Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konopnicka Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konopnicka Maria. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 października 2017

Odcinek 2085: Maria Konopnicka, 1897 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Wiedeń, 18 października 1897 roku
Mój najdroższy Stryju!
Aż się boję myśleć o tym, że znów idzie jesień, która co roku tyle Ci dokucza na zdrowiu! Przepowiadają wszakże niezwykle piękny czas na tę zimę; więc może przecież i Tobie, drogi mój Stryju, nie da się tak ta astma we znaki; może nie będziesz potrzebował całych dni przepędzać w pokoju; może będziemy sobie wychodzili na słonko, na powietrze świeże, na Boży świat – i zimą też piękny! Mówię: wychodzili, bo i ja na odwagę biorę (brać muszę!) – i mimo nieporozumień z moim gardłem, które już nieco chrypieć zaczyna, zamierzam spędzić zimę całą w Wiedniu. Trochę, odrobinę tu cieplej niż u nas; wichry są, to prawda, ale na ogół klimat łagodniejszy. A już pod Wiedniem w początkach października śnieg spadł i na pół metra przeszło trzy dni leżał. Wczoraj byłam o parę stacji w lesie, i mnóstwo drzew połamanych widziałam od ciężaru tego śniegu. Zimno wtedy było w Wiedniu srogie, lecz to minęło i znów czas łagodny. Obyś i Ty, najmilszy Stryjeczku, miał tam lekką, dobrą zimę!
Mieszkanko sobie wzięłam puste na 5-ym piętrze: ale że dom nowy, więc i te drobne lokaliki mają zaopatrzenie wszelkie: wodociągi, i gaz, i windę nawet. To mi właśnie ułatwiło sprawę, bo tyle schodów, przy tych przypadłościach sercowych jakie cierpię nie byłoby dla mnie możliwe. Mieszkanko ma przedpokoik, pokój o dwóch oknach i kuchenkę. Jedynym moim własnym sprzętem jest sofka, na której sypiam. Musiałam się w braku łóżka zdobyć na ten sprawunek. Parę stołków, stół, szafę i biurko wynajęłam. I tak tu sobie żyję i pracuję.
Wiedeń, 1897 rok.

Z Polaków jeszcze nikogo nie widziałam: tu podobno arystokracja galicyjska rej wodzi, a tego ciekawa nie jestem. Z Warszawy coraz więcej niedobrych, ugodowych wieści: Ano, niech się godzą ci, co zyski w tym mają: order, szambelaństwo lub kamerjunkierstwo.
My – naród, zachowamy chyba spuściznę tych wszystkich co dla kraju i za kraj zginęli – serce nieprzejednane i nie do kupienia. Łaski! Już kilka łask wyszło na jaw: język rosyjski w Tow[arzystwie] Kredytowym, czytelnie ludowe i gminne zaopatrzone w książki rosyjskie, no i taka ot sprawa Szawelskich uczniaków!
Żeby ten prąd od narodu do narodu szedł – rozumiałabym, że jest powiew ducha. Ale idzie od piersi, które orderów łakną, ku ręce, która żelazną jest i będzie – i dlatego takie zimno lodowe z tego prądu czuć, takie trupie zimno – bo to są piersi puste, i ręka jest, która trzyma berło przeżytej idei gwałtu. Interes jest faktorem tego pojednania; i dlatego nie zapuści ono korzeni w narodzie, który na interesie owym nic do zyskania nie ma, a stracić ostatnie dobro może – cześć swoją.
Mój najdroższy Stryjeczku! Napisz mi słów parę o swoim zdrowiu, o sobie. Bardzo, bardzo czekać będę tego! Drogie Twoje ręce całuję najserdeczniej!
Maria K.
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, Instytut Badań Literackich 2005, s. 589–590.


poniedziałek, 27 lipca 2015

Odcinek 2032: Maria Konopnicka, 1884 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Karlsbad, 27 lipca 1884 roku
Mój drogi Stryju!
List Twój zastał mnie już gotową do odlotu, już żegnającą Warszawę, i z manatkami pod pachą. Dlatego też tu dopiero dziękuje Ci za niego i zarazem przesyłam gorące uściśnienie – zamiast życzeń [imieninowych]. Ty to czujesz i rozumiesz – prawda?
Kiedym tu przyjechała miałam – oprócz nadziei zdrowia – wszystkie złudzenia parafianki. Myślałam, że będę olśnioną tłumem nowych ludzi, upojoną czarodziejstwem świetnej strony życia. Dziś jestem głęboko rozczarowaną. Ludzie są do znudzenia jednostajni, powierzchowni, powszedni. Ani złych, ani dobrych tu nie ma. Wszystko jakieś karłowate, jakieś głupio zadowolone z tytułu, stroju, ekwipażu, wreszcie z... dobrych skutków sprudla. Coś okropnego! Krasiński powiedział kiedyś, że w świecie ludzkim więcej jest wątrób niż serc. Mówiąc to myślał chyba o Karlsbadzie. Dodać by tylko można – więcej żołądków także. Żołądek, trawienie – oto wielka oś życia tych tłumów strojnych, gwarnych, uśmiechniętych, lub posępnych w miarę jak się owa wielka oś życia obraca. [...]
Zakątek ziemi prześliczny. Z tarasu mego i z okien widać całe miasteczko u stóp góry, na której stoi willa, w której mieszkam. A dalej szczyty zarosłe czarną jodłą i nakryte mgłami – gdzieś aż ku Eger. Teplá w kotlinie szumi, jak to mają w zwyczaju robić by najmniejsze górskie rzeczułki, a gdzieniegdzie przegląda kawałek gołej skały – ale to rzadko. Formacja gór nie jest piękna. Tych dzikich jarów przepaścistych, tych wysokości, co oczy porywają ku niebu – tu nie ma prawie. Coś mieszczańskiego jest w tym usadownieniu się gór wzdłuż Tepli, prawie na równą wyniosłość wszędzie. Bywają dolinki ponętne i uśmiechnięte, bywają rzuty świateł i cieniów zajmujące, ale trzeba wyszukiwać dopiero widoków takich, gdzieś w głębi gór, po samotnych ścieżkach chodząc. Najsamotniejsza wszakże nawet ścieżka kończy się – kawiarnią. To jest alfa i omega tutejszego życia.
[...] Polaków tu dość, ale polskie słowo rzadkie. Francuszczyzną się tu sztukują – oni jedni – jakby się własnego języka wstydzili. Wszyscy też pozują na arystokratów. Jeśli się zobaczy nadętą minę, ogromny brzuch i nos do góry zadarty – to pewno Galicjanin. Jeśli się usłyszy rubaszny śmiech, awanturę o pierwszeństwo przy czerpaniu w źródle, głośne dyspozycje w restauracji i zamaszyste ucieranie nosa – to pewno Koroniarz. Słowem, znać nas. Jest tu kawiarnia Elephant, w której cała Polonia pija po wodach kawę. Powiadają, że przeto upodobali sobie Polacy to miejsce pod drzewami, zawsze trochę zabłocone, że gdzie indziej jest dla nich za czysto. Ale widzę, że się staję złośliwą – to też skutki mahlbrunu. Zresztą żyję cicho bardzo i samotnie. Za pokój mój z tarasem płacę 9 guldenów tygodniowo, herbatę robię sobie w domu, mam trochę książek – i to mi wystarcza.
Mój drogi Stryju! Człowiekowi coraz mniej potrzeba. Z czasem wystarczy mu mogiła. I nie leczyłabym się nawet, gdyby nie to, że dla dzieci jeszcze przez lat parę muszę [być] zdrową i mieć siły. Bądź mi zdrów, Przyjacielu dobry! Pomyśl czasem o mnie.
Maria

Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 138–139.

środa, 17 grudnia 2014

Odcinek 1200: Maria Konopnicka, 1896 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Nicea, 17 grudnia 1896 roku
Mój Najdroższy Stryju!
Nie mam opłatka, który bym przesłać Ci mogła wraz z życzeniami serdecznymi
Boże Narodzenie, rys. Alphonse Mucha, 1896 rok.
dla Ciebie, mój drogi Stryjeczku! Więc tylko całuję Twoje ojcowskie dla mnie ręce, i pragnę, abyś wspomniał o mnie w ten wigilijny wieczór, kiedy opłatkiem będziesz się łamał z innymi. Ja będę tam całym duchem moim – i pewno samotnik zrozumie samotnika, i bez słów – które cóż znaczą?
Srogi kaszel mnie tu udręcza, a w dodatku zbyt mało mam w pokoju słońca – nie jest mi przeto bardzo dobrze na zdrowiu, a na sercu – smutno, bo od wszystkich swoich daleko. Morze usposabia też do ogromnej tęsknoty, swoją nieskończonością dla oka – i swoim wiecznie żalącym się głosem.
Ale Ciebie, najmilszy Stryju, niech tam otoczy wesele jasnej gwiazdy nadziei naszych, w żłóbku jeszcze leżących, ale już przez ciemność czasu widnych. Obawiam się, że przy tym ślęczeniu nad książkami nogi Ci zziębnąć muszą? Bardzo bym chciała, żebyś, mój najdroższy Stryjeczku, nosił długie aż za kolana filcowe buty; są wygodne do pokoju – i doskonale trzymają ciepło. A potem, czy tylko masz dobrą lampę? Czy przy świecach czytanie oczu Ci nie męczy?
Bądźże mi zdrów, ukochany, drogi Przyjacielu! Raz jeszcze drogie Twe ręce całuję – i Rodzinie Bratzów przesyłam życzenia świąt wesołych.
M. Konopnicka

Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 562

czwartek, 1 maja 2014

Odcinek 1035: Maria Konopnicka, 1886 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 1 maja 1886 roku
Drogi! Miły Stryju!
Różne mnie tu kłopoty gnębiły tak, że dziś ledwie piszę do Ciebie, drogi mój Stryju, zapytując przede wszystkim, czy też moje prośby odniosły jaki skutek, i czy się wybierasz do Karlsbadu?
Byłoby mi to bardzo smutno, gdyby nie; a smutniej jeszcze, gdybyś, drogi Stryju, nawet domowej zaniedbał kuracji.
Na wszystko Cię proszę, dbaj o siebie, miły Stryju. Niech to lato ubezpieczy
Ul. Frascati.
koniecznie przyszłą zimę i ochroni Cię od ponownych dolegliwości. Jak, drogi Stryju, przepędziłeś święta? Może tak smutno jak ja; może tak jak ja samotnie. Dzieci nawet nie wszystkie miałam przy sobie, bo podróże kosztują.
Mieszkam teraz, Stryjeczku, przy ulicy Smolnej, pod n[umer]em 19, na trzecim piętrze. Idzie się po schodach jak do nieba wysokich a wąskich! Jeszczem nigdy nie miała takiej lichej siedziby. Ale to tylko ze strony prozaicznej życia biorąc. Strona poetyczna – ta jest tu świetnie reprezentowaną. Widok mam najrozkoszniejszy z okien, na ogrody aż ku Frascati, na Wisłę – aż do przeciwległego jej brzegu, i lasów zamykających widnokrąg. Pierwszy raz widzę dopiero w Warszawie las na widnokręgu. Jest mi to dziwnie miło, i kiedy od rana spojrzę nań, to na cały dzień zapominam, że te schody, ach! istnieją. A biegać teraz po nich zacznę nie żartem. Wszak z lekcji tylko będę musiała wyczerpnąć cały mój dochód, teraz kiedy mnie oportunizm nasz dziennikarski wygryzł, że tak powiem, ze „Świtu”. Usunęłam się sama wprawdzie, ale dlatego tylko, że za wiele tam liczono na giętkość przekonań w kobiecie, która – bądź co bądź – chleb z tego miała. Miała chleb, więc pewno go rzucić nie zechce, pewno przystanie na te lub owe zboczenia od kierunku swego. Nie przystała, nie zechciała jeść takiego chleba, który byłby za drogo kupiony – i ot, dobrze jej tak! Niech biega i lekcje daje! [...]
M.

Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 178–180.

czwartek, 27 lutego 2014

Odcinek 972: Maria Konopnicka, 1897 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Nicea, 27 lutego 1897 roku
Mój najmilszy Stryjeczku! Ta astma, ta astma! Toż to dorobek z Syberii pewno jeszcze. Bo gdzież to
Ferdynand Ruszczyc, Młyn zimą, 1897 r.
płuca ludzkie znieść mogą takie srogie zimna, takie lodowe powietrze, jak tam jest. To straszne po prostu! Więc się to teraz każdej zimy tak odzywa, i tak męczy Cię, biedny, drogi mój Stryju! Ale jeszcze miesiąc tylko jaki. Później – już z początkiem kwietnia zaraz – będzie dużo lepiej. Powietrze wygrzane słońcem tak lekko, miło będzie wchodzić do płuc, że się one, biedne, znów rozciągną porządnie i wyzdrowieją! 
A teraz, żeby choć doskonały piec tam był w pokoju, i żeby – podczas obiadu na drugiej stronie domu, – w pokoju Twoim, Stryjeczku, dobrze odświeżyli powietrze, na jakie pół godziny otwarłszy choćby lufcik, po czym zamknąć, dobrze drewek przyrzucić, żeby i ciepło było, i jak naj­więcej tlenu w powietrzu, którym oddychasz – żeby te płuca tyle pracy nie miały, teraz kiedy są zmęczone. I nie wiem, czy tam choć trochę słońca zagląda w okna? A to ważna rzecz – bo te promienie najlepiej, najradykalniej przerabiają powietrze i lżejszym je czynią. Także trzeba by uważać na ułożenie pościeli w łóżku, żeby pod głową poduszki leżały dosyć wysoko. Boże, Boże, czemu tak los rzuca ludźmi. Ja bym tam zaraz odchuchała i odpielęgnowała Cię, najmilszy Stryjeczku! Ja wiem, że nie zapomnisz o mnie. Ja to czuję. Nieraz wyraźnie czuję, że właśnie blisko mnie jesteś duchem. A tylko tak pisałam to – z niespokojności. [...] Bądźże mi tam zdrów, drogi, drogi Stryjeczku! Niech ta astma już raz przepadnie! Całuję Cię najserdeczniej

M. Konopnicka

Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 567–568.

sobota, 27 lipca 2013

Odcinek 757: Maria Konopnicka, 1883 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 27 lipca 1883 roku
Stryju miły!
Sama, we własnej osobie, przychodzę Cię uściskać dzisiaj, Przyjacielu mój drogi i prawdziwy! Jest to wprawdzie jeszcze przeszłoroczny obrazeczek, ale od tej pory nie było nowego, Przyjmij mnie tam, Stryju miły, w gościnę, na stoliczek, przy którym pracujesz i myślisz. Nie jestem złym towarzyszem. Umiem czuć i milczeć.
Za starania co do Tadeusza serdecznie dziękuję. Mam nadzieję, że chłopiec ten raz już wejdzie na drogę pracy takiej, która by mu przyszłość zapewnić mogła. Tobie to będę zawdzięczała, Stryju drogi, ale Ty wiesz, że i bez tego kochałabym Cię również. Ja już jestem stworzona do kochania takich co są samotni i smutni.
Jak dawno, mój miły Stryju, powróciłeś do kraju? Mnie się zdaje, że to już ćwierć wieku blisko. Ale Ty mi przed oczyma stoisz taki, jakim byłeś tam, daleko. Widziałam wielu powróconych ojczyźnie wygnańców, ale wyobrażeniem, jakie w dziecinnych jeszcze latach wyrobiłam sobie o człowieku tęskniącym za krajem, czystym od śniegów wygnania, noszącym płomień swój głęboko w sercu, aby go wiatr północny nie zdmuchnął – Ty tylko byłeś – i jesteś. Zamyślam się też często o żywocie Twoim i wiem, że on nie może zginąć bez śladu.
Kibitka do przewozu więźniów na dziedzińcu X Pawilonu Cytadeli warszawskiej.
Dwie są przyczyny, dla których gorąco bym Cię widzieć pragnęła: raz, żeby uściskać Cię długo, serdecznie, żebyś poczuł się komuś drogim, miłym bardzo; a po wtóre, żeby się napatrzeć na człowieka, co wycierpiał tyle dla Polski. Chodziły u nas głuche wieści niegdyś, że kiedyście wy w Cytadeli siedzieli, to matki odbierały bieliznę waszą krwawą, ze śladami ran waszych i katowni. Ja jeszcze sypiałam wtedy w takim łóżeczku z poręczami, żebym nie wyleciała na ziemię. Było ono uściełane matczynymi rękami, a jednak spać wtedy nie mogłam i śniły mi się chusty krwawe, Chrystus[ow]ego męczeństwa chusty.
A teraz chodzę czasem pod mury Cytadeli tej, tylko, że nie wiem, gdzie okienko było Twoje i myślę wtedy błyskawicami nienawiści i miłości.
A może ja zasmucam Ciebie? Dziś należy Ci się radość jakaś. Tylko skąd ja jej wezmę, ja, co mam dusze niewesołą też i stroskaną.
Niech Ci ją, radość te, da myśl cicha, spokojna, i bądź błogosławiony w życiu, jako jesteś w sercu moim.
Maria Konopnicka

Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 123–124.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Odcinek 673: Maria Konopnicka, 1889 rok


List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 25 kwietnia 1889 roku
Drogi Stryju!
Jakże tam Stryjeczek przepędził Święta? Czy w dobrym zdrowiu? Czy wyjeżdżał
Maria Konopnicka.
Stryjek do Zalesia, czy był w Radomiu? Prosiłam w ostatnim liście, czy by Stryjek nie rozmyślił się i do Warszawy nie wpadł na tych dni kilka, ale musiało się to okazać niedogodnym, albo niemożebnym.
A ja tu miałam Tadeusza, Zosię, Lorkę i Janka. Tadeusz strasznie mizerny, wstał dopiero co po ciężkiej gastrycznej gorączce i bardzo źle wygląda. Przeleżał miesiąc, z tego połowę w Warszawie, u Janka, i niech sobie Stryjeczek wyobrazi, że nic o tym nie wiedziałam. Taki sekret zachowały chłopaki, żeby mnie nie zmartwić. Poczciwe dzieci. Ale i ja się udręczyłam tym, choć na inny sposób. Służąca bowiem, poszedłszy po brudną bieliznę do Janka widziała, że ktoś tam leży i powiedziała mi o tym. Byłam pewna, że Janek ukrywa u siebie jakiegoś socjalistę, jak to łatwo być mogło, przy jego dziecinnym jeszcze widzeniu rzeczy.
Byłam tedy całe te dwa tygodnie jak na mękach, nie chcąc zaczepiać Janka i domyślając się najgorszych rzeczy, skutkiem właśnie jego przesadzonej wesołości, którą tu, przychodząc na obiady, jak maskę przywdziewał. Słowem, zmęczyliśmy się tymi rolami wszyscy bardzo. Teraz, dzięki Bogu, Tadzio zdrów niby, ale srodze zmarniał. Koniecznie muszę go dobyć z tej cukrowni i umieścić gdzie na wsi. Zmianowym mógłby tylko za cenę zupełnej ruiny zdrowia pozostać.
Dziewczęta za to zupełnie zdrowe. Wszyscy całują ręce Stryjeczka. [...]
Gdybyś, drogi Stryju, wiedział lub zasłyszał o jakim miejscu na wsi dla mego Tadeusza, poleć go, serdecznie o to proszę.
Całuję Twe drogie ręce i Bogu oddaję
M. Konopnicka
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 247–248.

niedziela, 24 lutego 2013

Odcinek 613: Maria Konopnicka, 1894 rok


List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Gorycja, 24 lutego [1894 roku]
Mój Najdroższy Stryju!
A ja tu ciągle bieduję z moim gardłem. Niby już lepiej trochę, ale kuracja trwa, inhalacje, płukania, kompresy, pędzlowanie – wszystko swoim porządkiem. [...] Istotnie, czuję ulgę; ale i to czuję, że także zapalenia chroniczne są niezmiernie przewlekłe, i że ich wyleczenie prawie nigdy nie jest trwałym, bo zima i wicher usposabiają do odnowień poprzedniego stanu. A tak bieduję tu jak mogę. [...]
Ale, mój najdroższy Stryju, to ważniejsze jak Ty się miewasz? Jakie tam powietrze? Jaka zima? I co tam znów za kłopoty mogły spaść na Twoją drogą głowę? Mówię o osobistych, bo trosk ogólnych – tych nigdy nie braknie myślącym i czującym istotom. Chciałabym ogromnie wiedzieć, mój najdroższy Przyjacielu, jaki Cię teraz przedmiot lub choćby tylko kierunek myśli najbardziej zajmuje? Wiem, że umysł Twój jest jednym z najżywotniejszych, że nigdy nie przyjmuje on biernie tego, co mu ze świata książek i ksiąg przychodzi, ale czyni sobie z owych luźnych zdobyczy jakiś materiał właściwy swoim dociekaniom i swojej drodze własnej. Więc tak bym chciała też trochę udziału w tym, trochę tego myślowego zespolenia, w którym idee tężeją niejako i nabierają konsystencji przekonań i wiedzy.
Katedra w Gorycji.
Ja tu mało czytam. Nic prawie, prócz czasopism naszych warszawskich, których część większa pochyliła się nagle w kierunku pewnego poddania się pod wszelki dogmat – a w szczególności pod dogmat władzy papieskiej. Strasznie znać wpływy księże – co i nie dziwi, zważywszy, że ta robota jest teraz na warsztacie wszędzie, i że warsztaty porusza silnie para z Watykanu. Dla mnie to dążenie papiestwa do świeckiej władzy i do rozbicia Włoch jest tak widoczne, że aż przezroczyste, a tak przykre, że aż wstrętne. [...]
Byłam przez ciekawość w Genui na kongresie anarchistów. Zleciało ich się tam pełno z Włoch południowych zwłaszcza. Co za głowy! Co za typy! A jakie szalone zrezygnowanie z życia. Niezapomniane zrobili na mnie wrażenie. Ale znałam i innych. Nie rozumiem po co Szwajcaria wypędzała swoich. Tam mianowicie widziałam taki typ: „Czemuście się wpisali do anarchistów? Przecież to wcale z waszymi zasadami niezgodne? – Ach, co? Socjaliści i demokraci mają tak strasznie małe sale, że od dymu udusić się można. Przy tym wrzeszczą! Anarchistów mało, pokój duży, przynajmniej powietrze lepsze, no, a przecież czymś trzeba być...”. Ci chyba nie zburzą świata!
Spotkała mnie tu miła niespodzianka. Młodzież lubelska, której nie poznałam osobiście, nie chcąc zwracać uwagi przysłała mi tu album piękne widoków miasta, pomiędzy którymi i ten dom, w którym mieszkałam, to okienko na facjatce... Bardzo mnie to wzruszyło.
Ręce Twoje drogie całuję serdecznie, mój najdroższy Stryju!
M.K. 
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 442–443.

niedziela, 18 listopada 2012

Odcinek 515: Maria Konopnicka, 1896 rok


List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Lwów, 18 listopada 1896 roku
Mój najdroższy stryju!

Ogromnie dawno do Stryjeczka nie pisałam i tak mi tego żal. A cóż! Tak tu żyję, jak na jarmarku. Lwów z dawna ma już opinię, że wpada w paroksyzmy zapału niepowstrzymanego – i właśnie miałam nieszczęście wywołać z nich jeden.
Ja myślałam, że mnie tu w Galicji żywa dusza nie zna, i spokojnie sobie pobędę tu trochę, a tymczasem wpadłam w wir owacji, które mnie srodze zmęczyły i męczą. Niezawodnie były i momenty bardzo wzruszające, bardzo rzewne, taki np. wieczór w Czytelni akademickiej, gdzie się czuło coś szlachetnego w każdej z tych młodych piersi. Przemówiłam tam do nich, o przymierzu pieśni z młodością, w odpowiedzi na ich witanie. Ścisk wszelako był taki, że pierwszy raz w życiu doświadczyłam czegoś jakby uderzenia krwi na mózg, z tyłu głowy, uczucie nadzwyczajnego ciężaru i ciśnienia na móżdżek – b. niemiłe uczucie. Potem znów był wieczór w Kole Artystyczno-Literackim, niepodobna było odmówić. Posyłam wycinek z „Kuriera Lwowskiego” - jak się to mniej więcej odbyło. A tak najpierw witały mnie tu stowarzyszenia kobiece i dzieci, potem młodzież, a potem koledzy po piórze – prócz luźnej publiki. [...]
Teatr Miejski we Lwowie, 1905 rok.

Poczciwe serca, pewno; ale to nie dla mnie być przedmiotem takich publicznych owacji. Ja mam w sobie ciszę i spokój, która się z tym nie zgadza, pierzcha przed tym. Oczywiście że i wymagania są. Te wizyty chcą rewanżu, te przyjęcia – także odwetu chcą. Więc ile tu stowarzyszeń, tyle nalegań i natarczywości o odczyty, przemówienia, udział w różnych zebraniach. Alem ja sama ofiarowała jeden odczyt na szkoły ludowe i przy tym stoję, a innym odmawiać muszę, bo ni czasu, ni sił bym na wszystko nie miała. A że odmawiam z moim kaszlem i z moją chrypką – bo mi to wszystko bardzo na niezdrowie poszło – więc jakoś nie obrażam lwowian na siebie.
Gości – cała procesja; dzwonek kazałam odjąć od drzwi, żeby nie wszystkich i nie zawsze puszczać. Od prezydenta miasta do różnych oryginałów zbierających autografy – setki ludzi przeszło te moje biedne progi. Może to kiedyś, kiedyś, będzie miłym wspomnieniem; ale teraz tylko umęczenie. I pewno nigdy miłym nie będzie – bo czy to wszystko akurat szczere? Bawi ich to, coś nowego – i już.
Z niecierpliwością czekam końca układu z Gebethnerem i Wolffem, żebym miała za co wyjechać – i dla zdrowia, i dla spokoju. A za spokojem i zdrowie musi przyjść. Teraz mam takie uczucie, jak zając zgoniony, co nie wie, gdzie się podziać. O, nie dla mnie, nie dla mnie takie rzeczy! Człowiek gubi sam siebie, a od dorobków swoich duchowych oderwany jest zupełnie, kiedy się tak zamiesza w ten ludzki wir i gwar. Ja bym w tym wyżyć długo nie mogła. Samotność, cisza, najcenniejsze dary życia, jedy­na atmosfera myśli; – a ten ludzki szych, hałas, te kadzidła – niech będą dla innych.
Całuję Twoje ręce najdroższe, miły Stryju! O ileż wolałabym słuchać Twego drogiego cichego głosu, niż tych marnych pochwał. Bo Twój głos – błogosławi – a ci tylko – sławią.
M. Konopnicka
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 552–553.

sobota, 28 lipca 2012

Odcinek 402: Maria Konopnicka, 1887 rok


List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 28 lipca 1887 roku
Serdeczny uścisk mój więcej by Ci powiedział w tej chwili niż moje słowo. Dlatego też uważam to za bardzo smutne, że tak daleko jesteś, drogi Stryju, że nie przyjeżdżasz nigdy do Warszawy, i że tylko tych kilka wyrazów przesłać Ci mogę wraz ze szczerymi życzeniami, w dniu imienin Twoich.

Przede wszystkim rada bym bardzo wiedzieć, jak Ci, drogi Stryju, przeszła zima? Czy zdrowie Twoje poprawiło się w tym roku i czy pamiętasz o tym, że lato jest porą jakiegoś systematycznego leczenia się, choćby tylko zapobiegawczego. Mój miły Stryju! Powi[nie]neś dawno już porzucić tę filo­zoficzną obojętność dla samego siebie. Powinieneś dbać o siebie, pracą się nie zamęczać, umilić sobie życie, wszak ono i tak niewesołe. Co prawda, to znam bardzo mało jego warunki, ale wyobrażam sobie, że tłem jego jest samotność, pamięć ciężkich lat tułactwa i uczucie osierocenia. Ale po co ja to piszę? Ach, przebacz mi, drogi Stryju, jeśli Cię zasmuciłam...
U nas tu trochę nowości. Najpierw mam teraz urocze mieszkanko w ogrodzie Frascati. Jest to prawdziwy raj w lecie. Dwóch tylko rzeczy nie jestem pewna w tym raju. Najpierw – jak tu będzie zimą, a po wtóre, czy zawsze zdołam zarobić tyle, żeby zapłacić 400 rubli rocznie komornego. Drogo to bardzo.
Ogrody Frascati, rys. Zygmunt Vogel.
Są trzy pokoiki, z jednego drzwi szklane na ogród, kuchnia, przedpokój. Już teraz kiedy przyjedziesz do Warszawy, drogi Stryju, to będziesz tu miał wygodę wszelką. Ani schodów, ani kurzu, ani gwaru – jak na wsi. Po wtóre, Zośka wraca z Paryża za dni kilka, jako już skończona panna [nauczycielka, absolwentka Instytutu Panien Polskich]. Teraz zacznie pracować na trochę pewniejszej podstawie. Instytut kończy z odznaczeniem jako wzorowa uczennica. Wiesz, drogi Stryju, że Tobie zawdzięczam możność jej wysłania z kraju. Daj mi to Boże, abym dług ten materialny uiścić mogła jak najrychlej, bo co do długu wdzięczności, zachowam go względem Ciebie na zawsze, tak za tę pomoc, jak za wszystkie wzruszenia dobre, którem Ci od dzieciństwa swego i zanim mnie znałeś – winna byłam i jestem.
Reszta moich dzieci pracuje też jak może, ja także. Naturalnie, że o wyjeździe w tym roku nie myślę. Tu wszakże pić muszę wody marienbadzkie, których wszakże boję się zacząć, bo to zawsze odejmie energię do pracy, a ja pracować ciągle muszę, jeśli mam wystarczyć na to co konieczne. [...]
Drogi mój Stryju! Kocham Cię bardzo [...]
M.
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 201–202.

wtorek, 27 marca 2012

Odcinek 279: Maria Konopnicka, 1886 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Warszawa, 27 marca 1886 roku
Drogi, kochany Stryju!
Maria Konopnicka, około 1886 roku.
Chciałabym najpierw wiedzieć, jak się miewasz, drogi Stryju? Z wiosną pewno lepiej, ale to wcale nie racja, aby zapominać, że po wiośnie przyjdzie znów zima, i że znów będziesz więcej cierpiał. A zatem trzeba już teraz myśleć o stałej jakiej kuracji i nie odkładać ad acta.
To pierwsze. A drugie – nie gniewaj się na mnie, żem tak dawno nie pisała. Przechodziły nade mną różne wichry i burze, aż nareszcie uspokoiło się to trochę we mnie i wokoło mnie.
W „Świcie” już nie jestem. Warunki były takie, że wolałam się usunąć. U nas literaci podlicytowują jeden drugiego, i zdarza się, że do wydawcy przychodzi i mówi: „Co? Pan dajesz za to pani Konop[nickiej] sto rubli miesięcznie? Panie, ja to panu za 30 zrobię!”.
Wydawca nie byłby chyba wydawcą, a do tego Żydem, żeby go taka propozycja skusić nie miała. Powtarza mi więc to, próbując, czy ja co nie odstąpię. I oto stało się, że odstąpiłam wszystko. Niech się cieszą.
Teraz znów jestem wolnym najmitą...
Co mnie dręczy, to to, że polegając na moich dochodach, Stach mój porzucił swój obowiązek w kantorze i zaczął się przygotowywać do wstąpienia na kursa handlowe wyższej specjalnej szkoły Kronenberga. I oto oboje zostaliśmy na lodzie. Cóż robić. Trzeba się ostro zabrać do pracy, wielu rzeczy się wyrzec, o innych zapomnieć. I tak się jakoś życie przekołacze. Aby do końca, aby do spokoju! A czy to tam tego ma już być koniecznie tak długo?
Lorka, najmłodsza moja, musiała pomimo jeszcze trochę dziecinnego wieku swego, wziąć miejsce nauczycielki, i to mnie boli, żem tak została sama. Musiałam też o mieszkaniu tańszym pomyśleć. Od 1 kwietnia przeprowadzam się na Smolną pod 19 n[um]er.
Ach! Żałuję stokrotnie, najdroższy Stryjeczku, żem Cię nigdy w tym miluchnym mieszkanku, które zajmuję teraz, ugościć nie mogła. Schody śliczne, froterowane, piękny chodnik, kwiaty na nich, gaz w kloszach wieczorem; a potem taki miły gabinecik, salonik taki wesoły, tyle wygód – i to pierwsze piętro, nie zmęczyłbyś się Stryjeczku! A teraz – trzecie piętro, schody – obrzydliwe, pokoiki dwa i alkówka ciasna – oto wszystko. Ale jest słońce, bo okna od południa. Tylko ja znów te kąty tak umilę, tak ozdobię, tak je zapełnię pracą i myślami, że one znów może będą miały trochę wdzięku, i może Tobie nawet, drogi Stryjeczku, podobać się będą. Tak to mi te czasy przeszły tu smutno. Niby to jedno z drugim nic, a dojadło mi to naprawdę. Przed ludźmi udaję, że sobie z tego wszystkiego nic nie robię. Ale Tobie, najmilszy Stryju, powiem tak szczerze, od serca, że mnie ta walka z życiem strasznie zmęczyła. Wczoraj też dopiero podniosłam się z krótkiej lecz ciężkiej choroby, która zagrażała tyfusem, a skończyła się jakąś gorączką, nie opuszczającą mnie jeszcze i teraz. [...]
A u nas wiosna. Słońca pełne okna, omal, że skowronków nie słychać. Ach! Jakże mi tęskno do wsi! Ach, jakim ja tu więzień w tym mieście! Przebacz mi, drogi Stryju, ten list samolubny – jestem jeszcze słaba. Całuję Cię z serca.
M.K.
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 174–175.

poniedziałek, 20 lutego 2012

Odcinek 243: Maria Konopnicka, 1896 rok

List Marii Konopnickiej do stryja, Ignacego Wasiłowskiego

Rzym, 20 lutego 1896 roku
Najdroższy Stryju!
Maria Konopnicka, ok. 1890 roku,
rys. Maria Dulębianka.
Niezbyt zdrowa jestem i opóźniam się z tego powodu z listem. Co tam się dzieje z ręką chorą? Jak się czujesz, drogi Stryju? Mam w Bogu nadzieję, że wrzód ten doskonale się już goi, że wracasz do sił, drogi Stryjeczku, że wstajesz, że odzyskujesz i sen, i apetyt. Niechże tam lecą moje serdeczne chęci, żeby wszystko było jak najrychlej dobrze! Boć tyle tylko spokoju i pociechy, gdy się pomyśli, że drogim naszym nic nie dolega, że im dobrze.
Ja tu przyjechawszy przed dziesięciu dniami, trafiłam na dnie pogodne, słoneczne, ale z rana i wieczorem bywały i są zimna przymrozkowe, tak że i szron się bieli po ogrodach Borgesów, na które mam okno. Za miastem już mieszkam, dla taniości, za bramą del Popolo, w wielkiej kamienicy, która podług tutejszego zwyczaju zwie się "palazzo", na piętrze piątym, tak że przejść muszę półtorej setki schodów, nim się do swego pokoiku dostanę. Mam za to lepsze powietrze, a na pieniądze nasze, opłata pokoiku tego, skromnie umeblowanego, wypada mi 9 rubli miesięcznie. Prawda, że na posadzce kamiennej nie mam używanego tu powszechnie zimą - dywanu; ciągnie też trochę, i pewno z tego nabawiłam się kaszlu, który mi po nocach spać nie dając, bardzo mnie osłabił. 
Żyć można także bardzo tanio, ale pod warunkiem, że się żyje zupełnie jak Włosi. Dużo makaronu, zielenin, serów, wina, białego chleba i koziny. Ja wina nie pijam, makaronu nie jadam, ser mi szkodzi, do koziny nie lgnę, więc albo więcej wydawać muszę, albo się obywać. Częściej wybieram to drugie: robię sobie bulion (przywieziony z sobą) lub herbatę, gotuję jajka, jem karczochy z octem i z oliwą, szukam czarnego chleba, dokładam figami i pomarańczami. Czasem, gdy fantazja dopisze, idę na "osso buco" co znaczy na "kość wołową". Jest to odcinek kości ze szpikiem, a koło niego nieco mięsa, do tego, dziwnym trybem, dają tu ryż. [...]
Rzym, Piazza del Popolo, XIX w.
W Rzymie dużo się zmieniło od bytności mojej [w 1892 roku]. Padły nad Tybrem całe ulice i zaułki pełne ruder, a stanęły pełne pospolitości kamienice i koszary. Koszary pchają się pod sam Watykan, tak że już kościół św. Piotra wygląda jak oblężony nimi. [...]
Ludność niespokojna, niekontenta z bardzo niepopularnej abisyńskiej wojny. [...] Kraj - nędzarzy. Karnawału wcale nie było. To jest tych procesji masek, tych szeregów karet itd. Motłoch tylko szalał przez trzy dni ostatnie. [...] Księży - jeszcze chyba przybyło. Hordami całymi snują się po mieście, zwłaszcza kongregacje różnych młodych teologów, na wszystkie kolory upstrzonych. 
Zwiedzałam kościół jubileuszowy świętego Joachima, wspaniały, ale nie wykończony jeszcze wewnątrz. Zewnątrz ma kościół ten  fryz, przez całą szerokość pysznej marmurowej nawy idący, złożony z medalionów mozaikowych, na których wypisane są imiona wszystkich narodów świata [...], jakie tylko do Kościoła należą - choćby i częściowo. Nie zapomniano tam o koloniach najdalszych od Europy [...]. Ale Polski - nie ma. Polinezja - i ta jest; a dla nas miejsca nie ma. Nasz rozbiór potwierdził papież raz jeszcze w tym dziele, oddał nas schizmie i lutrom. [...] Obrzydł mi tak Rzym z tego powodu, że rada bym w jednej chwili tu nie być. [...]
Całuję Twoje drogie ręce!
M.K.
Maria Konopnicka, Listy do Ignacego Wasiłowskiego, oprac. Jacek Nowak, Instytut Badań Literackich 2005, s. 511-513.