Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herling-Grudziński Gustaw. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Herling-Grudziński Gustaw. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 20 października 2014

Odcinek 1181: Gustaw Herling-Grudziński, 1997 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

20 października 1997 rok

Flaubert z sercem pani Bovary-
karykatura  Achille Lemota z 1869 r.
Niezwykła lektura, akty słynnego procesu paryskiego w roku 1857. Na ławie oskarżonych Pani Bovary i jej autor; oskarża prokurator Pinard, broni adwokat Senard. Akt oskarżenia: obraza moralności, podważanie związku małżeńskiego, pochwała cudzołóstwa, obrona lubieżności, zachęta do naruszania zasad religii. Mario Vargas Llosa i Julian Barnes w znakomitych książkach o życiu i twórczości Flauberta bardzo krytykują i prokuratora, i obrońcę. Piszą o „faryzeizmie” i „hipokryzji”. Mają słuszność. Ale czego oczekiwali? Proces musiał być orgią mieszczańskiej obłudy, skoro Flaubert podłożył dynamit pod fundamenty świętej obyczajności mieszczańskiej. Gmach zadrżał, ale jeszcze nie runął. W mowie prokuratora, który czyta na głos opisy „upadków” Emmy, czuć ślinkę cieknącą mu do ust: ach, jaka była pociągająca, jak cudownie się rozbierała, jak nadzwyczajnie się oddawała! Czytając odpowiednie „karygodne” sceny z powieści Flauberta, Pinard oblizywał się w duchu na myśl, że wieczorem, po powrocie do domu, otworzy skrytkę tajemną, w której przechowywał swoje wierszyki pornograficzne. Może, podniecony własnym tokowaniem w sądzie, dołączy do kolekcji parę nowych? A jak niby adwokat Senard miał własną piersią zasłonić „skandaliczną” powieść, jeśli nie krzyżowaniem oficjalnej hipokryzji z ukrytą hipokryzją? Przednie widowisko! Lubieżność Emmy? — huczy adwokat. Tak zachowywała się zawsze, nie tylko ze swoimi kochankami. Czyż na łożu śmierci, w trakcie ostatniego namaszczenia, nie całowała namiętnie, w upojeniu, figury Chrystusa na krucyfiksie? Atak na instytucję małżeństwa? Przecież samobójcza śmierć Emmy odstręczy czytelników od zdrady, będzie dla nich impulsem do wierności małżeńskiej. Prokurator jest skłonny do pewnych ustępstw. Rzecz jasna, realizm w literaturze nie może omijać nienawiści, zemsty, miłości. Lecz winien to robić z poczuciem miary. Sztuka bez reguł nie jest sztuką, jest jak „rozbierająca się do naga kobieta”. Co oznacza, że Flaubert jako pisarz realistyczny rozebrał się w swojej powieści do naga. Znowu adwokat: pani Bovary budzi miłość występku czy też budzi przerażenie na widok występku?”.
I tak dalej, i tak dalej. Najrozumniej brzmi sformułowana przez sąd sentencja wyroku. Zważywszy że, zważywszy że — lista oskarżeń oraz odnośnych okoliczności łagodzących. I uniewinnienie.
Ilustracja do Pani Bovary, rys. Daniel Mordant.
Gustaw Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, t. III, Wydawnictwo Literackie 2012, s. 772-773.

sobota, 17 maja 2014

Odcinek 1051: Gustaw Herling-Grudziński, 1998 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

17 maja 1998 roku
Pająk taranta salentina.
Wielki i nieżyjący już etnolog włoski Ernesto De Martino, autor klasycznej Magii na Południu, wybrał w roku 1959 za przedmiot swych badań „ukąszenie pająka taranta", rozpowszechnione w części Apulii zwanej Salento. Cóż to jest taranta? Mityczny pająk, który w zoologii odpowiada pająkowi Lycosa tarantula. Legenda pająka taranta jest stara, skoro wspomina o niej Leonardo da Vinci: „Ukąszenie pająka taranta utrzymuje człowieka w jego zamyśle, to znaczy w tym, co myślał w chwili, gdy został ukąszony". Objaśnienie skąpe, nie daje pojęcia o zjawisku badanym przez De Martino i ekipę jego współpracowników. Leonardo uchwycił jednak mimochodem rzecz istotną: siłę uporu tkwiącą w ludzkim zamyśle. Zjawisko tarantismo badane w Salento jest o wiele szersze, zawiera elementy magiczne, religijne, chorobowe (histeryczne), taumaturgiczne. Tarantato (mężczyzna) i tarantata (kobieta), przekonani o ukąszeniu mitycznego pająka, wpadają w stan półkataleptyczny, w pozycji leżącej mają drgawki epileptyczne i objawy zatrucia, wydają z siebie dźwięki na pograniczu szczekania i konwulsyjnego kaszlu. Można ich wyrwać z tego stanu albo w domu, albo (skuteczniej) w kaplicy św. Pawła, jeżeli akurat znajduje się w pobliżu (a w Salento roi się od nich). Znaczące są środki lecznicze: muzyka, tańce i kolory. Melodie muzyczne muszą być specjalne, istnieją w Salento kapele wyćwiczone w walce z pająkiem taranta. Specjalny też musi być taniec, oczywiście słynna tarantella. Kolory zaś trzeba przesuwać przed oczami (oczy w słup) rażonych, aż trafi się właściwy dla danego pacjenta.
Jest jeszcze ciągle na świecie sporo ludzi, ofiar „ukąszenia heglowskiego". Odparty zwycięsko atak mitycznego pająka taranta nasuwa receptę łatwej kuracji: piękna muzyka i piękny balet (o motywach tarantelli) na tle jakiegoś kolorystycznego arcydzieła. Okazuje się, że mamy na podorędziu stosunkowo proste i tanie sposoby zapobiegania jadom Wielkiego (i niemitycznego) Pająka z katedry uniwersyteckiej w Jenie.
Tarantella. Rycina z 1850 r.
Gustaw Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, t. III, Wydawnictwo Literackie 2012, s. 836-837.

sobota, 28 grudnia 2013

Odcinek 911: Gustaw Herling-Grudziński, 1971 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

28 grudnia 1971 roku
Anna Achmatowa, mal. Zinaida Serebriakowa.
N. przysłał mi artykuł włoskiego tłumacza Achmatowej. W roku 1965 ukazał się w pewnym włoskim miesięczniku wiersz Pasoliniego Quasi alla maniera dell'Achmatova. Poetka rosyjska występuje w nim jako „wróbel" — un passero — śpiewający w epoce wielkiej rewolucji. „Nic nie istnieje, jeśli nie mierzy się z tajemnicą: jakież świadectwo mielibyśmy o wypadkach, gdyby nie śpiewał przed nimi i po nich wróbel swą pieśń lekką i surową?" Tłumacz, zaproszony w czasie pobytu w Rosji na czaj do Achmatowej, przełożył jej i obecnym ten wiersz „na żywo". Zapanowała cisza, powtarzano jedynie z osłupieniem i oburzeniem słówko worobiej, worobiej. Włoski sokół rewolucji nie został należycie doceniony w kruchym gnieździe rosyjskiego wróbla rewolucji.
Równocześnie poczta przyniosła paryski „Wiestnik" z nieznanym czterowierszem Achmatowej (wplecionym do jej Słowa o Puszkinie, ale bez podania autora):
Za mienia nie budietie w otwietie.
Możetie poka spokojna spat'.
Siła — prawo, tolko waszy dieti
Za mienia was budut proklinat'.
Gustaw Herling-Grudziński, Dziennik pisany nocą, t. 1, Wydawnictwo Literackie 2011, s.  115.

piątek, 5 lipca 2013

Odcinek 735: Gustaw Herling-Grudziński, 1971 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Marina del Cantone, 5 lipca 1971 roku
Marina del Cantone.
Bardzo wcześnie obudził mnie lizaniem i poszczekiwaniem nasz piesek. Podrzucono go nam kilka tygodni temu na podwórko, maleńkiego jak kłębek wełny, zabiedzonego, zapchlonego, pokrytego wrzodami. Po tygodniu już uczepił się życia z całą zajadłością swej półmyśliwskiej rasy.
Dałem mu jeść i zabrałem go na skały. Wschodzące słońce podgrzewało przód skał, ułożył się więc wygodnie w jednym z załomów. Daleko w kierunku Capri łuszczyła się jeszcze poranna mgła, ale w zatoczce Cantone morze było gładkie i czyste jak arkusz cynfolii, cichym i równomiernym poślizgiem obmywało kamienistą plażę. Zapóźnieni rybacy nocni wyciągali z lodzi sieci, wytrząsając z nich więcej alg i krzewów niż ryb: od lat morze jest tu zatrute, a reszty dzieła zniszczenia rybostanu dokonuje kłusownictwo z użyciem petard i bomb chałupniczego wyrobu. Z małego klasztoru na szczycie San Costanzo wytrysnął storczyk dymu.
Zasnął przywarty na płask do skały, łeb wcisnąwszy między łapy, szybko jednak przewrócił się na grzbiet. Śniło mu się coś, przebierał w powietrzu łapami, jakby w odruchu samoobrony, niekiedy wydawał dźwięk podobny ni to do kaszlu, ni do skowytu. 
Gustaw Herling-Grudziński.
Sny zwierząt były niegdyś dowodem koronnym, że posiadają duszę, sprawa nie wydawała się bezsporna i prosta. Pod koniec zeszłego stulecia wybrał się do papieża lord Russell (bodaj czy nie ojciec filozofa), by go skłonić do próby zmitygowania włoskiego okrucieństwa wobec zwierząt. „Zwierzęta nie mają duszy" — odparł jakoby papież, spadkobierca tradycji świętego Franciszka. I właśnie wtedy padł argument o snach zwierząt, z jakim skutkiem, niech osądzi każdy, kto na włoskich szosach widział dziesiątki zabitych psów lub słyszał o bestialskich (?) polowaniach na koty na Zatybrzu i o niewiarygodnej wprost masakrze ptactwa w dniu otwarcia sezonu łowieckiego we Włoszech. Dwie najświeższe wiadomości dla wątpiących o duszy zwierząt. Przebity strzałą jakiegoś dzikusa bocian w wiedeńskim Praterze, który przez szereg dni, ciężko bijąc osłabionymi skrzydłami, przyfruwał do gniazda z pokarmem dla swoich małych. W Marsa Matruh, dobrze znanym żołnierzom Brygady Karpackiej, popełnił samobójstwo jedyny koń Beduina po śmierci swego pana: podczas choroby Beduina stróżował koło namiotu odmawiając żarcia, natychmiast po pochówku wbiegł na wierzchołek stromego wzgórza i skoczył w przepaść. Sny snami, ale samobójstwo!
Drzemiący szczeniak. Irak, 2009 r.
W latach wojny, na pustyni irackiej, do rejonu zakwaterowania naszej baterii przyniesiono ledwo urodzonego szczeniaka, przypuszczalnie podrzutka z sąsiedniej osady arabskiej. Nie wiadomo było, jak go karmić, aż wpadłem na pomysł przerobienia nakłutej prezerwatywy na smoczek, który napełnialiśmy rozcieńczonym słodkim mlekiem skondensowanym. Ja też, wprowadziwszy tym sposobem szczeniaka już od pieluszek na drogę życia świadomego, nadałem mu imię Żulik. Był uroczym pieskiem, rozpieszczaną przez wszystkich żołnierzy maskotką baterii. W Egipcie zabroniono nam go wziąć na statek idący do Włoch: jak oszalały kołował po oddalającym się nadbrzeżu portowym. W parę miesięcy później zjawił się w naszej baterii na przedpolach Monte Cassino. Po kampanii włoskiej odkomenderowano mnie do Rzymu; odtąd ojcował Żulikowi niepodzielnie plutonowy P., który, zdaje się, wyjechał z nim w końcu do Polski. Wyniosłem z wojny tylko dwie pamiątkowe fotografie: Żulika na masce „łazika" i Sosnkowskiego dekorującego mnie w Ankonie. Obie straciłem w jakiejś karczemnej burdzie, piło się wtedy w Rzymie na umór.
Gustaw Herling-Grudziński., Dziennik pisany nocą, t. I, Wydawnictwo Literackie 2011, s. 77-79.

środa, 19 grudnia 2012

Odcinek 546: Gustaw Herling Grudziński, 1972 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

19 grudnia 1972 roku
Isabelle Huppert jako Emma
w filmowej wersji „Pani Bovary”.
W latach belle epoque pewien milioner amerykański w Paryżu, miłośnik literatury, bolał nad tym, że w wielkich powieściach brak realistycznych szczegółów o zachowaniu się seksualnym sławnych heroin. Czemuż to mistrzowie prozy unikają scen łóżkowych? Skąd mamy wiedzieć, jaka była w łóżku Emma Bovary, jakie ukryte wdzięki i zalety posiadała Anna Karenina? Nieustanne medytacje literackie wykrzesały w końcu z milionerskiego mózgu milionerski pomysł. Bóg z nimi, z Flaubertem i Tołstojem, ale można ich przecież uzupełnić, można za hojną opłatą zamówić u paryskich rzemieślników pióra brakujące w obu arcydziełach opisy. Gdyby dochował się do naszych czasów plon oryginalnej imprezy, spadkobiercy milionera zrobiliby na nim ciężkie pieniądze w przemyśle filmowym, a współczesnym realistom powieściowym wyrósłby pawi ogon tradycji (nic to, że farbowany).
W Justine Durrella pisarz Pursewarden powiada do narratora: „Pozwól, że ci zdradzę sekret mojego zawodu powieściopisarskiego. Ja mam powodzenie, ty nie. Odpowiedzią, mój stary, jest seks, i to dużo seksu. Należy wątpić, czy słuszność tej złotej maksymy potrwa jeszcze długo. Powieść, prócz ogólnego kryzysu gatunku, zdaje się przeżywać ostatnie podrygi „werystycznej bebechowatości erotycznej. Sęk nie w tym nawet, że wynalazczość seksualna autorów jest z natury rzeczy ograniczona, zbliża się do wyczerpania, i trzeba dokazywać cudów, by oklepany już repertuar wzbogacić o drobną innowację. Poważniejsze dla autorów jest inne zagrożenie: czytająca publiczność coraz częściej na popisy jurnych opisywaczy reaguje ziewnięciem nudy i jałowego smutku. Miłość odarta z tajemnicy, płaska i jednoznaczna, cokolwiek by nam usiłowali wmówić zaalarmowani teoretycy związku Eros-Thanatos. Znajomy księgarz pokazał mi dziś stosy głośnych powieści „nieobyczajnych, których od jakiegoś czasu nikt nie kupuje. Co je zastąpiło? „Nie uwierzy pan: wznowienie Education sentimentale".
Rzeczywiście, zmartwychwstanie Szkoły serc jest czymś zaskakującym. Właśnie tej powieści, w której dzieje miłości są dziejami erotycznego niespełnienia. Po radykalną odtrutkę sięgają czytelnicy faszerowani płodami „seksrealizmu".
Gustaw Herling-Grudziński., Dziennik pisany nocą, t. I. Wydawnictwo Literackie 2011, s. 215-216.

piątek, 2 listopada 2012

Odcinek 499: Gustaw Herling-Grudziński, 1979 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

2 listopada 1979 roku
Dzień Zaduszny
Cmentarz Poggioreale.
Suchy, ostry wiatr od morza, tramontana. Dmie w szkliste powietrze nad zatoką. Powleka morze ołowianym odcieniem. Nasyca światło słoneczne chłodnym blaskiem. Obrysowuje grubym konturem i nasącza, ciemnym fioletem wulkan, półwysep, wyspę.
Na cmentarz, do Poggioreale: od wczesnego rana cały ruch uliczny zmierza w tym samym kierunku. Kiedy nasz tramwaj zajeżdża na plac przed jedną z bram cmentarnych, oblega ją już duży tłum. Gwarny, pstry, z naręczami kwiatów i torbami wypchanymi jedzeniem, obficie przetkany dziećmi, którym u progu cmentarza kupuje się słodycze, baloniki, plastykowe śmigła na patykach. Dzień Umarłych? Fiesta, wspólne Święto Żywych i Umarłych! Za murem, na pochyłości zbocza, las wieżyczek: kaplice, grobowce rodzinne, zbiorowe groby konfraterni dzielnicowych.
Nie odwiedza się tu tylko własnych, najbliższych umarłych. Żywi krążą alejami o poetycznych nazwach, zaglądają do cudzych grobowców, odczytują napisy na płytach i tabliczkach, głośno wymieniają informacje, cieszą się, jeśli udaje im się napotkać umarłych znajomych lub takich, o których cokolwiek słyszeli. W porze obiadowej wszystkie ławki w alejach są zajęte, wiatr porywa papiery z odwijanych pakunków i znosi je razem z liśćmi, dzieci bawią się między grobami. Z megafonów ukrytych w gałęziach drzew płynie ciurkiem nieokreślona muzyka, ni to żałobna, ni pogodna.
Odkąd zamieszkałem w Neapolu, uderzała mnie ta zażyłość ze śmiercią. Parokrotnie o niej pisałem: o euforycznym czyszczeniu kości na Poggioreale, o całowaniu i pieszczeniu „cudownych czaszek” w katakumbach kościelnych, gdzie w XVII stuleciu grzebano bezimienne ofiary dżumy. W ciągu tylu lat powinienem się był z nią oswoić albo przynajmniej rozumieć ją na tyle, by mnie za każdym razem nie zaskakiwała. Ale nie takie to łatwe. Stosunek neapolitańczyków do śmierci, odarty z Nieznanego, będzie mi zawsze uprzytamniał, jak bardzo jestem w tym mieście obcy; i jak bardzo jest mi ono obce. Układałem na ten temat rozmaite „teorie”, każda po jakimś czasie przestawała mi wystarczać. Zjawisko sięga czegoś tak głęboko wrośniętego, że nie uchwyci go nawet w części żadna rozumowa „interpretacja”. Tutaj poufałość ze śmiercią jest fizyczna i naturalna, jak gdyby Poggioreale było nie cmentarzem, lecz odmienną nieco od innych, „specjalną" dzielnicą Neapolu.
Gustaw Herling-Grudziński., Dziennik pisany nocą, t. I. Wydawnictwo Literackie 2011, s. 594-595.

piątek, 14 września 2012

Odcinek 450: Gustaw Herling-Grudziński, 1972 rok

Z dziennika Gustawa Herlinga-Grudzińskiego

Neapol, 14 września 1972 roku 
Gustaw Herling-Grudziński.
Zasypiałem już w pustym mieszkaniu, okna zostawiłem otwarte. Wytrącił mnie z drzemki natarczywy chrobot. Na parapecie dwa ogromne szczury badały wejście do pokoju, trzeci — mniej wyraźny w świetle księżyca — przycupnął na murze z przeciwka. Wystarczyła nasza dłuższa nieobecność, by „podziemny Neapol” przypomniał o swoim istnieniu. W mieście spotyka się szczury jesienią, w dnie ulewne, gdy na promenadzie nadmorskiej wygrzebują się spomiędzy głazów wzdłuż brzegu i przez ulicę przeskakują do Villa Comunale, ogrodu miejskiego. Jak wtedy nie myśleć o początku powieści Camusa?
Statystyki miejskie, nie wiem jakim sposobem robione, szacują zaszczurzenie „podziemnego Neapolu” na siedem do ośmiu milionów sztuk. Miasto rosło niepowstrzymanie z budulca czerpanego na miejscu. Mieszkamy na gigantycznej gąbce, pełnej ukrytych wykopów, grot, lochów, wyrąbanych w kamieniu chodników, zapadni. Nie posiadamy ich mapy topograficznej, pamiętamy jedynie, że topo znaczy po włosku „szczur". Dokładnie naniesione na mapę są natomiast ścieki kanalizacyjne, wyborne (zdaniem znawców) dzieło Burbonów. Prócz właściwego celu służą masowym szczurzym dyslokacjom i ludzkiej kontrabandzie z portu do śródmieścia. Od czasu do czasu rozlegają się tam chyba strzały konkurencyjnych band przemytniczych, a dudnienie ich echa miesza się z piskiem uciekających szczurów. Od czasu do czasu, po przewlekłych deszczach, pęka ulica w górnych kondygnacjach naszego pięknego panoramicznego miasta i pochłania przechodnia lub automobilistę. Poszukiwania zwłok są zazwyczaj bezowocne. Nad całością niewidzialnego spektaklu czuwa, albo i nie czuwa, Wulkan. To jest miasto, które turyści oglądają na widokówkach z podpisem: „Zobaczyć Neapol i umrzeć”.
Gustaw Herling-Grudziński., Dziennik pisany nocą, t. I. Wydawnictwo Literackie 2011, s. 186-187.