Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irzykowski Karol. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Irzykowski Karol. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 lipca 2013

Odcinek 740: Karol Irzykowski, 1894 rok

Z dziennika Karola Irzykowskiego

10 lipca 1894 roku
Karol Irzykowski.
Całe dnie żyję teraz w ciągłym rozdrażnieniu. Gorąco nieznośne, nie mogę ani myśleć, ani czytać, ani pisać. Nieprzyjemności wynikające z klasyfikacji są jeszcze najmniejsze. Wprawdzie mi dotychczas jeszcze okien nie wybili, ale może się to jeszcze stać. Cała klasyfikacja wywarła na mnie złe wrażenie, bo nie mogłem dać klas takich, jak chciałem. Gdybym jednak prowadził wszystko sam od początku kursu, prócz tego tak, jak bym mógł, toby wszystko poszło inaczej, bo mógłbym się śmiało dyr[ektorowi] sprzeciwić. Wreszcie na wakacjach zamierzam odbyć kurację, dotychczas jednak nie wiem, w jaki sposób to się odbędzie, gdy nie mam funduszów. [...] Szymański przyjechał, ale jest głupi, jak był, widziałem się z nim kilka razy, ale on nie pokazuje się u mnie, jakby powinien, a to mnie irytuje, bo taki osioł powinien wobec mnie — jak mi się widzi — zająć stanowisko podrzędne i starać się jak najwięcej nauczyć ode mnie. Co naj [nieczytelne] to to, że żyję w ogromnym rozdrażnieniu poziomem, wobec którego jestem zupełnie bezbronnym, bo nie mam ani towarzystwa, ani zajęcia. Powstało to w ten sposób, że oczekiwanie przyjazdu H. przywołało mi wszystkie wspomnienia do duszy, które jej zawdzięczam, a zarazem i żal za powtórzenie tych wspomnień. Niedawno np. oglądałem pomieszczenie, któreśmy dawniej zajmowali, i ogarnęła mnie prawie rzewność, gdym sobie wszystko przypomniał, cała rozpacz zazdrości, gdym sobie jeszcze co innego przypomniał. Rojąc rozmaite plany, wymyśliłem wreszcie i taki, który by nie mógł ją na nowo w posiadanie oddać, a za wymyśleniem, czyli okazem możliwości poszło przyzwolenie woli. Plan ten polega na memoriale zawierającym wszystko, co się do stosunku między nią a mną odnosić może, i zadowala nawet moje idealistyczne pragnienia. Tymczasem przypadek pokrzyżował fatalnie moje plany, ten sam przypadek, który w moim wygasłym romansie z Z[osią] spowodował nieoddanie jej mego listu, wskutek czego wszystko inny obrót wzięło. Stało się tak, że H. przyjechała dopiero 20, a więc w czasie, kiedy już powinienem rozpocząć tak ważną dla całej mojej przyszłości kurację, z którą zwlekać nie powinienem, i to przyjeżdża nie sama. W ten sposób diabeł wypłatał mi figla, wziął moje postanowienie i nie dał odszkodowania. A ja teraz cofnąć się nie mogę, bo tkwię już po uszy w tej nowej namiętności i cały już jej poświęcam jak dawniej namiętności do Z[osi] i zapewne zostanę tu, aby jej oczekiwać, zaniedbam wszystkiego, byle tylko kilka dni z nią przepędzić, a nawet narażę się na największe niebezpieczeństwo] takiego stosunku w teraźniejszej, wcale nie sprzyjającej mi porze. [...] Powtarzam jeszcze raz, że żyję w wielkim rozdrażnieniu i naprężeniu i stałem się sam dla siebie wstrętnym. W dzienniku mam olbrzymie zaległości, i to mnie pozbawia nawet tego ostatniego przyjaciela.
Karol Irzykowski, Dziennik, t. 1: 1891-1897, Wydawnictwo Literackie 2001, s. 605-607.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Odcinek 40: "Godzina W", 1944 rok

1 sierpnia 1944 roku, wtorek

Z dziennika Stefanii Podhorskiej-Okołów
Stefania Podhorska-Okołów

Punktualnie o 5 zaczyna się strzelanina na Marszałkowskiej. Przedtem z "trójki", którą jechałam, zauważono dwa czołgi zajeżdżające przed wylot ul. Szucha. Ludzie uciekają w stronę placu Zbawiciela. Jedziemy na wprost ognia, ale jedziemy. Przy Hożej tramwaj staje. Wszyscy w popłochu wysypują się na ulicę i wsiąkają momentalnie w bramy i w bocznice. Mam zamiar położyć się i jechać dalej, aż do skutku (róg Siennej) w nadziei, że tamtędy dostanę się jeszcze na [...]. Daremna nadzieja. Kiedy motorniczy opuszcza wagon, wysiadam i ja, chyłkiem, z duszą na ramieniu przemykam się za kioskiem z gazetami do najbliższej bramy zatłoczonej ludźmi. Zewsząd pękają wystrzały broni rozmaitego kalibru. Na schodach [...] pełno ludzi. Wchodzę na I piętro. Widzę znajome nazwisko [...], fizyczny. Dzwonię — nikt nie nadchodzi. Schodzę na półpiętro. Stoję w [...] ale lawina wzmaga się. Dwaj panowie, którzy palą papierosy, siedzą na stopniach. W pewnym momencie robi się ciszej. Schodzimy do bramy. Tramwaj odjechał. Słyszę opowiadanie: jakiś cywil zabrał motorniczego i kazał mu jechać. "Może chłopcy czekają za Żelazną Bramą." Ten tramwaj podobno dojechał do Złotej. W jakiś czas później nieśmiałe błaganie: "Nie wysuwaj się pan, narażasz pan siebie i nas". Jestem znowu na schodach. Krzyk: Zabity! Zabity! — To motorniczy z następnego tramwaju, ten co się wychylał, padł ugodzony kulą, nie wiadomo swoich czy niemiecką. Jeszcze człowiek jeden zabity leży pod domem. Pochowano ich później metodą 39 roku na trawniku na ul. Skorupki. Jedna kobieta z dzieckiem kołacze do mieszkania na I p. Otwierają nam, pozwalają kilkunastu osobom rozgościć się w przedpokoju. Około 8 przechodzę do mieszkania p. Heleny. Ma ponadto koło 12 osób. Pół godziny leżę u niej na kanapce we frontowym pokoju. Ucisza się.
Gotujemy na gazie kaszę na kolację dla przypadkowych gości. Tymczasem z ulicy dochodzą jakieś dziwne odgłosy. Ciężkie uderzenia i jęk - kolejno. Tak jakby do gigantycznego wozu zaprzężono setki niewolników. Groza podnosi włosy na głowie. Wkrótce sprawa się wyjaśnia. To AK przeciąga tramwaj tak, aby stanął u wylotu Hożej. Następnie błyskawicznie budowano barykady z beczek i desek wyłamanych w sąsiedniej bramie. Ostro pracują dziewczęta. Nawołują się: „Magda, Zocha, prędzej!" — jedna wpada na podwórze, woła przejmującym głosem: - "Warszawa jest opanowana! Pomóżcie nam!". Tak upływa pierwsza połowa nocy. Leżymy skulone na sofie, mężczyźni rozlokowali się na fotelach i podłodze. Przed świtem zbierają się do odejścia. Możemy być potrzebni. Kobiety też stopniowo wsiąkają w szary brzask. Jedna chce się przedrzeć aż na Bielany. Inne mają bliżej domy lub znajomych.
[...] Coraz więcej osób schodzi do schronu. Niektóre piwnice prywatne są urządzane jak pokój. Jakiś muzyk [...] w korytarzu na polowym łóżku cały dzień czyta przez szkło powiększające (widzi b. słabo) przy świetle żarówki schronowej. Charakterystyczne typy schronu. Konduktor z "trójki", przełamany w krzyżu urzędnik starostwa, wieczny malkontent, groteskowa pani z pieskiem na ręku.[...]

Dzienniki z Powstania Warszawskiego, wybór i opracowanie Zuzanna Pasiewicz, Wydawnictwo LTW [2004], s. 79-80.

Z dziennik Karola Irzykowskiego

Karol Irzykowski
W tej chwili na mojej ulicy, pod moimi oknami niemal, o 5 po południu zaczęła się dawno już zapowiadana ruchawka. Wciąż strzelanina. Wielkie huki bomb i granatów, mniejsze pukania pistoletów i osobnych karabinów, sypiący się gruchot kulomiotów i karabinów maszynowych. Ponieważ nie wychodzimy, nawet nie wychylamy się z okna, pozostają nam tylko wrażenia akustyczne: rozróżnia się instrumenty orkiestry i wysuwa się z tego wnioski dramatyczne. A więc, że nasi napadli na bunkier na ul. Raszyńskiej i Reja, rzucili granaty, Niemcy odpierają ich karabinami maszynowymi, nadjeżdża samochód - polski czy niemiecki? Ktoś wali weń granatem, krąży samolot, czasem bitwa niby przenosi się dalej, potem wraca. Do 1/2 8 jeszcze się tu nie uspokoiło. Tak zapewne jest w całym mieście, i to może potrwać parę dni. Są, którzy objaśniają (S[molarski]), kombinują. Przy ul. Filtrowej niedaleko pod murawą pełno bunkrów i strzelnic, tam pewnie też bitwa. A właśnie o 5 miałem iść do Burci, aby z nią iść do Erazmowej na kawę, miał grać Drzewiecki (pianista). Na szczęście spóźniłem się. Moja gospodyni boi się o swego męża, który poszedł na działkę, S[molarski] o swoją żonę, która poszła na dworzec kolejki do Piaseczna.
Tak się zaczęła "historyczna chwila". [...]
Zjadłem owsiankę w korytarzyku naszego mieszkania, całkiem sybarytycznie, gdy przeszła milcząco pani R[atyńska], zakrywając twarz. Zapewne gorszył ją mój widok, człowieka spokojnego, zadowolonego. Ale i ja mam powody obawiać się o Zosię [córkę], która po południu nie bywa w domu u siebie. A jednak mimo spokoju jestem podniecony. Piszę na stoliczku w głębi pokoju, bo trzeba się odsuwać od okien — przypominają mi się chwile z września 39, kiedy dziennik pisałem w łazience w hotelu sejmowym.
Wieczór 10, strzelanina prawie ustała. Podobno przez radio nadawali Niemcy, że domy, z których strzał padnie, zostaną zrównane z ziemią. Nie wiadomo, czy śmierć nie czyha za węgłem, czy się nie zacznie tak, jak było w Wilnie, gdzie cywilnych rozstrzeliwano. Zawszeć nie jest to Oświęcim ani Pawiak. W nocy powinni bolszewicy przynieść pomoc. Zapewne wszystko jest zsynchronizowane.

Dzienniki z Powstania Warszawskiego, wybór i opracowanie Zuzanna Pasiewicz, Wydawnictwo LTW [2004], s. 57-59.

Z dziennika Wandy Przybylskiej, lat 14
Wanda Przybylska
Ale i oto wybija godzina! Siedzę na  balkonie. Jest teraz wpół do czwartej i za pół godziny ma się zacząć powstanie. Tak, aby jutro nie było już Niemców. Dziś z rana bolszewicy byli już w Warszawie na Pradze. Co prawda były to pierwsze czołówki. Niemcy ich odparli. Co chwila spoglądam na zegarek. O! teraz już tylko piętnaście minut i prawdopodobnie zacznie się rozlew krwi.
Było dziś cały dzień brzydko. Deszcz padał bezustannie. Teraz słońce wyjrzało i zrobiła się cudna pogoda. Przychodzi mi na myśl, że słońce chce oświecić, rozradować i dodać otuchy tym, którzy za chwilę mają walczyć za Ojczyznę!
Brr!!! Straszne rzeczy. Istna kanonada... Co chwila strzały. Granaty, kulki karabinowe, maszynowe i rewolwerowe. Za każdym wystrzałem drży serce. Kto to pada - czy nie jaki bliski? Czy nie Polak? Drżę i jestem mocno zdenerwowana. Te kulki teraz to chyba już na naszej ulicy. Do tej pory działo się podobno wszystko i zaczęło na Marszałkowskiej. [...]
Ręce się trzęsą — co za emocja. Cały czas stałam, a właściwie leżałam w drzwiach od balkonu. Na ulicy byli już nasi żołnierze. O Boże! na rękach opaski amarantowo-białe. Przed chwilą przyjechało auto, zdobyte Niemcom. Na aucie powiewała biało-amarantowa chorągiew. Auto stanęło w sąsiedniej bramie. Naprzeciwko nas jest umieszczony karabin. Och! czyż to się uda? Czy zwyciężymy? Już walki się toczą niedaleko nas. Zajęli podobno budynek niemiecki na rogu Zielonej i Bagna. Przez cały czas słychać huki i strzały. Wszystko się trzęsie.
Byłam znów na balkonie. Mierzyłam przed chwilą gorączkę. Mam 38 stopni. Nie pozwolili mi być (na dworze) na balkonie. A więc położyłam się już do łóżka (stało się to oczywiście z walką - wsadzili mnie przemocą). Rzeczywiście czuję  się  fatalnie.  Przed  naszym domem zabili Niemca. Uciekał.
Jestem nieprzytomna. Nie wiem, co piszę. To zdenerwowanie. Już po naszej ulicy latają sanitariuszki z rannymi. Wszystko młode dziewczęta. Jaka szkoda, że jestem chora. Boże! Pali się - jaka wielka łuna. To pewno dworzec. O, Boże, czy dożyjemy do jutra?
[...] W tej chwili krzyczą, aby nabierać wody, bo będzie zamknięta (krzyczy dozorczyni) i światła ma też nie być.O... teraz jest rzeczywiście wojna.
[...] Już nie mogę pisać, muszę odpocząć - a zresztą za chwilę ma nie być światła - ...Teraz jest 9 godzina. Teraz położę się trochę i pomodlę się za tych, co zginęli i co żyją, a są w wielkim niebezpieczeństwie.
Wanda Przybylska, Cząstka mego serca: pamiętniki z lat wojny, Czytelnik 1985, s. 108-110.