Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guitton Jean. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Guitton Jean. Pokaż wszystkie posty

środa, 14 sierpnia 2013

Odcinek 775: Jean Guitton, 1958 rok

Z dziennika Jeana Guittona 

14 sierpnia 1958 roku
Maska pośmiertna Napoleona.
Na wyspie Św. Heleny trudno o gips. Nałożono go dopiero 7 maja wieczorem, w nienadzwyczajnym gatunku, i w czterdzieści sześć godzin po zgonie.
Zawsze mnie zdumiewała ta maska, tak niepodobna do charakterystycznej twarzy Napoleona. Nie mogłem dojrzeć ani szerokiego czoła, ani wydatnej brody, ani władczego wyrazu, raczej pewną łagodność i zadumę. Badania, które prowadzi baron de Veauce, rzucają trochę światła na tę nie wyjaśnioną sprawę, istną powieść kryminalną, zresztą nie doprowadzoną do końca.
Sporządzenie gipsowego odlewu było kwestią delikatną. Odegrał tu pewną rolę element zazdrości. Pracowali nad nią wspólnie lekarz angielski i lekarz z Korsyki. Odlew stłukł się czy też pękł na dwie połowy. Najważniejszą część, obejmującą łuki brwiowe, nos i usta, wywieziono do Włoch. Części „boczne" (to jest tył czaszki i niewątpliwie brodę) przywiózł do Anglii dr Burton i nie odnaleziono ich do tej pory. Doktor Antommarchi uzupełnił to, czego brakowało środkowemu fragmentowi; dopasował i razem odlał. Czoło i dolne partie twarzy zostały zatem nie odlane, a wymodelowane. Tak przynajmniej utrzymuje p. de Veauce.
Ale czym jest ludzka twarz? Jak zmienia ją już oświetlenie czy nastrój człowieka! Mężczyzna skupiony i jakby nieobecny, kobieta, która wie, że na nią patrzą, ukazują wciąż nowe twarze. Jakie przelotne blaski w oczach; toteż najłatwiej chyba uzyskać prawdę twarzy uwzględniając wyłącznie jej rzeźbę, wyłącznie kontur.
Ale tylko w wypadku postaci wybitnych kusimy się o sporządzenie maski. Samotnicy z Port-Royal byli krytyczni w stosunku do tego upodobania, jakie człowiek znajduje w swojej twarzy. Nie chcieli się portretować. Godzili się na jedno: pośmiertny odlew. Dzięki temu posiadamy maskę Pascala, na której podstawie powstały jego portrety i rysunki. Oglądając zbiory masek zaobserwowałem, że na ogół biorąc są piękne, niezależnie od tego, jaka była twarz żyjącego. A dlatego, że to, co w twarzy brzydkie, banalne, przeciętne, wynika z jej napięcia czy skurczu. Kiedy rysy twarzy są spowite spokojem, wargi na przykład odzyskują właściwy sobie układ, gdyż to słowa, padające z nich, żłobiły wokół nich zmarszczki. Zamknięte oczy wpatrują się w niewidzialne widoki. Wszystko nasyca się dostojeństwem. Wyzwolona od aktów woli głowa staje się nareszcie tym, czym powinna być zawsze: zatopionym w ciszy znakiem pokoju.
Portret Napoleona, mal. Jacques-Louis David..
Widziani przez obiektyw wielcy tego świata albo wydają się sztywni, albo uśmiechają się w sposób wymuszony, co moim zdaniem nadaje im coś wulgarnego. Maska nie kłamie.
W 1951 roku p. de Veauce zdobył pośmiertną maskę Napoleona, należącą uprzednio do lorda Burgersha. Jako wierniejsza od maski Antommarchiego była ona, jak się zdaje, modelem dla wszystkich innych masek Cesarza. Pan de Veauce twierdzi, że została wykonana w laboratorium, ponieważ jeszcze teraz widoczne są łączenia poszczególnych części. Mniejsza z tym! Robi wrażenie dziwne i niezwykłe. Artyści, malując czy rysując Napoleona, musieli poddawać się władzy mitu. Musieli myśleć o brwiach Jowisza, szyi Trajana lub Tytusa, prostym nosie Apolla. Musieli także uwypuklać czoło, aby — zgodnie z wyobrażeniami frenologów — dać wrażenie geniuszu.
Długo wpatruję się w maskę, stanowiącą własność lorda Burgersha. Czoło raczej normalne. Broda niezbyt wydatna. Wszystko to pasowałoby raczej do Bonapartego z brzuszkiem. Szczęki nie są zaciśnięte, wydaje się, że za chwilę zacznie mówić. Górna warga lekko uniesiona z lewej strony. Łuki brwiowe, bynajmniej nie przedłużające linii nosa, o regularnym łuku. Nos jest nosem toskańskim, lekko garbatym: nie jest to wzgórze, z którego wzleciała Minerwa. Twarz ma charakter raczej florencki. Cudowne są usta — czytałem u Stendhala, że miały czarujący wykrój. Maska mówi o inteligencji z właściwą jej przymieszką goryczy. Opadł z niej gniew.
Podobnie jak Pascal, Napoleon jawi się nam bardziej żywy dzięki tej masce niż za sprawą innych podobizn. Nałożony na zgasłą twarz gips daje głębszą prawdę, nie ulegając deformacjom mody i mitu. Budowa twarzy to coś więcej niż twarz oglądana.
Jean Guitton, Dziennik 1952-1964, tłum. Aleksandra Olędzka-Frybesowa, Pax 1984, s. 267-269.

poniedziałek, 1 lipca 2013

Odcinek 731: Jean Guitton, 1953 rok

Z dziennika Jeana Guittona 

1 lipca 1953 roku
Paryż, 1953 rok.
Ta barwa letniego Paryża, blada czerń, a nie szarość, tak różna od światła Rzymu, które jest koloru niemal czerwonej ochry i gdzie słońce wydaje się stężone w kamieniu, jak gdyby dzięki jakiejś biologicznej własności przyswajania murów, wchłaniających tu w ciągu wieków, od czasów Numy Pompiliusza, promieniowanie złota.
W Paryżu owe nieliczne rzymskie kopuły, takie jak kościół Karmelitów, Sorbona, gmach Inwalidów, zdają się uwięzione, przyniesione z zewnątrz i wystawione na pokaz, żałosne; a może to jeszcze, że w Paryżu budynki są jakby postawione na ziemi, a nie wyrastające wprost z ziemi, tak jak w Rzymie, gdy wydają się pierwotną pogańską roślinnością. Paryż to miasto pozbawione owej pogańskiej prehistorii, która Rzymowi daje jakieś drugie dno, jakąś głębię.
Paryż, 1953 rok.
Dlaczego zatem tak lekko mimo to oddycha się w Paryżu i co sprawia, że Rzym szybko mi ciąży, a także Londyn czy Amsterdam? Trudno odpowiedzieć na to, nie sięgając do literatury. Każde takie pytanie dotyczące Francji jest bardzo tajemnicze, bardzo delikatne.
Nie ma w Paryżu niczego w nadmiarze. Dzieła rąk ludzkich, choćby najbardziej godne podziwu, nie przyciągają nadmiernie uwagi. Także krajobraz: ani ujście rzeki, ani port, ani góry. Łagodny łuk Sekwany, wyspa Cite są jak uśmiechy spokojnej twarzy. Wiadomo, że są. Nikt już na nie nie patrzy. Musimy wciąż kierować uwagę ku nam samym, i to w tej szczególnej aurze, jakby stworzonej po to, aby pogłębiać czary wiosny i jesieni — zwłaszcza jesieni, która jest według mnie prawdziwą wiosną Paryża.
Jean Guitton, Dziennik 1952-1964, tłum. Aleksandra Olędzka-Frybesowa, Pax 1984, s.70-71.

wtorek, 26 czerwca 2012

Odcinek 370: Jean Guitton, 1957 rok

Z dziennika Jeana Guittona 

26 czerwca 1957 roku
Jean Guitton w czasie wywiadu.
Pewien inspektor oświaty powiadał, że — jeśli to tylko możliwe — należałoby wprowadzić egzaminy ustne przed pisemnymi. Egzaminy ustne pozwoliłyby eliminować niezdolnych w sposób sprawiedliwszy niż pisemne, które są anonimowym kontaktem z istotą pozbawioną twarzy. Jak można osądzić człowieka na podstawie znaków pisarskich, nie nawiązując z nim dialogu? Na egzaminie pisemnym można przepisać; ustny wyda prawdę; człowiek jest wtedy z konieczności sam. Ustny zakłada obecność człowieka, który śledzi przebieg egzaminu... W ten sposób po egzaminach ustnych zatrzymałoby się najlepszych kandydatów i tych poddałoby się egzaminowi pisemnemu. Wspomniany inspektor dotknął ogromnego i bardzo dawnego już problemu. Zajmował on Platona, który w stosunku do znaków pisma, wyzbytych pamięci i nie dających się komentować, okazywał nieufność. Platon nie potrafił się obyć bez dialogu. Rozumiem go doskonale. Zawsze lubiłem być egzaminatorem na egzaminach ustnych, zostać nagle twarzą w twarz z jedną, niepowtarzalną osobą, często zbyt milczącą w konfrontacji z pytaniami — a tak trudno je zadawać w sposób, który by nie onieśmielał albo nie zawierał już w sobie odpowiedzi; z osobą młodą, trochę nieśmiałą, której zaufanie trudno zdobyć i którą trudno sprawiedliwie ocenić; albowiem pytanie, czy to usłyszane, czy wyciągnięte jak numer na loterii, jest przypadkowe. I kto wie, czy nie trafia właśnie w jakąś sferę ignorancji, której istnienie jest nieuniknione.
Ja nie staram się stwierdzić, czego kandydat nie wie, co muszą stwierdzić moi koledzy w zakresie nauk ścisłych. Próbuję zorientować się, jak głęboko sięga u tego przedstawiciela gatunku ludzkiego świadomość, co naprawdę wie. Najchętniej zostawiłbym mu wybór pytania, aby go przypadkiem nie zaskoczyć. Trzeba go zatem rozgryźć do głębi poprzez coraz to dokładniejsze pytania, żeby stwierdzić, czy mówi tylko to, co zna powierzchownie, nauczywszy się na pamięć, czy jest inteligentny, czy przejawia już swoją młodą osobowość, czy się zastanawia, czy unika pułapek, czy umie już panować nad sobą. Egzamin ustny przypomina życie ludzkie: stajemy oko w oko z losem, który przybiera postać zagadkowego egzaminatora, oszczędnego w słowa, surowego, ironicznego i pełnego współczucia; a choć wszystko zdawałoby się przemawiać przeciwko temu, okazuje się, że koniec końców ów człowiek poddając nas ciężkim próbom pragnie naszego rozwoju i ocalenia.
Dialog w trakcie ustnego egzaminu jest istotnie niezastąpiony. Człowiekowi dojrzałemu pozwala na przelotny kontakt z jednostką, wstępującą w życie, nosicielką przyszłości, która jutro będzie sądzić swoich dzisiejszych sędziów, tak jak i myśmy to robili.
Ale czasem powiadam sobie, że ustny egzamin rodzi także złudzenia. Pozorne wartości zyskują przewagę nad wartościami głębszymi: łatwość wysłowienia nie przynosząca istotnych treści, sztuka uchylania się od odpowiedzi, wdzięk młodej twarzy, a u dziewcząt — nawet sztuka budzenia litości. Wszystko to przydaje się w życiu i wiąże się ze sztuką uwodzenia, ale uniwersytecki egzamin nie tych umiejętności dotyczy. I przeciwnie — prawdziwa znajomość przedmiotu, ale powolność czy nieśmiałość, zaskoczenie, lęk przed porażką, skrępowanie odczuwane w obecności nowego profesora, który pyta w odmienny sposób — wszystko to może młodego geniusza zmusić do milczenia. I najlepsi mogą odpaść właśnie na egzaminie ustnym.
Ustny egzamin nie pozwala przekonać się, czy pytany zna ortografię, czy stawia znaki przestankowe, co jest jeszcze ważniejsze, ponieważ dowodzi umiejętności myślenia. Czy posiada poczucie ładu, kompozycji, toku myślowego. Czy jego dokładność sięga najmniejszego ułamka i odcienia znaczeniowego. Czy potrafi on znieść cztery godziny milczenia.
Egzamin pisemny, który oszczędza nam sądów powodowanych sympatią, ich pochopności, daje większe możliwości osądu sprawiedliwego. Toteż wziąwszy wszystko pod uwagę, powiedziałbym, że dobrze jest zaczynać od pisemnego, ponieważ zawsze trzeba zaczynać od oddania sprawiedliwości.
Egzaminy w University of Adelaide, 18 listopada 1957 roku.

Jean Guitton, Dziennik 1952-1964, tłum. Aleksandra Olędzka-Frybesowa, Pax 1984, s. 250-252.