Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalergi Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kalergi Maria. Pokaż wszystkie posty

środa, 19 listopada 2014

Odcinek 1194: Maria Kalergi, 1843 rok

List Marii Kalergi do Adama Potockiego

[Warszawa, 19 listopada 1843 roku]
Bardzo dawno już nie pisałam do Ciebie, drogi Adamie, byłam zbyt cierpiąca, aby się na to zdobyć. Nigdy jeszcze nie czułam się tak głęboko, tak całkowicie przygnębiona — mam więcej zmartwień, zawodów i kłopotów, niż potrafię znieść. Z każdym dniem ciąży mi bardziej krzyż, który dźwigam i pod którego ciężarem upadam. Wpośród tego pojawia się jedyna pocieszająca myśl — o Twoim rychłym przyjeździe, a jednak — czy mam Ci to wyznać — wydaje mi się, że moja miłość do Ciebie wygasła. Jak przyjmiesz to wyznanie, mój drogi? Pewnie dopatrzysz się w tym tylko dowodu mej ogromnej słabości. Czy nie odbierzesz mi swej przyjaźni? Ta myśl mnie dręczy, ale widzisz, że [...] być szczera ryzykując nawet odwrócenie się ode mnie jedynego serca, na którym mi zależy. Twój ostatni pobyt spowodował we mnie wielkie zmiany, zawiodłam się głęboko na sobie — poczułam, iż nie jestem dość silna do roli, jaką chciałam pełnić wobec Ciebie, przekonałam się, że niczym nie jestem i nigdy niczym nie będę w Twoim życiu i to mnie straszliwie zgnębiło. Postanowiłam inaczej ustawić nasz wzajemny stosunek, dotarł do mnie promień światła, powzięłam decyzję. Czytając to pomyślisz zrazu, że taka miłość nie mogła być głęboka. Myśl taka byłaby dla mnie zbyt bolesna, bo przekreśliłbyś tym samym całą przeszłość — a wiesz przecież, że kochałam Cię z namiętnością może nawet zbyt wielką jak na moją słabą naturę — a wszystko, co nieumiarkowane, nie może długo trwać. Ty dostrzegałeś zaledwie drobną cząstkę mego uczucia, gdyż robiłam, co mogłam, by je przed Tobą utaić, abyś nie wiedział, jak bardzo cierpię. Masz tak dobre serce, że byłbyś się nade mną litował i może czułbyś się zobowiązany do okazywa­nia mi większej czułości. Ale ja nigdy się nie łudziłam co do rodzaju Twego uczucia do mnie — masz dla mnie przyjaźń, ale nie masz miłości i to pozwala mi na szczerość wobec Ciebie. Cierpiałam okropnie, o nic Cię nie winiąc, gdyż nigdy nie usiłowałeś mnie zwodzić — ale czy mam Ci to wyznać? — w głębi serca taiłam zawsze słabą i nikłą nadzieję, że z czasem uda mi się przezwyciężyć Twój chłód. Nadeszła jednak chwila, gdy musiałam dać za wygraną — przeświadczenie to zjawiło się nagle, choć byłam na nie przygotowana. [...] 
Żegnaj, Adamie drogi, kończę ten list i zamykam go drżąc z lęku, że oto tracę uczucie tak dla mnie cenne — ach, jak bezcenne! 
Odpisz mi prędko, cokolwiek byś myślał — napisz mi równie szczerze jak ja. Wiesz, jak niecierpliwie oczekuję na byle słówko od Ciebie; jeśli masz dla mnie jeszcze odrobinę przyjaźni, to nie odkładaj swego przyjazdu, będzie to nader szczęśliwa chwila. Żegnaj, żegnaj mi tysiąc razy. — 
Nie jadę już na Litwę, ojciec nie godzi się na tę podróż i na razie nie jest ona możliwa z powodu „życzliwości”, z jaką została skomentowana.

Rzeka, ilustr. do Dawida Copperfielda
Karola Dickensa, rys. Phiz.
Maria Kalergi, Listy do Adama Potockiego, tłum. Halina Kenarowa, Róża Drojecka, Państwowy Instytut Wydawniczy 1986, s. 125–128.

czwartek, 16 maja 2013

Odcinek 693: Maria Kalergi, 1843 rok


List Marii Kalergi do Adama Potockiego

Warszawa, 16 maja 1843 roku
Dzięki Ci, drogi Adamie, że tak akuratnie spełniłeś swą obietnicę. Zbudziwszy się w niedzielę rano, znalazłam ten kochany list przy łóżku. Dzięki niemu miałam taki dobry i spokojny dzień, a cieszył mnie tym bardziej, iż Tobie zawdzięczałam tę radość. Ja także dotrzymałam danego Ci słowa, gdyż mogę Cię zapewnić, że byłam bardzo spokojna i pozostałam taką aż do tej chwili. Na osiągnięcie rezygnacji istnieje według mnie sposób skuteczniejszy od wszelkich innych: jest nim pewność, że między nami a tym, co zwie się szczęściem, istnieje niezwyciężona, niemożliwa do pokonania przeszkoda. Zbyt długo wierzyłam w sytuacje [...] możliwe do rozwikłania, w zmartwienia możliwe do złagodzenia przebłyskami nadziei. Ale przestałam w to wierzyć i zawód ten, który każdą inną byłby załamał, mnie przyniósł nieco energii. Niepokój, jaki wnoszą pożądania, alternatywa bądź lęku, bądź radości wyczerpują nerwowo, podczas gdy mocne postanowienie nieprzejmowania się dobrym bądź złym obrotem spraw zapewnia spokój.
Maria Kalergi, akwarela nieznanego autora.
Mój wyjazd [do matki na Litwę] został odłożony do czwartku na skutek trudności paszportowych, które wówczas, gdy trzeba było wyruszać, pojawiały się zewsząd jak na magiczne zaklęcie. Ponieważ wszystko ma jakąś dobrą stronę, znalazłam taką i w tym opóźnieniu. Mimo iż nie znoszę niepewności, powiedziałam sobie, że dzięki temu będziesz miał czas przysłać mi list do Wilna. Toteż wyruszę niemal z przyjemnością. Tymczasem gram na cztery ręce z bardzo zdolnym człowiekiem, którego tu mamy – Panofka – może o nim słyszałeś? W ten sposób udaje mi się zwyciężyć nudę, która jest tym nieprzyjacielem, którego najbardziej się obawiam. Wieczorami jeżdżę do G. [...] Jest tak miło, tak jasno, tak łagodne powietrze, że droga powrotna między jedenastą a dwunastą stanowi prawdziwy wypoczynek dla ciała i duszy. Jakże dobrze jest wówczas myśleć o Tobie.
Świeże powietrze, wolność, dobry klimat i dużo muzyki – ani przyjaciół, ani wrogów, przeświadczenie, że masz dla mnie trochę przyjaźni – oto, czego potrzebuję, aby żyć spokojnie. Czyż takie marzenie nie jest możliwe do wcielenia w życie, jeśli się doprawdy szczerze wszystkiego innego wyrzekło? Żegnaj, drogi Adamie, napiszę do Ciebie po przyjeździe do Wilna. Przysyłaj mi wieści punktualnie, od tego zależy mój spokój, a tym samym wszelkie moje czyny. Niechaj Bóg czuwa nad Tobą.
Maria Kalergi, Listy do Adama Potockiego, tłum. Halina Kenarowa, Róża Drojecka, Państwowy Instytut Wydawniczy 1986, s. 98–100.

czwartek, 19 stycznia 2012

Odcinek 211: Maria Kalergi, 1844 rok

List Marii Kalergi do Adama Potockiego
Warszawa, 19 stycznia 1844 roku
Maria Kalergi,
rys. Cyprian Kamil Norwid,
1845 rok.
Czymże mogłabym skuteczniej wypełnić tę olbrzymią pustkę Twojej nieobecności, Adamie drogi, niż dowodem mojej epistolarnej akuratności, a równocześnie zbliżeniem się do Ciebie na chwilę. Nie możesz sobie nawet wyobrazić, jak ogromny smutek ogarnął mnie nazajutrz po Twoim wyjeździe, gdy rozpoczął się ten tak długi dzień, w którym oddalałeś się coraz bardziej od Warszawy. Twoja obecność dodała mi sił, a oto znów zapadam w dół; wprawdzie już nie tak nisko jak przed Twoim przybyciem, gdyż wydaje mi się, że łączące nas więzy przyjaźni są teraz mocniejsze. Nieprawdaż, drogi mój, nie odbierzesz mi tego kojącego przeświadczenia? [...] Byłam zrozpaczona sądząc, że nie umiem już zdobyć się na żadne dobre uczucia, opanowywał mnie coraz większy egoizm, ale gdy ujrzałam, że Ty także jesteś smutny i do tego cierpiący – moja dusza powróciła do Ciebie, bo przecież do Ciebie całkowicie należała. Adamie drogi, znów się lękam, że za bardzo Cię kocham i że męczę Cię tą miłością, która wyraża się w cierpieniu; muszę od nowa staczać ze sobą walki, z których nie zawsze wychodzę zwycięsko. Wprawdzie jestem bardzo słabą istotą, ale skąd wziąć siły, skoro są bezustannie zużywane na niepotrzebne i męczące walki, których końca nie sposób przewidzieć? [...]
Drogi Adamie, zwracam się do Ciebie z prośbą, powtarzaną tak często i tak bezskutecznie – dbaj o siebie więcej niż dotąd. Zdrowie Twoje ucierpiało, bo nie dbasz o nie. Wierzaj mi, iż w takim zaniedbywaniu siebie nie ma nic pięknego. Nie są to żadne dowody stoicyzmu, a przeciwnie, uniemożliwiasz sobie okazanie hartu ducha, wtedy gdy będzie potrzebny. Niszczysz się nerwowo, moralnie i fizycznie. Jakże beznadziejną gotujesz sobie egzystencję, której trwanie nie będzie przecież ani o godzinę skrócone, jakże straszne troski sprowadzasz na tych, którzy Cię kochają i których jesteś całą nadzieją. Gdybym tak śmiała prosić Cię o przyrzeczenie w sprawie Twojego trybu życia? ale nie śmiem i domyślasz się dlaczego – przyrzekłbyś, bo chciałbyś mi dać szczery dowód przyjaźni, na której zależy mi więcej niż na czymkolwiek innym.
Żegnaj, Adamie – czy przeczytasz mój list do samego końca? Piszę go powtarzając Ci po tysiąc razy, jak bardzo Cię kocham.
Przepraszam za dywanik, nie był dotąd podszyty, bo moje urocze pokojówki zapomniały to zrobić i stąd taka zwłoka z wysłaniem Ci go.
Maria Kalergi, Listy do Adama Potockiego, tłum. Halina Kenarowa, Róża Drojecka, Państwowy Instytut Wydawniczy 1986, s. 135–137.

środa, 19 października 2011

Odcinek 119: Maria Kalergi, 1842 rok

List Marii Kalergi do Adama Potockiego

Warszawa, 19 października 1842 roku

Maria Kalergi zakochana była
w hr. Adamie Potockim,
którego matka sprzeciwiała się jednak
temu związkowi. Maria zwolniła Adama
z obietnicy małżeństwa.
Otóż nareszcie mam Twój dobry list, Przyjacielu, oczekiwałam nań niecierpliwie bez najmniejszej bodaj pokusy oskarżania Cię ani przez chwilę – wiesz przecież, że mam tylko jeden sposób myślenia o Tobie.
Pomijając egoizm cieszę się, że rozpocząłeś już swoje standardowe, jak je nazywasz, życie [Potocki wyjechał polować]. Wcale nim nie gardzę, wręcz przeciwnie, pojmuję cały urok takiego włóczęgostwa, ale obawiam się jego niebezpieczeństw, na które narażasz się tak lekkomyślnie. Zresztą wiem, iż nudzi Cię mówienie o tym, więc już milczę. Chciałabym wynaleźć coś podobnego do tego leśnego bytowania, aby się oszołomić i odnaleźć siebie, niestety trudne to, bo mimo wszelkich wysiłków nie umiem pozbyć się mego wszechwładnego ja, które tak okrutnie mnie dręczy.
Mamy tu mnóstwo rozrywek i przyjąć – szukam w nich fizycznego zmęczenia, aby zapewnić sobie nieco snu. Zawszeć to zysk na 24 godzinach, chociaż tyle ich jeszcze pozostaje do przesiedzenia przy kominku, a te są najbardziej podstępne. W samotności doznaję niekiedy przypływów egzaltacji sięgającej obłędu, a dusza moja spadając rozbija się i wówczas ogarnia mnie gorzka odraza do siebie i do wszystkiego, co mnie otacza. Czuję się tak dalece niezdolna do rzeczywistego życia, że wywołuje to ogromne zniechęcenie, bo wydaje mi się, że nigdy nie dokonam niczego dobrego ani pożytecznego. Winię okoliczności, zamiast winić własny nieszczęsny charakter, tak niepodobny do żadnego innego. Mam prawdziwe zmartwienia, ale nie one mnie dręczą, cierpię nie z powodu tego, co jest, ale z powodu tego, czego nie ma, na próżno przenoszę się w marzeniach w inne okoliczności, wszystko wydaje mi się zimne, ciemne i zniechęcające – wszędzie proza, którą się brzydzę. [...]
Adam Potocki, zakochany w Marii Kalergi,
ostatecznie ożenił się ze swą kuzynką
Katarzyną Potocką.
Otóż i żałosna spowiedź, nieprawdaż? Kajam się za nią, ale mam nadzieję, że się ulitujesz nad nienazwanym cierpieniem, spalającym powoli tych, których dotknęło i którzy istnieją jedynie jako sobowtóry szczęśliwych istot tego świata. Nie powinnam do Ciebie pisać, kiedy jestem w tak ponurym nastroju, moje listy nie mogą Ci być przyjemne, ale im jestem smutniejsza, tym bardziej potrzebuję bliskości z Tobą. Ty jeden wiążesz mnie z życiem, szczególniej jeśli moja przyjaźń ma dla Ciebie nieco uroku. A przynajmniej wierzaj mi, że rozumiem i dzielę z Tobą każde Twoje zmartwienie. Wszystkie cierpienia trzymają się za ręce, jest to prawdziwa więź między duszami, jedyna, która je jednoczy, i z tego tytułu błogosławię ją.
Żegnaj, Przyjacielu, napisz do mnie niebawem, serce mam mniej ściśnięte i głowę mniej płonącą, kiedy do­ciera do mnie Twoja myśl. – Żegnaj.

Maria Kalergi, Listy do Adama Potockiego, tłum. Halina Kenarowa, Róża Drojecka, Państwowy Instytut Wydawniczy 1986, s. 57–59.