Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grynberg Henryk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Grynberg Henryk. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 23 lutego 2015

Odcinek 2013: Henryk Grynberg, 1992 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

Kraków, 23 lutego 1992 roku
Pan Jan zawiózł mnie do Stanisława Lema. Solidne, nowe osiedle za miastem,
Okładka wydania z 1951 roku.
oczywiście dewizowe (Lem jest najbogatszym polskim pisarzem w dziejach), ale nie widać chodników i błoto po kostki. Lem wyglądał dokładnie tak, jak swego czasu wyobrażaliśmy sobie człowieka przyszłości: duża łysa mózgoczaszka i nic więcej. W szkole pasjonowaliśmy się jego Astronautami, które łódzki „Głos Robotniczy” drukował w odcinkach, i miałem parę pytań z astrofizvki, bo jeśli ludzkość ma jakąś przyszłość, to tylko w kosmosie, ale Lem, w przeciwieństwie do tamtych krakusów przy obiedzie, bez przerwy mówił i nie dopuszczał mnie do głosu, jakby się bał, że powiem (palnę) coś żydowskiego lub zadam jakieś niedyskretne pytanie, zwłaszcza że dwie starsze panie, które podawały herbatę, wyglądały na święte katoliczki. Nie miałem mu tego za złe, bo nawet Żydzi mało znaczą wobec wieczności i nieskończoności. Ani tego, że podróże międzyplanetarne jego Astronautów drukowane w 1951 roku zaczynały się „po upadku ostatniego państwa kapitalistycznego”, bo nawet geniusz musi być czasem pragmatykiem, a poza tym był to bezpretensjonalny i porządny facet. Polański, u którego rozmowa też była monologiem, gestykulował, chodził, biegał, skakał, a Lem siedział nieruchomo, jakby nie miał rąk ani nóg, tylko mówiącą głowę.
 

Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 408–409.

niedziela, 30 listopada 2014

Odcinek 1199: Henryk Grynberg, 1982 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

Florencja, 30 listopada 1982 roku
Po konferencji w Bellagio postanowiłem skoczyć do Florencji, której nigdy przedtem nie widziałem. [...] 
Przyjechałem, biorę taksówkę i jadę coraz ciaśniejszymi uliczkami, mijając co
Trattoria Vittoria we Florencji (źródło).
jakiś czas glazurowane na niebiesko nisze, w których mężczyźni przystawali siusiać – skromnie, twarzą do ściany – stara cywilizacja o wszystkim pomyślała. W końcu ulica się stała tak wąska, że taksówka się nie mieściła i musiałem dalej iść pieszo. Skręcam za róg, gdzie miał być Continental, i rzeczywiście jest, ale obudowany rusztowaniami i zabity deskami – remont. Najbliższy hotel znajdował się przy Ponte Vecchio, też w dobrym punkcie i niedrogi, ale zostałem sam na sam z całą Florencją. Spytałem recepcjonistę o jakąś rybną restaurację. Polecił Vittorię. Bezpretensjonalna, w marynarskim stylu. Postawili przede mną michę z rozmaitym robactwem w muszlach i muszelkach, człowiek je i je i nic w misce nie ubywa. Miejscowe białe wino też całkiem dobre, półtora dolara butelka, nie podaje się na kieliszki, bo po co. Zasadnicze danie? Kelner prowadzi mnie na zaplecze, pokazuje jakieś cielska morskie rozpołowione na ogromnym stole – do wyboru. Wybrałem sam nie wiem co i okazało się smaczne, ale jestem coraz bardziej samotny, więc pytam kelnera o jakiś nocny klub. – A jaki klub ma pan na myśli, signore, taki czy taki? – Trochę taki i trochę taki – mówię. – Jest tu niedaleko nad rzeką River Club.
 
Idę wzdłuż rzeki i ponurego, starego muru, widzę żelazną bramę z furtką i wykuty napis „River Club”. Pukam, otwiera się okienko, ktoś mnie ogląda i furtka się uchyla. Idę przez ciemny ogród z dyskretnymi lampionami. Bar jest przestrzenny z parkietem. Na wysokich stołkach młode kobiety z rozpuszczonym włosem. Siedzą twarzą do baru, ale od razu wiem, przy której usiądę – jak w nostalgicznej piosence: „co ci przypomina, co ci przypomina widok znajomy ten”, którą śpiewało nasze ludowe wojsko, idąc z ziemi radzieckiej do polskiej. I wcale się nie pomyliłem. – Skąd pani? – pytam. – O, z dalekiego kraju, bardzo biednego, nigdy pan nie zgadnie. – Ze wschodu czy zachodu? – Z północy. – Iceland? – Nie. – Ireland? – Nie. – Finland? – Nie. – No to się poddaję. – Poland. – Nigdy bym nie zgadł, a jak się pani tu znalazła? – Studiowałam architekturę i byłam na praktyce w Grecji, gdy w Polsce nastał stan wojenny. Nie mogłam się w Grecji utrzymać i polscy przyjaciele, którzy w tym lokalu występują, postarali mi się o pracę. 
Pyta, czy mogę zamówić dla niej drinka? Barman nalewa dla mnie scotcha, a dla niej coś różowego, jedenaście dolarów za każdy drink. Teraz ona mnie pyta, skąd jestem. Z Filadelfii. Co robię? Jestem biznesmenem. Idziemy tańczyć disco. Światła tak migają, że nie widzi się, z kim się tańczy, i hałas, więc się nie rozmawia. I w ogóle się nie tańczy, tylko podryguje, i tylko na odległość. Wracamy do baru, ona przeprasza i idzie do swoich przyjaciół po papierosa – ja już od dawna nie palę. Wraca i mówi, że jej polscy przyjaciele twierdzą, że wyglądam jak Polak. Dziękuję za komplement. Pyta, czy mogę zamówić jej jeszcze jednego drinka, i wyjaśnia, że to należy do jej obowiązków. Znów dla mnie scotch, a dla niej kolorowa woda za jeszcze 22 dolary. Kulminacyjnym punktem programu jest duet taneczny jej przyjaciół. W bardzo skąpym stroju, pięknie zbudowani tańczyli erotycznie, nawet ryzykownie, ale nie pornograficznie. – Z warszawskiej opery – wyjaśniła z dumą i dodała, że znów czas na drinka. – To ja wolę dać te pieniądze tobie – odpowiedziałem. Nie wiedziałem, czy wolno „uwodzić” fordanserkę w takim lokalu i jak to się właściwie robi, ale nie chciało mi się tu siedzieć do drugiej czy trzeciej nad ranem i co godzinę płacić 22 dolary, zwłaszcza że musiałem wcześnie wstać, żeby zobaczyć cały florencki renesans (z nagim, nieobrzezanym Dawidem niczym Apollo). Dałem jej na wszelki wypadek wizytówkę hotelu z numerem mojego pokoju. Nie zadzwoniła. Pewno przyjaciele jej odradzili.


Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 273–275.

sobota, 9 sierpnia 2014

Odcinek 1135: Henryk Grynberg, 2007 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

Warszawa, 9 sierpnia 2007 roku
Wracałem z Mokotowa do Śródmieścia i nie mogłem złapać taksówki, a żaden tramwaj nie nadjeżdżał, w końcu wsiadłem w pierwszy lepszy autobus, nie wiedząc, gdzie zajadę. Wtem skręcamy w aleję Szucha. Dobrze, bo tu gdzieś stoi pomnik, którego jeszcze nie widziałem. Widzę jakieś zbiegowisko, więc wysiadam, żeby zobaczyć, a to właśnie ów pomnik. Przy pomniku wojskowa warta honorowa, trębacz i werbel, delegacje z wieńcami. W pierwszej delegacji prałat, sutanna z szerokim amarantowym pasem, ostrzyżony po wojskowemu na jeża, opalony, a może to telewizyjny makijaż, obskakują go kamerzyści i fotoreporterzy. Publiczności niewiele, kilkadziesiąt osób. Ktoś pyta, co z ministrem? Jest minister, nadchodzi, z daleka widać, bo bardzo wysoki, więc kamerzyści i fotoreporterzy do niego. – Narodowcy spierdalać! – woła chłopak z przeciwnej strony ulicy, ale nikt nie reaguje, pewno przyzwyczajeni. Minister przemawia na cześć postaci na cokole, którą, jak okazuje się, nie odeszła w przeszłość. Minister robi aluzje do bieżących spraw i wydarzeń, dając do zrozumienia, że ideały idola na cokole żyją, że walka ciężka jest, ale trwa i będzie się ją dalej prowadzić. Jestem w czapce bejsbolowej mało do siebie podobny i pod parasolką, bo zaczęło trochę padać, ale minister zerka w moją stronę i wyraźnie się powstrzymuje, żeby nie powiedzieć wszystkiego. Niczym dobry pisarz, nie dopowiada, zostawiając to co najważniejsze w domyśle. Obiektywy fotoaparatów i kamer przesuwają się na słuchaczy, więc jeśli ktoś poszpera w archiwach, to znajdzie wśród zasłuchanych narodowców moją twarz podglądacza. Zatrąbiła trąbka, zawarczał werbel, delegacje, a w pierwszej ksiądz prałat, nabożnie składają wieńce posągowi. Nie miałem pojęcia, z jakiej to okazji, więc gdy się nabożeństwo skończyło, podszedłem bliżej i widzę na cokole datę 9 sierpnia, a więc urodziny, ale nie jakaś okrągła rocznica, bo 1864 r. Kto jeszcze w Polsce ma takie rokroczne urodziny po śmierci? Czyjeż to za grobem zwycięstwo?
Pomnik Romana Dmowskiego w Warszawie (źródło).
Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 669–670.

piątek, 4 października 2013

Odcinek 826: Henryk Grynberg, 1998 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

Warszawa, 4 października 1998 roku
Jestem gościem Nike w warszawskim Holiday Inn – amerykańskim hotelu, gdzie na śniadanie są wyśmienite polskie naleśniki z serem, jakie jadłem tylko u mamy. Samochód „Gazety Wyborczej”, która jest współsponsorem Nagrody, miał przyjechać o 16.15, ale przyjechał pół godziny wcześniej, gdy byłem pod prysznicem. Ubrałem się pospiesznie, zjeżdżam, ale nikt na mnie nie czeka. Wychodzę na podjazd, też nikogo, tylko taksówki hotelowe. W końcu dostrzegłem samochodzik o jakieś 50 metrów dalej. Podchodzę, siedzi kierowca oraz pani w płaszczu łososiowego koloru i takimże kapeluszu z wielkim rondem, spod którego jej nie widać. Pytam, czy czekają na mnie? Suche „tak”, bez powitania, niezadowoleni, że musieli czekać. Pytam, czy nikt inny z finalistów z nami nie jedzie? Nie. Jedziemy w milczeniu. [...] Zajeżdżamy do Łazienek pod teatr zwany Pomarańczarnią. Łososiowa dama i ja wysiadamy. Pełno kabli na ziemi, trzeba uważać, żeby się nie potknąć. Dama bez słowa oddala się i znika w drzwiach. Pytam ludzi, gdzie mam się udać, ale nikt nie wie. Zawołali jakąś młodą kobietę, prowadzi mnie na zaplecze do pokoiku, który wygląda jak garderoba. Siedzę w płaszczu, bo to teatr letni, bez ogrzewania, zimno jak w psiarni. Mija pół godziny i wchodzi Jerzy Pilch w granatowym blezerze bez płaszcza. [...] Jeszcze pół godziny i przyprowadzają Zygmunta Kubiaka z małżonką, a wkrótce potem Irenę Jurgielewiczową, bardzo starszą panią, która napisała wspomnienia pod doskonałym tytułem Byłam, byliśmy. Kubiak od razu zaczął coś mi opowiadać, nie bardzo rozumiem co, ale
słucham. Jeszcze kwadrans i wchodzi Miłosz z uroczą Carol. Chcę z nimi porozmawiać, ale Kubiak nie przestaje opowiadać. Wreszcie mówię mu, że muszę porozmawiać z moimi amerykańskimi krajanami, i przysiadam się do Miłosza. On ma jednak więcej wspólnego tematu z Jurgielewiczową, bo się znają jeszcze z Wilna, więc rozmawiam z Carol. [...] Jeszcze pół godzinki i wpada Michał Cichy, sekretarz jury, z prośbą o cierpliwość, bo narada się przedłużyła. Carol i ja wciąż dyskutujemy, Miłosz i Jurgielewiczowa wciąż mają zapas wspomnień, Kubiak coś nieustannie opowiada Pilchowi, który marznie w marynareczce, ale nie daje po sobie poznać. Znowu wpada Cichy, żeby jeszcze trochę cierpliwości. Wszyscy się domyślamy, że tam Błoński leży Rejtanem i nie pozwala nie dać nagrody Miłoszowi. Ktoś przynosi Miłoszowi pled, ale on po dżentelmeńsku ofiarowuje go Jurgielewiczowej. Ja wciąż gorąco dyskutuję z Carol, Miłosz i Jurgielewiczowa wciąż ciepło wspominają Wilno, Kubiak wciąż coś opowiada Pilchowi, a Pilch, najmłodszy, marznie i udaje zucha.

Wreszcie około ósmej nad Teatrem Stanisławowskim pojawił się biały dym:
habemus laureatem! – ale nie mówią, kto to. Kubiak i Carol bardzo to przeżywają, ja nie, bo wiem, że nie ja. Megafon wywołuje nas na scenę. Pojedynczo i w kolejności alfabetycznej, więc najpierw ja. Na scenie piękna dziewczyna z rozpuszczonym długim włosem i sukni do samej ziemi wręcza mi statuetkę i bukiecik. Całuję ją po amerykańsku w policzek i wznoszę statuetkę nad głową jak trofeum, a widownia w śmiech. Siedzimy w pierwszym rzędzie niczym na ławie oskarżonych. Oprócz Kubiaka szansę powinien mieć Herling-Grudziński, który nie przyleciał z Neapolu, bo zdrowie mu nie pozwala i wie, że nie on dostanie. Kamery jeżdżą nam po twarzach, więc się uśmiecham, ale inni nie. Pokazują na ekranie kandydujące książki i autorów z nagranymi wypowiedziami – moją w tej najbardziej nieudanej wersji – i w końcu ów werdykt po długich i ciężkich zmaganiach: Piesek przydrożny Miłosza. Kubiak wstał i wyszedł, myślałem, że siusiać, ale już nie wrócił. Lucky doggy – powiedziałem do Miłosza (amerykańskie powiedzonko „lucky dog” jest łagodniejszym odpowiednikiem polskiego „głupi ma szczęście”). Albowiem eseje Kubiaka o kulturze Greków i Rzymian są naprawdę dziełem, a opowiadania Herlinga-Grudzińskiego znakomitą prozą, natomiast Piesek przydrożny to skrawki, odpadki, to, czego autorowi nie udało się nigdzie wkomponować, a nie żaden „nowy gatunek prozy”, jak sam sobie wmawiał. Wielkim mistrzem poezji jest, ale niekoniecznie prozy (Zdobycia władzy nie mogłem czytać mimo najlepszych chęci). [...]
Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 529–532.


piątek, 2 sierpnia 2013

Odcinek 763: Henryk Grynberg, 2008 rok


Z pamiętnika Henryka Grynberga

McLean, 2 sierpnia 2008 roku
Kobiety amerykańskie coraz bardziej mężnieją, nawet stopy im rosną w zastraszający sposób, a mężczyźni wychodzą z mody. Zamiast chairmanów, spokesmanów, są teraz chairpersons, spokespersons. Może być chairwoman i spokeswoman, aby nie chairman czy spokesman, bo słowo „man” jest źle widziane, niemal nieprzyzwoite. Nie ma już męskich klubów ani żadnych takich miejsc, gdzie nie wpuszcza się kobiet. Już żądają wstępu do męskich ubikacji, bo do damskich za długo się czeka. Reporterka sportowa zrobiła awanturę, że nie wpuszczono jej do szatni męskiej drużyny (ciekawe, co by było, gdyby reporter pchał się do damskiej szatni?). Nie ma już męskich sportów i trzeba przyznać, że panienki grają w nogę z większym wdziękiem niż faceci, ale niedobrze mi się robi, gdy patrzę na damski boks. W reklamach telewizyjnych mężczyźni są głupi, a kobiety mądre. Pouczają i wyśmiewają mężów, narzeczonych, nawet ojców. Mała dziewczynka pokazuje ojcu swój rysunek. „And who’s this crazy creature (A cóż to za zwariowane stworzenie)?” – pyta tatuś. „That’s you, daddy (To ty, tatusiu)!” – odpowiada urocza córeczka. Niech by spróbowała coś takiego powiedzieć o mamusi! Na filmach kobiety rozkazują mężczyznom, krzyczą na nich, biją ich. Przelatuję z kanału na kanał i co która otworzy buzię to jazgot. Są silne, waleczne, to one ratują mężczyzn, a nie jak dawniej. Nie ma męskiej sytuacji bez mężnej kobiety. W seksie damski terror. Kobiety się ubierają jak kurwy, lecz mężczyznom nie wolno ich rozbierać wzrokiem. Publicznie klepią facetów po tyłku, ale nie daj Boże, żeby on ją poklepał! Spikerów i reporterów wypierają spikerki i reporterki, nawet w strefach wojennych, frontowych. Już nikt nie pamięta, że mikrofon ma ograniczoną tolerancję. Głos kobiecy, i tak wyższy i donośniejszy od męskiego, skacze pod wpływem emocji i razi. Gdy akcentują angielskie „a”, które w wymowie amerykańskiej jest meczącym skrzyżowaniem „a” i „e”, z ich usteczek wyrywa się wrzask. Mężczyźni się zawsze skarżyli, że kobiety za dużo mówią, ale chodzi o ten nieznośny, wysoki ton, zwłaszcza teraz, gdy kobiety już się nie kontrolują, lecz, przeciwnie, przemawiają z buzią szeroko otwartą aż strach. Znają przewagę swego głosu i korzystają z niej. Mężczyźni dzięki awansowi cywilizacji, którą stworzyli, są im już prawie niepotrzebni, więc kobiety już nie uwodzą głosem, ale przeciwnie, kastrują. Nie pomoże żadna viagra, dialis, levitra ani seksuologia (która też jest już domeną kobiet). Ale cywilizacja się co jakiś czas cofa i wtedy znów potrzeba mężczyzn, i co będzie wtedy, jeśli okażą się nieodwracalnie wykastrowani? Amerykanki nie lubią Hemingwaya, który to wszystko przewidział.
Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 690–691.

czwartek, 2 sierpnia 2012

Odcinek 407: Henryk Grynberg, 2001 rok


Z pamiętnika Henryka Grynberga

McLean, 2 sierpnia 2001 roku
McLean w stanie Virginia.
Padało całą noc i rano, lecz po lunchu się rozpogodziło, więc poszedłem na spacer tą samą co zwykle drogą pod wysokimi cienistymi dębami i gdzieniegdzie tulipanowcami. Ptaszki się nawoływały: Chodź-chodź-chodź-chodź-chodź! Bierz-bierz-bierz-bierz-bierz! Czyj-liść-czyj-liść-czyj-liść-czyj-liść? Twój-twój-twój-twój-twój. Ciuciu-ciuciu-ciuciu. Bo ptaki przeważnie mówią po polsku. Nawet to, co Amerykanie nazywają chirping, od chirp-chirp, pochodzi z polskiego cierp-cierp. W każdym razie jest oczywiste, że Polacy się uczyli mówić od ptaków. Szedłem raźno, bo powietrze było świeże po deszczu i temperatura w sam raz, co w sierpniu nieczęsto się tutaj zdarza, wtem słyszę, że kamyki się sypią na dach. Patrzę, gdzie ten dach i skąd te kamyki, a one sypią się coraz głośniej. Wtem zrozumiałem, puściłem się pędem przed siebie i już nie kamyki słyszę, lecz przerażające trzeszczenie, które znam, bo już 18 lat żyję pod wysokimi drzewami. Gdy się obejrzałem, w poprzek drogi leżał wielki konar, który tak nasiąknął deszczem, że nie mógł się utrzymać tam w górze i runął – tuż za moimi plecami. Jako dobry sąsiad i samarytanin myślę, trzeba usunąć go z drogi. Schylam się, ujmuję obu rękami – ani drgnął. Wolę sobie nie wyobrażać, co by ze mnie zostało, gdybym nie zdążył umknąć. Coraz częściej mi się zdarzają tego rodzaju uniki. Ciekawe, ile jeszcze razy się uda? Czasem odpryski gałęzi walą w dach, aż ściany się trzęsą. Raz gałąź ostra jak dzida przebiła mi dach carportu i utknęła, prawie dotykając samochodu. Któregoś rana po nocnej burzy wchodzę do kuchni, a tu cały stół zalany wodą – dziurka w dachu na palec. Sąsiadka, dwa domy za mną, wracała z zakupami, gdy potężny dąb zwalił się na jej dach i przygniótł kuchnię, do której właśnie miała wejść. Trzy inne domy w sąsiedztwie też padły pod dębami. Są smukłe, wysokie, przystojne, można godzinami na nie patrzeć i słuchać ich szumu, ale to jednak rosyjska ruletka.
Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 563–564.

piątek, 27 kwietnia 2012

Odcinek 310: Henryk Grynberg, 2010 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

McLean, 27 kwietnia 2010 roku
Henryk Grynberg.
Chłodny pogodny poranek, bardzo dobry na spacer, ale nie dla mnie, bo jestem uczulony na pyłki moich kochanych dębów, a najwięcej ich rano, gdy powietrze wydaje się takie czyste. Sarny nie mają tej alergii i właśnie widzę pod oknem trzy szarobure, w tym jedną małą. Podchodzę do szyby i cykam szybkostrzelnym aparatem cyfrowym. Nie zwracają na mnie uwagi, lecz nagle czmych w badyle i stoją z nastroszonymi uszami, bo z domu wyszła moja nowa sąsiadka ze swoimi bliźniakami w podwójnym wózku. Będzie mijała badyle, więc sarny w skok i już ich nie ma. Kulawa się nie pokazuje, pewno ją na stałe wyrugowały.
Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 818.

piątek, 13 stycznia 2012

Odcinek 205: Henryk Grynberg, 1982 rok

Z pamiętnika Henryka Grynberga

Arlington, 13 stycznia 1982 roku
Wyciąganie wraku samolotu Air Florida z rzeki.
Gdy w powietrzu pojawiają się płatki śniegu, Waszyngton wpada w popłoch i wysyła cały nieesencjonalny (nonessential) personel do domu. Wszyscy spieszą do aut, żeby jak najprędzej się wydostać z miasta, jakby to był alarm nuklearny, chemiczny czy bakteriologiczny. Tak też było dziś między trzecią a czwartą, ale mnie – choć nie lubię biura – tym razem jakoś nie ciągnęło do domu. Dogryzłem banana, dopiłem herbatę, doczytałem gazetę i dopiero potem powolnym krokiem poszedłem do samochodu. Wyjeżdżam z parkingu, skręcam w stronę międzystanowej drogi 395, która biegnie przez most do Wirginii, i widzę, że wjazd jest zapchany samochodami, które nie posuwają się do przodu, lecz zawracają. Zawracam więc i jadę do mostu Roosevelta. Też zapchany, ale nikt nie zawraca. Włączam radio, ale zamiast muzyki słyszę gorączkowe komunikaty. I nie o śniegu, tylko o moście na drodze 395, o który zawadził samolot po starcie z National Airport i zginęło 78 osób, włącznie z tymi, co jechali przez most, gdy ja dojadałem banana, dopijałem herbatę i doczytywałem gazetę.
Henryk Grynberg, Pamiętnik, Świat Książki 2011, s. 270.