Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kijowski Andrzej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kijowski Andrzej. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 września 2011

Odcinek 88: Andrzej Kijowski, 1960 rok

Z dziennika Andrzeja Kijowskiego 

Paryż, 18 września 1960 roku

Andrzej Kijowski, styczeń 1957 r.
Mówisz mi często, że jestem sentymentalny, więc nie chcę wypisywać rozmaitych głupstw, które śmiesznie wyglądają utrwalone na papierze. Nie wiem dosłownie, jak Ci przekazać to wszystko, co dla Ciebie czuję, kiedy się po tej Sodomie plączę i kiedy jesteś przy mnie jak cień widzialna i jak cień nieuchwytna, mówię do Ciebie i prawie dziwię się, że nie odpowiadasz, prawie gniewam się, że milczysz. Tęsknota jest podobna do snu, stwarza fikcyjny świat, w którym panują jakieś inne prawa: coś jest i nie jest zarazem, obecne i nieobecne. Wyławiam Cię z głosów i twarzy obcych ludzi, z obrazów i miejsc, rodzisz się w ruchu mojej własnej ręki, spod przymkniętych powiek. Nigdy w życiu nie tęskniłem naprawdę, chyba za umarłymi. Ty byłaś zawsze blisko. Minęło sześć tygodni, jak rozstaliśmy się, nigdy nie byliśmy tak długo rozłączeni, właśnie sześć tygodni najdłużej.
Mówiłaś przed wyjazdem, że ten mój wyjazd będzie próbą naszego małżeństwa. Nasze małżeństwo zniesie tę próbę doskonale, ja gorzej. Mam chwile, kiedy czuję się jak kłębek nerwów, którym bawi się złośliwy kot — tak jak to koty lubią tarmosić kłębki nici. Kotem jest Paryż, świat i w ogóle ,,to wszystko".
Twoja fotografia wypada zawsze z otwartej książki. Twój ostatni list noszę zawsze przy sobie — kiedy włożę rękę do kieszeni, czuję gładką powierzchnię papieru, i to jest jak muśnięcie dłoni.
Pisałem Ci wczoraj (list pisany na rogu boulevard St. Michel w kawiarni podczas ulewnego deszczu, który pryskał na papier — noszę zawsze przy sobie papier listowy, żeby pisać do Ciebie w jakimś wolnym momencie), otóż pisałem Ci, że po klęsce piątkowej u pp. Yaliere cały czas poświęciłem na szukanie hotelu. Mimo wszystko pozostawanie tutaj jest niemożliwe, ze zbyt wielkim wstrętem tu wracam i nie mogę się zdobyć na to, aby zostać tu przez cały dzień i pracować. Tracę więc więcej czasu i energii niż warte zaoszczędzone w ten sposób pieniądze. Wczoraj, jak już wiesz, nic z tego nie wyszło. Po napisaniu listu poszedłem więc do kina na ósmą. [...] 
Andrzej Kijowski z żoną Kazimierą, Paryż, 1961 r.
Wróciłem do hotelu, gdzie wywołałem niechcący awanturę. Wstąpiłem do naszego bistra na kieliszek wina. Tu zawsze można zastać podpite towarzystwo najbliższych sąsiadów. Przysiadł się do mnie podpity gruby robotnik i dowiedziawszy się, że jestem Polakiem, zażądał, abym mu wyjaśnił sytuację Polski "au point de vue intemational, social, economique, politique et culturel"... Tylko tyle. (To cała Francja w tym wyliczeniu i w tym „point de vue" — punkcie widzenia). Coś mu zacząłem klarować, ale w tym momencie wmieszał się jakiś typ z bródką, który zaczął do mnie mówić "camarade", na co grubas wybuchnął przeraźliwym rykiem, wymyślając temu z bródką od komunistów w imię "republikanizmu". Wymknąłem się czym prędzej, mimo protestów brodacza. Ryki trwały do północy. Patronka wywaliła ich na ulicę i tam jeszcze skakali sobie do oczu, przy czym imię naszej ojczyzny powtarzało się dość często. Rano pytałem, kto był zacz ów z bródką. Nikt go nie znał, nawet grubas, który jest stałym bywalcem bistra i wielkim poczciwcem. Cóż to za politykierzy ci Francuzi! A w dodatku mają szalenie słabe głowy. [...]
Andrzej Kijowski,  Dziennik 1955-1969Wydawnictwo Literackie 1998, s. 144-146.