Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hartwig Julia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hartwig Julia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 sierpnia 2014

Odcinek 1141: Julia Hartwig, 2013 rok

Z dziennika Julii Hartwig

Konstancin, 15 sierpnia 2013 roku
Sławomir Mrożek.
Wiadomość o śmierci Mrożka. Umarł w Nicei, gdzie spędził ostatnie lata po wyjeździe z Krakowa, który był jednym z często zmienianych miejsc pobytu w różnych stronach świata, w Paryżu, Chiavari, Meksyku. Jego nazwisko znane jest każdemu inteligentowi w Polsce, wielu innym też musiało obić się o uszy, nawet jeśli nie potrafią tego nazwiska z niczym skojarzyć. Jego nazwisko weszło do naszego codziennego języka, używamy go nieraz, by skomentować sytuacje paradoksalne, absurdalne, trudne do wyjaśnienia. Mówimy wtedy: „Jak z Mrożka...” lub tylko: „Mrożek”, i nie wymaga to już komentarzy. Dziś, kiedy o nim piszę, a Mrożka już nie ma, widzę z całą jasnością to, czego przedtem może bym tak nie sformułowała: jak głęboko Mrożkowskie widzenie świata, a więc i jego utwory, zadomowiły się w naszej codzienności, jak ten pisarz okazał się skuteczny w tym, co chciał nam przekazać. Nie są to prawdy wielkie, ale jest w jego pismach coś bardzo współczesnego, co ukazuje, jak łatwo podważyć panujące schematy myślenia, obraz wydarzeń i charakterów, jak łatwo można obedrzeć je z podejrzanej godności i powiedzieć: śmiejmy się.
Czy znaczy to, że Mrożek jest tak świetnym znawcą świata i ludzi? Niekoniecznie. Ale zrozumiał, że schemat naszego patrzenia na świat wystarczy podać w wątpliwość, a rozkruszy się i albo trzeba będzie nad nim płakać, albo ukaże swoją śmieszność, czasem wcale nieśmieszną, ale wręcz zawstydzającą. Bo tak naprawdę to Mrożek ma działanie okrutne, bo okrutna jest każda próba pozbawienia ludzi iluzji; do tego jednak, chcąc nie chcąc, zmierzamy.
Sławomir Mrożek.
Na wieść o śmierci Mrożka obiegły mnie wspomnienia naszych spotkań. Było ich kilka, w różnych okolicznościach. Zacznę od wspólnego wyjazdu na wieczory autorskie do Niemiec, kiedy spędziliśmy trzy dni razem i byliśmy niejako skazani na częste ze sobą obcowanie. Przed pierwszym spotkaniem odczuwałam lekki niepokój, bo opinia o Mrożku była taka, że jest trudny i niechętnie nawiązuje stosunki. O tym właśnie myślałam, czekając na niego już po przejściu przez kontrolę celną. Mieliśmy lecieć razem do Kolonii. Przyszedł niemal w ostatniej chwili, tuż przed wywołaniem pasażerów do samolotu. Tego samego ranka przyjechał z Krakowa. I wcale nie był ponury, jak mnie uprzedzano. Zdążył jeszcze usiąść na chwilę przed wezwaniem na pokład, pochwalił mój kostium i zapytał, kto mi go szył. Powiedziałam, że znajomy krawiec teatralny. Zabawne, ale zdaje mi się, że był to pierwszy krok do wspólnego porozumienia. Wiedziałam, że Mrożek bardzo dba o utrzymanie własnego stylu i przywiązuje do tego pewną wagę. Wystarczyło zresztą widzieć go kilkakrotnie, by zauważyć, że ubrany jest zawsze na swój sposób. Powiedział mi, że sam na przykład szyje sobie spodnie, bo lubi bardzo wąskie, a krawcy kroją je staromodnie. Ta pierwsza rozmowa, właściwie bardzo mrożkowska przez swój nieoczekiwany obrót, była doskonałą próbą nawiązania stosunków. Zrozumiałam, że mnie akceptuje, i przestałam się niepokoić o ciąg dalszy. Wracając do „noszenia się” Mrożka, trzeba jeszcze przypomnieć, że nosił rodzaj bardzo szczególnego małego kapelusika, którego nie zdejmował, prowadząc auto. Na niektórych zdjęciach ma kapelusz szeryfa, z dużym rondem zasłaniającym pół twarzy. Nosił też szczególne, półwojskowe kurtki, które miały wygląd spartański, ale przypuszczam, że były wyszukane.
Nasz pobyt w Kolonii był dość szczególny, całe dnie mieliśmy wolne, nasza niemiecka hostessa zabierała nas na obiady i kolacje, wieczorem odbywały się spotkania autorskie, resztę dnia spędzaliśmy jak wypadło. Raz poszliśmy do miejscowego muzeum, gdzie znaleźliśmy jakieś napoleońskie pamiątki, kiedy indziej przysiedliśmy na ławce nad brzegiem Renu, tak romantycznego i otoczonego tak gęstą literacką sławą, że bez trudu można było sobie wyobrazić po drugiej stronie rzeki nadreńską syrenę przeglądającą się w wodzie. Po tym spacerze napisałam wiersz. Ale nie był to wiersz o Renie, ale o starym naziście wspominającym nad Renem swoje pełne zasług życie. Taki właśnie wydał mi się starszy pan starannie ubrany i dobrze wykarmiony, który ulokował się w naszym pobliżu.
Sławomir Mrożek.
Zaproszenie mnie razem z Mrożkiem na wieczory autorskie było absurdem i wiedzieliśmy o tym oboje, ale nasze obcowanie na co dzień nie tylko nie było kłopotliwe, ale przyniosło wiele przyjemnych chwil. Mrożek od razu zorientował się, że uszanuję jego osobność, i jakby na przekór temu proponował spędzenie czasu razem. Tak więc i Kolonia zostawiła mi jak najlepsze wspomnienia, zwłaszcza kiedy wspominam odpoczynek przy kawie, z widokiem na słynną katedrę.
Ostatnie spotkanie z Mrożkiem było krótkie, ale bardzo dla mnie wzruszające. Nie pamiętam, ani jaki to był teatr, ani jaką sztukę Mrożka prezentowano, ale mam dotąd w oczach jego obraz przyjmującego gratulacje od tłoczących się wokół ludzi. Obserwowałam to od stolika, przy którym siedziałam w towarzystwie kilku osób, z których zapamiętałam Krystynę i Andrzeja Wajdów.
Kiedy po kilkunastu minutach obejrzałam się, zobaczyłam Mrożka siedzącego na ławce, na której zostało kilka ofiarowanych mu bukiecików i trochę zmiętych papierów, być może z rozwiniętych prezentów. Mrożek był sam, a to dla niego, jak się zdaje, sytuacja, w której czuł się najlepiej. Ale mnie widok Mrożka, tak nagle opuszczonego, wydał się żałosny. Taki los — pomyślałam — adorowany, a zaraz potem opuszczony. Nie było to z pewnością sposobem myślenia Mrożka. A ponieważ ja sama nie zdążyłam mu jeszcze złożyć gratulacji, odeszłam od stolika, żeby to zrobić. Nie pożałowałam tego. Ucieszył się i objął mnie serdecznie, co jak na Mrożka było czymś niecodziennym.
Rys. Sławomir Mrożek.
Julia Hartwig, Z dziennikaZeszyty Literackie  2013 nr 3, s. 59-61.