Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jastrun Mieczysław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jastrun Mieczysław. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 16 stycznia 2014

Odcinek 930: Mieczysław Jastrun, 1974 rok

Z dziennika Mieczysława Jastruna 

16 stycznia 1974 roku
Dolina Kościeliska. [Źródło zdjęcia]
Środa. W Dolinie Kościeliskiej. Długa droga pod górę, ośnieżenie dziś większe, ale mróz zupełnie zależał, miejscami śnieg taje, strumień nie skuty lodem, woda czysta-przezroczysta.
Jak tu pięknie. Błękit prześwieca między skałami szarymi. Jedziemy na Ornak, do turystycznego schroniska. Góral wiozący nas (czerwone sanie, czarny koń, piękny, rosły) mówi: tu pałac Janosika, tam organy, tu uratowała się cudem 9-letnia dziewczynka, która spadła z tej skały, ale zatrzymała się na świerku... Kiedy to było? — Przed wojną — odpowiada. Wojna — która, jaka? — jako data mitycznego odwołania czy odniesienia. W gospodzie turystycznej jemy kiełbasę z chlebem. Jesteśmy zmęczeni, bo 2-kilometrową (z okładem) drogę pod górę od miejsca, do którego dowożą sanki, przebyliśmy pieszo. Miecia przodem jako najlepiej chodząca, ja ze Sławką za nią w odległości mniej więcej dziesięciu minut. Powrotna droga była łatwiejsza — droga w dół. Na obiad z opóźnieniem przybyliśmy, porządnie zmęczeni. Spaliśmy godzinę po obiedzie, teraz zapisuję w tej kromce dni to, co przeżyłem.
Mieczysław Jastrun, Dziennik: 1955-1981, red. Maria Rydlowa, Wydawnictwo Literackie 2002, s. 690-691.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Odcinek 864: Mieczysław Jastrun, 1956 rok

Z dziennika Mieczysława Jastruna 

11 listopada 1956 roku
Maria Dąbrowska w  Eisenach, 1955 r.
Pisarka polska Maria Dąbrowska. To nie jest przypadkowy epitet, nie zawiera w sobie patosu, lecz smutne stwierdzenie.
Maleńka, w ubogim płaszczyku, w berecie czekała na mnie przed kawiarnią „Świtezianką" na Marszałkowskiej. Należy ona na pewno do najpiękniejszych personifikacji polskości.
Ona, prof. Kotarbiński — każą wierzyć, że smutny los Polski znaczy coś więcej, niż zwykło się dzisiaj sądzić.
Kiedy powiedziałem: „Jako obywatel polski mam prawo powiedzieć to także, na co niekoniecznie zgadza się rząd", z uśmiechem odpowiedziała mi jakieś wydarzenie z czasów Władysława IV i stwierdziła: „To, co pan mówi — to bardzo po polsku, ale Moskale nigdy nie zrozumieją".
Przyszedł do mnie Jan Berent, brat Wacława, staruszek trochę gadatliwy i dziwaczny, pół aktora, pół Towiańskiego.
Wysypał przede mną różne swoje zdjęcia w różnych pozach i upozowanymi minami. Nie wiem, po co właściwie przyszedł.
Jan Berent,1952 r.
Zaczął mówić o filmie o Mickiewiczu, który ma rzekomo robić Rene Clair razem z naszymi filmowcami. Zaczął mi czytać coś w rodzaju scenariusza z urywkami wierszowanymi. O ileż więcej miałbym do niego zaufania, gdyby nie te straszne wiersze. Jeszcze żyją tacy ludzie polscy — pięknej, szlachetnej formacji duchowej, ale jest w nich jakiś rys skażenia i pretensjonalności młodopolskiej. Wymawiają słowo „znicz", tak jak inni „chleb", bzdurzą językiem na wpółtowiańskim, zapowiadają zjawieniem się swym więcej, niż dać mogą.
Tak było i z tym bratem Berenta. W końcu: staruszek, może miły nawet, srogo doświadczony przez losy kraju. Poczułem do niego sympatię. Gdybyż nie pisał wierszy!
Mieczysław Jastrun, Dziennik: 1955-1981, red. Maria Rydlowa, Wydawnictwo Literackie 2002, s. 83.

wtorek, 7 maja 2013

Odcinek 685: Mieczysław Jastrun, 1955 rok

Z dziennika Mieczysława Jastruna

7 maja 1955 roku 
Christa Wolf, zdjęcie z 14 października 1955 roku.
[...] Wieczorem piłem wino. Skutek był taki, że poszliśmy z Christą [Wolf] na spacer. Księżyc świecił. W dole kwitły czereśnie. Wybuch wiosny w tym roku był nadzwyczajny. Przypomniał mi wiosnę na Polesiu sprzed dwudziestu kilku lat — i moje ówczesne spacery przy księżycu. Teraz rozmawiam z dwudziestoletnią Christą o czym? o dzieciach. Jej Anette chciałaby się bawić z moim Tomaszkiem, który w tej chwili śpi rozkosznym, dziecinnym snem w łóżeczku i może śni mu się koń na biegunach albo autko, które — wierzy — przywiozę mu z Berlina.
Christa skacze wesoło z kamienia na kamień, gdy schodzimy z ,,Burgu" Eisenach, kolebki Bacha, spowitej w mgłę księżycową rozdartą światłami latarń.
Czereśnie zwieszają kwitnące gałęzie. Czuję niezrozumiałą tęsknotę. Za czym?
Co jest poza tym kwitnieniem przyrody, po drugiej stronie światła księżycowego. O drugiej w nocy wracamy do hotelu.
Kwitnąca czereśnia.
Mieczysław Jastrun, Dziennik: 1955-1981, red. Maria Rydlowa, Wydawnictwo Literackie 2002, s. 23.

sobota, 24 listopada 2012

Odcinek 521: Mieczysław Jastrun, 1959 rok

Z dziennika Mieczysława Jastruna

24 listopada  1959 roku
Mieczysław Jastrun.
Wczoraj w ZLP na przyjęciu dla pisarzy radzieckich — Rylski — Żywow. — Poszedłem, by pomówić z Żywowem, który tłumaczył moje wiersze, jednak tom tych przekładów (tłumaczyli różni poeci) nie mógł się ukazać.
Stary, biedny Żyd — ten Żywow. Przed 44 laty opuścił Warszawę, teraz szuka dawnych miejsc i domów, których nie ma. [...]

Broniewski znów bzdurzył po pijanemu, wypominając mi, że mu ostro przymówiłem, gdy mnie nocą zbudził. Odepchnąłem go dość wzgardliwie, bo mam tego dosyć, choć mi go żal, bo on wie w głębi, że przegrał, bo historia go przegrała w swe krwawe karty.
Dosiadł się później do nas (byłem z Miecią), gdy rozmawialiśmy z Rylskim, i zaczął recytować hymn do Boga z Beniowskiego. Poezja, tracąc retorykę, wiele zyskała, ale też straciła nie mniej. Tylko retoryka wzrusza. Wzrusza jak powierzchowna muzyka. [...]
Powieść Schwarz-Barta Le dernier des justes, która otrzymała nagrodę Goncourtów, ma za motto urywek z mojego wiersza, podany z podtytułem: „z żydowskiego, pośmiertnie”
Już drugi raz uśmiercają mnie Żydzi. Najpierw w r. 1944, gdy wyszła w Ameryce antologia Z otchłani.
Nie widziałem tej powieści; zapewne Schwarz-Bart miał przed sobą jakieś tłumaczenie na język żydowski tej antologii.
W „Arts”, w których był atak na autora powieści, wytykano mu pomyłki i plagiat (zresztą niesłusznie). Do tych pomyłek zaliczono także uznanie „poety polskiego i chrześcijanina” za autora żydowskiego, nie żyjącego już.
Mieczysław Jastrun, Dziennik 1951-1981, Wydawnictwo Literackie 2002, s. 220-221.

czwartek, 10 maja 2012

Odcinek 323: Mieczysław Jastrun, 1955 rok

Z dziennika Mieczysława Jastruna

10 maja 1955 roku 
Maria Dąbrowska przy pracy.
Zdaje się, że Dąbrowska jest już lepiej usposobiona. Przyjechali Karst i Milska. Karst zaraz postarał się o różne udogodnienia. Praktyczny człowiek. Opiekują się teraz nami lepiej.
Wczoraj całe rano chodziłem z Dąbrowską po Weimarze. Byliśmy na Frauenplan, oglądaliśmy pomnik Szekspira, figlarny nieco przed starym domem. Przed tym figlarnym Falstaffem kwitła różana jabłonka. Siedzieliśmy w parku pałacowym na kamiennych schodach, bo nie znaleźliśmy ławki.
Zapytałem Dąbrowską, czy lubi epizod Bogumiła z Ksawunią, bo dla mnie to jedna z najlepszych scen w powieści. Dlatego właśnie o tym wspomniałem. „Faustowski problem — powiedziała Dąbrowska — od strony dziewczyny, która kocha dużo starszego od siebie mężczyznę, częstszy, niż się sądzi. Robiliśmy drobne zakupy i wróciliśmy bardzo zmęczeni. Byłem w złym humorze i Dąbrowska odczuwała to. Dziś rano powiedziała mi, że jestem z usposobienia podobny do księcia Andrzeja Bołkońskiego. Zacząłem mówić o Wojnie i pokoju z zachwytem. Cenię to w Dąbrowskiej, że umie uznać wielkość innych pisarzy. Jest to rzadsze wśród piszących, niż się sądzi. Pisarze są na ogół niemiłosierni dla swoich kolegów. Okrucieństwo, z jakim ich sądzą, nie da się z niczym porównać. Niektórzy rozciągają swoją wyłączność nawet na zmarłych dawno. [...]
Wiosna w Weimarze.
Weimar jest miłym miastem, ale tylko stare uliczki są naprawdę ładne. Myślę tu o Krakowie, ale jest to zaledwie podobieństwo z ulicami Krakowa zbudowanymi w naszych czasach. A jednak jest jakiś czar w tutejszym powietrzu, może dla tych tylko, którzy, jak ja, przeżyli w sobie Goethego i Schillera.
Chodzę po różnych uliczkach tego miasta. Jakaś mała jabłonka wciśnięta między mury kwitnie różowym okwiatem. Bzy zaczynają już wypuszczać fioletowe kiście. Jaka szkoda, że być tu nie mogłem w młodości, gdy byłem jeszcze pod pierwszym wrażeniem studiów nad Goethem i Schillerem. Ileż by mi powiedział każdy kamień Weimaru! Ale tak już jest w życiu, rzadko co w porę przychodzi. Oddalenia i pobliża w przestrzeniach i czasach ustawicznie igrają z nami, nie one słuchają bicia naszych serc, ale poddają je swojej władzy, okrutnej, jak każda władza nad ciałem lub duszą człowieka.
Urzędnik kultury zaprowadzi mnie pod pomnik obu największych poetów narodu niemieckiego albo każe mi wysłuchać mów oficjalnych, sądzi bowiem, że tędy prowadzi droga do zrozumienia poezji, którą traktuje jako jeden z objawów takiej czy innej oficjalności.
Mnie wystarczy gałązka kwitnącej jabłoni w Weimarze, bym nagle poczuł w sobie to, co mógł czuć tutaj w rozkwicie swej wiosny weimarskiej Schiller.
Zwiedzanie miejsc upamiętnionych pobytem wielkich — cóż da, jeśli sami nie nosimy w sobie własnego świata.
Pomnik Goethego i Schillera w Weimarze.
Mieczysław Jastrun, Dziennik: 1955-1981, red. Maria Rydlowa, Wydawnictwo Literackie 2002, s. 23-25.