Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasprowiczowa Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kasprowiczowa Maria. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 24 kwietnia 2014

Odcinek 1028: Maria Kasprowiczowa, 1925 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

24 kwietnia 1925 roku
Dzisiaj radosna niespodzianka. Budzimy się rano w pokoju, w którym pełno jest słońca. Góry w bieli nieskazitelnej odcinają się wyniośle na błękicie nieba.
Janek po wypiciu kawy leży przez chwilę jeszcze spokojnie. Pytam go, czy nie przeczytać mu gazety!? — mówi, że nie i każe podać sobie deszczułkę i papier. Mija godzina i Janek już dyktuje mi jeden z najpiękniejszych poematów przyszłej książki: „W sobotę rezurekcyjną".
Pisząc pod jego dyktandem, jestem parę razy tak wzruszona, że łzy napływają mi do oczu. Przedziwna jest ta opowieść o wędrującym wśród pól na Rezurekcję Chrystusie. Jest Bogiem radosnym, nie smutnym. Nie poznaje siebie samego w przydrożnym przybitym do krzyża cierpiętniku. W ten rozpromieniony wiosenny wieczór obca mu jest myśl o śmierci i cierpieniu — kocha świat tak tkliwą miłością, że boi się pokalać jego traw i kwiatów pyłem swoich stóp.
Rozmowa ze staruszkiem, jak i On idącym na Rezurekcję, utrwala Go jednakowoż w przekonaniu, iż potrzebna była Jego ofiara i śmierć, bo bez śmierci nie byłoby Zmartwychwstania.
I On, miłujący Bóg, niosący ludziom „nowinę radosną", gotów na nowo umierać przez wieki na krzyżach przydrożnych, aby utrwaliła się na ziemi wiara, że śmierć jest tylko drogą ku nieśmiertelnemu życiu. 
Tutaj tekst wiersza Jana Kasprowicza W sobotę rezurekcyjną.

Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s.  414-415.

wtorek, 12 listopada 2013

Odcinek 865: Maria Kasprowiczowa, 1913 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

12 listopada 1913 roku
Jan Kasprowicz, mal. Leon Wyczółkowski.
Janek tłumaczy Eurypidesa. Przekłady Janka to są nowe utwory. Trzymając się jak najwierniej oryginału, nadaje im formę zgodną z duchem języka polskiego. Trudno wyrazić piękno jego przekładów greckich tragedyj, zwłaszcza potężnych chórów Ajschylosa. Są niezrównane.
Mam wrażenie, że żaden z narodów europejskich takich przekładów nie posiada. Przekład rosyjski Mereżkowskiego jest bardzo słaby, niemieckie są doskonałe, lecz mało poetyckie. Ten fakt, że właśnie Polska posiada takiego tłumacza jak Janek, jest dla mnie dowodem niezniszczalności narodu polskiego. Nie może zginąć naród, mający tego rodzaju dorobek kulturalny, takie bogactwo duchowe.
Janek pracuje z zapałem i miłością. Przenosząc się o tysiąc lat wstecz, obcuje długie godziny z ulubionymi autorami.

— Jestem przekonany, — mówi — że kiedy piszę, Eurypides znajduje się gdzieś tu, obok mnie. Uśmiecha się do mnie zadowolony. Kiedy tłumaczę, mam jak na dłoni cały warsztat jego pracy, tak jasno widzę całą budowę utworu.
Tłumaczy prawie bez poprawek, chociaż utrudnia sobie robotę wprowadzaniem rymów, których Grecy nie znali. Kończy tragedię zwykle w ciągu dziesięciu dni.
—  Nikt nie umie tak pracować, jak ja — mówi rozpromieniony.
Eurypides.
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 132-133.

niedziela, 14 października 2012

Odcinek 480: Maria Kasprowiczowa, 1922 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

14  października 1922 roku, Lwów

Maria i Jan Kasprowiczowie.
Harenda, 1923 r.
Odświeżona wracam do miasta i i mam wrażenie, że zaczynam życie na nowo. Niestety, płynie ono szaro i jednostajnie. Człowiek powojenny zrobił się mało wymagający. Nauczył się odmawiać sobie wszystkiego, co stanowiło pokarm dla ducha: dobrej książki, koncertów, teatru, podróży. Cały zarobek idzie teraz na chleb. Drożyzna rośnie z zawrotną szybkością, pomimo trzech lat doskonałych urodzajów i rozwoju krajowego przemysłu.
Janek już nie jest rektorem. Razem z rektoratem skończyły się obowiązki administracyjno- reprezentacyjne, które pochłonęły dwanaście miesięcy jego życia. Może znowu powrócić do pracy. Urządzę swe życie tak, by pomóc mu w tym jak najbardziej. Janek twierdzi, że kiedy pisze, musi mnie mieć w pobliżu i że więcej niż kiedykolwiek musi być mnie pewny. Z góry wyrzekam się na ten rok wszelkich zabaw. Nie pójdę na żaden bal, na żadne zebranie. Ofiarą to z mej strony nie będzie. Gdyby Janek powiedział, że nawet nasze niedzielne zebrania go męczą, wyrzekłabym się ich również, mimo że ta forma obcowania z ludźmi jest mi najprzyjemniejsza. 
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 320.

poniedziałek, 23 stycznia 2012

Odcinek 215: Maria Kasprowiczowa, 1924 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

23 stycznia 1924 roku
Harenda. Zdjęcie z 1926 roku.
O naszej Harendzie (nazwa przysiółka, gdzie stoi nasz dom) mogę pisać tylko ze szczerym wzruszeniem i miłością. Kocham w niej wszystko. Gdy budzę się rano i otwieram oczy, widzę przez okno promienisty grzebień Tatr. Mam wrażenie, że zawiśliśmy gdzieś w powietrzu nad tą całą panoramą. Lubię popołudnie, spędzone na serdecznej rozmowie, w miłych, ciepłych pokojach. Na kominku potrzaskuje ogień, ktoś gra na fisharmonii. Nikt już nie rozmawia...
Księżycowe noce na Harendzie... Mam wrażenie, że się nigdy nie kończą. Zaledwie zgasł jeden księżyc, już się pojawia nowy. Błękit zagląda przez okna pomimo zapalonych lamp. Kiedy gwiazdy zostają same na czarnym niebie, zdają się tańczyć z radości, że nikt nie przyćmiewa ich blasku.
Powątpiewają, czy wytrzymam na tym „pustkowiu” — tak zupełnie poza życiem... Uśmiecham się najlepszym swoim uśmiechem, bo wiem, że życie jest we mnie samej, że pali się we mnie jak światło.
Lecz bywają dnie, kiedy i na Harendę spadają mocne, halne wiatry, spadają z szumem tysiąca skrzydeł, wstrząsając całym domem. Usiłują wstrząsnąć i duszami mieszkańców.
Tu niemożliwe jest żyć życiem realnym.
Patrzę na te ściany. Chciałabym przeniknąć tajemnicę, która w nich jest ukryta. Tajemnicę przyszłości — powodzeń czy klęsk? Dla poprzedniej właścicielki tego domu — Angielki, stał się on powodem wielu zgryzot, całego szeregu nieszczęść. Sprowadziłam się tu z lękiem. Czy nie pozostały w tych ścianach złe czary? Czy nie zaczną oddziaływać i na nasze życie? Jednak przestąpiłam próg tego domu z wiarą, że złe czary zwalczę wolą, która umie kierować życiem.
Widziałam już w marzeniach chwilę, kiedy Harenda stanie się przytułkiem i schronieniem nie tylko naszym, lecz wielu bezdomnych, zmęczonych i potrzebujących spokoju.
Maria Kasprowiczowa
(siedzi pierwsza z prawej)
w otoczeniu gości przed Harendą.
Zrobiło się gwarno i wesoło w naszym domu. Podczas świąt było  pełno  gości.  Na imieniny  Janka  zaprosiliśmy  przyjaciół naszych, górali z Poronina: Gutową z synami, Galów i innych. Janek  bał  się  trochę,  że  mieszane  towarzystwo   (było   sporo gości  z  Zakopanego)  będzie  się  wzajemnie  krępowało.  Tymczasem poszło wszystko jak najlepiej. Gutową opowiadała swym barwnym językiem różne wspomnienia. Przyszli potem nieproszeni gazdowie z Harendy „ograć” Janka, zaprosiliśmy ich na wódkę. Zostali i grali do późnej nocy. Zwinięto dywany i zaczęły się tańce, jak na góralskim weselu. W przerwach Gutowie, najlepsi śpiewacy w Poroninie, śpiewali stare góralskie pieśni. Podczas świąt i po świętach dużo ludzi ze wszystkich stron Polski przewinęło się przez nasz dom. Każdy jest ciekaw zobaczyć nową siedzibę Kasprowicza.
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 356-357.

sobota, 10 grudnia 2011

Odcinek 171: Maria Kasprowiczowa, 1923 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

 Harenda, 10 grudnia 1923 roku
Portret Jana Kasprowicza,
mal. Jacek Malczewski.
We Lwowie byłam przez cały miesiąc. Pozostawiłam Janka urządzonego prowizorycznie w nowej naszej siedzibie. Z nim została dobra nasza służąca, góralka Antosia. We Lwowie zastałam matkę moją bardzo smutną i przejętą naszym ostatecznym rozstaniem. Urządziłam ją i siostrę, jak mogłam najlepiej, lecz musiałam spieszyć się do Zakopanego, czułam bowiem, że obecność moja jest tam wprost niezbędna.
Istotnie zastałam dom poprzewracany do góry nogami. Rzeczy przyszły podczas mej nieobecności. Trzydzieści trzy paki z książkami wypatroszone. Błagałam, ażeby beze mnie nic nie rozpakowywać. Wiedziałam, że bez odpowiedniego porządku i systemu to się nie może odbyć. Ale gdzież tam! Janek z wrodzoną mu gwałtownością zabrał się do tego od razu. Chodziło przecież o „natychmiastowe ustawienie jego ogromnej biblioteki. Dla tej biblioteki zmieniono cały dom, dobudowano kuchnię. Biblioteka ta stawała się ośrodkiem wszystkiego.
Zastałam Janka w sypialni, wśród powodzi książek, nieubranego, nieumytego od dwóch dni. Od rana do nocy porządkował i układał, układał i porządkował... Półki już były przymocowane, część biblioteki ustawiona. Rozpacz mnie ogarnęła, gdy zobaczyłam, co się dzieje w mieszkaniu. Wszędzie książki i papiery, stosy, góry, kaskady książek... Zapakowane były poprzednio w pewnym porządku. Teraz były poprzewracane, pomieszane zupełnie. Przenosiło się je, jak opowiadała mi Antosia, z jednego pokoju do drugiego. Otwierano paki na podłodze wśród kurzu i brudu, wówczas gdy jeszcze murowano piec. Janek był szczerze uradowany moim powrotem, nie pomyślał jednak, że mogę być zmęczona drogą i zaprzągł mnie od razu do pracy. Każdą książkę trzeba było wycierać szmatą, dobierać jeden tom do drugiego...
W   przeciągu   trzech   dni  biblioteka  była   gotowa,  podłoga umyta. Zaczął się wyłaniać ten jej niezwykły obraz, który uderza obecnie każdego wchodzącego. Przypomina pracownię Fausta. Ścian nie widać zupełnie, są zastawione od  góry  do  dołu rzędami   pięknie  oprawnych   książek.   Wiele   cennych,   złotem wytłaczanych skór, starych pergaminów... Meble jesionowe, zakopiańskie.   W   głębi,   w   jednym   z   rogów   drewniany   święty zadumany   czuwa   jakby   opiekuńczy   duch  tego   pokoju.  Duży piec   z   kominkiem,  na   podłodze   skóry   niedźwiedzia   i   rysia. Pośrodku  duży  ładny   stół,  na  którym  leżą  najrzadsze   okazy biblioteki:   kilka   starych,   pięknie   oprawnych   biblii,   między nimi  Radziwiłłowska. U sufitu lampa  o niezwykłym kształcie, na klamrach góralskich wzorowana. Zapalona rzuca przez żółte szkiełka   przytłumione   światło.   Wielki   kilim-kotara   oddziela bibliotekę od reszty mieszkania.
Janek  jest   zdenerwowany   i   przejęty  budową. Nie dziwię mu się zresztą. Przedziwnie wyglądała ta „budowa, kiedy wróciłam. Miesiąc roboty, a zaledwie gotowe były ściany i rusztowania.  Zapowiadało się więc wszystko jak najgorzej. Zima za pasem. Stara kuchnia rozwalona. Nowa nie wybudowana. Gotujemy u sąsiadów w jakiejś dziurawej szopie. Antosia musi, by dotrzeć do nas, przejść z półmiskami mnóstwo przeszkód. Doły, zwały ziemi, chwiejące się zamiast schodów deski... Nie rozumiem do dziś dnia, że w nocy nie połamała sobie  rąk i nóg. Zwłoka w prowadzeniu robót odbiła się i na kosztach budowy. Marka polska znowu zaczęła spadać i to z dnia na dzień. Nie można niczego obliczyć nawet na dwa dni naprzód. Jednak, nie bacząc na ciężkie czasy, jakoś budujemy. Na szczęście Janek wydobywa   jeszcze   ciągle   „miliony   i   miliardy,   które   wciąż topnieją w rękach. Głupia dobudówka kosztuje więcej niż kupno całego  domu.  Robotnikowi  płaci  się  dziennie  półtora  miliona marek. Ale żadne z nas nie myśli już o kosztach, płaci się bez namysłu komu i ile potrzeba. Nie mamy innej myśli, jak tylko tę,  aby   przed  mrozami  doprowadzić budowę  do końca. Od tygodnia wszystko się zmieniło. Przyszli nowi robotnicy, gazdowie, poważni   chłopi. Pracuje ich teraz razem z murarzami i kopaczami dwunastu. A kiedyś, gdy wstawiano okna i drzwi, mała nasza budowa roiła się wprost od mrowia ludzkiego. Robota postępuje szybkim krokiem, za tydzień wszystko będzie z grubsza gotowe.
W pokojach po ustawieniu mebli i zawieszeniu obrazów zrobiło się już przytulnie i ładnie. Ten domek na stromym brzegu, u stóp góry robi wrażenie czegoś nierzeczywistego.
Jan Kasprowicz z żoną Marią w swojej bibliotece w Harendzie.
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 354-356.

czwartek, 6 października 2011

Odcinek 106: Maria Kasprowiczowa, 1923 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

6 października 1923 roku
Maria Kasprowiczowa, rys. Witkacy.
Za parę dni przenosimy się do naszego domu. Wszystko się stało jakoś tak bajecznie prędko, prawie bez wysiłków z na­szej strony, jak gdyby naprawdę kierowała wypadkami niewi­dzialna siła.
Janek nie może doczekać się chwili, kiedy tam już będzie­my. Dziś kończą budowę pieców. Rano budząc się mówi:
— Jaki jestem szczęśliwy, jaki jestem szczęśliwy, że będę mógł już do końca życia siedzieć we własnym kącie, daleko od ludzi, z tobą tylko, i pracować, cudownie pracować! Wierzę w tajemniczy los. Głęboko jestem przekonany, że dopomogła mi nieznana, ale przyjazna ręka. Może ręka mojej matki — wierzę, że czuwa nade mną. Wszystko, o czym mogłem marzyć, spełniło się. Niczego już nie pragnę, tylko cichego, spokojnego życia z tobą, wśród książek moich i pracy. Od ciebie zależy, aby tak było.
Wieczorem otworzył Księgę ubogich. Przeczytał mi głośno wiersz, zaczynający się od słów: Na razie, mówiący prawdę...
Zobaczysz,  Marusiu,  że  to  wszystko, co  jest  napisane  w  tym wierszu, powoli, powoli się spełni... Tam na  dole, nad samą rzeką wybuduję mały grobowiec, dla nas obojga. Tam będziemy kiedyś leżeć „pod szumów wieczystych opieką”. [...]
 Świerki i jesiony posadzimy sobie w ogródku. Będzie nam dobrze. Nie wiem dlaczego, ale mam takie niezachwiane prze­konanie, że będzie nam dobrze. Tak się cieszę! Może to nie­dobrze, że jestem taki szczęśliwy? Ale to jest przecież zrozu­miałe. Mieć na starość swój kąt, nie potrzebować wracać do miasta!... Nie spodziewałem się, że to marzenie moje tak prędko się spełni!...
Lecz mamy jeszcze dużo kłopotów przed sobą. Musimy do­budować nową kuchnię (starą Janek przerobił na pracownię - bibliotekę). Trzeba wykończyć pokój na górze, potem prze­prowadzka, urządzenie itd. Janek załatwia jednak wszystko z takim gorączkowym pośpiechem, że za jakiś miesiąc przeważna część robót może być już gotowa.
Nie żałuje na to pieniędzy, kupuje materiał, jaki mu się nadarzy, nie zważając na cenę, piłuje wszystkich naokoło sie­bie. Jeżeli chodzi o praktyczne zdolności, to ich Janek nigdy nie miał. Jest nieraz wprost dziecinnie łatwowierny i nie prze­widujący. Pod tym względem należy do pokolenia przedwo­jennego.
Żartował  niedawno,  że   domek  kupił  mu   pewien   Anglik, z którym żyje od dawna w wielkiej zażyłości — William Shakespeare. Istotnie, zapłacił Janek za dom większą sumę, którą otrzymał od wydawcy swego i przyjaciela, Kościelskiego, jako zaliczkę za tłumaczenie Shakespeare'a.

Wnętrze domu Marii i Jana Kasprowiczów.

Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 352-354.

środa, 21 września 2011

Odcinek 91: Maria Kasprowiczowa, 1923 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

21 września 1923 roku
Nasturcje na Harendzie
Janek wyjechał do Warszawy. Tam się ostatecznie rozstrzygnie, czy dostaniemy odpowiednią pożyczkę i czy kupimy dom. Z telegramu, który mi wysłał, widzę, że wszystko na razie układa się pomyślnie. Zresztą, od pierwszej chwili byłam pewna, że ten domek jest nam przeznaczony.
Czy to nie dziwny zbieg okoliczności? Parę miesięcy temu pewna Angielka kupiła świeżo wybudowany dom (położony na brzegu Dunajca, pomiędzy Poroninem a Zakopanem), kupiła go w porywie romantycznego uniesienia: jest malarką i osobą trochę sentymentalną. W krótkim czasie przekonała się, że dom leżący na takim odludziu nie jest stworzony dla osoby samotnej i nerwowej. Postanawia go sprzedać. Chce za niego tylko tyle, ile zapłaciła w styczniu tegoż roku (pięćset funtów angielskich). Domek jest ładny. Budował go chłop, który niedawno wrócił z Ameryki — solidnie i praktycznie. Jest trochę większy od zwyczajnych chat podhalańskich. Aby nam było w nim wygodnie, musimy jeszcze coś dobudować i wykończyć go. Domek leży na stromym brzegu, nad potokiem, niedaleko drogi. Stamtąd jest przepiękny widok na góry.
Wieloletnie marzenie Janka gotowe się spełnić. Będzie miał swój kąt i swój kawałek ziemi. Sprowadzimy się tam od razu i ze Lwowa przewieziemy wszystkie nasze rzeczy. Wyjeżdżam za parę dni, aby zobaczyć się z matką i wszystko, co będzie potrzebne, urządzić. Czy nie sprawdziły się nasze przeczucia, że opuszczamy Lwów na zawsze? Przez ostatnie tygodnie Janek żył wyłącznie myślą o kupnie tego domku. Pełen był trwogi, miał bowiem za mało gotówki. A przecież wierzył, że jest bliski upragnionego celu. Cieszę się razem z nim z tego odludzia...
Piszę to dzisiaj, a co było wczoraj?
Wczoraj znowu szalał halny wiatr. Wśród tej wichury i jej dzikich podmuchów marzyłam... jak szalona. Wieczorem, przy świetle księżyca, wybiegłam na otwarte pole przed domem. Szeroka moja spódnica podnosiła się i trzepotała w powietrzu jak ptak. Niebo było rozwichrzone i ogromne. Uciekałam przed kimś... za kimś tęskniłam... z kimś rozmawiałam. Była to prawdziwa gra miłosna. Czym jest wobec niej rzeczywistość? Chyba, żeby tę rzeczywistość utrzymać na poziomie porywającej, miłosnej gry... [...]
Harenda
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 350-351.

środa, 20 lipca 2011

Odcinek 28: Maria Kasprowiczowa, 1910 rok

Z dziennika Marii Kasprowiczowej

Krym, Eupatoria, 20 lipca 1910 roku
Maria Kasprowiczowa
Przed miesiącem byłam we Włoszech. Już wtedy zaszła w mym życiu istotna i ważna zmiana.
Teraz jestem na Krymie. Lecz wydaje mi się, że upłynęły lata między tamtym dniem a dzisiejszym.
Mój dziwaczny, zagadkowy los pchnął mnie na nowe tory, skrzyżował moje życie z innym, w tej chwili już mi bliskim. O, jakże niespodzianie, jakże błyskawicznie stało się to wszystko! Powiedziałabym, że inaczej być nie mogło, że spotkanie z nim było mi przeznaczone.
W drodze powrotnej z Włoch zatrzymałyśmy się z ciotką w nieznanym i nieciekawym dla mnie mieście Lwowie.
Tam spotkałam Kasprowicza, tam stały się rzeczy nowe i ważne. [...]
Stoję na środku naszego tarasu. Wokoło morze i gwiaździste niebo. Ręce same składają się do modlitwy, lecz dusza pozbawiona jest skrzydeł. Jestem nędzniejsza od mrówki, od najlichszego ślimaka. Jednak niekiedy wyczuwam w sobie tlejącą iskierkę nieśmiertelności. Kto rozdmucha ją w płomień?
Zadaję pytanie, chociaż już wiem, już przeczuwam to, co się zbliża.
Kim będzie dla mnie Kasprowicz? Czy będzie wiatrem, który roznieci iskrę? Morzem, w którym utonę i siebie odnajdę?
Bo on jest jak przyroda. Jest jej kosmiczną siłą, jej najpotężniejszym przejawem.
Utwory jego są równie potężne, jak on. Cierpienie karmiło je w jednakim stopniu.
Poznałam go przed trzema laty we Włoszech. Mieszkaliśmy w jednym pensjonacie bardzo niedługo, nie dłużej niż dziesięć dni. Było to na brzegu morza w Sorrento. Poznali nas nasi przyjaciele, malarz polski z żoną. Byłam wtedy prawie dzieckiem, beztroskim, nad niczym nie zastanawiającym się dzieckiem, choć miałam wówczas siedemnaście lat.
Nazywał mnie Rautendelein. Lubił przytulać mą głowę do piersi, nie broniłam mu tego, ukradkiem patrzyłam w jego pochmurne, szare oczy, pochmurne nawet wtedy, gdy się uśmiechał. Nie przejawiał niczym więcej swej sympatii do mnie. Brałam ją za zwykłą, rzec by można, ojcowską czułość. Był znacznie starszy ode mnie.
Przypominam sobie, że uczył nas pisowni polskiej, wymawiania poszczególnych słów. Na skrawku papieru napisał nam jeden ze swoich wierszy. Zaczynał się od słów:
„Wiatr gnie sieroce smreki..."
A kończył słowami: „O Tatry, zaklęte Tatry — tęsknica mojej duszy..."
Wyrazy „zaklęte Tatry"' i wyraz „tęsknica" działały magicznie na moją wyobraźnię. Kasprowicz wydawał mi się tajemniczym królem nieznanych gór.
Wyjechał. Nie widzieliśmy się przez trzy lata. Nie wiedziałam nawet, gdzie jest, nie miałam od niego żadnych wiadomości. Miesiąc temu, dziwnym zrządzeniem całego szeregu przypadków, wypadło nam z ciotką w drodze powrotnej z Włoch na Krym zatrzymać się we Lwowie na jeden tylko dzień. Tak przynajmniej przypuszczałyśmy z początku. Ciotka chciała odpocząć. Zbieg okoliczności polegał na tym, że termin ważności naszych okrężnych biletów skończył się właśnie we Lwowie. Tu po trzech latach spotkałam go.[...]
Tegoż wieczoru (który miał być ostatnim; miałyśmy nawet na jutro kupione bilety), powiedziałam do pani W.:
— Chyba już nie zobaczymy Kasprowicza, a byłoby tak miło spotkać się w tym samym kółku, co niegdyś na Południu.
Wtedy to właśnie nastąpił moment, który — jak teraz już wiem — rozstrzygnął o moim losie.
Pani W. odpowiedziała: — Wstąpmy tu do kawiarni Schneidra (a przechodziliśmy właśnie ulicą Akademicką): bardzo często po wykładach Kasprowicz grywa tutaj w domino.
Istotnie tam był.
Ucieszył się ogromnie. Tym razem spostrzegłam, jakim mocnym blaskiem zapłonęły mu oczy. Mówił mi tegoż wieczoru: — Często wspominałem panią w ciągu tych lat, nawet tęskniłem za panią. Niedawno jeszcze mówiłem do przyjaciela: — "Nie rozumiem, dlaczego nie mogę zapomnieć tej dziewczyny?" — Nie myślałem, że uda mi się panią spotkać.
Pozostałyśmy pięć dni zamiast jednego. Ciotka zachorowała, nie mogłyśmy więc wyjechać. Czy to także przypadek? [...]
Tego wieczoru uczułam wyjątkowo przejmująco jego wielką, głęboką miłość do mnie. [...]
Innym razem byliśmy u niego wieczorem, w jego niedużym, lecz z wielkim smakiem urządzonym mieszkaniu. Znalazł je naumyślnie na krańcu miasta, gdzie zaczynały się ogrody. Z okien widać było zieleń drzew, na ścianach wisiało wiele obrazów — dzieła znanych malarzy polskich. Nad biurkiem duża reprodukcja uśmiechniętej Giocondy, pod nią zaś główka gipsowa dziewczęcia uśmiechającego się równie tajemniczo. Przy jej niezwykle żywym wyrazie bladła piękność Mony Lizy. Nie zapomnę nigdy jej zamkniętych powiek, nieuchwytnego uśmiechu, pełnego ekstazy i smutku. Powiedziano mi, że główka ta — to maska z twarzy młodej topielicy znalezionej w Sekwanie. Tegoż wieczoru Kasprowicz czytał urywki ze swoich utworów. Byłam porwana wspaniałością i potęgą wizji. Siedział zwrócony ku mnie twarzą. Czasem przerywał czytanie i podnosił wzrok. Jakaż siła była w tym spojrzeniu! Krzyczało: „To jestem ja! Ja! Słyszysz, to dusza moja! Musisz ją pokochać". Miałam ochotę klęknąć przed nim...
Trzy lata temu przeszłam mimo niego obojętnie. Wiedziałam, te jest wielkim poetą, lecz nie spostrzegłam, że ma wielką duszę. Nie rozumiałam wtedy jeszcze tajemnej mowy rzeczy niedopowiedzianych, nie umiałam przeczytać w jednym spojrzeniu ukrytego w nim świata.
Zapadł zmrok. Ktoś zagrał na fisharmonii melancholijną ludową pieśń polską. Popłynęły dźwięki uroczyste i powolne. Wtórował im głos młodego jasnowłosego malarza. Stałam w przyległym pokoju przy otwartym oknie, patrzyłam na czerń ogrodów i gwiazdy. Były szczególnie piękne tego wieczoru. Zdawało się, że oddychają i że ich dusza jest cząstką jego duszy. Stał przy mnie. Przypominał ciężką chmurę nasyconą elektrycznością. Chwilami, gdy wzruszenie jego osiągało największe napięcie, odchodził od okna i robił kilka kroków po pokoju. Znowu ściskał mi rękę. — Nie odjedziesz, nie puszczę cię, zostaniesz ze inną. — Przechodził nieraz bezwiednie na „ty".
Niepokoiła go uparcie myśl o różnicy dzielących nas lat. — Gdybym był młody — mówił dalej — potrafiłbym cię zatrzymać; obecnie zapomnisz o mnie, skoro tylko odjedziesz... Jesteś przecie motylem, nie potrafisz kochać poważnie. — Rozumiał mnie jednak lepiej, niż przypuszczałam. Pewnego razu powiedział: — Jesteś wróżką, jesteś stworzona, by dawać natchnienie. — Było to najlepsze, co mogłam usłyszeć od niego. O kobietach mówił: — Jakże rzadko nie zawodzą nadziei, jakie w nich pokładamy. Nieraz wydaje się: oto ta potrafi zrozumieć wszystko..., lecz wcześniej czy później nadchodzi chwila, kiedy uświadamiamy sobie, jak bardzo byliśmy dla niej obcy. Owa chwila niweczy wszystko. Nie „ta"!
Chciałabym wiedzieć, czy żona jego była „tą". Opuściła go pewnej nocy, odeszła z jego przyjacielem, także artystą. Stało się to przed dziesięciu laty. Kasprowicz — mam wrażenie — przeżył tę zdradę tragicznie. Nigdy nie mówi o tym.
Pragnęłabym w życiu takiego człowieka być pierwszą lub ostatnią. Teraz już wiem na pewno, że będę ostatnią. [...]
Maria Kasprowiczowa, Dziennik, Instytut Wydawniczy PAX 1958, s. 17-23.