Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kossak Wojciech. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kossak Wojciech. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 października 2015

Odcinek 2034: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony, Marii

Pierwsza niedziela w New Yorku, 3 października [1920 r.]
Momo drogie.
Wczoraj wieczorem posłałem Ci jeden list, a jako że dystrakt, zapomniałem Ci podać mój adres, który brzmi tak: l West 67 Street, New York.
Niedzielę zacząłem, Maniusiu, przykładnie, cudny dzień, ciepły i New York nie taki żydowski, wszystko chrześcijańskie wyległo i ta sławna 5-ta dzielnica wspaniała, wcale nie Wurstelprater. Poszedłem do ślicznej katedry (Catholic Church), a że wróciwszy zastałem mój pokój nie sprzątnięty, wiec piszę znowu. List Twój z poleceniem od Lilki dostałem na samym wsiadaniu, musi wiec z koszuliną poczekać na mnie. Czy ten huncwot [Władek, służący Kossaka] już się nareszcie zjawił? A cóż to za kanalia. Najgorzej to, że mu zostawiłem także 1500 marek dla Kazia Pułaskiego, pewnie je przepił. Zaraz go się spytaj, czy je Nince zaniósł, bo Kazia nie było.
Do dwóch rzeczy trzeba się tu przyzwyczaić, pierwsza to nie myśleć o markach polskich, a drugie to, że ile razy się myśli, co Wy tam w domu teraz robicie, dodawać sześć godzin. Wiec na przykład: ja teraz wróciłem z kościoła, jest po 11-tej, a u Was już koło 5-tej po południu. Za to niebo to samo, tylko Wielka Niedźwiedzica niżej trochę.
Nowy Jork, 1920 rok.
Jutro się z hotelu wyprowadzam ku mojej wielkiej radości. Pracownię mam tak wyposażoną, że oprócz łazienki, ogrzewania, pościeli (ile razy chcę, mogę zmieniać, byleby praczkę zapłacić), jest i maszynka gazowa z kuchenką, porcelana, łyżki, widelce i noże, jednym słowem całe gospodarstwo. Nie dość na tym, ale ponieważ to dom specjalnie dla malarzy cały budowany i jest na dole klub artystów i doskonała a tania kuchnia, więc mam windę specjalnie i telefon i potrzebuję tylko zatelefonować, a wszystko, co chcę, jedzie windą do góry. Służba bierze 40 centów za godzinę sprzątania. Pomyśl sobie, co by mnie ten brudas i opój kosztował. Toteż będę domatorem jako żywo, byleby mieć do czytania dużo. Naturalnie, że mi nie dadzą bardzo spokoju i zaproszeń będzie bez liku. Tylko sztalugi musiałem kupić. Prosta, zwykła sztaluga 17 dolarów (około 4000 marek), ach te marki, te marki.
Po południu puszczam się z wizytami. Musi być dobrze, Maniusia, nic się o mnie nie bój. Tylko ta samotność okropna, ale mam nadzieję, że z tą masą znajomych i życzliwych nie będzie tak strasznie jak w Londynie.
Ściskam Cię z całej duszy i serca i to troje tak samo — Twój Wojtek.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 239

niedziela, 8 czerwca 2014

Odcinek 1073: Wojciech Kossak, 1899 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

[Berlin] 8 czerwca 1899 roku
Moja Manio najdroższa.

Oto znowu siedzę na wystawie i piszę w tym miłym kąciku, a jak bym rad widział Cię wchodzącą teraz, to chyba Pan Bóg jeden wie. Moja Maniuchno kochana, wierzaj mi, że wszechwładnie w moim sercu panujesz i o nikogo się bać nie potrzebujesz.
Wczoraj rano pociągiem specjalnym, naładowanym ekscelencjami rozmaitych nacji i ras, pojechałem do Potsdamu. Wielki koniuszy hr. Wedel wziął mnie do swego dworskiego powozu, podczas gdy Hiszpanie i inne Angielczyki dorożkamy staroświeckimy podążali na miejsce zboru, gdzie się na koń siada. Cesarz przyjechał, podał mi rękę, spytał się, czy na jego koniu, czy na swoim siedzę, bo na ślicznym kasztanie cesarskim był mój austriacki rynsztunek; gdym odpowiedział, że na jego, prosił mnie, abym go nie oszczędzał. Toteż pełno mnie było wszędzie.
Oficerowie cudzoziemscy na manewrach, fot. z 1899 roku.
Podczas manewrów kochany Plessen z zawsze tajemniczą miną pyta mnie, kiedy cesarz może obraz zobaczyć, powiedziałem, że chyba w sobotę po manewrach (pojutrze), ale jeżeli tak, to proszę o uwolnienie na dziś i na jutro od manewrów, bo chciałbym, aby się obraz cesarzowi podobał i po wtóre chciałbym go w austriackim oddziale wystawić. Plessen z tego wszystkiego był bardzo rad i uprzedził mnie, że zaraz z cesarzem będzie mówił. Jakoż za chwilkę widzę go rozmawiającego z cesarzem i podjeżdżającego do mnie z wielce uroczystą miną: — Kochany panie Kossak, najjaśniejszy pan bardzo rad będzie widzieć obraz w austriackim oddziale, daje panu urlop na czwartek i piątek. Równocześnie mam zaszczyt prosić pana w imieniu najjaśniejszego pana na śniadanie teraz po rewii w kasynie leibgwardii huzarów, następnie zaś na obiad w kasynie gardes du corps’ów. Natomiast życzy sobie najjaśniejszy pan, abyś pan w sobotę był na rewii, następnie na śniadaniu u kirasjerów gwardii (ta rewia w sobotę to w Berlinie) i żebyś pan tam obraz swój przysłał, gdzie go najjaśniejszy pan będzie oglądał.
Ano dobrze, toteż dziś malowałem od 8-mej do 4-tej jednym ciągiem, w południe zamknąłem drzwi na klucz i w jednej koszulinie ino i w kapeluszu, jutro jeszcze raniej wstanę. [Na tym list się urywa].
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 459–460.

środa, 23 kwietnia 2014

Odcinek 1027: Wojciech Kossak, 1899 rok

List Wojciecha Kossaka do żony, Marii

[Berlin] niedziela, św. Wojciech [23 kwietnia 1899 roku]
Moja najdroższa Maniuchno.Tak oto sobie samotnie siedzący piszę do drogiej mej żony w dzień patrona zacnego. Przede wszystkim dziękuję Ci za list, a pannom i chłopcom za telegram, uściskaj prowizorycznie solenizanta, kochanego dudka. Uczynię to osobiście we środę, w tę oto, czyli pojutrze.[...] zaraz po otrzymaniu listu Kazia zatelegrafuję Ci, jako też i godzinę mego przyjazdu. Wobec tego bowiem jadę do Was zaraz, we wtorek obraz idzie na wystawę, a we środę rano jadę. Rama jest arcydzieło, przepych, Bolle się popisał; obraz jest naprawdę bajeczny, niepodobieństwo, żeby miał źle wyglądać na wystawie. Drzwi się nie zamykają od wizyt i naprawdę wszyscy zachwyceni i winszują mi, tak szalenie w ramie zyskał, że odżałować nie mogę, żem go cesarzowi i Menzlowi jeszcze w ramie pokazać nie mógł. Jest taki ruch, taka akcja, tyle słońca, powietrza i koloru, że zdumiejesz, gdy zobaczysz. Chyba tym razem będzie wielki malarski sukces.
Wojciech Kossak (z lewej) pokazuje swój obraz Zorndorf
cesarzowi Wilhelmowi II i malarzowi Menzlowi.
Maniuchno najdroższa, wiesz, ile mam takich kolosów przed sobą do roboty oprócz panoramy? sześć!!, wyraźnie mówię: 6! Fliegeladiutant cesarski von Mackensen przyszedł wczoraj obwieścić mi tę wiadomość oficjalnie, z wymienieniem tematów, które są wszystkie śliczne i sympatyczne, z siedmioletniej wojny, z 1807 roku i z 1814, z epopei napoleońskiej.Wywióra biorę na stałe do pomocy, czy panorama, czy obraz, jucha, psia noga, kwiczące prosię, ale niech go wciórności, jaki pomocnik. Myślałem, że tylko do śniegu taki majster, i przypomnij sobie, żem go zawsze jako pomocnika wysoko cenił i x razy mówiłem: „Berezynę właściwie zrobiłem ja z Wywiórem”. Oto dziś przy świętej niedzieli poszedłem raniutko na mszę do Św. Jadwigi, poleciłem siebie i Was mojemu patronowi i jazda do roboty. Wywiór przyszedł, dałem mu paletę w łapę i pokazałem mu, co chcę, żeby po Angliku przemalował. Daję Ci słowo, że w godzinę zrobił więcej jak Anglik we dwa tygodnie, bez żadnej przesady i o wiele lepiej. Zgodziłem go już do panoramy, wiec pokorny i miękki jak wosk i takim go chcę mieć. Anglik był doskonały do dalszych planów i od nich zaczął, więc byłem rad bardzo, miększy od Bollera w technice, ale gdy przyszło do pierwszych planów, traw, ściernisk, drogi rozjeżdżonej i pełnej wybojów — zdechł pies, ani rusz, żadnej pamięci malarskiej i taka sama technika jak na oddaleniach. Wywiór, powiadam Ci, w godzinę doprowadził wszystko do porządku z szybkością błyskawiczną i pewnością zdumiewającą. Obraz jest stanowczo niezwykły, zdaje mi się, że jest znakomity, skończony zupełnie. [...]
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 452–453.

środa, 26 lutego 2014

Odcinek 971: Wojciech Kossak, 1884 rok

List Wojciecha Kossaka do narzeczonej, Marii Kisielnickiej

Kraków, wtorek, 26 lutego 1884 roku
Moja najukochańsza narzeczone.Zapowiadam z góry, że daleko bym zabawniejszy list napisał, gdybym tylko był miał dziś list od Pani. Jeżeli Pani robi przyjemność co dzień list odbierać, niechże sobie Pani wystawi, czym to dla mnie być musi dopiero list od Pani. Ale ponieważ obiecałem wczoraj opisać Pani bal weteranów, dotrzymuję słowa i wysilam się na ilustracje. Otóż wczoraj Pan Prezes, Mama, Ninia i ja wyjechaliśmy na bal, panie dobrodzieju. Tatka naturalnie zapomniał zaproszenia i musieliśmy się wracać, Pan Prezes zły już (notabene nie cierpi krytym powozem jechać), proponuje Mamie, że sucho i ładnie, żeby iść piechotą. Musia słodko odpowiada, nie macie, panowie, atłasowych trzewiczków, to idźcie piechotą, a dajcie nam święty spokój — jedziemy dalej. Przychodzimy na poloneza, barż pikny bal, dużo ładnych toalet, ale między nimi kilka takich, że za pozwoleniem Mamy opisuję je Pani. Widzę, cosik strasznego się zbliża, patrzę, pani Eydziatowicz, muzy, dajcie mi inne pióro, bo zwyczajną stalówką opisać ten widok... no, powiadam Pani, że ten konterfekt jest o wiele przyzwoitszy od oryginału, Mama to powiedziała w tej chwili. Tymczasem ta baba okropna widzi, że ja zdumiony stoję, pyta mi się, czy mam damę do mazura, znam cię, myślę sobie, odpowiadam, że wcale nie tańczę. „Ach oui, Vous etes fiance, mais au moins laissez Vous choisir” [Ach tak, pan jest zaręczony, ale proszę przynajmniej pozwolić się wybrać]. O ty piramido nietaktu i gł[upot]y, myślę sobie, jeszcze czego, żebym miał z tobą tu się rozbijać, kiedy złotko moje najdroższe śpi sobie już spokojnie, niedoczekanie twoje. Wtem drugie zjawisko, panna Rumpf, która jest tak widocznie szczęśliwą, że Pan Bóg taką ją stworzył, jak jest, że przez wdzięczność dla Stwórcy ubiera się tak, że ile razy ją widzę, mam ochotę ofiarować jej listek figowy dla dokompletowania bardzo niekompletnej toalety. [...]  
Idę więc dalej po sali i widzę okropne zbiegowisko czarnych fraków, a wpośród tych czarnych pająków miga się cosik różowego. We frakach poznaję znanych myśliwych na posagi, pytam się jednego: „A co wy tam takiego macie?” Ten zapomina się trochę i przede wszystkim „pół miliona na stół, mój kochany”. „To barż piknie, ale co to jest?” „Panna Christiani, baronówna uważasz". „Bonne chance” — i idę dalej. Widzę Figusię w ślicznej sukience, jak obłoczek, z swoim wiernym ułanem Zdzisiem Lubomirskim (wiernym na balach ca se comprend [to się rozumie], a ona więcej nie chce, bo doskonały tancerz), ślicznie wyglądała wczoraj i jest zawsze uważana jako jedna z dwóch, trzech najładniejszych. Widzę Musię, która w poważnym gronie mam stawi straszne ziewania, aż jej łzy w oczach stają. Powiedziałem dobranoc i poszedłem spać, ucałowawszy z głębi duszy wizerunek mojej najukochańszej przyszłej żony. [...]
Akwarele Wojciecha Kossaka w liście.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 74–77.


środa, 30 października 2013

Odcinek 852: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

[New York] 30 października 1920 roku
Moja najdroższa, moja droga, kochana Mańciu.

O Boże, jak mi tęskno za Wami, a za Tobą najwięcej. Zobaczysz, jak da Pan Bóg, że wrócę, jak Ci te wszystkie umartwienia z procentem opłacę. Żyję w ciągłej gorączce, wielka batalia o dolary się zaczyna, za tydzień we wszystkich pismach tutejszych fotografie z moich obrazów i moje, i po cywilnemu, i w mundurze. Fotografy rządzą się w mojej pracowni, bo każdy dziennik przysyła swojego. [...]
Ciepło tutaj jak u nas w kwietniu, cudowny klimat, można doskonale na dworze malować. Byleby tylko nareszcie jakiś list z domu, przeszło pięć tygodni, jak nic nie wiem, co w domu jest. [...]
Zaproszeń moc co wieczór do klubów albo do domów. Polonia jest męcząca tym wygadywaniem na siebie wzajemnym. Albo są wszyscy łapserdaki, albo idioci. Zdaje się, że się od nich zupełnie odsunę, co mi zresztą zawsze wszyscy w Europie już mówili. [...]
[...] Między nami powiedziawszy, to ta Ameryka, jaką tutaj widzę, jest najostatniejszym krajem po Rosji, w którym bym chciał żyć. Barbarzyńcy pod względem kultury i smaku do takiego stopnia, że się wprost oczom wierzyć nie chce. Najpierwsze firmy na 5 avenue albo na Broadwayu urządzają dla reklamy w oknach figielki z marionetkami najgorszego gatunku, których by Warszawa poza Pociejowem albo Żabią nie ścierpiała. Goni to wszystko za tym dolarem całe życie, potem pojedzie autem na spacer i to wszystko. A niech ich wciórności.
Wystawa sklepu na 5th Avenue, 1920 rok.
Boże, New York, a potem Paryż! niebo i ziemia, a nawet nie ziemia, ale niebo i Wurstelprater. Marzę o tym, żeby na Boże Narodzenie skoczyć do Was, ale wątpię. Najpierw pracownia okropnie droga, a ta jazda zabrałaby mi z półtora miesiąca, rachując, żebym najpierw dwa tygodnie w domu został, Następnie jest to najświetniejszy sezon, no i morze nie jest przyjemne. Wolę do maja zrobić moją fortunę i uciekać, ale jak! Przyślę Ci fotografie z tego, co tu zrobiłem dotąd, zobaczysz, jak się sadzę, w pracowni pełno dobrych obrazów.
[...] O Boże, wracać do Was obładowany z Paryża, dopiero się tu widzi, co to jest Paryż, ale co tam Paryż, cała Europa jest wielka pani wobec tej hołoty tutaj.
Sympatyczni swoją drogą i serdeczni bardzo, wyglądają bardzo otwarcie, ale barbares. Śmieszni są przy tym, bo pozują na galant hommes wobec pań. Pani wstanie w salonie z kanapy, wszyscy od razu się zrywają i stoją, w windzie jak tylko dama jedzie, także z nabożeństwem zdejmują kapelusze, ale za to ani w wagonie, ani w omnibusie żadnemu nie przyjdzie [na myśl] ustąpić miejsca chociażby starej kobiecie. [...]
Ściskam Moma, Liluchnę, Magdusię, Jurka i Ewę. Do widzenia (o Boże!) – Wasz Wojtek.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s.248–251.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Odcinek 655: Wojciech Kossak, 1932 rok


List Wojciecha Kossaka do żony

Nowy Jork, 7 kwietnia 1932 roku
Drogie moje biedne Momo.
Co Ty tam za kłopoty mieć musisz, a ja się tu szarpię i borykam, muszę wrócić z pieniędzmi. I na prawo, i na lewo zarzucam sieci i dzięki temu, że nie tracę fantazji, świtają mi nowe niespodziewane rzeczy. Wolę Ci nie pisać, aż to będzie na przyszły tydzień zrobione. Wszystko, co mam w Buffalo do 700$, i to u ludzi bardzo solidnych, zostawiłem do odebrania Fronczakowi z prośbą, aby co odbierze, zaraz Tobie telegraficznie przesłał.
W innej sprawie, także możliwej w duże rezultaty, jadę pojutrze do Waszyngtonu: malować pułk. House, przyjaciela Wilsona i Paderewskiego. Za darmo, ale Paderewski na jego punkcie zwariowany, stawia mu teraz właśnie pomnik w Poznaniu za darmo. Chcę mu zaproponować duży portret ich trzech: Paderewski, Wilson i House, że to niby Poznań zamówił, ale nie mają pieniędzy. Jadę autem z ambasadorem, niewiele ryzykuję. List ten dostaniesz stosunkowo prędko, bo go daję jutro Ryszardowi Ordyńskiemu, który na „Isle de France” odjeżdża i w Paryżu wrzuci.
Jest tu milionowa Amerykanka, córka austriackiego jenerała, nawet po angielsku podobno słabo mówi. Ma swoją austriacką ekscelencję, papę na koniu, podobno okropny. Major Iliński namówił ją, aby piękny duży portret (z fotografii głowa, bo on nie żyje) u mnie zamówiła. W zasadzie rzecz zrobiona, idzie o szczegóły, wielkość i cenę. O mój Boże! a Paderewskiego dostanę... muszę. Jedziemy razem, ale którego maja – nie wiem.
Moja droga, żebyś Ty wiedziała, jak mnie Twoje wyczekiwania takie długie gnębią. A tacy wszystko porządni i zamożni ludzie. Wielkanoc byłem sam, do Św. Patricka się nie dostałem, setki ludzi stały przed katedrą. Poszedłem do siebie i czytałem tę cudowną książkę o Ewangelii, wziąłem cały Wielki Tydzień i pod bardzo głębokim byłem wrażeniem.
Co do obrazu z Waszyngtonem nic jeszcze nie wiem, tutaj także Paderewski by mógł dużo zrobić, ale tymczasem walę rzeczy prostsze a szybsze. Za to zdrów jestem bardzo, na psa urok.
Ściskam Was wszystkich z całej duszy  Twój Wojtek.
Igancy Jan Paderewski i Wojciech Kossak, 1932 rok.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 530–531.

poniedziałek, 31 grudnia 2012

Odcinek 558: Wojciech Kossak, 1920 rok



List Wojciecha Kossaka do żony

Nowy Jork, 31 grudnia 1920 roku
Moja najdroższa.

Nie pisałem cały tydzień, bo ciągle czekałem na pieniądze od jednej klientki (bardzo zresztą pewnej), z których chciałem znowu Tobie posłać wobec tak strasznego spadku naszej marki, Mamie, Zosi i pannom kochanym. Dotąd ich jednak jeszcze nie dostałem. [...] 
Strasznie się cieszę, że Ci mogłem pierwsze zarobione pieniądze posłać. Zaraz potem sprzedałem księdzu polskiemu obrazek mały za 600 dolarów, tak że mam na czynsz miesięczny i na życie [...].
Masz tu kolekcję całą artykułów o mnie, w ostatnich dniach to się dopiero pokazało i naturalnie już telefony i zapytania od rozmaitych amatorów, może nim ten list skończę, to już który przyjdzie. [...] Poczciwa księżna prosiła mnie do Waszyngtonu na Wilię, ale już miałem przedtem zaproszenie do Morawskich.
Strasznie mi się Wilia nie udała. Morawscy mieszkają strasznie daleko poza miastem, nigdy przedtem u nich nie byłem. Z obrazkiem w passepartout i za szkłem, we fraku i w tym bogatym futrze, wybrałem się podmiejską koleją. Ścisk był taki, że od razu i szkło, i rama, i ja zduszeni zostaliśmy na placek, dosyć Ci powiedzieć, że dopiero przy końcowej stacji mogłem wysiadłszy z tej beczki śledzi zobaczyć, czy szkło nie podziurawiło i futra, i obrazu, i mnie, nikt o tym pojęcia mieć nie może. Widziałem pana, co wepchnięty z tą masą do wagonu z chustką przy nosie, który ucierał, dojechał do swojej stacji ciągle z tą ręką podniesioną, bo nie mógł jej już spuścić. Naturalnie, że prezent gwiazdkowy był poturbowany i niemożliwy, dość Ci powiedzieć, że z grubego papieru do pakowania zostały strzępy w tym ścisku.
Ale to nic jeszcze, wysiadam, pustkowie, ani sklepów, ani auto-taxi, niby Podgórze o 3 w nocy. Pytam się jakiegoś cienia, wskazuje mi drogę, jak się potem pokazało fałszywą, idę, idę, rozpacz mnie bierze, wiem, że Morawski smakosz, Wilia o 5.30, tutaj już 6.15. 279 ulica się kończy, ich numeru nie ma wcale. Jakieś figury podejrzane zaczynają się mną interesować, futro, biały krawat widać, a fine gentleman. Mam ochotę usiąść na trotuarze i rozmyślać, o ile na kochanej Wygodzie przyjemniej. Zmęczony, bo nie wiem ile już uszedłem, wystawiam sobie, jak mnie pani domu musi błogosławić. Ale te figury ciemne, przechodzące raz i drugi, raptem z daleka tramwaj jakiś staje na szynach, już teraz dobrze, dostanę się jakoś do New Yorku. Wilię straciłem, ale wracam zdrów i cały, passepartout i szkło, mniejsza z tym.
Morawscy poczciwi nie obrazili się, już się to samo i Stojowskim u nich przytrafiło. Jestem jutro na obiedzie u młodych Stojowskich, a u Morawskich na podwieczerz. Dziś na Sylwestra jestem u pp. Modrakowskich. To ten bankier tutejszy, co kupił w Warszawie parę moich obrazów, i bardzo go polubiłem; u niego mam pieniądze moje i tam je składam, a on z tego taki dumny, że mi za przesłanie Twoich 500 dol. nic nie policzył, a to kosztowało z kilkanaście dolarów najmniej. [...]
Ściskam Was, moje najdroższe, z całej duszy – Wasz Wojtek.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 258–260.

poniedziałek, 24 września 2012

Odcinek 460: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

USMS „Philadelphia”, piątek 24 września 1920 roku

Wojciech Kossak, Autoportret.
Czas cudowny, za nami wschód słońca, obym ku temu wschodowi, ku brzegom Francji ukochanej jak najprędzej jechał. Przed nami jeszcze pustynia morska, ale już widać wielkie steamery dążące i z Kadyksu, i z Wysp Azorskich, i z Afryki, inne z Gdańska i Kopenhagi ku New Yorkowi. Już można doku­menty lądowania odbierać, pojutrze będziemy ponoć na pewne.
Stanowczo za drugim razem zabieram Jurka [syn] ze sobą, samotność dla mnie jest chorobą, zanadto jestem towarzyskim stworzeniem. [...] Zaraz się [w Nowym Jorku] biorę do roboty, a równocześnie się rozglądnę, jak mądrze do rzeczy się zabrać. Listów polecających do wybitnych Amerykanów mam moc. Ceny od razu będę wysokie stawiał, inaczej nie warto byłoby tyle zachodu.
[...] Naturalnie, że taki tydzień samotności daje rzadkie (szczególniej mnie, co ciągle coś musi robić) pole do refleksji. Toteż między nimi jeden jest pewnik, do którego doszedłem, że moja podróż i moje przedsięwzięcie, jakkolwiek wypadnie, było konieczne. U nas będzie teraz kryzys finansowa i zastój.
Puściło się tych na gwałt robionych rzeczy moc. Przy tym już wszyscy z mojej Ameryki zaczynali żartować. A przede wszystkim miałbym zawsze ten wyrzut sumienia na ostatnie lata, że nie wykorzystałem tych koniunktur nadzwyczajnych. Pomyśl sobie, Momo drogie, że może nam Pan Bóg pozwoli jeszcze z kilkanaście lat pożyć i że możemy ich dokonać w warunkach takich, że nam starość osłodzą. Ponieważ od Paryża ani kropli wina ani wódki nie miałem w ustach, więc mi wszelkie plamy z pyska z przeproszeniem zeszły i czuję się, na psa urok, szalenie zdrowym. Żeby Coco [syn Jerzy] chciał się tą prawdą przejąć i Magdusia także ze względu na cerę. Zupełnie zbyteczne jako żywo.
Kontent jestem, że wypłynąłem na wielkie wody, czuję w sobie zapas energii i siły dostateczny, tylko mądrze lawirować pomiędzy wszystkimi grupami Polaków, z Amerykanami to już łatwiej, ze wszystkimi być równie dobrze, a z nikim za dobrze. Ciekawym, co ta Styka ma na myśli, pewnie jakiś wielki batalistyczny obraz amerykański, żeby to nie była taka kanalia, nie widziałem go wcale.
[...] Pójdę trochę na słońce na pokład, cudowny czas, nie myślałem, że Ocean może przez cały tydzień być taki grzeczny.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 232–234.

poniedziałek, 9 lipca 2012

Odcinek 383: Wojciech Kossak, 1913 rok

List Wojciecha Kossaka do Zofii Hoesickowej

Zakopane, środa, 9 lipca 1913 roku
Droga Pani Zofio.
Arcyksiążę Leopold Salwator,
generalny inspektor artylerii.
W lipcu 1913 r. przyjechał do Galicji
na inspekcję.
Wczorajszy dzień przekonał mnie, że siły moje są niespożyte. Wykreśliwszy z całej jednej doby spanie, prowadziłem od 4 z rana po błocie ślizgający się automobil, a odpowiedzialność za dostojne członki habsburskie razem z kierownicą była w moich rękach. Dzień targowy i przekleństwa od choler, ścierw z życzeniami połamań karków i czego tam jeszcze leciały pod adresem rakuskiego księcia [Leopolda Salwatora] tak swobodnie, jak i pod moim własnym. [...]
W tej chwili gdy ceremoniał przyjęcia Rakuszanina (chleb i sól, błogosławieństwo w kościele czarnodunajeckim, speech starosty etc. etc.) się odbył, wsiedliśmy na konie (ja na doskonałego irlandzkiego huntera od jenerała Rozwadowskiego dla mnie przeznaczonego) i ruszyliśmy pod groźnym niebem a z tragiczną sylwetą Tatrów na horyzoncie ku temu piekłu, jakim jest k.u.k. Artillerie Scharfschiessen [ostre strzelanie cesarsko-królewskiej artylerii]. Niewinne białe obłoczki unoszą się liczne w górę, błysk oślepiający, grom i w biedną podhalańską kamienistą ziemię padają odłamy żelaza, wyrywając dziury na chłopa głębokie. Ryczą haubice, konie, choć artyleryjskie, rzucają się, jak gdyby naprawdę coś dostały. Ołowiany deszcz siecze.
Daleko gorszy właściwie teraz się rozpoczął, zwykłe zakopiańskie „siąpienie” od 10 z rana do 2-giej. [...] Zsiadłem z konia, nie przebierając się (bo w co, kiedy nie miałem nic ze sobą), dowiedziawszy się, że arcyksiążę mnie potrzebować dziś nie będzie, drapnąłem „Austinem” tutaj. Władek, tub, przebranie się w suche ubranie, nie Marsa lecz Wenery panowanie, pani Mańcia, pani Genia i inne drogie, najsłodsze cacka. A bas l’armée, a bas la guerre! [precz z wojskiem, precz z wojną!] Głupie samce wojownicze, jakżeście mi antypatyczni, a wy, drogie, jakżeż miłe.
A teraz do sprawy, dla której Panią moją prozą nudzę. Pokój numer 3 i 4 [w pensjonacie] na dwa miesiące już wynajęty, jacyś państwo z aniołkiem. Aniołek drze się od 5 z rana i jeżeli mu nie życzyłem dziś, aby powiększył grono niebieskich, to przez wzgląd, że niebawem drugi takie same koncerta będzie wyprawiał. Ustępuję Pani numer 6 i wynoszę się na górę. Budziszewska zatrzymuje dla Pani do tego 5-ty i mogą być każdej chwili zajęte przez Panią. [...] Niechże więc parter tego roku będzie królestwem niepodzielnym mam z pisklętami, ja bym już i tak uciekł przed tamtym jednym, więc poświęcenia nie robię żadnego, Pani Zofio.
Jutro wracam jeszcze na tydzień do Krakowa, rączki całuję, Dunia ściskam – W. Kossak.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół 1883–1942, oprac. Kazimierz Olszański, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 126.

środa, 25 kwietnia 2012

Odcinek 308: Wojciech Kossak, 1921 rok

List Wojciecha Kossaka do córki, Magdaleny

Nowy Jork, 25 kwietnia 1921 roku
Magdusiu najdroższy.
Nie gniewaj się na mnie, że tylko do Moma piszę, ale żebyś Ty wiedzia­ła, jak ja na stare lata ciężko pracuję i jak się poram z losem. Nie zawsze mi tu było wesoło, oh nie! Były przeciwności jak to zawsze w życiu. Ale zwycięży­łem wszystko.
Jadę jutro daleko, do Chicago zawiązywać ostatecznie „Kossak Art Society” [towarzystwo zajmujące się propagowaniem dzieł Kossaka] i podpisywać kontrakt. Magdusia, moje drogie niemowlę (co prawda to raz tylko w tym teatrze amatorskim), czy Ty wiesz, że wróciwszy z Chicago, już się będę pakował do drogi, że już mam kabinę zamówioną na wspaniałej „La France” i że niedługo po tym tu oto liście dostaniecie, moje najdroższe, telegram ode mnie z Paryża, a nawet jeszcze z Hawru, że jestem w Europie biednej, zmarnowanej, ale o ileż, ach, o ileż milszej i droższej (sercu, jużci sercu). [...]
Ale to tylko tak, Magdziu, bo naprawdę będzie to dla mnie jedna z najpiękniejszych godzin życia, jakie mi jeszcze Pan Bóg da, gdy zobaczę brzegi Francji. Liluchny diabelsko-czarcioksięską literaturę przywiozę, ale myślę, że potrzebniejsze Wam będą jedwabne pończoszki i toaletowe rozmaite fąfry.
Wojciech Kossak, Autoportret, 1924 rok.
W końcu czerwca, Magdusiu, będę w domu [na ślub Magdaleny i Jana Starzewskiego], tak mi Panie Boże dopomóż. Jak też Momo drogie, kochany wróbelians, wygląda? Możecie do mnie napisać zaraz, ale już do Paryża [...]. Tam mi jeszcze, moje drogie, napiszcie, co Wam przywieźć. Stąd wezmę tylko pończoszek jedwabnych, bo są śliczne i niedrogie, od 1,5 do 2 dolarów. Naturalnie, że na polskie marki to dużo, ale pomyśl, że w Waszyngtonie w hotelu, gdzie nie mogłem sobie śniadania robić, to herbata, dwa jajka na miękko, toast and butter także 1,5 dolara.
Na św. Wojciecha było u mnie przyjęcie urządzone do współki z Wojciechostwem Morawskimi, były lody, kawa ze śmietanką, pączki, baba i masa osób, cała krema polskiego towarzystwa. Posyłam Ci jeden egzemplarz kwitu na udział w „Kossak Art Society” pokwitowany i Lilkowi drugi, czyli że Wam się będzie ode mnie należeć po 100 dolarów. Gdybym Wam nie dał zaraz przyjechawszy, byłbym nie kochającą Tatą, jeno szewc paskudny. A dostanę barszczu z uszkoma i makaronu ze szynką? i nie będę potrzebował się drzeć „obiaaaad!” O Boże, jak ja się na Was, moje najdroższe trzy, cieszę.
Uściskaj Moma drogiego, kochanego bohatera, i Liluchnę. Do widzenia, jadę jutro po ostateczne zwycięstwo! Do widzenia — Wasz Wojtek. [...]
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół 1883–1942, oprac. Kazimierz Olszański, t. 2, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 271–272.

czwartek, 16 lutego 2012

Odcinek 239: Wojciech Kossak, 1884 rok

List Wojciecha Kossaka do narzeczonej, Marii Kisielnickiej

Kraków, 16 lutego 1884 roku
Scenka z balu Pod Baranami.
Akwarelka Wojciecha Kossaka
namalowana w liście.
Straszna historia o balu Pod Baranami.
W brzydki dzień zimowy, pomimo błota i deszczu, od rana można było spostrzec ruch niezwyczajny w Krakusowym grodzie. Grupy gapiów od wieczora stały przed wielką bramą pałacu Potockich, opowiadając sobie, że dziś u Hrabiów (wielkie słowo w Krakowie) okrutny będzie bal, że samych kotletów cielęcych kazano 510 zrobić.
Od strony Wisły zajechał powóz, z niego wysiadły dwie panie i młody człowiek. Na schodach starsza z pań pytała młodego człowieka: „Wojtek, masz chustkę do nosa? — „Mam — odpowiedział, widocznie nie w humorze. Jeżeli ten wstęp zaciekawił czytelnika, podnieśmy portierę, za którą zniknęli, i idźmy za nimi.
W pierwszej ogromnej sali gospodyni domu, matka młodej generacji Potockich, z trąbką akustyczną wdzięcznie przyjęła przybywających. Sala balowa przepyszna, płytami marmuru pokryta, pełna różnobarwnych sukienek i czarnych fraków. Orkiestra Wrońskiego gra bajecznego walca. Panna, przybyła w tej chwili, zostaje porwaną przez młodego ułana, który widocznie czekał na nią. Młody człowiek spotkał swego pułkownika i widocznie bardzo mu się nie chce wejść w wir tańczących, kiedy bardzo podejrzaną niemiecczyzną zaczyna z nim rozmawiać. Za chwilę wynosi się dyskretnie do fumoiru [palarni], gdzie kilku starych jegomościów gra w karty. Z bardzo zadowolnioną miną siada sobie na boku i myśli pewnie o czymś bardzo mu drogim, bo mu się zła mina bardzo wypogadza. 
Scenka z balu Pod Baranami.
Akwarelka Wojciecha Kossaka
namalowana w liście.
Raptem wtacza się do fumoiru baryła ogromna (przepraszam czytelnika za styl), pani Sabina Morsztyn, a za nią pani domu z fajką, przepraszam, z trąbką. „A sarmant, sarmant, Vous ne dansez pas?” — a ma córeczkę kubek w kubek podobną. Pani domu także dodaje: „Panie, tyle panienek siedzi (ładne mi panienki, kloce na trzy metry), pan narzeczony, to prawda, ale choć troszkę potańcować proszę”. Wszystko wytacza się z pokoju i słychać tylko: „siedem pik”, albo „osiem carreaux”.
Młody nasz człowiek idzie ku sali, wtem córka domu, pani Krasińska, pyta go: „Tańczysz pan pierwszego kontredansa?” — „Nie”. — „To proszę pana”. Wchodzą do sali i... (mam ochotę spuścić zasłonę na ten obraz wzruszający czułe serca czytelniczek) i zatrzymują się przed Marusią Witosławską, okropnym potworem, niczym ichtiozaurus przedpotopowy (ta sama, z którą piszący miał zaszczyt rymnąć jak długi na pikniku przeszłorocznym), okropną Marusią z Harmaków, z pince-nez na swoim kartoflu. Tańczy więc nasz młodzieniec; jeżeli ma narzeczoną, na co mi wygląda, bo i śliczny pierścionek na lewym ręku mu świeci, to może spać spokojnie.
Wiadomo, że przeciwności losu nigdy pojedynczo nie chodzą, ledwie się ten kadryl skończył, zaczyna się mazur. Pannie Michałowskiej przyszła myśl fatalna wybrać naszego młodego człowieka w figurze. Jest to panienka, która na każdym balu przynajmniej dwa razy musi upaść. Dziś raz jeden jej wystarczył, ale bo też było godnie. Matka i ojciec przyskakują, lament okropny. Ale czaszka szlachecka, panie dobrodzieju, to nie szkło, aż jęknęło, jak to mówią, w salonie. Panna zgubiony pantofelek włożyła i figurę skończyła.
Nasz młody człowiek widocznie ma dosyć, po ruchu ust zdawałoby się, że mówi — diabli nadali z tym balem. Ale odpędźmy tę myśl, która by bohatera naszego opowiadania obniżyła w oczach pięknych czytelniczek. Kieruje swe kroki ku wyjściu, piękna matrona zatrzymuje go jednak: „Wojtek, proszę cię, zostań, bo powiem Marylce, że jesteś nieznośny”. To słowo magiczne przypomniało mu widocznie, że powinien być tak miłym, żeby każda z panien mogła sobie powiedzieć: „mój Boże, daj mi takiego narzeczonego, bo był przy kolacji bardzo miły i zabawny”.
Po kolacji jednak „uciekł i zmylił pogonie”. Tylko marsowe spojrzenia antenatów zdawały mu się mówić: „Panie bracie, dwieście lat temu byłbyś dał na sejmie kreskę Potockiemu, aby być u niego na kolacji”. On jednak myślał o fioletowych oczkach cudownych swej narzeczonej ubóstwianej i o niej marząc zasnął.
Taka jest historia o balu Pod Baranami — i ja tam byłem, jadłem i piłem, i barż godnie się wynudziłem.
Mój skarbie najdroższy, Maryś moja śliczna, za tydzień Cię zobaczę, Boże mój drogi, aż mi serce się tłucze z radości. Przyjadę w poniedziałek albo środę. [...]
Do widzenia, najukochańsza moja żono najdroższa (tylko bez irytacji), aniele mój drogi, całuję rączki po milion razy.
Scenka z balu Pod Baranami.
Akwarelka Wojciecha Kossaka
namalowana w liście.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 71–74.

sobota, 28 stycznia 2012

Odcinek 220: Wojciech Kossak, 1884 rok

List Wojciecha Kossaka do narzeczonej, Marii Kisielnickiej

Kraków, poniedziałek 28 stycznia 1884 roku
Moja najdroższa narzeczono.
Bajecznie mi idzie obraz, od razu mi kompozycja dobrze wypadła i zdaje mi się, że najdalej za trzy tygodnie będę gotów, rama na 20-go będzie gotowa i obraz z pewnością także. Może Ostatki spędzimy już z Figusią [siostra Wojciecha, Jadwiga] w Stawiskach [u Kisielnickich] (przepraszam, że tak bazgrzę, ale piszę piórem ze Stawisk w szkockiej oprawce i żal mi wziąć inne). [...]
U nas zresztą nic nowego, Mama z Ninią ciągle na balach, chociaż obydwie nie mają najmniejszej ochoty. [...] A ja pracuję, nie chcę tracić kwadransa na próżno i myślę o Tobie, aniele mój najmilszy, najukochańsza moja Maryś. Czy to przy robocie, czy zasypiając lub bawiąc się, ciągle myślą jestem przy mej najdroższej przyszłej żonie. Gdy wracam z klubu z partii bilardu, wystawiam sobie, że już jesteśmy razem, że moja śliczna żoneczka czeka na mnie z herbatą i daje mi burę, że tak długo siedziałem, że sobie potem we dwójkę bajecznie wieczór spędzamy i tak całe życie – prawda?
Wojciech maluje modela siedzącego na koniu, rys. w liście.
Jeżeli Pani chce mieć pojęcie, jak mój model wygląda na koniu, to podaję tu wizerunek mego Józka, gdy pozuje do rannego ordynansa na gniadym koniu. Ten pędzel, który tak doskonale dodaje życia temu koniowi, zastałem raz uplasowany w ten sposób, ale posądzam Figusię o tę myśl świetną. [tu rysunek piórkiem Wojciech maluje modela siedzącego na koniu]
O ile się mogłem dowiedzieć, w razie gdybyśmy kupili Wygodę [wcześniejsza nazwa Kossakówki] całą, to przez kilka lat mielibyśmy blisko 1300 fl[orenów] rocznych wydatków na amortyzację z procentem, podatek i dwa legata na klasztory, które ciężą na naszej własności. Czy to nie wydaje się Pani dużo? Chociaż trzeba dodać, że wynajęcie domu, gdzie Pułascy mieszkają, przynosi 300 do 400, a nasze z pracownią kosztowałoby, nie mówiąc o ogrodzie, najmniej z 800 fl., wiec właściwie nie będzie wiele więcej jak paręset fl. rocznie różnicy, a potem, jak zostanie tylko podatek i legata, to 500 czy 600 fl. tylko rocznie. Ale na to wszystko mamy czas jeszcze aż do św. Jana.
Okropnie się cieszę na list Pani, może we środę już będzie. Kończę na dziś i całuję te moje rączki najdroższe z całej duszy po sto tysięcy razy, bo w ten sposób nie boję się Pani zmęczyć.
Do widzenia, Maryś moja ukochana – całą duszą kochający – Wojtek.
Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 58–60.

sobota, 17 grudnia 2011

Odcinek 178: Wojciech Kossak, 1900 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

Warszawa, poniedziałek rano 17 grudnia 1900 roku
Moja najdroższa, moja Manio, żono ukochana.
Julian Fałat, Autoportret z paletą,
1896 rok.
Za dwie godziny strzelam się z tym wariatem [chodzi o Juliana Fałata]. Nim ten list odbierzesz, będziesz już miała depeszę, że jestem cały i zdrów, bo tego jestem pewnym. Pan Bóg zanadto sprawiedliwy i miłosierny, abym ja miał tutaj jeszcze szkodę jaką odnieść.
Pokój mój to jeden stos biletów wizytowych od znanych i nieznanych a największych. Zacząwszy od Sienkiewicza, skończywszy na arystokracji rodowej wszystko przyleciało w godzinę lub parę po tej scenie na wystawie wyrazić mi współczucie i wdzięczność za panowanie nad sobą, a tamtemu nieszczęśnikowi oburzenie i hańbę. [...]
Idę ja niestety na to otwarcie uroczyste [gmachu Zachęty], trzyma się mnie ciągle Ajduś jak pijany płotu, a on Fałatowi ręki nie podaje i szuka z nim awantury na swoje konto. Toteż nie mogąc się uwolnić od Ajdukiewicza, unikam Fałata, którego od czasu do czasu w tłumie widzę z daleka.
Największy sukces wystawy to ja, dość że zastępca Imeretyńskiego, Podgorodnikow, i jenerał Komarów (ten co był swego czasu w Iwangrodzie) proszą, aby mnie poznać mogli. Szukają mnie po salach, gdzie pan Kossak, gdzie pan Kossak?
(Nie skończyłem tego listu, bo z przerażeniem spostrzegłem, że naj­wyższy czas jechać.)
To już piszę po pojedynku, w panoramce.
A tego nieszczęśnika słabe akwarele bardzo gdzieś w bocznej salce, nikt się o niego nie pyta, nikt go widzieć nie pragnie. Znajdują mnie nareszcie i wiodą w triumfie do tej grupy jenerałów, zdejmują futerko, ukazuję się we fraku i orderach tym septentrionom, którzy niezwykle przyjacielscy i entuzjaści nad moim obrazem. [...] Stary Fuchs, teść Kozakowskiego, trzyma przez ten czas moje futro. Kończy się to wszystko, przeciskam się z powrotem przez tłum do mego futra i do Fuchsa, naciągam je i chcę wychodzić, Ajduś znowu przy mnie, słyszę za sobą głos Fałata: – Jak się masz, Wojtek? – Udaję, że nie słyszałem, idę dalej. Wtem zadzwoniło mi w uchu – to on z tyłu paskudnie uderzył mnie około ucha ręką. Dzięki Bogu zesztywniałem i nie rzuciłem się na niego. Pomyśl, co by to było wobec tych Moskali i całej Warszawy, okropność pomyśleć. Wyleciałem zaraz i posłałem mu sekundantów: Olesia Rembowskiego i Romana Szwojnickiego.
Przed godziną w Ursynowie strzelałem do niego, chybiłem (czego nie żałuję), a on nie chciał do mnie strzelać, tylko stał, jakby żądając śmierci. Ponieważ jeszcze dwa razy mogłem strzelać i on także, poprosiłem Olesia, aby go się zapytał, czy i nadal nie chce się bronić. – Nie! – odpowiedział. Na to ja rzuciłem pistolet o ziemię i powiedziałem sekundantom, że do bezbronnego strzelać nie mogę. Nie podawszy mu ręki, wsiadłem z moimi kochanymi sekundantami do karety i przyjechałem tu, do kochanej budy, gdzie widzę łzy w oczach Kazia, serdeczne uściski i ręce wyciągnięte kochanych tych chłopaków.
Panu Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu dziękuję z głębi duszy, że tak pięknie rzecz się skończyła, a Ciebie, najdroższa moja, za te ciężkie chwile przepraszam i kocham całą duszą, całym sercem do śmierci daj Boże najpóźniejszej i przy Tobie – Twój Woniuś.
Jeszcze parę słów Ci dodać muszę, Maniuchna. Oto uważając się za ugryzionego po prostu, bez żadnej winy z mej strony, przez psa wściekłego, nie strzeliłem mu w łeb, gdy go miałem na parę kroków przed sobą, primo dlatego, że nie czułem się już pokrzywdzony wobec niesłychanej sympatii całej Warszawy dla mnie i dowodów życzliwości. Secundo nie mogłem tego na sobie przenieść, aby go zabić, a tertio, gdybym go był tylko ranił, to byłbym wydalony z granic Królestwa jako obcy poddany albo skazany na areszt jako tutejszy. Wreszcie to już umarły człowiek, któremu nikt więcej nie może dokuczyć i zniszczyć go jak on sam siebie. Gdy mu życie darowałem, ukłonił się i podziękował za wspaniałomyślność. [...] Mówią, że Fałat, wyczerpawszy się na żonie, zażył jakieś drogues [środki], niby to dające znowu siły do tego, i że to początki bzika, który zwykle z tego przychodzi. [...]

Zaprezentowany przez Kossaka w Zachęcie obraz Walka o sztandar nie był
„największym sukcesem wystawy”. Malarza skrytykowano za wystawienie
„antypatycznej apoteozy lejbhuzarów pruskich”.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 1, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 590–592.

niedziela, 2 października 2011

Odcinek 102: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

Nowy Jork, sobota 2 października 1920 roku
Moja najdroższa Mańciu.
Dziś dwa tygodnie jak wyjechałem z Paryża, dziewięć dni podróży, zaś przez te kilka dni szukałem pracowni, bo bez tego ani rusz. Jakże nie tylko malować w pokoiku hotelowym, a cóż dopiero przyjmować miliarderów i małe obraziątka na fotelach ustawiać. Toteż te kilka dni były gorączkowe.
[...] Mam pyszną pracownię umeblowaną (ale jak! nie jest to le petit atelier gentiment arrange de la rue St. Georges [małe atelier, przyjemnie urządzone przy ul. St. Georges]). Drogie, bo drogie, dziesięć dolarów dziennie ze służbą, opałem, światłem, łazienką, pokojem sypialnym i kuchenką na gazie. Na marki nie trzeba liczyć, bo by człowiek bzika dostał. To Ci tylko powiem, że numer w hotelu kosztuje mnie 8 dol. = 2000 marek dziennie.
Ale już zrobiłem bardzo dobry obrazek, żeby przyjść do siebie, bo nic nie robić przez dwa tygodnie to moja choroba, jak wiesz, i to mi już zapłaci i hotel, i miesiąc pracowni, bo czuję już, że wszystko pójdzie, co daj Boże, dobrze.
Polonia mnie wita jak Mesjasza i żal do mnie mają, że do konsulatu nie telegrafowałem, bo byliby mnie uroczyście w porcie oczekiwali. Byłoby to i dobre, gdybym miał gotowe obrazy i przygotowaną pracownię, ale ponieważ muszę dopiero prędko z kilkanaście zrobić, a tutejszej reklamie nie trzeba dać zasnąć, więc wielki bęben odezwie się dopiero za jakiś miesiąc albo dwa.
Nowy Jork, 1920 rok.
New York jest najwięcej żydowskim miastem na świecie, bardzo to smutne i przerażające, ale tak jest, nie są to chałaciarze, ale Żydy. Gdy godzina świeżych gazet wybije, to się widzi tłumy trzymające tylko żydowskimi głoskami drukowane gazety. Żyć tutaj za nic w świecie, pieniądze duże zrobić i uciekać, i to jest tak pewne, że największy sukces nie zatrzyma mnie tutaj dłużej, jak będzie potrzeba. Nic dla estetyki, światła moc, reklamy elektryczne, domy ginące w chmurach, ale krzykliwe to i nieszlachetne jak Wurstelprater. Za to kobiet cudnych taka moc, że wprost się oczom nie wierzy, nie ma brzydkich, wszystkie śliczne.
W sklepach nic, co by zachęcało, oprócz owoców, które są wspaniałe. Buty, kapelusze, ubrania męskie lichota bez szyku, szewieckie jakieś fasony. Myślałem, że się na Anglii wzorują, ale gdzie tam, warszawski szyk lepszy, a wiedeński to ideał. Podobno damskie toalety lepsze. Całe szczęście, że mam ubrań dosyć. Nic tutaj dla siebie nie kupię z ubrania, nie nosiłbym wcale.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 237–238.

niedziela, 25 września 2011

Odcinek 95: Wojciech Kossak, 1920 rok

List Wojciecha Kossaka do żony

USMS „Philadelphia”, sobota rano 25 września 1920 roku
Zrobiłem, jako że i tu pierwszy ze wszystkich pasażerów rozbijam się od świtu i oczekuję śniadania zły, już z parę wiorst w kółko po pokładzie, a śniadania jeszcze nie ma. Więc jużci piszę. Pogoda cudna ciągle, Atlantyk udaje jakieś grzeczne jeziorko szwajcarskie, toteż jedziemy szybciej, jak się przypuszczało. Pierwszego dnia, 19 września, zrobiliśmy 229 mil morskich (około 400 km), następny 317, a wczoraj 414 mil morskich. Właściwie jesteśmy już w Ameryce, bo New Foundland i Zatoka Św. Wawrzyńca już za nami, tylko bardzo na północ. Jutro w niedzielę będziemy. Zaraz będę telegrafował i adres Ci mój podam, a potem ten list wyślę zaraz.
Śpię w kabinie cudownie, wprawdzie jest nas czterech, ale nikt nikomu na nerwy nie daje. A że wszyscy jesteśmy zwolennikami powietrza, więc że takie morze spokojne, les hublots [bulaje] są podniesione i czasem piana chluśnie przez to okienko, ale ja mam łóżko górne i od strony ściany, a przy tym firanki się zasuwa. Jednym słowem, żeby nie ta bezczynność i brak towarzystwa choćby męskiego do bridge'a albo pikiety, to żyje się bajecznie [...].
Jeść mi się, Maniusia, chce, a nikt tu z mojego gorączkowego patrzenia na zegar nic sobie nie robi. To nie Brońcia ani Fraulein. Znoszą do wielkiej sali jadalnej, gdzie stoły już ślicznie nakryte, rzędy całe stewartów już wygolonych i eleganckich, a jest 8 rano, półmiski wędlin, cakesów, biscuitów, pomarańcz olbrzymich, konfitur, masło (już niestety nieświeże, pomimo że solone), bo amerykańskie okręty jadą do Francji ze swoimi zapasami, tam nic oprócz słodkiej wody nie zabierają i wracają ciągle z tym, z czym wyjechali. Dlatego doświadczeni powiadają, że mięsa i ryby są lepsze, gdy się z Ameryki jedzie do Europy. Da Pan Bóg, że się niedługo o tym przekonam, boję się tylko, że będę w takim humorze, że gdyby mnie nawet śmierdzącymi flądrami karmili, to nie tylko je strawię, ale się nimi będę zachwycał.
Jadalnia na statku pasażerskim, lata dwudzieste.
Jak okręt zupełnie się nie kołysze, to możesz skonstatować z mojego pisania. A Maniusi się tam pewnie Bóg wie co nie śni, może i ten topielec z kulą u nogi, i ta meluzyna. [...] Trąbią na śniadanie!! idę!
Niedziela [26 września], jesteśmy już bardzo blisko, między 3 a 4-tą po południu będziemy na lądzie stałym. Ano chwała Bogu, szczęśliwie się zajechało, byleby tylko te miliony zaraz oddać, tak się boję ciągle, że o niczym innym nie myślę. Znowu piszę bardzo głodny, co dzień cofają zegar o godzinę, a śniadanie dają pierwsze wedle niby to słońca. Ja wiem, że już od trzech godzin zbieram moje drobiazgi toaletowe i szykuję się do lądowania.
Na tym, Momo drogie, kończę pierwszy mój list amerykański, oby wnet były w nich czeki piękne, wystawione na Moma. Ściskam Cię z całej duszy, córki drogie i Coca również — Wasz Tato.

Wojciech Kossak, Listy do żony i przyjaciół (1883–1942), t. 2, oprac. Kazimierz Olszański, Wydawnictwo Literackie 1985, s. 234–235.