Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iłłakowiczówna Kazimiera. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Iłłakowiczówna Kazimiera. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 sierpnia 2013

Odcinek 783: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1948 rok

List Kazimiery Iłłakowiczówny do Wacława Kubackiego

22 sierpnia 1948 roku
Adres dla listów                                             

Continental
Poznań 

Szanowny i kochany Panie,
jestem szalenie rozczulona tym, że Pan kradnie chwilę swemu wypoczynkowi
Kazimiera Iłłakowiczówna.
na to, żeby mi odpowiedzieć! Proszę mi wierzyć, że nigdy bym się do tego sama nie przyczyniła, żeby Panu tam, w tych ślicznych górach mącić spokój.
Od pół roku szukam w Polsce pokoju i nie mogę znaleźć. Zajechałam z kuferkami do Warszawy, spadając na kark niewinnym ludziom, którzy gnieżdżą się we trzy osoby w jednym pokoju — jako ta czwarta! Mam bardzo małe wymagania i byłabym była gotowa tak trwać, ale odkryłam — że jestem klęską dla moich biednych gospodyń, czemu się trudno dziwić, bo ani tam łokci rozłożyć, ani nawet gdzie usiąść było... Zaczęłam tedy od lutego (przyjechałam w grudniu 1947) jeździć a jeździć — no i nigdzie nie znalazłam tej normalizacji życiowej, o którą mi chodzi, ani też nigdzie — pokoju.
Wreszcie postanowiłam spróbować osiąść w Poznaniu, gdzie mam trochę znajomych, i który od 1920 r. stał się wraz z całą Wielkopolską, moją przybraną ojczyzną (wychowałam się na Łotwie). Wszystko mi tu odpowiada — krajobraz, pamiątki, charakter ludności, muzeum. Powiem szczerze, że m.i[n]. także i obecność Pana jest dla mnie atrakcją. Szukam więc od 29 VII i dotąd nic nie znalazłam. M.i[n]. zwróciłam się też i do Związku Lit., ponieważ mi to doradził p. Hebanowski, ale właściwie z tą pewnością, że na miejscu musi być mnóstwo godniejszych kandydatów, którzy mają wszelkie prawa przed mną. Wcale mnie to nie dziwi i chętnie zajmuję ostatnie miejsce, jednak do jakiegoś miejsca w Polsce zapewne muszę mieć prawo. Mój krok wobec Zw. Lit., którego jestem członkiem, pochodzi stąd, że chciałabym niczego nie zaniedbać dla znalezienia pokoju w Poznaniu. Jeśli się to nie uda absolutnie — poszukam we Wrocławiu, jeśli i to nie, to jeszcze gdzie indziej. Bardzo się cieszę na spotkanie Pana tutaj, o ile uda mi się tu zamieszkać, o ile — nie, trudno, widocznie sądzone mi mieszkać gdzie indziej.
Łączę serdeczne wyrazy
Iłłakowiczówna
Mieszkam chwilowo u Sercanek i tylko pocztę odbieram w hotelu.
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, Oficyna Wydawnicza C&S 1993, s. 7–8.

piątek, 12 lipca 2013

Odcinek 742: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1953 rok

List Kazimiery Iłłakowiczówny do Wacława Kubackiego

Poznań, 12 lipca 1953 roku
Szanowny i łaskawy Panie Profesorze,

jestem jeszcze bardziej roztargniona teraz niż normalnie i oczywiście zapomniałam załączyć książkę dla Doroty. Załączam ją obecnie, ekskuzując się, że jest dla niej trochę za poważna. Ponieważ jednak traktuje o lesie i o zwierzętach, nie może być całkowicie obca dziecku. Było to ogromnie trudne tłumaczenie, raz, że znam bardzo słabo węgierski, poza tym jest to książka właściwie przyrodnicza, a ja nie znam zupełnie polskiego przyrodniczego słownictwa, fatyga więc była olbrzymia.

Trzeba było pisać na Węgry do znajomych o słówka, oni zaś odpowiadali, że także ich nie znają, bo nie są przyrodnikami. Najzabawniejsze jest to, że autor, trzeciorzędny pisarz węgierski, również nie jest biegły w przyrodzie i popełnił najzabawniejsze w świecie błędy, umieszczając robaczki świętojańskie w kwietniu, grzyby w maju, a kukułcze gniazdo — na wysokiej jodle. Skończyło się na tym, że musiałam specjalnie płacić inżyniera leśnego za krytyczne przejrzenie książki, żeby nie było jakichś strasznych byków. Starałam się z trzeciorzędnej węgierskiej stworzyć pierwszorzędną polską prozę, więc może jednak łatwo się ją będzie czytało. Może Pan prześle książkę do Krościenka, bo nie znam adresu tych miłych pań.
Maria Malicka jako Elżbieta Valois
w „Don Carlosie” Fryderyka Schillera,
Teatr Narodowy w Warszawie, 1932 rok.
Z pewną konsternacją dowiaduję się, że czyta Pan mojego starego „Don Karlosa” tłumaczonego w roku 1930, granego w 1932 przy obsadzie — Solski, Osterwa, Węgrzyn, Malicka, Lindorfówna, jako przygrywka niejako do ówczesnego porozumienia z Niemcami — z konsternacją dlatego, że właśnie PIW nagabuje o wydanie „D.K.”, a przecie trudno zamknąć oczy na to, że sztuka jest tłumaczona rymami i nieregularnym wierszem, który oczywiście można wydrukować także i „w ząbek”, jak piszą Majakowski i Janusz Minkiewicz. Rzecz jasna, że dziś jest to już zabytek, bo przekład ten ma już ponad dwadzieścia lat i był ,,w guście” epoki, wtedy, kiedy bodaj ja pierwsza „rozbijałam” polski regularny wiersz i stanowi to nowość, więc rzeczą pionierską, eksperymentalną. Eksperyment miał jednak kolosalne powodzenie, sztuka szła 75 razy w Teatrze Narodowym i publiczność brała jak najżywszy udział w losach bohaterów. Tego oczywiście nie przypisuję ani rymom, ani nieregularnemu wierszowi, tylko niesłychanemu nerwowi dramatycznemu Schillera. Ale mimo wszystko nie wiem, czy PIW powinien to wydać, takie „nieklasyczne” tłumaczenie! Teatr szczeciński wybrał raczej jakiś przekład z połowy XIX wieku i teraz go gra. Mój Boże, Pan, taki strasznie krytyczny i wymagający, Pan to czyta! Skąd Pan to w ogóle wziął? Skąd w tej Astorii?! [...]

Trapi mnie bardzo myśl o Bąku. Oto jest prawdziwy dramat, dramat poety z awansu społecznego, zadziobanego przez małych klerków z inteligencji, zawistnych o to, że dorobił się dwóch pokoi z łazienką, on, syn ślusarza!
Łączę wiele serdecznych pozdrowień.
Iłłakowiczówna
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, C&S 1993, s. 11–12.

sobota, 13 kwietnia 2013

Odcinek 661: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1956 rok

List Kazimiery Iłłakowiczówny do Danuty Kubackiej

Wrocław, 13 kwietnia 1956 roku
Droga Pani,
Dziękuję za liścik z dnia 8 b.m., który skrzyżował się z moim słówkiem. Cóż za szkoda, że się tak śpieszyłam z wyjazdem z Krakowa, lękając się końca wizy profesora i jego nagłego powrotu. Tak tam było przytulnie i bezpiecznie.
Od tego czasu byłam wyjazdem jednodniowym w Warszawie a teraz – uśmiałaby się Pani! – jestem gościem Seminarium Arcybiskupiego we Wrocławiu. Mam pokój, gabinet i umywalnię, dywany, kanapy, obrazy i wielki młody alumn przynosi mi jedzenie i gorącą wodę. A w posadzce jest mozaika z gwiazd...
Metropolitalne Wyższe Seminarium Duchowne we Wrocławiu.
Wszystko to dlatego, że w niedzielę odbędą się uroczystości Nankierowskie, koncert oraz przedstawienie IV aktu mojej sztuki o Nankierze, który odegrają alumni seminarium. Prawdziwy aktor reżyseruje, a ja podziwiam, co on zdołał wykrzesać z tego zupełnie surowego materiału, podziwiam tekst, dramatyczność sytuacji, historyczną wierność i – nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ja napisałam.
Chłopcy są godni najwyższej pochwały, tyle że zbyt młodzi na tych dojrzałych mężów, jakich przedstawiają. Reżyser dorobił wprowadzający prolog bardzo zręcznie ustawiony, stworzył całą maszynerię, bo jest i „personel techniczny” – też klerycy – i plastycy, którzy namalowali dekoracje. Widok na ogród przez otwarte drzwi jest fascynujący, a czy będzie tam jeszcze piukał ptaszek czy nie będzie – to się zobaczy jutro.
Niby jest mi trochę lepiej z oczami, ale jeszcze nie całkiem. Dopóki nie znajdę tego 1%-ego Ophtalmolu krajowego w tubkach – nie mam nadziei na stałą poprawę. Rozpisałam listy na wszystkie strony, żeby szukano po laboratoriach szpitalnych, bo w żadnej aptece tych tubek nie ma.
– – – – – – – – – – – – 
Pogoda w Poznaniu raczej słoneczna, ale przeraźliwie zimna. Z Warszawy wracałam 6 b.m. w gęstą śnieżycę. Pod Koninem była „zimowa bajka”: czapy śniegu na całym lesie. Na szczęście kaloryfer jeszcze w domu działa, a węgiel do piecyka jest w zapasie.
– – – – – – – – – – – – –
Wiele serdecznych pozdrowień.
Iłlakowiczówna
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, C&S 1993, s. 44–45.

środa, 26 grudnia 2012

Odcinek 553: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1955 rok


List Kazimiery Iłłakowiczówny do Danuty Kubackiej

Poznań, 26 grudnia 1955 roku
Droga Pani,
Nina Andrycz.
szczerze jestem wzruszona serdecznością listu Pani, opłatkiem i obietnicą zaprosin, na które zawsze pośpieszę z przyjazdem, bo Kraków jest dla mnie olbrzymią atrakcją. Mam tam coś z 10 osób, które przyjmą moje pojawienie się krzykiem radości, ale z których żadna nie może mnie przyjąć do siebie z jakimś minimum wygody dla obu stron. W związku — jest strasznie nieprzytulnie, w hotelu makabrycznie, jednym słowem lepiej się w Krakowie nie zjawiać. Jestem za stara, żeby dla przyjemności znosić zbyt wiele niewygód. Co innego — jeśli koniecznie trzeba.
Z przyjemnością przeczytałam książkę Aliny Świderskiej „Adam”, niby prawie że prostacka a jednak pełna finezji. Doskonała dla młodzieży i dla awansu społecznego. Byłam na „Intryga i miłość”, której tekstu nie znałam w ogóle. Strasznie mi się nie podobała. A ta nieszczęsna Andryczówna — taka miła przed wojną — cóż za sztuczna, pretensjonalna lalka się z niej zrobiła. I ona i Schiller sprawili mi gorzki zawód. Łączę mnóstwo serdeczności
Iłlakowiczówna
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, C&S 1993, s. 43.

środa, 10 października 2012

Odcinek 476: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1974 rok


List Kazimiery Iłłakowiczówny do Danuty Kubackiej

Poznań, 10 października 1974 roku
Droga, kochana Pani

Już teraz na tyle wzrok mój się pogorszył, że dłuższe listy wolę dyktować, bo mimo moich wysiłków są nieczytelne. Bardzo mnie cieszy, że na późny okres życia mają Państwo taką radość ze swego wnuczątka. Dzielna Dorotka jakoś wybrnie ze swoich trudności z opieką nad niemowlęciem. Na pewno ma już jakąś piastunkę na część dnia.
Podziwiam, że piesek jeszcze żyje przy tym swoim wynaturzonym trybie życia. Ja bardzo lubię psy i nigdy do niego nie czułam antypatii, ale wolę, kiedy każda rzecz jest na swoim miejscu. Wy jesteście wyjątkowo dobrymi ludźmi i z dużym poczuciem odpowiedzialności. U kogo innego dawno doznałby tragicznego losu... Bóg raczy wiedzieć, jak to jest z tymi duszami zwierząt i czy w naszym „nowym kształcie” znów je spotkamy.
Pokój Kazimiery Iłłakowiczówny na poznańskich Jeżycach,
obecnie oddział Biblioteki Raczyńskich.
Pani pyta o organizację mego życia i – słusznie, bo ja prawie już nic nie widzę, a jednak na tym samym miejscu co dawniej, żyję mniej więcej takim samym życiem, tyle że poruszam się nieskończenie wolno po dobrze sobie znanej powierzchni i ciągle sobie nabijam guzy. Musiałam wszystko przystosować do swego kalectwa. Ponieważ nie widzę ani wody, ani ognia, unikam, jak mogę wszelkiego grzania, odżywiam się „na zimno” mlekiem. Rano piję surowe słodkie (bardzo je lubię). Wieczorem – zsiadłe. Dwa razy w tygodniu poczciwi ludzie przynoszą mi „duży obiad”, która ja dzielę tak, że starczy tego jadła na pięć dni. Dwa są postne. Te oczywiście łatam zsiadłym mlekiem, jajami i owocami.
Podstawą mego istnienia są młode panienki z Duszpasterstwa, (studentki i licealistki), które o różnych – niestety – porach przychodzą mi pomagać, sprzątają, robią sprawunki, wyprowadzają mnie na spacer i są dla mnie bardzo miłym urozmaiceniem. Te młode dziewczyny są sprawne, chętne, no i umieją wszystko, co w domu trzeba umieć. Oczywiście czasem zawodzą, bo mają przecież rodzinę, uczą się, odbywają praktyki, wycieczki, mają egzaminy.
Mieszkam w „kołchozie”. W każdym pokoju jest niezależne gospodarstwo, stosunki są przyzwoite. Bardzo o to chodzi, żeby jeden drugiemu nie przeszkadzał, nie narzucał się, i ja – jako kaleka specjalnie o to dbać muszę.
Ściskam, pozdrawiam K.I.
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, C&S 1993, s. 73–74.

środa, 4 lipca 2012

Odcinek 378: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1960 rok

List Kazimiery Iłłakowiczówny do Danuty Kubackiej

Poznań, 4 lipca 1960 roku
Droga Pani,
dziękuję serdecznie za wierną pamięć i niech się Pani nigdy nie tłumaczy, dlaczego Pani nie pisała. Trudno – ciągle pisać, w ogóle telegraf i telefon zupełnie wypierają korespondencję i wkrótce wymiana listów stanie się przeżytkiem.
Duszniki-Zdrój. Źródło „Pieniawa Chopina”.
Właśnie wróciłam z Dusznik, gdzie spędziłam czerwiec w ślicznym, nieco „obcym” pejzażu wśród tych biednych wykorzenionych ludzi „z za Buga”. Naderwałam tam sobie lewą rękę i operuję nią teraz niepewnie, brałam masaże, diatermie, kąpiele, piłam b. przyjemną wodę, dużo chodziłam, bo tam błota nie ma. Wróciłam tu na trwający od dwóch dni huragan, zimno, ulewy dość zaskakujące w lipcu. Weszło się znowu w zimowe rzeczy. Jakoś w górach więcej było pogody a deszcz mniej nieprzerwany.
Pies będzie bardzo poważną komplikacją w tak małym mieszkaniu i na tak wysokim piętrze. Pchły, pasożyty, potem choroby skórne – spaniele wszystko to łapią, bo mają delikatną skórę. Poza tym, jest to pies do polowania, potrzebujący olbrzymio wiele ruchu. W jaki sposób Państwo mogą mieć go w „Lunie”, nie rozumiem, przecie psów się nie dopuszcza do pensjonatów, bo co by to było, gdyby wszyscy przyjeżdżali z psami. Co będzie w ogóle na przyszłość z wyjazdami? Ktoś z rodziny będzie musiał zawsze zostawać z powodu psa... Bardzo to był „nieprzemyślany” krok, a skutki, niestety, wieloletnie. Poza tym, oczywiście, spaniele mają mnóstwo wdzięku, są łagodne i życzliwe, a – o ile można im ofiarować willę z ogrodem na mieszkanie i raz na tydzień dobre polowanie na kaczki – całkiem na swoim miejscu w życiu człowieka.
Bardzo jestem wdzięczna za zaproszenie na wrzesień, aczkolwiek w tej chwili nie przewiduję, jak mi się czas ułoży, bo dopiero od dwóch dni jestem w Poznaniu.
Przesyłam Państwu wszystkim trojgu bardzo serdeczne pozdrowienia.
Iłłakowiczówna
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, C&S 1993, s. 57–58.

czwartek, 20 października 2011

Odcinek 120: Kazimiera Iłłakowiczówna, 1956 rok

List Kazimiery Iłłakowiczówny do Danuty Kubackiej

Chwilowo Wrocław, 20 października 1956 roku
Droga Pani,
Kazimiera Iłłakowiczówna
oczywiście domyślałam się, że Panią spotkała ta żałoba i bardzo mi Pani było żal. Całe szczęście, że mogła być Pani przy najdroższej matce i spłacić swój dług za jej różne utrudzenia i cierpienia, jakie ponoszą matki, i jakie właściwie nigdy nie mają końca. Moją największą w życiu miłością była moja matka – przybrana oczywiście – bo rodzona umarła bardzo wcześnie. Byłam dla niej bardzo niedobra, opuściłam ją, a wróciłam dopiero, kiedy była już beznadziejnie chora. I też – nigdy nie zapomnę tego drugiego konania naprzeciw wspaniałego pejzażu Gruyere w Szwajcarii – nigdy sobie nie przebaczę.
Wróciłam ze Sromowiec z wielką ulgą, że wyjechałam w ogóle żywa, bo wyżywienie jest tam wielkim problemem i gotowanie naszej góralki przyprawiło mnie o atak czegoś w rodzaju dyzenterii... Ale pogoda była cudowna, upalna, widoki niesłychanie piękne, klimat daleko łagodniejszy niż w Krościenku, ludzie – wspaniali, chata – z uroczymi pokojami.
Sromowce, lata sześćdziesiąte.

Od tego czasu byłam aż dwa razy na trochę dłużej w Warszawie z powodu operacji i okresu pooperacyjnego mojej siostry. Odkryłam też moją przedwojenną krawcową i zrobiłam u niej aż trzy rzeczy. Pani zdziwi się, bo przecież i tak nago nie chodzę, ale nie ma Pani pojęcia, jak te źle uszyte, a zwłaszcza nie na mnie skrajane, rzeczy mi obrzydły. To, co robi taka „pierwszorzędna” odznacza się przede wszystkim tym, że suknie te 1) nie wyglądają „nowe”, 2) nie piją, nie ciągną, w ogóle nie zawadzają, 3) nie prują się, guziki im nie odlatują, nitki nie wiszą, 4) człowiek nie potrzebuje wcale o nich myśleć.
Poza tym robiłam i wykańczałam tłumaczenie dla PIW-u książki Bölla „Das Brot der frühen Jahre” [„Chleb najwcześniejszych lat”, wyd. 1957]. Już jest na maszynie. Znowu taka żmudna, zupełnie nie opłacająca się praca!
We Wrocławiu jestem tylko przejazdem, w ogóle – w Po­znaniu.
Serdeczne pozdrowienia!
Iłłakowiczówna
Listy poetów ze zbioru Wacława Kubackiego, Oficyna Wydawnicza C&S 1993, s. 49–50.