Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kofta Krystyna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kofta Krystyna. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 października 2015

Odcinek 2036, Krystyna Kofta, 1988 rok

Z dziennika Krystyny Kofty

14 października 1988 roku, piątek
Zofia Nałkowska.
Używam często słów potocznych i myślę o biednej Zofii Nałkowskiej, której Dzienniki dostałam w prezencie od Szulkina (te dwa tomy, których nie miałam do 1939 roku). Wtłoczona w gorset formy męczyła się, pisząc okrągłe zdania, męczyła się jak grafoman, czując co innego i myśląc inaczej. Polszczyzna piękna, a niespełnienie wygląda z każdego prawie słowa. Brak w jej życiu miłości, choć zakochiwała się często; już jako dorosła kobieta lokowała uczucia bez sensu (w mężczyznach, którzy do niej nie dorastali). Seks pewnie też szwankował, choć nic o tym nie pisze, czuje się jej chłód. Czy brakowało jej macierzyństwa i głębokich uczuć? Chociaż jej odkrycia literackie (Bruno Schulz) świadczą o niebywałym smaku i wielkiej wrażliwości. Chyba nie trafiła na faceta, który by ją w łóżku przekonał. 
Myślę do późnego wieczora o swojej nowej rzeczy, którą zamierzam. Na razie nic tu konkretnego nie napiszę, żeby nie determinować swoich myśli i nie dawać im kierunku. Póki co, niech szybują. Bo jeśli już coś zapiszę, przez sam ten fakt nabiera to znaczenia i formy. [...]


Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dzienika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 474.

czwartek, 17 lipca 2014

Odcinek 1112: Krystyna Kofta, 1986 rok

Z dziennika Krystyny Kofty
17 lipca 1986 roku, czwartek – wakacje
Godzina dwudziesta druga, wyjazd z Warszawy Wschodniej do Rabki – całonocna jazda; kuszetki. Dzieciaki zasypiają natychmiast. W korytarzu małymi łykami wypijamy piersióweczkę stock brandy, żeby pokonać moją reisefieber. Potem chyba nawet trochę śpię. Pociąg staje na każdej stacji. Rano wysiadamy w Rabce w zimnym powietrzu – bierzemy dorożkę i jak Witkacy albo Choromański jedziemy na sam koniec miasteczka, wysoko pod górę, ledwo koń uciągnie.
[...] Mamy iść od schroniska do schroniska, wszędzie pieszo. Nie będziemy wsiadali w nic na kołach. Podejście na Madejową. Zrobił się upał, idziemy w samo południe. Padam trzy razy w drodze, mimo że plecak mam jak piórko. Jest chyba ze trzydzieści stopni w cieniu. Brak przygotowania, całonocna podróż dają mi się we znaki. Jednak zaciskam zęby i przezwyciężam słabość.
A jednak po jakimś czasie nie mogę dalej iść. Rzucam plecak na drogę z głośnym przekleństwem, buntuję się. Chciałam wyjść wcześniej, kiedy było chłodniej, ale guzdrali się ze śniadaniem jak muchy w miodzie. Wchodzimy na Maciejową w zupełnie dobrym czasie. Czuję się zmęczona, ale jest tu tak pięknie, że to zmęczenie opada prawie natychmiast. Na Madejowej jemy dobry obiad. Chwilę leżymy na drewnianych ławach i w dalszą drogę – na Stare Wierchy. Będziemy tutaj dwa dni. Dostajemy wielki namiot z podłogą, materace i po dwa koce.

Schronisko na Starych Wierchach, 1974 rok.

Opada taka mgła, jakiej nie widziałam nigdy. Majaczą w niej duchy całej przyrody, grupy olbrzymich bliskich drzew i stojące pomiędzy nimi jałówki. W nocy wychodzę zrobić siusiu; jałówka śpi nieruchomo na stojąco; widzę ją jednak dopiero wtedy, gdy się odwracam, żeby wpatrzyć się w mgłę. Noc jest bardzo zimna. Leżymy wszyscy w piżamach, swetrach, skarpetach, w śpiworach, nakryci kocami. Ze Starych Wierchów wychodzimy we mgle, która skrapla się w drobne kropelki. To, co mijamy, w czym idziemy, jest tak piękne, że trudne do opisania. Te różne drogi ciemne, lasy mieszane, brunatna ziemia pokryta opadłym, suchym igliwiem. Mchy w ostrej zieleni fosforyzują w ciemności. Im dalej, tym mgliściej i ciemniej. Kawałek lasu wygląda tak, że Grimmowie mogliby wpuścić tu biedne dzieci, Jasia i Małgosię. Jaś i Małgosia, to my wszyscy, cała ludzkość.
Mgła opada gdzieniegdzie, odsłaniając wreszcie te odległe widoki, które przyjechałam oglądać, które Mirek i Wawrzyn chcieli mi pokazywać. Jednak ta mgła wcale nie była gorsza jakościowo w obrazach. W nocy, kiedy spałam w namiocie (na Starych Wierchach) i obudziłam się nagle, usłyszałam szczekanie psa tak dziwaczne, jakby wzmocnione przez gigantofony. Tak się niosło. Zasnęłam bardzo mocno, a rano pamiętałam dokładnie cały swój sen. [...]

Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 375.

poniedziałek, 24 marca 2014

Odcinek 997: Krystyna Kofta, 1979 rok

Z dziennika Krystyny Kofty

24 marca 1979 roku, sobota
Po wczorajszym wieczorze, udało mi się złapać moment, podpatrzyłam, jakie to
Flirt, rycina z XIX wieku.
łatwe, pójść i zostać na noc u dopiero co poznanego faceta. Obserwowałam te spojrzenia, które wcześniej cicho umawiały się, jeszcze zanim padły słowa. Wiedziałam, że dojdzie do tego, okazja była świetna, ona została niedawno sama, on związał się z kimś nie na serio Dziś rano przyszedł do nas na śniadanie i pochwalił się, wyśpiewał wszystko. Jak było, kto zaczął. Dokładny opis działań. Taktyka. Dobrze wiedzieć takie rzeczy. A przecież ona jest bardzo ładna, ma powodzenie, on też podoba się kobietom. Czułam coś w rodzaju zazdrości, że nie potrafię iść w taki dym. Bez zobowiązań. Zazdrość miała też inny wymiar, bo przecież tyle razy wyznawał mi to i owo. A tu, kiedy tylko dostaje sygnał, wyraźne przyzwolenie, korzysta z oferty. A potem, gdy spacerowaliśmy po mieście, byliśmy w Łazienkach, opowiadał o tym ze śmiechem, i mówił, że ona ma takie wielkie stopy, nie takie małe jak ty! Kiedy coś takiego słyszę, miałabym ochotę zamknąć się w klasztorze, nie czuć żadnych pożądań, nie mieć nic wspólnego z ciałem. Mirek jest całkiem inny. Tak myślę. Skąd taka pewność? Stąd.
Rozbieram wnętrza ludzi, jak dziecko rozbiera zegarek na najdrobniejsze części, żeby dotrzeć do najmniejszej choćby, materialnej części czasu. Z równym skutkiem składam je w całość, zawsze jakaś część zostaje albo gubi się śrubkę i coś nie pasuje, ale przecież można nauczyć się zegarmistrzostwa.

Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 38–39.

środa, 13 listopada 2013

Odcinek 866: Krystyna Kofta, 1983 rok

Z dziennika Krystyny Kofty

13 listopada 1983 roku, niedziela
Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie zmrożone róże i nagietki zesztywniałe od mrozu. Trwanie do pierwszych promieni słońca. Dotknęłam różowych płatków: jak z cukru.

Wczorajszy dziennik telewizyjny. Podwyżki, znaleźli głupców, którzy wypowiadali się do mikrofonu jak nieobliczalni. To przygnębia. I ciągle wojsko, zbrojenia. Lęk, ale i pewność, że droga, którą wybrałam jest prawa. Muszę znów coś pisać, to moje nowe, a nie tylko wiązać koniec z końcem tymi scenkami do filmów animowanych.
Warszawa, 1982 rok.
Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1990, W.A.B. 2006, s. 217.

sobota, 28 września 2013

Odcinek 820: Krystyna Kofta, 1981 rok

Z dziennika Krystyny Kofty

28 września 1981 roku, poniedziałek
Czytałam wczoraj Kubina, potem Dzienniki Nałkowskiej. Nie czuję z nią
Krystyna Kofta.
pokrewieństwa. Różni nas brak dziecka, a to zmienia przestrzeń. Dzięki ci, Panie! za Wawrzyna. Miała trochę niezdrowy pociąg do sfer, zwłaszcza generalskich. Jej uczucia do mężczyzn przypominają atrapy. Bała się pisać, bała się czuć. Czytając, czuję żal, że nie dostała tego, czego pragnęła, może później, kiedy dojrzeje. Jest bardzo przenikliwa i to utrudnia kontakty, jeśli się nie oddzieli seksu, uczuć od umysłu. Także od pragnień. Podobne jest kwękanie na brak pieniędzy. Narzeka na zdrowie, ja też narzekam. Psychika okaleczona, niezależnie od czasów.
Paskudna wrażliwość, więc jednak wspólnota. [...]

Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 103.

piątek, 21 czerwca 2013

Odcinek 721: Krystyna Kofta, 1983 rok

Z dziennika Krystyny Kofty
poniedziałek, 21 czerwca 1982 roku
Ciągle słyszę gasnący głos mojej siostry. W każdej godzinie o niej myślę, jakby tą ciągłą pamięcią można było utrzymać ją przy życiu.
Z Wawrzynem na Bazarze Różyckiego. Tam można się napatrzeć. Zrobiliśmy wielkie zakupy. Mam teraz obsesyjne lęki, że zabraknie jedzenia i Wawrzyn będzie głodny albo że nie będziemy mieli pieniędzy, żeby kupić mu owoce. Ładuję w niego i w nas także, jakby na zapas. Kupiliśmy koszyk truskawek tak piękny, jakby nie było stanu wojennego. Tak samo zresztą, bez wiedzy o tym rozwija się moja róża posadzona w ogrodzie.

Milicyjna kontrola na Bazarze Różyckiego.
Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1979–1989, W.A.B. 2006, s. 171.

niedziela, 25 listopada 2012

Odcinek 522: Krystyna Kofta, 1981 rok


Z dziennika Krystyny Kofty

25 listopada 1981 roku
Praca nad Fatum do popołudnia. Przyjechał Paweł, mój siostrzeniec. Z Basią niedobrze, chodzi, ale nie ma dużej poprawy. Cierpi bóle. Przywiózł rzeczy dla Wawrzyna, które zostały po nim i po Andrzejku. Niektóre były zbyt małe, te dałam Piosi dla wnucząt.
Propagandowa etykieta zapałczana.

Idziemy na zakupy z Dru, prawie nic nie można kupić, bo wszystko cholernie drogie. Opowiadam mu o scenariuszu Fatum i o tym, że pisze się coś, a nie widziało się żadnego wypadku, że co innego sobie realistycznie wyobrazić, a co innego widzieć, i że w filmie to ważniejsze niż w prozie, a to jest scenariusz. Po chwili obok nas nagły huk, trzask i głuchy, straszny odgłos upadającego ciała. Jakie małe i bezbronne jest ciało potrącone przez samochód! Dostałam zaraz mdłości, ale oglądałam wszystko z bliska, pomagałam temu starszemu człowie­kowi wstać. Przytrzymałam go najpierw, żeby stwierdzić, czy nie ma wstrząsu mózgu, kazałam poruszać ręką, nogą, czy nie ma złamań. Dru całkiem stracił głowę. Nie darmo widać moja matka uważała, że powinnam zostać lekarką. Facet, który potrącił, też zmieszany, stał z boku, bo ten stary wszedł mu pod koła. Szczęściem jechał niezbyt szybko, inaczej by go zabił. Zapisaliśmy swoje nazwiska, gdyby były potrzebne, i daliśmy starszemu panu. Przestać wmawiać sobie, że fatum istnieje we mnie, jest coraz trudniej.
Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978–1989, W.A.B. 2006, s. 111.

czwartek, 3 maja 2012

Odcinek 316: Krystyna Kofta, 1978 rok

Z dzienników Krystyny Kofty

środa, 3 maja 1978 roku
Zawsze, odkąd pamiętam, 3 maja ojciec śpiewał, fałszując: "Witaj maj, witaj maj, dla Polaków błogi raj", i co roku powtarzały się próby przetrzymania obowiązkowo wieszanej pierwszomajowej flagi do trzeciego, ale przychodził milicjant, salutował: Obywatel zdejmie flagę. Obywatel mówił, że jest schorowany, że po zawale, więc władza sama zdejmowała. U Feli na Wolsztyńskiej była wielka afera z flagą, która wisiała do 5 maja. Przyszła milicja i pytania, co to znaczy, dlaczego jeszcze nie zdjęta, dlaczego nie trzymają się zaleceń władz, a wtedy ich bardzo stara służąca Ninia czy Cinia, już w ostrej demencji, a jednak politycznie przytomna, wyszła do policjantów i zrugała ich: Ja te fane powiesiłam, a co fany wieszać nie wolno?, wyprałam te fane, to se schła, państwa w domu nie było, dopiero dziś zjechali, to se wisiała, aż wyschła. Poszli jak zmyci, a staruszka wróciła do swych ulubionych zajęć, chomikowania chleba pod poduszką, odkładania sztućców pod łóżko na czarną godzinę, rozmów z dawno umarłymi. [...]
Dekoracje pierwszomajowe we Wrocławiu.
Krystyna Kofta, Monografia grzechów. Z dziennika 1978-1989, W.A.B. 2006, s. 18.