Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Januszewska Hersylia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Januszewska Hersylia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 4 września 2014

Odcinek 1160: Hersylia Januszewska, 1835 rok

List Hersylii Januszewskiej do Józefa Mianowskiego

4 września 1835 roku, Florencja
Florencja. mal. Camille Corot, 1834 r.
[...] Włochy nie tyle mnie zachwycają co innych; nigdy bym Włoch nie obrała za ciągłe mieszkanie, rzucę wszystko, co jest warte widzenia, a czym się na koniec nasycić będzie można, zostanie. Będzie jeszcze wprawdzie klimat ciepły, kwiaty, któreś w kraju swoim w oranżerii widywał, i owoce, którymi jeżeliś się nigdy nie najadł, nie są ci jednak obce. Oto masz wszystko. Jeżeli przestaniesz na życiu samotnym, dochody w kraju własnym, które wystarczały na wszystkie wygody, starczą ci tu na życie nędzne, ma się rozumieć, jeżelibyś miał rodzinę, bo samemu mężczyźnie łatwiej się jest utrzymać. My wszystko prawie we dwoje płacimy: usługę, mieszkanie, obiad, który nam do domu przynoszą. Nie szukaj nigdy znajomości, towarzystwa, bo ci nigdy nie odpowiedzą żądaniu twemu. Jeżeli Włoch będzie ci sprzyjał, pokaże się na koniec w tym własny jego interes, nikt z cudzoziemców nie zabiera z nimi znajomości; możesz z tego miarkować, jaki to jest naród serdeczny. Zamieszkali od lat kilku we Włoszech, przestają na towarzystwie domowym, na przechadzkach i na przejeżdżających. Nie możesz mieć wyobrażenia miast włoskich, co za brudy po ulicach, co za powietrze zepsute; dosyć Ci powiedzieć, że wśród ulic pryncypalnych biją woły, oczyszczają je, na co patrzą przechodzący, a ty widzisz i mijasz wszystkie te brudy. Mięsiwa porozwieszane — opisać nie można wzruszenia, jakiego się doznaje przechodząc ulice Florencji lub innego miasta. Mimowolnie podnoszę suknię wśród najpiękniejszej pogody, wszystkie śmiecie z okien wyrzucają przez okna, nie czekając na tego, co je ma sprzątać. Gdyby każdy z podróżnych do swoich opisów uniesień nad rzeczami prawdziwie pięknymi nadmienił coś o tym, czego przecie nie widzimy w kraju naszym, sprostowałby zaraz wyobrażenie, jakie swoją egzageracją zrobił czytającemu, i ten myśląc o Włoszech powiedziałby tak, jak jest w istocie. Jest to cząstka świata podobna drugim, nie jest to raj ani ogród Europy.
Florencja, angielski drzeworyt z 1835 r.
Osiedliśmy we Florencji na kilka miesięcy. Cholera, która tu koleją przechodzi, kwarantanny utrudniają wyjazd i kto wie, kiedy nam wypadnie być w Rzymie? Teraz panuje w Livurnie, już jest nawet we Florencji, Włochy ogromnie się boją; w rzeczy samej nędzne życie, jakie tu ubóstwo prowadzi, może bardzo wiele przyczyniać.
Mamy mieszkanie o dwóch pokojach za 6 skudów na miesiąc, obiad kosztuje nas trzy złote, ale jadamy jak panowie, z najlepszej traktierni bierzemy. Teofilek tak to mnie dogadza, kaprysimy w jedzeniu, bo można by mieć i taniej, ale bezecne potrawy włoskie, najwięcej zielenin, fasoli, której jadać niepodobna. Rano pijemy czekoladę, wieczorem herbatę, wszystko to wyniesie z mieszkaniem, z usługą do 8-miu złotych na dzień. Oto masz opisanie, może Ci się to na co przyda, może sarn przyjedziesz, jak by nam dobrze było razem!...
Mamy znajomych tu trzech Polaków, dwóch zamieszkałych lat kilkunastu, trzeci przejeżdżający artysta, gra ładnie na skrzypcach, wieczory schodzą nam mile, mamy fortepian, grywam z nim dueta. Kładziemy się czasem o dwunastej, tak nam czas zbiega. Byłoby nam nieźle, gdyby klimat tutejszy bardziej działał na zdrowie moje; mówiąc wprawdzie, nie jestem słabą, nic mnie nie boli, ale sił mi brakuje. Teraz kazano mi pić ośle mleko, od kilku dni wypijam szklanicę rano, to niezawodnie wzmacniać mnie będzie; w Krzemieńcu piłam mleko prosto od krowy i czułam się lepiej po nim.
Przenieśliśmy upały włoskie; lato tego roku nie miało być tak skwarliwe jak zwyczajnie; przy   końcu   sierpnia   zaczęły się deszcze i dni nawet dosyć chłodne, czasem trudno wierzyć, się jest we Włoszech, dla mnie taki czas nierównie przyjemniejszy, są dni, że się czuję dość silną, spacery mnie nie tyle meczą, bo pospolicie tak jestem ciągle  stanca [zmęczona],  jak to mówią,  każde przejście męczy mnie.
Dama z parasolką, mal. Hamilton Hamilton.
Nigdy byś się nie domyślił, czym ściągam oczy przechodzących, a najwięcej dzieci: oto parasolik maleńki tak się wszystkim podoba, rzadko widzieć tu można taki, więc dzieci z daleka krzyczą do matek:  „Un ombrellino picino, bellino [parasolka malutka, ładniutka]. Stroje damskie nie są te co w Wiedniu, sklepy ani się równać nie mogą, a towary wcale niezbyt tanie. Korale, których tu jest tyle, prawie ceny kraju naszego. Za serwetę, wprawdzie ładną, dano  180 złp., ostatnią cenę. Będąc za granicą nie uwierzysz, jak się dużo traci na takie fraszki, bez których obejść się można; dotąd niceśmy nie kupili, wolimy dogodzić sobie teatrem. Wczoraj byliśmy na nowo rozpoczętej tu operze, nie to wprawdzie, co słyszeć panią Malibran, ale przyjemność wielka. Był balet z ładnymi  dekoracjami, ślicznie ułożony. Ile razy jesteśmy w teatrze, zawsze myślę o Was, tak bym rada z Wami dzielić tę przyjemność.
Cholera  trzyma  się  tu  jeszcze  w  sekrecie.  W  Livurnie  po 70, 80 umiera na dzień, to nam przeszkodzi jechać do Rzymu. Zima we Florencji ma być przykra, bo w mieszkaniach zimno nieznośne, tym bardziej dla nas, cośmy przywykli do mieszkania ciepłego; nie wiem, z jakiego względu klimat ten ma być mnie pomocnym.
W kręgu bliskich poety. Listy rodziny Juliusza Słowackiego, red. Stanisław Makowski, Zbigniew Sudolski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s.  604-606.

środa, 4 września 2013

Odcinek 796: Hersylia Januszewska, 1835 rok

List Hersylii Januszewskiej do Józefa Mianowskiego

4 września 1835 roku, Florencja
Hersylia Januszewska
Może  Ci się wyda  za długi przebieg czasu  między  jednym listem a drugim, ale trzeba się nam z wolna oswajać, odległość nasza nie jest już tym, czym był Krzemieniec od Wilna. My blisko czterech miesięcy byliśmy bez żadnej wiadomości od Was; niespokojność, obawa, różne domysły, jedne gorsze od drugich, dręczyły nas niemało, czuliśmy w całej mocy oddalenie pobyt w zupełnie nam obcym kraju, napadała nas nieraz tęsknota, byliśmy nieraz w przykrym usposobieniu, któreśmy Wam winni, a które dopiero od dwóch tygodni się zmieniło, od czasu odebrania listu. Możesz sobie wyobrazić, jaka to radość, jakie ukontentowanie było dla nas.
Z Florencji wyjechaliśmy do Pizy, idąc za radą doktora, do wód d'Aseliano, a chcąc  się bardziej przekonać,  które  to  są dla  mnie przeznaczone, wezwaliśmy tamecznego sławnego jakiegoś doktora Rignioli, mniejsza zresztą wreszcie, jak się nazywa. Po egzaminowaniu mnie na pół żartem, na pół serio, dał nam do zrozumienia, że wszystkie wody pizańskie, i te, co mają niby   to  naśladować   marienbadzkie,  są  niczym   więcej, tylko głupstwem tumanionych ludzi słabego umysłu, popieranych ile możności  przez mieszkańców wobec  zarobku od przejeżdżających. Znalazł, że nie mam jeszcze choroby piersiowej, że sam klimat włoski powinien mnie uleczyć, a morskie kąpiele niezawodnie wzmocnią.  Zdecydowaliśmy zaraz niedługo bawić w Pizie, a lepiej w Livurnie   dłużej   posiedzieć.  Kąpałam  się 27 razy.  Cholera  nas  wygnała  i  dobrze,  żeśmy  uciekli  przed zamknięciem Livurna. Pobyt nasz w Livurnie dosyć był nudny, miasto kupieckie, niewiele mające przyjemności dla podróżnych. Śliczne morze i miłe brzegi jego przy takich upałach, toteż spacer nasz najczęściej był nad brzegiem. Byliśmy ze trzy razy na operze, szukaliśmy rozrywek, stosując się zawsze do wydatków, jakie ponieść możemy, a utrzymanie dosyć nas kosztowało, bo to był właśnie zjazd osób na kąpiele i zarobek Włochów korzystających z każdej zręczności.[...]
Piza, rok1835.
W kręgu bliskich poety. Listy rodziny Juliusza Słowackiego, red. Stanisław Makowski, Zbigniew Sudolski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 602-603.