Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kisielewski Stefan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kisielewski Stefan. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 lipca 2014

Odcinek 1118: Stefan Kisielewski, 1971 rok

Z dziennika Stefana Kisielewskiego

23 lipca 1971 roku
Filmowa adaptacja Trędowatej.
Że Polska jest domem wariatów, to łatwo skonstatować po ostatniej historii z „TrędowatąMniszkówny. Wiele lat utwór ten był synonimem szmiry, ledwo o nim wspominano i to jak najgorzej, drukować go oczywiście nie było wolno, żeby nie deprawować smaku „mas”. A tu nagle coś się odkręciło: najpierw Kwiatkowska czytała „Trędowatą w radio jako parodię, potem czytano ją znowu, już całkiem poważnie, teraz parę pism ją drukuje, wystawia też jej przeróbkę kilka teatrów, do tego ukazują się różne przemądrzałe dysertacje na jej temat, między innymi dość dziwaczna Aleksandra Małachowskiego. „Trędowata, stała się symbolem gierkowskiej „odwilży czy co, u licha?! I jakie te ufne masy nowych odbiorców mają nie zwariować, jeśli częstuje się je takimi łamańcami?! Zaiste, ta strona świata zwariowała i zaskorupiła się w swym obłędzie, a ta druga strona ani jej już nie pojmie ani się nią zainteresuje. No bo i jak zrozumieć podobne dziwolągi?
Przekrój z 25 lipca 1971 roku.
Wczoraj był znów Eile z „Kamyczkiem” [Janina Ipohorska], palili masę, on był agresywny, wyśmiewał się z mojego patriotyzmu i „katolicyzmu. Ma żal, ma za złe, chce to jakoś sobie uzasadnić, u podstaw wszystkiego tkwi chyba sprawa żydowska — Polska przez bezmyślny antysemityzm (bo bywa i antysemityzm „myślący) zraża sobie nieraz najzdolniejszych ludzi. No, ale cóż ja mu poradzę — sam się niepotrzebnie zakałapućkał zbyt daleko, w końcu redagować w komunizmie masowe pismo o półmilionowym nakładzie to znaczy przygotować się na to, że się w końcu będzie skopanym i oplutym. I tak w rezultacie mało dostał — jak na garbatego... Sam nie wiem, czy większe są jego zasługi, iż wyrobił w nowych Polakach zachodnie, niesowieckie gusta, czy też jego przestępstwa, że w zachodnim opakowaniu podawał komunistyczną propagandę. Trudny dylemat, ale jego, nie mój. Więc dlaczego mnie męczy, zadymiając pokój do dwunastej w nocy?! No, ale w końcu nie mogę być takim egoistą — to bądź co bądź stary znajomy, a może nawet przyjaciel... [...]

Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry 1997, s. 603. 

sobota, 8 marca 2014

Odcinek 981: Stefan Kisielewski, 1973 rok

Z dziennika Stefana Kisielewskiego

8 marca 1973 roku

Międzynarodowy Dzień Kobiet, 8 marca 1973 roku
Dyrekcja Cukrowni przygotowała dla Pań miłą niespodziankę
 - wieczór przy świecach.
[...] Dziś w całej Polsce i oczywiście w telewizji specjalnie obłudne komunistyczne święto: Święto Kobiet. Przeczytałem i usłyszałem, że kobiety nareszcie mają dziś w Polsce Ludowej to, o co kilkadziesiąt lat walczyły (?!). A więc praca podwójna: w domu, w małej kuchni, przy trudnościach z zakupami, i w zakładzie, biurze, fabryce, normalne osiem godzin. Sam cymes, sama słodycz! I każda rzecz, którą oni mówią, obraca się w taką jakąś bzdurę. Cóż dziwnego, że w końcu w ich własnej telewizji najlepsze i jedynie strawne okazuje się to, co jest z Zachodu albo sprzed wojny. Na przykład zrobiony przez Toeplitza montaż starych filmów Dymszy. „Pan Dodek" okazał się orzeźwiający: biedna to była ta Polska międzywojenna — ale wolna. Choć może to problem mojej starości i wspomnień — że epoka młodości zawsze wydaje się piękna — ale nie,przecież komunizm jest w Polsce po raz pierwszy, raz na całą wieczność (znów problem Romana z „Cieniów"). Młodzież tego nie wie, ja to wiem. Wie także Iwaszkiewicz, tylko udaje, że zapomniał! [...]
Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry 1997, s. 745-746.

poniedziałek, 14 października 2013

Odcinek 836: Stefan Kisielewski, 1968 rok

Z dziennika Stefana Kisielewskiego

14 października 1968 roku
Stefan Kisielewski.
Nastrój niezbyt wesoły, raczej kac po dwóch dniach picia. W sobotę opijaliśmy książkę Andrzeja (moja recenzja o niej pod damskim pseudonimem już się ukazała), wszystko było świetnie i dopiero na końcu, już mocno zalany, coś Andrzejowi przysobaczyłem, ale absolutnie nie pamiętam co, i okropnie się obraził. Wczoraj dzwoniłem, ledwo ze mną gadał. Tłumaczyłem mu, że byłem pijany i nic nie pamiętam, ale powiedział, że po wódce mówi się to, co się myśli. I dalej nic nie wiem — a niech to diabli — a przecież Andrzeja lubię i nadmiaru przyjaciół teraz nie mam. Przez głupie nieumiarkowanie stracić przyjaciela? O diabli!
Przedwczoraj spotkałem Eddę W[erfel] z córką. Istna tragedia — żydowska. Córki nie chcą przyjąć na żadną uczelnię, więc zapisały się na wyjazd do Izraela (jako pretekst, bo naprawdę chcą jechać gdzie indziej), tymczasem nie dostały paszportu i czekają na walizkach — nie wiadomo na co. Zdenerwowane piekielnie, niemal płaczą na ulicy, nie chciały słuchać, gdy mówiłem, żeby poczekały, że tu coś się zmieni. Co prawda, jak się ma zmienić? Żydów-komunistów wykończono bardzo perfidnie: najpierw dano im najczarniejszą, terrorystyczną robotę do zrobienia, a teraz oskarża się ich o nią i wykorzystując ich niepopularność, a także stary, „organiczny" antysemityzm - wylewa się ich mówiąc, że leczy się kraj z „błędów i wypaczeń". A tymczasem oni zliberalnieli: wyrzuca się więc obecnych liberałów za dawny stalinizm. Super to perfidne - kto to wymyśla takie w swoim rodzaju mistrzowskie, choć okropne posunięcia? I Gomułkę w to wkręcili: swoim przemówieniem w czerwcu 1967 dał asumpt do antysemickiej czystki i teraz nie może tego opanować, a oni wyrzucając Żydów z posad, obsadzają wszystko swoimi ludźmi, oskarżając jednocześnie Gomułkę, że on hamuje ten proces, i depopularyzując go wśród młodych arrywistów. Swego rodzaju arcydzieło, ale rezultat tego jaki? Gwardia młodych, zajadłych pretorianów u władzy — z deszczu pod rynnę.
Marzec 1968 r.
Wczoraj byli Julek S[tryjkowski], Paweł i Jurek — rozmowy cały czas o Żydach, Paweł jak zwykle pierwszy antysemita, Julek go za to rugał, rozmowa burzliwa i błyskotliwa, ale — bezsilna i w sumie przygnębiająca. Najsmutniejsze, jak powiedzieli, że wstają późno, koło południa, bo  nie mają co robić. To naprawdę zmora — nie każdy potrafi pisać do szuflady. Ja się zmuszam, ale — czy się nie załamię? Zwłaszcza wobec rosnącego osamotnienia (któremu po trochu sam jestem winien). Słowem — kac duchowy, choć na mieście przepyszna jesień — złoto i purpurowo od liści. Henio pisał z Zakopanego, że ładnie, pusto, Tatry jak makatka z jeleniem. No, ale ja szykuję się już nad morze w listopadzie. Będzie tam Zygmunt M., którego list w sprawie czeskiej ukazał się podobno w „Mondzie". Ja tam listów pisać nie zamierzam — chcę siedzieć cicho i pracować. „Nie budzić licha, kiedy śpi cicho". Tak. Stać mnie już na to. 
Zaczęła się olimpiada w Meksyku. Wczoraj widziałem w telewizji bieg na 10 kilometrów. Clark, rekordzista świata, australijski filozof bieżni, przegrał z kretesem. Wygrali trzej Murzyni - biegli na finiszu jak jelenie. Szkoda mi było Clarka - to już chyba jego ostatnie starty. Wspominałem, jak w roku 1932 w Los Angeles wygrał ten bieg niezapomniany „Kusy" — Janusz Kusociński. Toż była radość!
Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry 1997, s. 122-123.

wtorek, 9 lipca 2013

Odcinek 739: Stefan Kisielewski, 1976 rok

Z dziennika Stefana Kisielewskiego

9 lipca 1976 roku
Antoni Słonimski.
Wczoraj był pogrzeb Słonimskiego, kościół św. Krzyża nabity tłumem, śpiewali „Boże, coś Polskę", potem pochówek w Laskach, gdzie leży jego żona. Przyszli ludzie najrozmaitsi: „opozycja", katolicy, marksiści, dawni i obecni. Uczucia miałem mieszane: z jednej strony dobrze, że była taka manifestacja wolna i swobodna, z drugiej jednak nasuwało się pytanie, co łączy tych wszystkich ludzi (bezradnych w istocie i zagubionych), jaki to autorytet właściwie żegnano. Walczył o różne rzeczy: o pacyfizm (bez sensu — przed Hitlerem), o racjonalizm dość prymitywny, niby o „socjalizm". Miał swoją piękną kartę przed samą wojną, był odważny, walczył. Ale potem — czort wie co. Trochę komunizował, siedział w UNESCO z łaski Polski Ludowej, kiedy wrócił do kraju, mocno był niejasny. Dopiero po Październiku zaczął być „heroldem wolności", ale jako prezes Związku Literatów (1956—1959) zawalił masę spraw przez brak orientacji oraz załatwianie własnych interesów. Potem znów przeszedł do opozycji i stał się odważny, zaczął pisywać w „Tygodniku" (wbrew całożyciowemu sceptycyzmowi), był niby naszym „sztandarem", ale Zjazd Literatów w Łodzi zmarnował, rozładował najniepotrzebniej w świecie jakimś samozwańczym kompromisem. Mnie drażnił aintelektualizmem i egocentryzmem bez wiary, miałem zresztą do niego pretensję o Irzykowskiego, któremu zatruł życie, bo go nie rozumiał. Płyciarz był, wykręcał się dowcipem, ale polemista błyskotliwy, poeta czasem wzruszający, dobry komediopisarz, niekiedy trafiający w samo sedno. Bóg z nim, ale nie bardzo rozumiem, co to za prorok dla tej zebranej tam różnorakiej inteligenckiej rzeszy, która przeważnie już nie pamięta, co on właściwie robił? A może różnorodność jego osoby przyciągała ludzką rozmaitość? A może urok osobisty, bo czaruś to on był. Siedzę zresztą cicho, żeby nie powiedzieli, że to zazdrość (mój sąsiad z „Tygodnika"), ale trochę tu widzę „pomieszania z poplątaniem". No, i ostatnio mam pretensję, że nie podpisał naszego protestu w sprawie robotników. Miał swoje personalne zagrywki taktyczne i narzucał je niemądremu literackiemu środowisku, wmawiając, że tylko on jest „sumieniem". No, ale dość się naszczekałem, ukamienowaliby mnie za to! De mortuis. Niech spoczywa w spokoju. A dusza jego? Za nią się modliłem.
Wisiał piękny nekrolog ręcznie napisany, bo inne cenzura pokastrowała. No cóż, była w tym wszystkim jakaś nostalgia za wolnością, a u starszych — tęsknota do dawnych czasów. Wreszcie człowiek utalentowany, zostanie po nim luka. Podobno Iwaszkiewicz chciał w Laskach przemawiać, już sięgał po kartkę (ten to ma tupet!), a tu ksiądz powiedział, że na życzenie zmarłego przemówień nie będzie. Dobre.
Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry 1997, s. 872873.

niedziela, 10 marca 2013

Odcinek 627: Stefan Kisielewski, 1980 rok

Z dziennika Stefana Kisielewskiego

10 marca 1980 roku
Stefan Kisielewski.
Tydzień temu umarł Jarosław Iwaszkiewicz. Nie można się było nawet zastanowić nad tą śmiercią i jej znaczeniem, bo urządzono taką „narodową hecę, że aż się niedobrze robiło. I chyba wiele osób w końcu uwierzyło, że to naprawdę był jakiś narodowy autorytet. Biedne, swoją drogą, dudki to literackie nasze, pożal się, Boże, środowisko. Zawsze czci jakichś idiotów, przedtem Słonimskiego samorzutnie, teraz Iwaszkiewicza w państwowej gali.
Nie wiem, czy kto rozumie w istocie, jaką szkodę przyniósł ten człowiek polskiemu życiu duchowemu i kulturalnemu przez zakłamywanie się na różnych kongresach pokoju, zjazdach, sesjach etc. Zakłamywał się na patetycznie i na szczerze, aż prawie płacząc tym swoim cienkim głosikiem i to właśnie było obrzydliwe. Nie wiadomo, w co naprawdę wierzył, a w co nie, zdaje się, że był dostatecznie głupi, aby sądzić, że odgrywa jakąś rolę koncyliacyjną. W istocie był dla władz wygodny, więc czasem i coś załatwił, głównie sprawy tzw. bytowe, a na przykład problemów cenzury unikał jak ognia, nawet słowa tego nie wymówił, zajęty zresztą swoją karierą, książkami i owym „dworem w Stawiskach.
Jakim był pisarzem? Myślę, że typowo skamandryckim, z niewątpliwym, wrodzonym talentem i z dosyć słabą pracą mózgu. Dużo impresyjności, kolorków, melodyjny styl i w gruncie rzeczy jakże niewiele do powiedzenia. Chyba w niektórych nowelach był „niechcący najgłębszy (np. „Bitwa na równinie Sedgemoor), poezje, retorycznie i impresyjnie piękne, niewiele mają treści poza pseudogłębokimi westchnieniami nad mijaniem wszechrzeczy. Gdy teraz czytano w telewizji fragmenty jego wierszy, okazały się zastraszająco bezmyślne: ani jednej refleksji konkretnej, którą dałoby się zapamiętać, same „achy i „ochy.
Tematyki współczesnej przezornie unikał, „Sława i chwała, za którą dostał nagrodę państwową, powieść zresztą słabsza od jego młodzieńczych („Księżyc wschodzi, „Zmowa mężczyzn), to wymigiwanie się, ale pokazuje na swój sposób, jak polskość cofa się ze Wschodu, wypychana od Ukrainy aż po Mazowsze. Przyjaciele, czyli jego tuby reklamowe, twierdzili, że to Wallenrod, który kiwa komunistów, wydając przy tym doskonałe pismo „Twórczość. Pismo złe nie jest, natomiast z kiwaniem partii to już legenda — kiwał środowisko literackie, a sam używał życia i wypinał się na swe dobrowolnie przyjmowane obowiązki „obrońcy naszej kultury, którą obrzydzał kłamstwami.
Jarosław Iwaszkiewicz.
W czasie okupacji zachowywał się bardzo przyzwoicie, pomagając ludziom, a potem... Komuchy oceniły dobrze jego usługi, obsypując go orderami i zaszczytami (nagroda leninowska), nie mieli wszakże drugiego, który by im tak wiernie służył. Ale pogrzeb był już szczytem lipy: zjawili się najwyżsi dostojnicy (tacy, co pewnie nic jego nie czytali), prasa, radio, telewizja pełne były fanfar, porównywano go z Żeromskim, Wyspiańskim, Bóg wie kim. Całą jego „legendę ukraińsko-brwinowską wyeksploatowano do rzygania, zapominając naraz o potrzebie jakiegokolwiek „tła społecznego. A on pochować się kazał w mundurze górniczym — błaznowanie aż do grobu. „A cierpliwa publika łyka i łyka. Czy Polska naprawdę robi się tak głupia, że da sobie wmówić filuta jako autorytet moralny?! Biedny kraj, zaiste, ale i bez ambicji zupełnie, bez samodzielnego myślenia. Co prawda nowa to zupełnie epoka, gdy totalizm ma na swe usługi tak masowy i nieodparty środek przerabiania ludzi jak telewizja. Orwell rzecz przewidział, a my ją przeżywamy. Tak.
Słychać tutaj dokładnie zradiofonizowane msze i nabożeństwa z kaplicy na Żywczańskim: kazanie i śpiewy niosą się na całe Zakopane. Oto konkurent totalizmu — religia ludowa (też nieco drażniąca). Czy usłyszymy kiedyś: „Galilejczyku, zwyciężyłeś? I co wtedy pozostanie z normalnej prawdy i zdrowego sensu? Czy tak czy owak, wszyscy musimy zwariować?! Może mnie się jednak uda jeszcze umrzeć nie w Tworkach?
Stefan Kisielewski, Dzienniki, Iskry 1997, s. 946-948.