku
Mąż mojej siostry Ady wrócił do domu, zwolniony ze służby w marynarce wojennej. Spodziewam się, że moja starsza siostra, której mąż przebywa obecnie w szpitalu, będzie go wkrótce również mogła zabrać na dobre do domu. Myślę, że zaraz potem przyjedziemy do Hermitage, może w przyszłym miesiącu, by zobaczyć pierwsze śnieżyczki (wyobraź sobie, że rosną tam dzikie śnieżyczki), białe fiołki i leśne zawilce. Chcę się nacieszyć rozwijającymi się na drzewach pąkami i kwitnącą w ogrodzie śliwą. Jestem pewny, że Hermitage będzie odpowiedniejszym miejscem na nasze spotkanie... nie takim ponurym, jak tutaj.
[...] Często teraz przychodzi do nas bażant i sadowi się pod murem, w krzakach agrestu, szukając w nich schronienia. Taki jest zmarznięty, że nie zwraca na nas uwagi. Zamierzamy go schwytać, zarzucając na niego pleciony hamak. Ale jego zielona głowa i długie wąskie pióra są takie piękne, że nie mogę się na to zdobyć. Chcieliśmy go złapać i posłać Ci, żebyś go zjadła. Kiedy jednak patrzę, jak spoczywa na śniegu, kolorowy i wytworny, czuję, że muszę uszanować stworzenie, które nosi się z tak doskonałą gracją i dystynkcją.
Mnóstwo serdeczności od nas obojga.

David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 208–209.

czwartek, 30 października 2014

Odcinek 1185: David Herbert Lawrence, 1912 rok

Lista Davida Herberta Lawrence’a do Edwarda Garneta

[Gargnano, willa Igea, Włochy, 30 października 1912 roku]
David Herbert Lawrence.
Drogi Edwardzie: serdecznie dziękuję za książki. Nie cierpię Strindberga. Wydaje mi się nienaturalny, wymuszony, trochę nieprzyzwoity, trochę sztywny jak Ibsen i jak gdyby krostowaty. Conrad, po kilkumiesięcznym pobycie w Europie, doprowadza mnie do szału, a przecież jego opowiadania są ś w i e t n e. Ale czym wytłumaczyć tę rezygnację, zanim jeszcze zdążył wystartować, cechującą całą twórczość Conrada i jemu podobnych — Pisarzy Ruin. Nie mogę przebaczyć Conradowi jego melancholii i biernej postawy. [...]
Jutro mamy przyjąć naszego pierwszego gościa. Niemkę, właścicielkę hotelu ,,Cervo". Czuje się straszliwie zaszczycona zaproszeniem do nas na podwieczorek. Cieszę się tu opinią narwanego i zamożnego dżentelmena — moje 50 funtów powinno mi wystarczyć do marca. Ponieważ jutro ma przyjść Signora Samuelli, spędziłem dziś pracowicie popołudnie, szorując sypialnię (nie mam pojęcia, dlaczego F. uparła się, żeby ją wyszorować) oraz czyszcząc srebro i bliżej nie określony metal, z którego zrobiona jest używana przez nas zastawa stołowa.  [...] 
Gargnano nad jeziorem Garda.
Dzisiejszy wieczór jest niezwykle ciemny — ciemniejszy niż bywają w Anglii. Jezioro pokryła mgła i przez cały dzień łodzie rybackie z rozpiętymi, ogromnymi żaglami, zdawały się płynąć zawieszone w powietrzu, niby jakieś zaczarowane okręty.
Czy Cię nudzę? Przerażasz mnie swoją pracowitością. Wstaję zwykle około ósmej i robię śniadanie, ale F. wyleguje się dłużej i muszę siedzieć przy niej i rozmawiać z nią aż do obiadu. Jestem pracowity z natury i ciągle się boję, że Wszechmogący skarżę mnie za moją gnuśność. Czy uważasz, że to jest grzech? Czy wykonuję przynależną mi część pracy? Żyję w ciągłym lęku, że marnuję czas... a jednocześnie... cóż, trudno, potem za to odpokutuję. Ale czuję się winny, chociaż życie jest takie ciężkie, moje i F. Mimo to wszystko, napisałem czterysta stron książki Paul Morel i tamten dramat. Czy myślisz, że Synowie i kochankowie to dobry tytuł? Uważam tę książkę za bez porównania, milion razy lepszą od poprzednich.
F. przysyła Ci uściski. [...]
[PS] Jestem okropnie nieszczęśliwy, bo stłukłem okulary i nie mogę pisać. Pewno tak czują się ociemniali. [...]
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s.

piątek, 7 marca 2014

Odcinek 980: David Herbert Lawrence, 1914 rok

Lista Davida Herberta Lawrence’a do Henry’ego Savage’a

Lerici, przez Fiascherino, Włochy, 7 marca 1914 roku
Drogi Henry: chyba bardzo dawno pisałem do Ciebie. Wczoraj odesłałem Ci kilka pożyczonych książek. Wkrótce przyślę opowiadania, jeżeli jeszcze trochę cierpliwie poczekasz. Wybacz, że trwało to tak długo.

Odwiedziły nas dwie panie: pani Garnett, która tłumaczy rosyjską literaturę, i pewna młoda pani, która wciąż jeszcze u nas mieszka. Boże Święty, jak ja mam dość kobiet, kobiet, wiecznie tylko samych kobiet. Czy wyobrażasz sobie, że tu, w Lerici, jest teraz siedem straszliwych Angielek, a spośród mężczyzn tylko ja jeden nie mam skończonych pięćdziesięciu pięciu lat. Moim zdaniem pięćdziesięciopięcioletni mężczyzna to mniej więcej to samo, co leciwa matrona. Wielkie nieba, chętnie wstąpiłbym do wojska albo do klasztoru.
W dodatku nie ma o czym stąd pisać i nic się nie dzieje poza tym, że wcale nie mając na to ochoty bezustannie chodzimy na jakiś lunch albo kolację i zabawiamy starsze, lecz bardzo miłe i zacne towarzystwo, którego wcale nie mamy ochoty zabawiać. [...]
Widok Lerici.

Tutaj jest teraz prześlicznie, kwitną fiołki, dzikie narcyzy, anemony i pierwiosnki... cudowne zachody słońca, spienione morze i srebrno biały księżyc. Byłbym wdzięczny Bogu, gdybym mógł nie pisać i nic nie robić. Och ta cudowna tutejsza wiosna! Chciałbym wyjść z domu i pójść w góry, daleko przed siebie, gdzie oczy poniosą. Wczoraj wdrapaliśmy się na wzgórza nad morzem i patrzyliśmy poprzez rzekę na Carrarę, na wielkie białe rozpadliny kamieniołomów i ostre kontury pokrytych śniegiem szczytów. Widzieliśmy brzeg morza, wybiegający pięknym łukiem w przestrzeń i stykający się gdzieś daleko z niebem, miasteczka wyglądające jak rozsypane garstki muszelek – Massa, Viareggio – i żaglowce, zawieszone w powietrzu jak motyle. Patrząc na to wszystko, zapragnąłem natychmiast ruszyć na Południe... Północ nigdy mnie nie pociągała, ale wszystko bym dał, żeby móc wybrać się na Południe pieszo. Wracając zatrzymałem się przy dymiącym kopcu i przez chwilę, stojąc na dzikim, zarośniętym krzewami zboczu wzgórza, rozmawiałem z wypalaczami węgla drzewnego. Jeden z nich był stary i bardzo spokojny. Powiedział mi, że sypia w miejscu swojej pracy, w małym szałasie z gałęzi, przytulonym do skały. Pozazdrościłem mu, też chciałbym tak sypiać. Drugi był młody, wysoki i przystojny, tryskający zdrowiem. Powiedział, że schodzi na noc z mułami na dół, nad morze. Ale był w nim jakiś niepokój. Wkrótce miał wyjechać do Ameryki. [...]
Jak Twoje zdrowie, jak poezje i w jakim jesteś nastroju? Czy wiosna też tak Cię wytrąca z równowagi, jak mnie? Wiosna we Włoszech jest sprawą wręcz diabelną. Czuje się pracę rodzącej ziemi, własne ciało staje się niespo­kojne jak ona, a dusza jeszcze bardziej.
Dobranoc, życzę Ci dużo szczęścia.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 121.

czwartek, 14 listopada 2013

Odcinek 867: David Herbert Lawrence, 1928 rok

List Davida Herberta Lawrence’a do J.D. Chambersa

Ile de Port Cros, La Vigie, 14 listopada 1928 roku
Drogi Davidzie: z trudem mogłem pojąć, że J.D., to Ty — a przecież to jasne, że jesteś dorosłym mężczyzną i dawno przestałeś być chudym chłopczykiem z bardzo jasną czupryną. Mój Boże, ileż to lat upłynęło! Myśl o tym napawa mnie przerażeniem.

Choć już o wielu rzeczach zapomniałem, nigdy nie zapomnę Haggs. Dobrze mi tam było. Tak bardzo lubiłem odwiedzać Was wszystkich, to u Was zaczęło się dla mnie nowe życie. Jabłonie, bladoróżowe róże, nad którymi Flower lubiła się pochylać, jeść ich płatki i błądzić wśród nich... konfitura z fig na podwieczorek w zimie, a w sierpniu kompot z zielonych jabłek. Czy jeszcze smażycie te konfitury? Powiedz swojej matce, że zawsze wspominam Wasz dom, wszędzie gdzie los mnie zaniesie. I czy Twoja matka jeszcze ciągle rumieni się, jak ktoś niespodziewanie przyjdzie i zastanie ją w przybrudzonym białym fartuchu? A może już nie nosi fartuchów? Jakże pragnąłbym mieć znowu dziewiętnaście lat i biec do Was przez Warren, wypatrując z daleka zarysów zabudowań na Waszej farmie. Potem usiadłbym na kanapie pod oknem, a po chwili wszyscy zgromadzilibyśmy się wokoło małego stołu przy podwieczorku, w Waszej małej kuchni, w której czułem się jak w domu.
Son’ tempi passati, cari miei! ąuanto cari, non saprete mai! [To są moje drogie minione czasy! Jak bardzo drogie, tego nie dowiecie się nigdy!] — Nie znajdę w języku angielskim odpowiednich słów, żeby Warn powiedzieć, ile to dla mnie znaczyło i jak bardzo jest mi to ciągle jeszcze drogie.
Gdybym mógł coś dla Ciebie zrobić, proszę, daj mi zaraz znać. Bo chociaż wiele się we mnie zmieniło, jest we mnie nadal coś z tego Berta, który z taką radością biegał do Haggs.
Farma Haggs należąca do rodziny Chambersów.
D.H. Lawrence, Listy, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 379.


sobota, 22 czerwca 2013

Odcinek 722: David Herbert Lawrence, 1922 rok

List Davida Herberta Lawrence’a do Catherine Carswell

Wyewurk, Thirroul, Nowa Walia, Australia, 22 czerwca 1922 roku
Kochana Catherine:

[...] Jeżeli chcesz przekonać się, jak z „zasad” społecznego życia nic nie
Aborygen z dzieckiem, 1922 rok.
zostaje, wybierz się do Australii. To naprawdę niesamowite miejsce. W myśl ogólnie przyjętych pojęć pod względem społecznym w ogóle się nie liczy. Żyj szczęśliwie, nie przejmuj się niczym, jesteśmy w Australii. A równocześnie brak tu niejako życia wewnętrznego, a jest po prostu całkowita obojętność, płynięcie z prądem. Dziwna, urzekająca obojętność, jakaś wręcz fizyczna niewrażliwość na to, co nazywamy duszą lub umysłem. Wywiera to naprawdę niesamowite wrażenie. A przy tym ten kraj ma jakiś swoisty prymitywny czar. Kiedy się do niego trochę przyzwyczaić, wydaje się taki stary, jak gdyby ominął go wielki rozdział semicko-egipsko-indoeuropejskiej historii i trwał w erze karbonu, w epoce wielkich paproci i mchów. Nie uzyskał jeszcze świadomości — żadnej — jest za daleko cofnięty w czasie. Wywiera bardzo dziwny wpływ. Często nienawidzę go jak trucizny, a potem znowu mnie urzeka i udziela mi się nastrój panującej w nim obojętności. Nie potrafię tego wytłumaczyć: jest to tak, jak gdybym cofnął się w czasie nieomal do królestwa roślin, zanim jeszcze powstały dusze, umysły i psychika — jak gdyby wokoło mnie istniał tylko żywy, dynamiczny organizm z niesamowitą, tajemniczą twarzą.
Zabudowania w Victoria River Downs, 1922 rok.

Mieszkamy w bardzo przyjemnym bungalow, w którym jest jeden ogromny pokój i trzy małe sypialnie, oprócz tego kuchnia i pralnia. Przed domem mały trawnik, za nim niska porośnięta krzakami skała, niewiele wyższa od brzegu rzeki, a dalej piasek i morze. Pacyfik jest piękny, ale zazwyczaj przeraźliwie, ogłuszająco hałaśliwy. Dziś pierwszy raz fale pluszcza łagodnie, zamiast przewalać się z hukiem. Kąpiemy się w zupełnej samotności, a potem biegniemy do domu i stajemy pod prysznicem, żeby spłukać z siebie bardzo morską wodę. Dom kosztuje 30 szylingów tygodniowo, a życie mniej więcej to samo co w Anglii, tylko mięso jest tanie.
Chcemy wypłynąć stąd 10 sierpnia przez Wellington i Tahiti do San Francisco, gdzie wylądujemy 4 września. Potem pojedziemy do Taosu. Pisz do mnie na adres: Pani Mabel Dodge Sterne, Taos, Nowy Meksyk, USA. Piszę tu powieść, napisałem już połowę. Dziwna powieść, w której nic się nie dzieje, ale mnóstwo rzeczy mogłoby się zdarzyć: akcja toczy się w Australii. Frieda uwielbia ten kraj. Pozostając jednak w pięknej Australii, zerwałbym na zawsze ze światem. Chcę go — świat — jeszcze raz objechać wokoło i jeśli znów tu dotrę, zostanę na zawsze. Mam nadzieję, że Twój synek dobrze się, chowa, Don kwitnie, a Ty jesteś szczęśliwa, jak tylko to jest możliwe.
D.H. Lawrence, Listy, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 244–245. Zdjęcia ze strony: http://www.nma.gov.au/exhibitions/expedition_photographs_h_basedow_1903_1928/1922_expedition?result_6095_result_page=1#slideshow-gallery


piątek, 5 kwietnia 2013

Odcinek 653: David Herbert Lawrence i Frieda Weekley, 1913 rok

List Davida Herberta Lawrence'a i Friedy Weekley do Ady Lawrence Clarke

San Gaudenzio, Włochy, 5 kwietnia 1913 roku
[David]: Kochana Siostrzyczko: obawiam się, że zmartwisz się tą nowiną, ale mimo wszystko niedługo przyjedziemy do Anglii — Frieda chce być w pobliżu dzieci. Zostaniemy tu, gdzie jesteśmy, mniej więcej przez tydzień, potem pojedziemy też na tydzień do Werony, aby spotkać się z siostrą Friedy po jej powrocie z Rzymu, a stamtąd do Anglii. Przez jakiś czas zamieszkamy w Cearne, a potem pewno w Sussex. Myślę, że zobaczymy się z Tobą między Wielkanocą a Zielonymi Świątkami. Jeszcze do Ciebie napiszę, podając dokładną datę.
Vincent van Gogh, Kwitnące drzewo brzoskwini.
Tutaj jest ślicznie, mieszkamy w fermie położonej wysoko na zboczu góry. Na należącym do niej gruncie, który rozciąga się na milę wokoło, rozpościerają się winnice i gaje oliwne. Siedzę w opustoszałym gaju cytrynowym, nagrzanym przez słońce. Pełno w nim małych kwiatków, podobnych do hiacyntów — rosną tu dziko w górach — są i fiołki... Na tle szarych drzewek oliwnych pięknie kontrastują różowe kwiaty brzoskwiń oraz białe kwitnące wiśnie i grusze. Ogromnie lubimy naszych gospodarzy, są życzliwi i serdeczni. Wieczorem grywamy razem w kuchni w rozmaite gry. W niedzielę zebrała się czteroosobowa orkiestra — wiolonczela, mandolina i dwie gitary, zasiedli w kącie podwórza i grali dziwnie brzmiące, piękne włoskie melodie, a my tańczyliśmy. Przyszli także wieśniacy z innych górskich ferm, a wśród nich przystojny zadzierżysty mężczyzna z drewnianą nogą. Mimo to wywijał z zapałem z Friedą i panią Anthony, naszą przyjaciółką, która także tu mieszka i jest bardzo dobrą tancerką. Jak więc widzisz, nieźle się tu zabawiamy. Twój ostatni list sprawił Friedzie wielką uciechę. Służy jej za broń przeciwko mnie, za dowód, jakim trudnym i niemiłym osobnikiem jestem w bliższym współżyciu. Staram się jej wytłumaczyć, że Twoje słowa mają wręcz odmienny sens.
L. znaczy Lorenzo. Pani Anthony nazywa mnie Lorenzo, gospodarze — signor Lorenzo. Oczekuję pewnego listu, który powinienem wkrótce dostać. Dość dawno nie miałem żadnych ważnych wiadomości. Mam nadzieję, że niedługo się zobaczymy. Pracuję teraz nad powieścią znacznie pogodniejszą od Synów i kochanków. Musisz mi szczerze powiedzieć, co myślisz o tej książce — na pewno mnie za nią znienawidzisz, ale ja uważam ją za wybitną. Pewien mój przyjaciel wykonał właśnie bardzo efektowny projekt okładki. Jeszcze nie skończyłem poprawiać szpalt, przyznam Ci się, że mnie to piekielnie nuży.
Trudno mi sobie wyobrazić, że będę w Anglii. Czasem wątpię, czy to dojdzie do skutku. Nie mam ochoty znów znaleźć się w mojej ojczyźnie, ale bardzo cieszyłbym się, gdybyście przyjechali do nas, do Ashdown Forest, na Zielone Świątki. Kiedy to.będzie — dwa albo trzy tygodnie po Wielkanocy? Pióro mi wyschło, więc musiałem wrócić do mieszkania.
Całuję Cię, jak się skończyło z tym rowerem, co z grzywną? 
Frieda Weekley.
[Frieda]: Tak, jestem Ci nieskończenie wdzięczna, Twój list przyszedł w momencie gdy L. tak mnie zgnębił, że zaczęłam uważać się za wyrzutka społeczeństwa, za niegodną miana istoty ludzkiej i uwierzyłam, że jego cierpienie jest wyłącznie moją winą. Twój list był więc dla mnie pomocą zesłaną przez Wszechmogącego. Wydaje mi się, że L. dobrze wygląda, ale nasze życie jest niewątpliwie ciężkie, choć ostatnio zaczynam nabierać nadziei, że najgorsze jest poza nami, to znaczy udręka moich dzieci, choroby i inne utrapienia. L. jest naprawdę bardzo dobry i przeżywa wszystko równie ciężko jak ja. Z przyjemnością Cię zobaczymy, będziemy prowadzili bardzo spokojny tryb życia do czasu ślubu. Zresztą bardzo nam to odpowiada. (L. mówi, że za dużo do Ciebie piszę, już jest o Ciebie zazdrosny!!!). Zawsze mu mówię, że chciałabym, żeby był taki miły jak Ty... więc do prędkiego zobaczenia.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 91-92.

sobota, 9 lutego 2013

Odcinek 598: David Herbert Lawrence, 1919 rok

List Davida Herberta Lawrence'a do Katherine Mansfield

Mountain Cottage, Middleton, 9 lutego 1919 roku
Katherine Mansfield.
Kochana Katherine. [...] Mamy cudowną pogodę, słońce iskrzy się na śniegu, niebo czyste jak w lecie i w tym złocistym oświetleniu widzi się wyraźnie nawet daleki świat. Ale jest straszliwie zimno, wszystko zamarza, mleko, musztarda, wszystko jest zamrożone na kość. Wczoraj poszedłem na pierwszy duży spacer, byłem przez kilka dni przeziębiony i leżałem w łóżku. Wdrapaliśmy się z moją małą siostrzenicą na nagie wzgórze. Ogromnie lubię obserwować ślady na śniegu: śliczne łańcuszki śladów króliczych, plączące się po całym szczycie. Głębokie tropy zajęcy. Lis, elegancko i szybko przeskakujący przez murek. Ptaki skaczące na obu nóżkach. Prosty, piękny ślad kroczącego bażanta. Splątane tropy dzikich gołębi, poruszających się w stadzie. Drobne i śliczne ślady łasic, podobne do naszyjnika z jagód, rozciągniętego na śniegu. Filigranowe ślady polnych myszy i ciągłe linie krecich korytarzy. Niezwykły świat dzikich stworzeń, wyraźnie czytelny wszędzie dokoła na ośnieżonym szczycie. Krajobraz widziany z góry jest bardzo piękny. Srebrzyście białe, nagie podgórze ciągnie się daleko w przestrzeń, osobliwie sfałdowane jak mięśnie, i miejscami błyszczące jak skóra. Tylko niewidzialny wiatr zaskakiwał lodowatymi porywami. Słoneczny blask przesuwał się powoli po polu, jak gdyby w sennym odrętwieniu. Jakże nic nie znaczące wydawały się te wszystkie żywe istoty i stworzenia. Dwaj mężczyźni, mali jak kropki, poruszali się po ośnieżonym zboczu, niosąc siano dla zwierząt. Wciąż wydawało się, że za chwilę rozpłyną się i znikają jak pyłki kurzu. Biała, pofałdowana, ożywiona słońcem śnieżna pokrywa pochłaniała wszystko dokoła. Tylko na samym szczycie wzgórza tkwiła mała kępa niskich buków, a ich splątane, nagie konary rysowały się na tle błękitnego nieba, jak rzeźba z żelaza. Chciałoby się móc przestać być człowiekiem i stać się demonem. Allzu Menschlich [nazbyt ludzki].
Scena zimowa, mal. Carl Larsson.
Przyjechała do nas moja siostra Emily z córeczką, która dziś obchodzi urodziny. Emily piecze słodki rogal i ciastka, Frieda szyje dla Peggy jasnozieloną sukienkę, a ja doradzam i do wszystkiego się wtrącam. Pamela lamentuje, bo wszystkie jajka zamarzły w spiżarni i popękały. Przez pół godziny rozbijałem lód w cebrzyku, a teraz idę na spacer. Peggy ze wspaniałymi rudozłotymi włosami zwiniętymi na szmatkach w tańczące wokół jej głowy papiloty, biega z miejsca na miejsce, przebierając wełniane i bawełniane gałganki — prawdziwa scene de familie. Z przyjemnością chodzę przez pólko do studni po wodę do picia, słońce świeci cudownie i w jego blasku Staley, pogrążona w śniegu maleńka wioska po przeciwnej stronie drogi, przypomina mi Włochy. [...]
Życie toczy się swoim trybem, jest piękne i nawet zmrożone liście na szybie są wspaniałym naturalnym malowidłem. Cieszmy się tym wszystkim, póki żyjemy. [...]
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 206-207.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Odcinek 586: David Herbert Lawrence, 1910 rok

List Davida Herberta Lawrence'a do Blanche Jennings

28 stycznia 1910 roku
Croydon, Colworth Road 12
David Herbert Lawrence.
Kochana B.: pisałem ostatnio jak szatan — mam nadzieję, że jest to li­teracko utalentowany dżentelmen — nie miałem siły zabrać się do listów. Dziś wieczorem odpoczywam po wykonaniu najpilniejszych obowiązków i za­spokojeniu codziennych potrzeb.[...]
Jak się czujesz? O czym mam Ci napisać, czy o mojej ostatniej miłości? [Agnes Holt] No więc.... skończyłem z nią... już jej nie lubię. Niewątpliwie jest atrakcyjna ze swymi bujnymi kasztanowatymi włosami. Z początku wydaje się nieprze­ciętna, bo jest żywa, śmiała, dowcipna i swobodna. Cieszy się dużym powo­dzeniem u mężczyzn i dużo bywa. Niedługo skończy dwadzieścia siedem lat. Dość długo z nią chodziłem. Już mi się jednak znudziła. Dlaczego? Jest skoń­czona ignorantka i bardzo staroświecka, chociaż skończyła seminarium na­uczycielskie i przez kilka lat wykładała w Londynie. Mężczyzna jest... czy był w jej pojęciu bardziej lub mniej interesującym przedstawicielem płci męskiej, z którym można zabawić się dowcipkując i plotąc głupstwa... i nic więcej... nie jest samcem... o, mon Dieu, nie!... uświadomiłem ją i teraz nie starcza jej odwagi. Kieruje się zasadami z połowy epoki wiktoriańskiej i stroi się w zwiewną szatę romantyzmu, z której z czasem zostaną zaledwie strzępy. Nie chce przyjąć do wiadomości, że mężczyzna jest samcem, że pocałunki są tylko wstępem i przygotowaniem, a miłość w dużej mierze polega na wza­jemnym fizycznym p o ż ą d a n i u, które szybko się zaspokaja. Jest przeko­nana, że mężczyźni ubóstwiają swoje kochanki. Jest sztuczna i powierzchow­na, a ja jej nie mogę zmienić. Boi się. Mam jej dość. Udaje bardzo we mnie zakochaną, ale nie jest, a nawet gdyby była, co mnie to obchodzi!... Gdyby tak naprawdę było, nie udawałaby wstydliwej świętoszki, nie deklamowała­by, że wszystko jest straszne i obrzydliwe, że nie warto żyć, że życie jest po­niżeniem itd., itd... Życie by ją interesowało. A ona wpada w ckliwy sentymentalizm, gdy chodzi o nagą treść życia.
Jessie Chambers.
Od pewnego czasu zacząłem mieć jej dość.
W czasie Bożego Narodzenia wygasły ogień rozżarzył się na nowo, niby spirytus tlący się słabym, niewi­dzialnym płomieniem, ale zdolny zapalić beczkę smoły. To ta dawna sympatia, z którą kiedyś byłem długo związany [Jessie Chambers]. Jakie to dziwne, ona mnie zna na wylot, ja ją też... i jest w tym coś niesamowitego, bo jednocześnie jest ponad sto mil ode mnie. Od czasu do czasu zdarzają się nam chwile szaleństwa... trudno uwierzyć, że znamy się dziesięć lat, a ja przez cały ten czas tylko kilka razy ją pocałowałem. Ma czarne włosy i cudowne oczy, duże, bardzo ciemne, o rozbrajającym wyrazie. Podnosi twarz ku mojej i tuli się do mnie. Czas mknie jak spadająca gwiazda, która ginie w ułamku sekundy. To cudowne, że czas... długie sekwencje minut, godzin pierzchają w mgnieniu oka i chwila rozstania nadchodzi, gdy wydaje się, że pierwszy pocałunek zaledwie się zaczął. Niedługo przyjedzie do mnie na weekend. Nie spędzimy go tutaj, w Croydon, tylko w Londynie. Świat jest nasz, a my należymy do siebie... nawet jeśli to ma trwać tylko przez jedną wiosnę... jakież to ma znaczenie! Co na to powiedzieliby moi i jej rodzice?... wszystko mi jedno, to nieważne... nie będą o tym wiedzieli.
Jestem panem mego losu
Kapitanem mojej duszy.
Zastanawiam się, dlaczego piszę Ci o tych wszystkich sprawach, o któ­rych za nic na świecie nie wspomniałbym nikomu innemu. Może dlatego, że mnie o to pytasz. Ale spal mój list, bardzo Cię proszę. I napisz, czy Ty uważasz, że źle postępuję?[...]
Czemu jesteś smutna? — Napisz. Co jest przyczyną tego dysonansu w Twoich listach? — Napisz. Czego chcesz? Bo przecież wszyscy pragniemy aż do obłędu kontaktu z
drugim człowiekiem. Coraz bardziej się przekonuję, że nie o wymianę myśli chodzi... ale o wzajemne przekazywanie uczuć... o ży­wy serdeczny kontakt.
Napiszę Ci o mojej nowej znajomej, która mnie interesuje... nic poza tym. Ale to już następnym razem... mieszka tutaj... nazwijmy ją Helene [Helen Corke]... jest bardzo interesująca.
Do widzenia... Kontakt z ludźmi... pamiętaj. Tego szukam... Do widzenia.
D.H.L.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 24-25.

środa, 31 października 2012

Odcinek 497: David Herbert Lawrence, 1926 rok

List Friedy i Davida Herberta Lawrence do Montague Weekleya

Scandicci, willa Mirenda, 31 października 1926 roku
D. H. Lawrence i Frieda, 1923 rok.
[Frieda:]
Kochany Monty: wielką radość sprawiłeś mi swoim listem i cieszę się, że czujesz się lepiej. Patrzę z mojego okna na wolno posuwającą się procesję świateł, ale nie wiem, jakiego dziś świętego. Lawrence chodzi pisać do lasu, pisze teraz krótką powieść, jak zawsze poruszającą nowe problemy. Tym razem są to szczególne obyczaje klasowe, a może raczej dramatyczna walka duszy z ciałem, chociaż nie... źle to określiłam: z instynktami zwierzęcymi [Uwaga Lawrence'a: Hurra! Eureka!] — Co teraz robisz? Kończymy urządzać bardzo wesoły pokój, mamy tu ładne białe obicia, które można nabyć tylko we Florencji, i przez cały dzień jest w nim pełno słońca [Lawrence: W niektóre dni] i bardzo ciepło, jak w uchu. A ty, synku, siedzisz przy obrzydliwym gazowym kominku w pochmurnej Anglii [Lawrence: Poverino [biedaczek]] Ale na przyszłą wiosnę wynajmiemy jakiś dom w Anglii, będziesz do nas przyjeżdżał na weekendy i będziemy więcej ze sobą przebywali. Lawrence też tego chce, bo chciałby mieć trochę kontaktu z młodszą generacją.[...]  Lawrence mówi, że chce się dopisać, przyjedź na Boże Narodzenie, jeżeli tylko będziesz mógł — Twoja matka. 

[Lawrence:]
Kochany Monty: Twoja Mama jest cudowna, kiedy udziela dobrych rad, a jeszcze cudowniejsza, kiedy raczy je przyjmować. Sądzę, że w tym ostatnim jesteś do niej podobny.
Nie miałem żadnych dalszych wiadomości od tego aktorskiego towarzystwa, więc nie wiemy, czy w grudniu przyjedziemy do Londynu na moją sztukę. Bardzo mi się nie chce, ale Anglia oczekuje itd. — Czy nie przyjechałbyś do nas z panną Barby na Boże Narodzenie? Gdybyśmy je spędzali tutaj, mogłoby być zabawnie. Twoja Mama nie może doczekać się kogoś, kto zachwycałby się wspaniałością jej domu, bo na mnie pod tym względem nie może liczyć. Dziś jest niedziela, zapadł już wieczór i siedzimy w kuchni przy stojącej na stole lampie, Twoja matka je łyżeczką suszone daktyle, częstując mnie co chwila: „zjedz jeszcze jednego” — a ja piszę. Oto przykład naszego życia na wysokim poziomie. Pomalowałem kilka mil ram okiennych, kilka akrów drzwi i komodę, która po tym zabiegu zamieniła się w biurko, ale jeszcze daleko do końca moich robót. Tak żyje się po bohatersku a la Frieda. Mussolini mówi: „Vivi pericolosamente!” [Żyj ryzykownie], po czym uchwala nieskończoną ilość przepisów prawnych, wymierzonych przeciwko każdemu, kto odważyłby się go zaatakować. Siamo cosi [tacy jesteśmy]. Trzymaj się, chłopcze.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 318-319.

sobota, 1 września 2012

Odcinek 437: David Herbert Lawrence, 1908 rok

List Davida Herberta Lawrence'a do Blanche Jennings

Eastwood, Lynn Croft, 1 września 1908 roku
D.H. Lawrence, zdjęcie z 1913 r.
Zapomniałem już o wszystkim, co się zdarzyło ciekawego i o czym chciałem Ci donieść, mogę więc spokojnie zabrać się do listu. Śmiać mi się chce, kiedy mówisz, że przybieram ton wyższości i jestem trochę zarozumiały, wyniosły. Jestem bardzo zarozumiały, ale nie wyniosły. Oh ma foi, non! Można mnie porównać do skrawka pagórkowatego gruntu, na którym wiele śmiesznych garbów sterczy nad innymi, ale alpejski... o nie, najmilsza! Szczerze się uśmiałem, choć jeszcze ciągle jestem bezrobotnym biedakiem. Moim największym szczęściem jest to, że potrafię bawić się bez żadnych przygotowań, i to dobrze. Rzadko kiedy się nudzę i umiem cieszyć się z byle czego. Jeśli chodzi o pływanie — raczej pluskam się w morzu, bo szybko tracę oddech, ale człowiek walczący z falami pięknie wygląda w wodzie, przejrzystej i seledynowej jak powietrze o zmroku. Jestem nieposkromionym zwierzęciem — człowiekiem z krwi i kości, jeśli wolisz — i chętnie pozostałbym taki do końca życia, gdyby ludzie mi pozwolili. Uchroniłoby mnie to przed epidemią sentymentalizmu.
Skutki wychowywania się w mieście są, najmilsza, równie zgubne, jak noszenie gorsetu lub chodzenie na pensję dla panienek z dobrego domu. Przypomniało mi to o mojej wyniosłości. Alice Gall była z nami w Flamboro. Rozmawiamy zawsze ze sobą najpospolitszą gwarą. Siada mi na kolanach, parodiując scenę miłosną. Rozkoszna mała diablica. Jeśli chodzi o pocałunki — zaspokajają moją żądzę, wszelkie inne ślinienie się budzi we mnie wstręt. „Słabe strony — mam ich mnóstwo. Największym moim błędem jest to, że pozwalam robić innym, co chcą, jeśli mi to naprawdę nie przeszkadza. Jestem zbyt nieśmiały, żeby odmówić. [...]
Mówiłem Ci, że większość mężczyzn ma tylko cztery struny w duszy. Moi przyjaciele są tacy. Rozmawiam z nimi na tematy intelektualne, o seksie i sprawach frywolnych, ale nigdy o tym, co mi jest naprawdę drogie. Bez trudności czytam w ich duszach, są o wiele łatwiejsi do analizowania niż kobiety. [...]

Uniwersytet w Nottingham,  w którym D.H. Lawrence
ukończył studia w 1908 r.
Dojrzewanie jest straszliwym doświadczeniem, moim zdaniem bardzo bolesnym. Ale kiedy się przez to przejdzie, wszystko staje się wspaniałe. Studia okazały się dla mnie przykrym rozczarowaniem. Jest tam tylko z pięć osób godnych szacunku i ze dwie, których wyższość nad sobą uznaję, a przecież mówię o profesorach. Chociaż jestem zarozumiały, doznałem jednego z najcięższych szoków, kiedy przekonałem się, że połowa belfrów na studiach uniwersyteckich nie przewyższa mnie ani intelektem, ani charakterem. Jestem nieśmiały w stosunku do ludzi, których szanuję za to, że przerastają mnie swoim poziomem, ale staję się zarozumiały, a nawet arogancki wobec tych, którzy mi nie dorównują. Bardzo szybko można się zorientować, czy ktoś przerasta, czy nie dorównuje poziomem. Belfrzy uniwersyteccy okazali się takimi gnuśnymi materialistami, że aż mnie to przeraziło. Wkrótce zaczęło mi się zdawać, że równie dobrze mogłyby mnie uczyć gramofony, jak ci ludzie, nie zainteresowani swoją pracą i obłudni. Przestałem im ufać i równocześnie zacząłem nimi gardzić lub kwestionować wiele rzeczy. Straciłem swoją raczej głęboką wiarę w Boga i swój idealizm, wyzbyłem się złudzeń. Właśnie w tym czasie napisałem powieść Laetitia. Odszedłem od ludzi i Boga, wyleczyłem się z młodzieńczego marzycielstwa. Wierzę teraz tylko w życie i nie mam zamiaru dobrowolnie się niszczyć, walcząc z obojętnością i przewrotnością świata. Hurra!
Nie chcę dłużej rozprawiać z Tobą o psychologii, jestem pretensjonalnym głupcem. [...]  Przykro mi, że nie lubisz mężczyzn, są bardziej interesujący i solidniejsi od kobiet. Przepraszam Cię, ale obawiam się, że czujesz się samotna i nie doceniasz swoich duchowych wartości: Dlaczego nie starasz się znaleźć we własnej duszy cudownej towarzyszki swoich przeżyć?
[...] Byłem wczoraj w polu. Żniwa były cyniczną kpiną przez ten przeklęty deszcz. Owies jest rzadki i nie wyrośnięty... zupełnie inny niż w zeszłym roku. Piękny był wtedy urodzaj.
Jeśli nie dostanę pracy, pojadę odwiedzić moich szanownych krewnych w Hampstead Heath lub Leicester. Napiszę stamtąd do Ciebie słodki afektowany list. Ten jest bardzo oschły i sztuczny. Błagam o przebaczenie.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 15-17.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Odcinek 313: David Herbert Lawrence, 1922 rok

List Davida Herberta Lawrence'a do lady Cynthii Asquith 

Ze statku R. M. S. Orsova, niedziela, 30 kwietnia 1922 roku
David Herbert Lawrence.
Znów płyniemy statkiem — znajdujemy się teraz na wielkim lekko wzburzonym, niebieskim morzu; spod fal, niby wielkie uskrzydlone krople wody, wyskakują latające ryby, jakiś katolicki ksiądz — Hiszpan — gra bardzo dobrze Szopena na fortepianie, a statek łagodnie kołysze.
Nie podobał mi się Cejlon, to znaczy podobał mi się krajobraz, ale nie mógłbym tam zamieszkać na stałe. Wschód nie dla mnie — zmysłowo uduchowiona lubieżność, niezwykła wrażliwość nagich ludzi, ich czarne, przepaściste, tęskne oczy, łby słoni i bawołów, wystające z pradawnego bagna, dziwny szmer suchych stalowych liści palm... tropiki mają w sobie coś z przedpotopowego świata... gorące, czarne bagna i zrodzone z nich życie działały na mnie fatalnie. Ale cieszę się, że poznałem ten egzotyczny kraj. W Peraherze Kandyjskiej widzieliśmy księcia Walii. Samotny, mały, biały, pochmurny człowieczek siedział w górującej nad tłumem Świątyni Zęba i z podpartą na dłoniach brodą patrzył, niby Narcyz zamierzający popełnić samobójstwo w czarnym świecie, tępo na wschodni tumult. Perahera cudownie wyglądała o północy — olbrzymie słonie, wielkie płonące kokosowe pochodnie, książęta okręceni zwojami muślinu, bicie w bębny, egzotyczna muzyka i diabelskie tańce, wszystko zmieszane w rytmicznym pochodzie, a wysoko nad tym samotny, malutki, biały książę... znów czarne ślepia i spocone, błyszczące czarne ciała nagich tancerzy w świetle pochodni i dobiegające z odległości brzęczenie dzwonków uwiązanych na łbach wielkich, zrodzonych na bagnie słoni. Wywarło to na mnie ogromne wrażenie, zdawało mi się, że widzę świat sprzed Potopu. Jeszcze ciągle trudno mi wrócić do teraźniejszości. Miękkie, wilgotne, prehistoryczne słoniowe trzęsawisko jak gdyby wciągnęło w siebie znany mi świat — i dryfuję dalej po nim bezwolnie.
Ale prosiła Pani, żeby nie pisać o Indiach, tylko o nas. Nie, proszę Pani, nie gniewam się i nie będę już wypisywał tyrad: morze jest bezbrzeżne, świat słoni i bawołów wydaje się nieskończoną przestrzenią mroku i przez kontakt z czarnymi Cejlończykami człowiek nagle pojmuje, jak rozległy jest strumień krwi, ciemny, gorący i pradawny. Cóż w ogóle znaczy życie? Po co się nad tym wszystkim zastanawiać? Na pewno nie warto. Ale mimo to nie wierzę w Buddę, a nawet go nienawidzę, razem z jego nędznymi świątyniami i prymitywną religią. Jezus jest lepszy.
Edward, książę Walii, z księciem Japonii, 1922 r.
Wybieramy się do Australii. Bóg wie po co... może dlatego, że będzie tam chłodniej i morze jest bezmierne. Cejlon paruje upałem, ale nie tyle gorąco tam szkodzi, co chemiczny rozkład krwi przez ultrafioletowe promienie słoneczne. Nie wiem, co będziemy robili w Australii, ale się nie martwię. W sensie psychicznym wszystko może być podobne, ale na pewno będzie się bardzo różniło pod względem fizycznym, a organizm cierpi, nim się przestawi. Trudno, to też należy do przygody. Myślę, że Frieda czuje się jak ja, jest trochę oszołomiona, fizycznie apatyczna... i niespokojna. Będąc daleko zamartwiam się Anglią. W porównaniu z nami, ci tubylcy są zacofani, ich cywilizacja jest niższa od naszej. Ale zaleją nas i uduszą. Przez pięć wieków górowaliśmy nad światem i byliśmy na szczycie. Teraz zaczynamy spadać. Ale nie dopuszczę do tego, abym się miał wyrzec swojej białej rasy, angielskości i własnego ja. Anglia jest w potrzasku całego świata, a także własnym. Anglia rozmyślnie podminowuje Anglię. Powinna Pani zobaczyć Indie. Wśród rozgrywek politycznych Lloyda George'a i Isaaka Rufusa wybiła nasza godzina... Rok temu zapytała mnie Pani, kto wygrał wojnę — wszyscy przegraliśmy. Ale to nieważne, skoro nasz naród utracił własną duszę. Dziwna i urzekająca jest moja Wergiliuszowa wędrówka wśród mroku i cieni.
Proszę nie kupować Sea and Sardinia, bo zapłacę za tę książkę Martinowi Seckerowi i będzie musiał ją Pani przysłać. Ubawi się Pani.
Cieszę się, że chłopcy dobrze rosną i że Herbert Asquith lubi czytać książki innych autorów. To przyjemniej, niż czytać własne, a na pewno dużo przyjemniej jest coś robić, niż nic nie robić. Tłumaczę książki Sycylijczyka Criovanniego Vergi: Mastro-don Gesualdo i Novelle rusticane, żeby mieć jakieś zajęcie. Obie są bardzo dobre. Jeżeli Pani mąż chciałby je przeczytać (przetłumaczone), proszę mu powiedzieć, żeby się zwrócił do Curtisa Browna.
Frieda załącza pozdrowienia.
Cejlon, Perahera Kandyjska. Pocztówka z 1920 roku.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 241-242.

niedziela, 23 października 2011

Odcinek 123: David Herbert Lawrence, 1913 rok

List do lady Cynthii Asquith

Lerici, przez Fiascherino, Włochy, 23 października 1913 roku
David Herbert Lawrence
Droga Pani: już od dawna chciałem do Pani napisać. Ale sporo czasu upłynęło, nim tutaj dobrnęliśmy. A całe wieki upłynęły od naszego wyjazdu z Bawarii. Frieda była u swojej rodziny w Baden-Baden, ja nie chciałem tam jechać. Przeszedłem więc na piechotę w poprzek Szwajcarię i na zawsze wyleczyłem się z sympatii do tego kraju. Jedyną rozrywkę stanowi możność rzucenia kamieniem z przeraźliwej wysokości w dół — co zresztą jest prawnie zabronione. A góry... gdybym podniósł rękę z wystawionym w górę małym palcem i zobaczył go jaśniejącego na tle nieba, mógłbym go nazwać Monte Rosa. Nie umiem ocenić piękna gór; z bliskiej odległości ma się wrażenie, że wciąż tylko stoją na drodze, są zbyteczne, nigdy nie ruszają się z miejsca i tylko wzajemnie sobie przeszkadzają.
Potem dotarłem do potwornego Mediolanu, z katedrą podobną do rozzłoszczonego jeża i obmierzłymi mieszczuchami w skarpetkach, czerwonych krawatach i kapeluszach na bakier. To mnie wykończyło.
Za to teraz zamieszkaliśmy w cudownym miejscu, w pięknym palazzino, w olbrzymim ogrodzie, schodzącym tarasami do morza — tak się to po włosku nazywa. Ja nazywam to małym, czteropokojowym różowym domkiem z dużą winnicą, położonym nad okoloną skałami zatoczką. Frieda mówi, że jest to pomalowany na różowo grobowiec, bo takie to jest (a raczej było) brudne w środku. O Boże, ileśmy się napracowali skrobiąc to paskudztwo do czysta. Nie było sensu wołać w tym celu naszej służącej Elide. Jeszcze nigdy nie widziała, do czego służy szczotka ryżowa. Opasałem się szelkami i zabrałem się do roboty. Patrząc, jak czarna podłoga czerwienieje, a spod koszmarnego brudu na ścianach wynurzają się czerwone cegły, mieliśmy ochotę śpiewać hymny i psalmy pochwalne. "Ach! — krzyczała Elide — l'aria e la pulizia... świeże powietrze i czystość to dwie najważniejsze rzeczy w życiu!" — Mogła równie dobrze powiedzieć, że to nektar i ambrozja, tak dalece nie ma o tym pojęcia. Ale Włosi, w przeciwieństwie do nas, nie uważają, że ich domy są z nimi bezpośrednio związane. W Anglii dom jest dla każdego z nas, podobnie jak skorupa dla ślimaka, zewnętrzną osłoną. Tutaj jest to nora, do której ludzie wpełzają chroniąc się od deszczu i ciemności. Podczas posiłków Capitano i jego żona (dom należy do nich, ona go odziedziczyła, ale go odnajmują i sami mieszkają w mieście) bezceremonialnie rzucają na podłogę wszystkie resztki i odpadki oraz "bouts de vin" [resztki niedopitego wina], a koty i muchy odprawiają na tym łupie swój wojenny taniec.
Lady Cynthia Asquith, portret Augustusa Johna
Położenie jest piękne - mały różowy domek wśród winnic nad okoloną skałami zatoczką Morza Śródziemnego. Do kąpieli chodzi się owinięty ręcznikiem. Nagrzana woda krzepi i wzmacnia... wspaniałe uczucie. Chciałbym, żeby Pani też tego zakosztowała. Żyjemy prawie za darmo (wiem, że te prozaiczne sprawy bardziej Panią interesują od odwiecznych prawd) — za komorne płacimy 60 franków miesięcznie, służącej 25, warzyw jest mnóstwo i są śmiesznie tanie. Rano, po obudzeniu, patrzy się na ciemne sosny majaczące w różowej poświacie jutrzenki, przez cały dzień drzewa oliwne lśnią w słońcu, a łodzie rybackie i dziwne żaglowce (na przykład korsykańskie stateczki) ukazują się znikąd na tle jasnobłękitnego nieba, a wieczorem, o zachodzie słońca, całe morze staje się matowozłote, z purpurowym odblaskiem.
Czy dokonała Pani zamierzonego wypadu do Wenecji i czy bardzo tam cuchnie? Boże, jak te Włochy potrafią śmierdzieć. Chodzimy po listy na pocztę do Tellaro (tam i z powrotem dwadzieścia pięć minut drogi brzegiem morza do niedostępnej wioski, wyglądającej jak siedziba rozbójników morskich) i wierzyć się nie chce, jak tam jest straszliwie brudno.
Mam nadzieję, że się Pani dobrze czuje, ale czy to nie za forsowne taka wyprawa tam i z powrotem do Wenecji w ciągu jednego tygodnia? Dlaczego nie wybierze się Pani drugi raz do Margate? Myślę, że to wielkie przeżycie wracać do miejsc, gdzie się było szczęśliwym. Jak miewa się Żonkil o złotym uśmiechu [syn lady Asquith]? Czy pan Asquith zbija majątek w swojej kancelarii adwokackiej? Powinienem w zimie dostać około 150 funtów, co przy naszym obecnym trybie życia będzie zawrotną sumą pieniędzy.
Mieliśmy wczoraj list od Eddie Marsha... w tej chwili spadł mi na głowę ciężki żołądź, to na pewno jakiś omen. Czy umie Pani przepowiadać? Eddie jest przedobry i szlachetny. To wyłącznie moja wina i wcale nie miałem racji czując się urażony tym, że moje wiersze miały nie dość staranną formę, aby mogły mu się podobać.
Morze Śródziemne potrafi być czasem bardzo wzburzone. Dziś wieje maestrale [mistral] i morze demonstruje swój gniew w bardzo niemiły sposób.
Moja sztuka ma niedługo ukazać się w druku. W tej chwili czarna kura wróciła do domu. Gdzieś się zagubiła. Elide wymachuje rękami z radości. Moja sztuka [The Widowing of Mrs Holroyd] jest bardzo obyczajna. Przysłałbym Pani egzemplarz, ale nie chcieli mi dać ani jednego. Będzie ją Pani musiała koniecznie przeczytać.
Piękne ukłony dla pana Asquitha, Żonkila i Pani. 
Lerici, pocztówka z 1895 roku.
David Herbert Lawrence, Listy, oprac. Krystyna Stamirowska, tłum. Zofia Sroczyńska, Wydawnictwo Literackie 1984, s. 103-104.