Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwaszkiewicz Anna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iwaszkiewicz Anna. Pokaż wszystkie posty

środa, 17 lipca 2013

Odcinek 747: Anna Iwaszkiewicz, 1923 rok

Z dzienników Anny Iwaszkiewicz

Podkowa Leśna, 17 lipca 1923 roku
Jesteśmy tu od dziesięciu dni i godzinami przesiadujemy w lesie, zbieramy
Anna Iwaszkiewicz.
kwiaty i poziomki spóźnione, którymi cieszymy się jak dzieci. Lubię leżeć na mchu albo wśród wysokich traw leśnych, które z bliska inaczej wyglądają, żyją, przeplatają się misternie i lubię także – tak bardzo przypomina mi się dzieciństwo – lubię tak leżąc patrzeć na niebo, po którym powoli przesuwają się białe lekkie obłoki, na kołyszące się i świecące w słońcu wierzchołki drzew. Dobrze, że przyjechaliśmy tu choć na jeden miesiąc. Jarosław dużo pisze, nareszcie ma czas i spokój, mógł więc zacząć tę dużą, od dawna obmyślaną powieść. Mieszkamy trochę jak w obozie. Te trochę mebli, które uratowano, ustawili nam w dwóch pokojach, ale dobrze nam tu. Las pachnie i szumi, a pogoda cudna trwa już od dwóch tygodni. W niedzielę mieliśmy miłych gości: Karola [Szymanowskiego], który parę dni temu powrócił, Gucia Iwańskiego, Nucię, siostrę Jarosława i moich, tzn. Stacha Plawitza i Franka Domańskiego. Franek nie był tu od ostatnich wakacji zawsze razem spędzanych. Był więc zaskoczony smutnym wyglądem domu i całego otoczenia. Wspominaliśmy z nim dawne lata w Podkowie przed wojną, moje podlotkowskie, jego ostatnie lata szkolne, potem uniwersyteckie. Jest mi zawsze bliskim i bardzo kochanym, może jedynym prawdziwym pewnym i mądrym przyjacielem. Jarosław lubi jego niepospolity, pełen sceptycyzmu umysł, jego subtelny dowcip, inny (jakże inny) od „kawałów” Tolka [Słonimskiego] i Tuwima! To dziwne, że pisząc o tylu osobach nam bliskich, pierwszy raz piszę dziś o nim, którego tak wysoko cenię, i który swego czasu tak silny miał wpływ na moją rozwijającą się indywidualność. Nie podzielam co do niego zdania ogólnego, że zmarnował swoje wielkie zdolności i możliwości. Rozumiem, że wykolejony przez lata wojny wolał w zacisznym mieszkaniu na zamku (którego zarządem zajmuje się) dla siebie tylko studiować swoją matematykę, zajmować się wszystkim, czym interesować się i zajmować można, a nie iść drogą utartą, dającą mu nawet możność uzyskania sławy uczonego. To nie pasowałoby do niego, do jego życiowej filozofii, która jakkolwiek wielu wydawać się mogła rozpaczliwa prawie w swej abnegacji, a raczej odwartościowaniu wszystkiego, ma jednak dla mnie niesłychany urok skupienia, daje wielki spokój i równowagę życiową, którą w rozmowach z nim starałam się czerpać. Jedyne z bardzo niewielkiej ilości listów, które chowam (i to wbrew swojej zasadzie!), są to listy Franka z wojska, w których pod pewną ironią zawierającą się w stylu, w długich, trochę biblijnych zdaniach, odnajduję jego całego, ten nieporównanie subtelny stosunek do mnie, który był zawsze przyjaźnią, właśnie „tylko” przyjaźnią, a przez to jedyną głęboką, szczerą i niezawodną.
Iwaszkiewicz Anna, Dzienniki, oprac. Maria Iwaszkiewicz, „Twój Styl”  1993, s. 30.

wtorek, 28 czerwca 2011

Odcinek 10: Anna Iwaszkiewicz, 1923 rok

Z dzienników Anny Iwaszkiewicz

28 czerwca 1923 roku
Podobno ostatniego tygodnia cała Warszawa zajęta była pobytem królewskiej pary rumuńskiej. Po prostu nie mówiło się o niczym innym jak tylko: jaką suknię miała królowa na obiedzie na zamku, jaką w operze, z kim rozmawiał król itd. W końcu już było to wszystko bardzo nudne. Dziwna rzecz ta monarchia. Ma w sobie urok rzeczy zbytkownych a niepotrzebnych. Ładne jest to wszystko. Widzieliśmy tylko przyjazd królestwa z kolei. Ekwipaże i konie cudne, wojsko także świetnie wyglądało. Podobno przyjęcia na zamku i w Łazienkach, gdzie zamieszkiwali, były olśniewająco piękne. Staś B[aliński], który był przydzielony do świty, opowiadał nam dużo szczegółów. Arystokracja nasza podobno zupełnie już potraciła głowy z radości i zachwytu. Marzą tylko o tym, żeby jeszcze polskiego dworu się doczekać. Mam nadzieję, że do tego nie dojdzie. Jest to ładne bezwarunkowo, ale nie mówiąc już o kosztach (niepotrzebnych!), jakie by to pociągnęło za sobą, cały ten ceremoniał, ta etykieta jest już bezwarunkowo zupełnie przeżytą. Każdemu poważnemu człowiekowi spełnianie na serio, na stałe śmiesznych wprost funkcji przy dworze wydałoby się rzeczą niemal poniżającą. Staś bardzo zabawne rzeczy mówił nam o tym. Trzeba koniecznie, żeby te parę dni opisał i żeby nie zapomniał o historii biednego garbusa przymierającego z nędzy, który kaligrafował menu do wielkich obiadów i przyjęć, i troskał się tylko o to, dopytywał się czy praca jego się podoba, czy królestwo zwracali uwagę na piękne złocone litery, które, zasypiając ze zmęczenia, po nocach wykańczał.
Król Rumunii Ferdynand I z prezydentem Stanisławem Wojciechowskim.

Ta historia wzruszyła mnie więcej znacznie niż historia Tuwima o urzędniku i wiem, że to prawda, że ten kontrast pomiędzy nędzarzem pracującym po nocy i piszącym spis wyszukanych potraw dla tych, którzy otoczeni królewskim przepychem zasiądą przy stole, sam kontrast istnieje naprawdę. Nie jestem socjalistką, ale kiedy słyszę takie rzeczy mam chwile rozpaczy, że nic na to poradzić nie można i że gdyby wprowadzono ustój socjalistyczny, to z drugiej strony doszłoby do takiej szarzyzny, do takiej miernoty, że naprawdę wtedy życie nie miałoby już żadnej wartości. Nie chciałabym za nic żyć w tym nierównym świecie. Tyle zawsze myśli się o tym wielkim problemie społecznym i wydaje mi się, że należy on do tych, które nie zostaną rozwiązane nigdy, że nierówność wielka, szczyty i otchłanie, są jednym z praw natury panującym we wszystkich jej dziedzinach.
Opowiadają również złośliwe dość rzeczy o prezydencie, co zresztą wszystko jest możliwe. To dziwne jak ten człowiek nie ma za grosz taktu i nie rozumie, że na stanowisku prezydenta nie może zajmować się takimi rzeczami jak menu, urządzenie szczegółów przyjęć itd. Wtrąca się do wszystkiego, co wprost go ośmiesza. Masę ludzi tym zraził do siebie. Jarosław po prostu go nie znosi, śmieszy mnie to, jak drażni go i irytuje ten brak gestu. Najlepszą historyjką z tej dziedziny jest, jak prezydent jeżdżąc do Gdyni parę dni przed przyjazdem Focha do Warszawy, woził ze sobą beczki na ryby, żeby o tyle taniej wypadło przyjęcie!
Jedziemy już za kilka dni na wieś. Żałuję, że nie zobaczymy się przedtem z Karolem [Szymanowskim], który nic nie pisze kiedy wraca. Podobno koncert jego w Paryżu i Londynie odłożony do jesieni. Ciekawa jestem wobec tego, co on tam robi i czy ma pieniądze. Mogę powiedzieć, że prawie stęskniłam się za nim, zawsze go lubiłam bardzo, a ostatnie dwa tygodnie razem spędzone w Zakopanem jeszcze bardziej nas do siebie zbliżyły.

Anna Iwaszkiewicz, Dzienniki, oprac. Maria Iwaszkiewicz, „Twój Styl”  1993, s. 28-30. 

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękuję Syrence