Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korczak Janusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Korczak Janusz. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 kwietnia 2014

Odcinek 1006: Janusz Korczak, 1942 rok

List Janusza Korczaka do dr Natalii Zandowej

2 kwietnia 1942 roku
Piszę do Przyjaciół z ulicy Dzielnej...
Dziś jest drugi wieczór sederowy. Miałem przyjść do Was na ten wieczór, ale nie mogę. Więc piszę, żebyście wiedzieli, że pamiętam o Was i dobrze Warn życzę. Z całego serca pragnę, żeby miłe dla Was było lato, które zbliża się.
Ale przyjść nie mogę, bo jestem stary, zmęczony, słaby i chory. Byłem wczoraj w dzień u Was, było zebranie, na którym radziliśmy, co robić, żebyście byli zdrowi, żeby każdy mógł mieć własne łóżko, żeby nie było Wam gorzej niż w innych zakładach.
Kiedy wracałem do domu, padał deszcz. A byłem przedtem zaziębiony. – Zmęczyłem się, bo daleko; bardzo chciałem położyć się, ale byli u nas goście zaproszeni na Seder, więc chociaż bolała głowa, bolały plecy i nogi, i ręce, i kaszel męczył – nie mogłem iść do łóżka, ale udawałem zdrowego i wesołego, żeby dzieciom i gościom nie było przykro. – I znów zmęczyłem się, a w nocy nie wypocząłem.
Wiecie, jak źle jest, kiedy coś boli, kiedy z trudem człowiek wstaje i chodzi – kiedy mu zimno i ma dreszcze, i kaszle.
Nieprzyjemnie być starym. Ale co robić? – Tak musi być. I na to nie ma rady. A najlepsze miejsce i ratunek dla starego – to poleżeć, sobie poczytać – pomyśleć o dobrych ludziach i o tym, że lepiej będzie na świecie i ludzie będą lepsi.
Nikt nie będzie nikomu zabierał, nikt bić nie będzie i nie będzie nikt nikomu dokuczał.
Może przyszły Seder spędzimy razem? Bardzo tego pragnę.
Może za rok będziemy blisko mieszkali? Byłoby to wygodne – Bo teraz z Dzielnej na Sienną jest bardzo daleko.
Tymczasem musi być już tak, jak jest. – Ale i w tym roku teraz mogę Wam dobrze życzyć i wspominać o wspólnie spędzonym miesiącu, kiedy była jeszcze ciemna i surowa zima.
Pozdrawiam Was, moi Mili. Żyjcie, zdrowi bądźcie i weseli. Życzy z całego serca Wam tego
Janusz Korczak, 1941/1942 rok (źródło).
Janusz Korczak, Pamiętnik i inne pisma z getta, W.A.B. 2012, s. 220–222.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Odcinek 43: Janusz Korczak, 1942 rok

Z dziennika Janusza Korczaka

Warszawa, 4 sierpnia 1942 roku
Podlałem kwiaty, biedne rośliny sierocińca, rośliny żydowskiego sierocińca. Ziemia spieczona odetchnęła.
Przygląda się mojej pracy wartownik. Czy go drażni, czy roz­rzewnia ta moja pokojowa o szóstej rano czynność?
Stoi i patrzy. Nogi szeroko rozstawił.
[...] Pisma, w których współpracowałem, zamykano, zawiesza­no, bankrutowały.
Wydawca odebrał sobie życie zrujnowany.
A to wszystko nie, że jestem Żydem, ale że urodziłem się na Wschodzie.
Smutna mogłaby być pociecha, że i pysznemu Zachodowi nie jest dobrze.
Mogłaby być, ale nie jest. Nikomu nie życzę źle. Nie umiem. Nie wiem, jak to się robi.
[...] Podlewam kwiaty. Moja łysina w oknie, taki dobry cel.
Ma karabin. Dlaczego stoi i patrzy spokojnie?
Nie ma rozkazu.
A może był za cywila nauczycielem na wsi, może rejentem, za­miataczem ulic w Lipsku, kelnerem w Kolonii?
Co by zrobił, gdybym mu kiwnął głową? Przyjaźnie ręką pozdro­wił? Może on nie wie nawet, że jest tak, jak jest?
Mógł przyjechać wczoraj dopiero z daleka...

Cytat za: Władysław Bartoszewski, Marek Edelman, I była dzielnica żydowska w Warszawie. Wybór tekstów, WN PWN 2010, s. 86.

***
5 (według innych 6) sierpnia 1942 roku Janusz Korczak wraz z wychowankami został wypędzony na Umschlagplatz.

***
 Więc wszedł pierwszy do bydlęcego wagonu. Wszedł, a może został wepchnięty przez strażnika, Ukraińca, może uderzony kolbą karabinu, kiedy poruszał się zbyt powolnie. Za nim dzieci: Albert, Jerzy, chora na płuca Genia, Felunia, która bardzo kaszlała. Sabinka, cierpiąca na reumatyzm. Czterech Moniusiów. Marylka. Zygmuś, Semi, Abrasza, Hanka, Aronek, którzy podpisali się pod podaniem do księdza Marcelego Godlewskiego przy parafii Wszystkich Świętych, by pozwolił na odwiedzanie kościelnego ogrodu. Jakub, który napisał poemat o Mojżeszu. Marceli, Szlama, Szymonek, Natek, Mietek, Leon, Szmulek, Abuś, którzy prowadzili pamiętniki. Rita, która postanowiła, że nie będzie kradła. Mendelek Nadanowski, który miewał złe sny.
Za nimi, przed nimi wychowawcy.
Pani Blimka – czyli Balbina Grzyb, żona Felka Grzyba.
Pani Saba – czyli Sabina Lejzerowicz, kierowniczka szwalni.
Panna Nacia – Natalia Poz, wychowanka Domu Sierot, potem sekretarka, przez wiele lat prowadząca kancelarię Domu.
Pani Rózia – Róża Lipiec-Jakubowska, była wychowanka Domu Sierot, potem wychowawczyni.
Dora Solnicka – inkasentka Towarzystwa „Pomoc dla Sierot”.
Róża Azrylewicz-Sztokman – wdowa po Józefie Sztokmanie.
Mała Romcia – jej córeczka.
Heniek – czyli Henryk Azrylewicz, brat Róży, pracownik kancelarii.
Stary Henryk Asterblum – wieloletni księgowy.
Na końcu Stefania Wilczyńska. Podobno to ona dopilnowała, by wzięto kanapki i wodę na drogę.
W wagonie wysypanym dla dezynfekcji chlorem i wapnem mogło się zmieścić sześćdziesiąt osób, oficjalnie strażnicy mieli ładować po sto, nieoficjalnie wpychano do środka dwieście czterdzieści, dwieście pięćdziesiąt. O tym, żeby usiąść, nie było mowy. Stało się w sprasowanym tłumie, bez ruchu, mały otwór pod sufitem nie dostarczał dość powietrza, ludzie zaczynali się dusić, kiedy pociąg stał jeszcze na peronie. Zdarzało się, rzadko, że ktoś z transportu nadludzkim wysiłkiem wspiął się do zakratowanego okienka, wyważył je, wyskoczył w pędzie. Jeśli nie wpadł pod koła, jeśli nie został zastrzelony przez strażników jadących na dachu i ocalał, przekazywał relację o męczarniach umierania na stojąco w wagonie, w upale, w oparach dwutlenku węgla wydzielanego przez ludzkie oddechy, o wołaniach: „Wody!”, o walce z własnym organizmem, by nie zemdleć, nie osunąć się na stosy trupów na podłodze.
A kiedy wypełniły się wszystkie wagony, zaryglowano drzwi i pociąg ruszył w kierunku Treblinki. W żadnych dokumentach nie został ślad po sierpniowym transporcie dzieci z Krochmalnej.

Joanna Olczak-Ronikier, Korczak. Próba biografii, W.A.B. 2011, s. 432–433.

czwartek, 21 lipca 2011

Odcinek 29: Janusz Korczak, 1942 rok

Z zapisków Janusza Korczaka


Warszawa, 21 lipca 1942 roku
Jutro kończę sześćdziesiąt trzy albo sześćdziesiąt cztery lata. Ojciec przez parę lat nie wyrabiał mi metryki. Przeżywałem z tego powodu kilka ciężkich chwil. Mama nazywała to karygodnym niedbalstwem: jako adwokat powinien był ojciec sprawy metryki nie odwlekać.
Nazywam się po dziadku, a imię dziadka Hersz (Hirsz). Ojciec miał prawo nazwać mnie Henrykiem, bo sam otrzymał imię Józef. I inne dzieci nazwał dziadek chrześcijańskimi imionami: Maria, Magdalena, Ludwik, Jakub, Karol. A jednak wahał się i zwlekał.
Winienem wiele miejsca poświęcić ojcu: realizuję w życiu to, do czego on dążył, do czego dziadek tak dręcząco dążył tyle lat.
I matka. Później kiedyś. Jestem i matką, i ojcem. Wiem i wiele dzięki temu rozumiem.
Pradziadek był szklarzem. Rad jestem: szkło daje ciepło i światło. Ciężka to rzecz urodzić się i nauczyć żyć. Pozostaje mi wiele łatwiejsze zadanie: umrzeć. Po śmierci może znów być ciężko, ale nie myślę o tym. Ostatni rok czy miesiąc, czy godzina.
Chciałbym umierać świadomie i przytomnie. Nie wiem, co powiedziałbym dzieciom na pożegnanie. Pragnąłbym powiedzieć tyle i tak, że mają zupełną swobodę wyboru drogi.
Godzina dziesiąta. Strzały: dwa, kilka, dwa jeden, kilka. Może to moje właśnie okna źle zaciemnione. Ale nie przerywam pisania. Przeciwnie: lotniejsza (strzał pojedynczy) staje się myśl.

Cyt. za: Władysław Bartoszewski, Marek Edelman, I była dzielnica żydowska w Warszawie. Wybór tekstów, WN PWN 2010, s. 75.