Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Goncourt Juliusz de. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Goncourt Juliusz de. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 7 września 2017

Odcinek 2074: Juliusz i Edmund de Goncourt, 1860 rok

Z dziennika Juliusza i Edmunda de Goncourt
Berlin, piątek, 7 września 1860 roku


Wieczorem wybraliśmy się do [zakładu rozrywkowego] Krolla w Tiergarten. Weszliśmy do sali teatralnej, kwadratowej, bogatej, zielono-złotej, sali pałacu królewskiego godnej teatru królów. Pełno. Na scenie opera: kobieta w wieży śpiewa niby słowik w klatce. [...]
Schodzimy do ogrodu. Kilka kobiet spaceruje alejką między stolikami, które oświetlają obracające się lampy gazowe. Rodziny rozsiadają się przy stołach. Strzelnice milczą. Młodzi oficerowie melancholijnie wloką swoje szable, uderzające o ziemię niczym obcasy szkieletów. Muszle, którymi obramowane są gazony, ziewają. [...]
Krolloper w Berlinie, 1869 rok (źródło).

Od Krolla – po hałaśliwym bruku, ulicami pałaców – jedziemy w kierunku oświetlonej bramy, na której widać afisz. Z podwórza wchodzimy do wielkiej sali oświetlonej gazem. Przy stolikach z dziesięć kobiet, grupkami i pojedynczo; siedzą na kanapach rozwalone w zwierzęcych pozach, zmęczone, omdlewające od prostytucji. Pośrodku mały piętnastoletni pianista, zmęczony jasnowłosy automat bez spojrzenia, gra bez chwili przerwy. Od czasu do czasu sopran kobiecy z kanapy dołącza się do dźwięków pianina.
Niekiedy otwierają się drzwi w głębi; dwie kobiety wchodzą krokiem zjaw i siadają. Talie mają płaskie, mechaniczne ruchy lalek: przychodzi na myśl, gdzie się też je nakręca, jak Olimpię. Zjawia się niesforna swawolnica, dziewczę prawdziwie szalone o rysach z Holbeina; bawi się owocami na talerzu, skubiąc je i śmiejąc się śmiechem ze snu.
Potem trafiamy do zadymionej kawiarenki. Dym z cygar i fajek tworzy chmury zwijające się jak myśl głupio ścigana. Na estradzie śpiewają trzy szesnastoletnie dziewczyny w tyrolskich strojach, z egretkami u kapeluszy i szelkami na piersiach; z czerwonych ust, odcinających się od twarzy białych białością lśniącego śniegu, wydobywa się długo brzmiące echo z ich gór i tryle przeskakują ze szczytu na szczyt.
Wówczas do naszego stolika zbliża się coś ledwie żyjącego, z czaszką i czołem nagim, przysłoniętym tylko kosmykami siwych włosów, coś zapomnianego przez śmierć i wojnę, chwiejnego jak ruina. Jest to niewielki staruch w długim surducie, z orderem na wstążeczce. Dwoje oczu, nieruchomych, martwych i strasznych, wychodzi mu z orbit niby żołnierzowi, któremu wbijają bagnet w brzuch. Duże białe wąsy przysłaniają usta, a kiedy mówi, sięgają koniuszka nosa. Zarośnięta dolna szczęka, bezzębna, zapadnięta, porusza się ciągłym ruchem w jakimś maniackim przeżuwaniu: wydaje się, że ten człowiek przeżuwa resztkę myśli, wspomnień, słów. Z trudem dźwiga niewielką apteczkę, w której szuka wody kolońskiej i pomady, żeby je nam sprzedać. Co chwila stawia skrzyneczkę przed nami, opierając się o nią, jakby miał upaść, a jego oczy otwierają się coraz szerzej. I głosem, który zdaje się wychodzić z jakiegoś lochu, głosem zduszonym jak spod śniegu, ten stary żołnierz Bliichera mówi do nas: „Wkroczyłem do Paryża!”
Położyłem się, żeby odpocząć po tym wieczorze ze snu. Oddycha się tu powietrzem, które przyprawiło o szaleństwo Hoffmanna.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 127–129.


środa, 22 lipca 2015

Odcinek 2031: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1867 rok

Z dziennika Edmunda i Juliusza de Goncourt

22 lipca 1867 roku
Nasze czasy to początki zabijania książki przez gazetę, literata przez dziennikarza. Jeśli nic nie powstrzyma tego biegu rzeczy, nic nie osuszy deszczu uciech i nagród spadającego na dziennikarza, zabraknie dzielnego i dostatecznie bezinteresownego pióra, żeby poświęcić się sztuce, ideałowi, niewdzięcznej książce, i pisarz zostanie uznany za dziwadło i durnia.
Poeta, ryc. Honore Daumier.

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 269.

środa, 11 czerwca 2014

Odcinek 1076: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1862 rok

Z dziennika Edmunda i Juliusza de Goncourt

11 czerwca 1862 roku
Nic bardziej groteskowego niż mój kuzyn Alphonse gotujący się do małżeństwa: to wcielone Skąpstwo, które z jękiem wkracza w piekielne kręgi Dantego. Przede wszystkim wydatek na Operę i rękawiczki; potem na wieczorne lody u Tortoniego. Dalej umizgi, pojazdy i bukiety, których część tylko może przywieźć ze wsi, a musi przynosić co dzień, przy czym, zdaniem pokojówki narzeczonej, nie przynosi ich dosyć; wreszcie pierścionek za pięćset franków. Ponadto wielki problem — notariusze, dyskusje o wyłączenie wspólnoty majątkowej, przy którym obstaje punkt po punkcie.
Szczególna rzecz zresztą to wyłączenie wspólnoty majątkowej! Oto jedna z owych pokrętnych spraw, których tyle jest w społeczeństwie. Małżonkowie stanowią jedno. Kładą się do wspólnego łóżka; łączą krew i zdrowie, ale nie pieniądze. Mają jeden stolik nocny, lecz dwie fortuny. Należą do siebie, zostawiając sakiewki za progiem.
Wszystko jest poddane skrupulatnej analizie. Panna młoda żąda, żeby w
Francuskie wyższe sfery, ryc. Octave Uzanne, 1850 rok.
kontrakcie uwzględniono 4000 franków rocznie na jej stroje. Z wolna odsłania się jako osoba światowa i perspektywa przyszłych wydatków otwiera się przed przerażonym oblubieńcem i tak mającym ponure przeczucia co do losów małżeństwa. Badanie gruntu w kwestii prezentu ślubnego. Pani Marchand daje adres swego jubilera. Alphonse zajmuje pozycję obronną, jakby znajdował się w dyliżansie hiszpańskim; mowa jest o wyprawie za 20 000 franków. „Wie pani, co to jest dwadzieścia tysięcy franków? — powiada uroczyście do panny. — To dwadzieścia tysięcy franków!” W końcu ona odmawia. I Alphonse dowiaduje się, że pomyślała już o całym domu do wynajęcia, o lokaju, stangrecie, kucharzu; że mówiła ponadto: „Mój mąż będzie wcześnie kładł się do łóżka. Sama będę bywać w towarzystwie”.
Oddycha, jakby wydostał się z przepaści. Nie czuje afrontu, ale wyzwolenie. Jest uratowany od ruiny. Martwią go tylko poniesione wydatki, pierścionek etc., aż do cukierków w loży włącznie. Bo nie zapomina o niczym i zrobił rachunek: kosztowało go to 1223 franki. Czy zwrócą mu pierścionek? Oto jego wielka troska.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 167–168.

niedziela, 4 maja 2014

Odcinek 1038: Edward i Juliusz de Goncourt, 1865 rok

Z dziennika Edwarda i Juliusza de Goncourt

4 maja 1865 roku
Dziwny to stół, przy którym znaleźliśmy się u [Theophile’a] Gautiera. Istna wieża
Theophile Gautier, Ernesta Grisi
i ich córki, ok. 1857 roku.
Babel, dom zajezdny romantyzmu, pomieszanie ludzi wszystkich narodowości, do czego Gautier przywykł i z czego jest dumny.
 
Zeszłego razu zasiadło tu dwudziestu ludzi mówiących czterdziestu językami, z którymi można by, bez tłumacza, objechać wkoło świat. 
Dziś wieczór obok Flauberta, [poety i dramaturga] Bouilheta i nas prawdziwy Chińczyk ze skośnymi oczami, w aksamitnej kurtce koloru porzeczki, nauczyciel chińskiego córek Gautiera. Jest tu pewien malarz egzotyczny o ukradzionych jaguarowi oczach, w siedmiomilowych butach sięgających mu do kolan. Jest węgierski skrzypek Reminy o łysej głowie księdza i diabła. Dalej jego akompaniator, człowieczek tłusty i podejrzany, efebowaty i kobiecy, o twarzy Alzatki, blond włosach na kształt pałeczek spadających prosto z przedziałka pośrodku głowy, dziwny i niepokojący pedał w surducie niemieckiego seminarzysty; gałązka białego bzu więdnie na jego piersi. [...] 
Przez cały obiad Gautier i Ernesta [jego konkubina], jak gdyby grając włoską farsę, komicznie wygrażają sobie talerzami, które ciśnięte miałyby wylądować na ich twarzach; a tymczasem młodsza z córek, Estella, kładzie sobie muszkę na policzku, zamiast lusterkiem posługując się trzonkiem widelca.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 237.

niedziela, 30 marca 2014

Odcinek 1003: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1862 rok

Z dzienników Edwarda i Juliusza de Goncourt

30 marca 1862 roku
Portret Volckery Claesdr Knobbert
mal. Michiel Jansz. van Mierevelt, 1617 rok
Ulica Racine’a 2, czwarte piętro. Dzwonimy. Otwiera niewielki, zwyczajnie wyglądający mężczyzna i mówi z uśmiechem: „Panowie de Goncourt?” Wchodzimy do ogromnej pracowni. 
Przy oknie w głębi, przez które wchodzi zimny i szary zmierzch godziny piątej po południu, widać pod światło szary cień — kobietę: nie wstaje i bez poruszenia przyjmuje nasz ukłon i słowa powitania. Ten siedzący i jakby uśpiony cień to pani Sand. Mężczyzna, który nam otworzył, to grafik Manceau, jej kochanek. 
Pani Sand ma w sobie coś z widma, z automatu. Mówi głosem mechanicznym i monotonnym, który, zawsze jednaki, ani nie wznosi się, ani nie opada. W jej pozie jest powaga i godność słonia, spokój przeżuwacza. Przypomina zimne i spokojne kobiety z portretów Mierevelta, a zarazem przełożoną domu dla upadłych kobiet. Gesty powolne, somnambuliczne; od czasu do czasu takim samym gestem pociera woskową zapałkę i wtedy widać płomyk zapałki i żarzącego się papierosa. Żadnego światła w głosie, żadnej barwy w słowach. 
Była bardzo miła i pełna pochwał dla nas. Ale wszystko to mroczną dobrocią, nijakim wyrazem i zwyczajnością myśli, od której robi się zimno, jak od nagiej ściany. Wcielona banalność. Manceau ożywia nieco rozmowę. Mówi się o teatrze pani Sand w Nohant, gdzie dla niej tylko i dla jej służącej gra się do czwartej nad ranem. Wygląda to na szaleństwo marionetek. Wielkie przedstawienia odbywają się podczas trzech letnich miesięcy, które ona nazywa swoimi wakacjami; zjeżdżają się wtedy przyjaciele i dzieci przyjaciół. 
Mówimy o jej niezwykłej zdolności do pracy. Odpowiada, że nie zasługuje na
George Sand, 1864 rok.
pochwały, inni na nie zasługują, jej zawsze pisało się łatwo. Pracuje co noc od pierwszej do czwartej, wstaje o jedenastej. Później pisze jeszcze w ciągu dnia przez dwie godziny. Tu wtrąca się Manceau niby cicerone wyjaśniający jakiś fenomen:
 
— I nie ma znaczenia, czy ktoś jej przeszkodzi. Przy czyimś wejściu przerywa, jakby zakręcała kurek...
— Tak, nie przeszkadza mi, jeśli są to osoby sympatyczne, chłopi, którzy przychodzą ze mną porozmawiać... 
Jest w tym nutka humanitarna. 
Kiedy odchodzimy, ona wstaje, podaje nam rękę i odprowadza do drzwi. Widzimy wreszcie jej twarz delikatną, łagodną, subtelną, spokojną, o zgaszonych kolorach, ale rysach wciąż jeszcze cudownie nakreślonych; cera pobladła w odcieniu ambry. W rysach ma pogodę i subtelność, których nie oddaje jej ostatni portret: pogrubił tę twarz, zwłaszcza linię nosa.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 161–162.

środa, 27 listopada 2013

Odcinek 880: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1862 rok

Z dzienników Edmunda i Juliusza de Goncourt

27 listopada 1862 roku
W naszym stuleciu, a zwłaszcza w ostatnich latach, nie wystarczy być autorem książki, trzeba jeszcze być jej służącym, lokajem jej sukcesu, biegać z jej egzemplarzami. Roznoszę więc moją książkę tu i tam, jednym, co ją przeczytają, innym, co rozetną ją do połowy, jeszcze innym, co będą o niej mówić nie przeczytawszy, tym wreszcie, którzy sprzedadzą ją u bukinisty i będą mieć na obiad.

Mogłaby powstać ciekawa fizjologia literata na podstawie wyglądu jego odźwiernego, jego schodów, dzwonka, mieszkania. Zauważyłem, że niemal zawsze istnieje osobliwy związek logiczny, współzależność pomiędzy mieszkańcem a jego skorupą, pomiędzy człowiekiem a otoczeniem. Literat na ogół mieszka wysoko, na piątym piętrze: Paryż, jak człowiek, ma mózg w górze. Ci, co są w ruchu, zajmują część dolną, przeznaczoną na sklepy; przeżuwacze są na pierwszym piętrze. Dom to indywiduum.
Trzy mieszkania, na trzech szczeblach drabiny, zwróciły moją uwagę.
Ulica Jacob, w podwórku, piąte piętro. Idzie się korytarzem, na który wychodzą pokoje służby i który jest rodzajem wspólnego labiryntu. Klucz jest w drzwiach. Pukam, w końcu przekręcam klucz. Znajduję się jakby w pokoju stangreta, pełnym bezładnie rozrzuconych książek. Para nie wyczyszczonych męskich butów. Z sąsiedniego pokoju krzyk jak ze snu: „Kto tam?” Wchodzę, sypialnia gryzetki czy szwaczki, na nocnym stoliku stos książek; w łóżku mały, chudy, nędzny, zarośnięty mężczyzna [...]. Zbudziłem go. Jest druga po południu... Rozglądam się: nie dość tu książek jak na uczonego; za wiele jak na powieściopisarza. Książki są nowe: jestem w pokoju krytyka. To Montegut, który z „Revue des Deux Mondes” przeszedł do „Moniteur”. Światło szare, pokój szary, słowa szare, człowiek zatarty, ciche ubóstwo pracowitego literata, który ma tylko narzędzia pracy, zimny kominek i wyrzeczenie wypisane na ścianach: oto wnętrze.
Gustave Caillebotte, Dachy w śniegu, 1878 rok.
Ulica d’Argenteuil, niemal naprzeciw mrocznego sklepu, w którym sprzedają białe towary, „Gagne-Petit” [...]. Czarne schody, podesty domagające się reperacji, pięć stromych pięter; otwiera służąca do wszystkiego, która w zakłopotaniu wizytą omal nie rozgniata dziewczynki, uciekającej do jej kolan; salon z ubogimi meblami o chudej elegancji, odrapane, wypłowiałe kanapy; na kominku tlący się rozpaczli­wie ogień; na ścianach wiele byle jakich rzeczy w ramach. Na stole zbytkowny almanach noworoczny, przysłany przez wydawcę. W kącie pianino, to znaczy kobieta. Stamtąd też wynurza się rodzina. Z drżeniem myślę o posagach córek. Na oknach skąpe zasłony. Czuje się, że jest to pokój najbardziej wystawny, który urządzono za cenę wyrzeczeń. Podobne mają do przyjmowania klientów rzemieślnicy, introligatorzy na przykład: dzieciarnia wsuwa tam przez drzwi zachwycone twarze, by zajrzeć do środka, kiedy ktoś się zjawi. W tym salonie bardzo chudy i bardzo blady człowieczek, oczy kuny, włosy rzadkie, ale długie, papierowa skóra: to Edouard Fournier, krytyk do wszystkiego w „La Patrie”.
Gustave Caillebotte, Widok z szóstego piętra na ulicę Halevy, 1878 rok.

Naprzeciw La Muette, na terenach dawnego Ranelagh, rozpoznałem dom, choć go nigdy nie widziałem. Przypomina konstrukcje architektoniczne, jakie dzieci budują dla zabawy. Oto marzenie mieszczucha o wiejskiej posiadłości, zaczerpnięte z przeczytanych romansów. Jest tu wieża, są blanki i kiosk chiński. Wchodzę: bombonierka loretki, spełniony sen lekkiej dziewczyny. Wszędzie kwiaty, talerze chińskie na sufitach, oranżerie, złocenia, obrazy Watteau pędzla Ballue, obicia z chińskiego wytłaczanego jedwabiu, malowane zasłony, dywany jak z mchu, oprawy ponad wszelką miarę złocone, fałszywe płótna Bouchera; drzwi, na których jest wszystko: litografie, fotografie, groszowe rysunki; salon gier z polskimi bilardami i holenderskimi bąkami; pokój kąpielowy; wejścia, zejścia, przejścia ukryte niczym intryga w wodewilu; przedmioty estetyczne w podłym guście, zachwycającym dziwki. Dom [...], gdzie wszystko pachnie pudrem ryżowym, jest miękkie, kwitnące, kuszące, uszminkowane, podobne do niewiarygodnej toalety utrzymanki, jak ona kapryśne i głupie. Triumfalny dom z ogrodem, stajnią i wozownią, które pokazuje mi człowiek ponury i zażenowany, mroczny i pokornie uprzejmy: dom Jules Lecomte’a.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 180–182.

wtorek, 18 czerwca 2013

Odcinek 718: Edmund de Goncourt, 1870 rok

Z dziennika Edmunda de Goncourt

Noc z soboty na niedzielę, 18 czerwca 1870 roku
Jest druga nad ranem. Wstałem i zastępuję Pelagię przy łóżku mego biednego,
Juliusz de Goncourt
ukochanego brata, który nie odzyskał przytomności i mowy
od drugiej po południu w czwartek.
Nasłuchuję jego prędkiego i trudnego oddechu. W cieniu zasłon widzę jego nieruchome spojrzenie. Co chwila dotyka mnie wysunięta z łóżka, ocierająca się ręka; z ust wychodzą i plączą się ze sobą niezrozumiałe słowa. Nad wielkimi czarnymi drzewami księżyc jak z ballady: białe, połyskliwe światło wchodzi przez otwarte okno kładąc się na podłodze. Posępne chwile ciszy, kiedy słychać tylko odgłos repetiera naszego ojca; tym zegarkiem posługuję się od czasu do czasu, by zmierzyć puls jego młodszego syna. Mimo trzykrotnego zażycia bromku potasu w ćwierci szklanki wody nie może spać ani minuty; jego głowa w nieustannym ruchu obraca się z prawa na lewo; coś niepojętego huczy w sparaliżowanym mózgu, z ust wypadają zarysy zdań, urywki słów, nieartykułowane sylaby, zrazu powtarzane gwałtownie i kończące się jak westchnienie. Z daleka słyszę mordercze wycie psa.
Oto godzina kosów i ich gwizdów w bielejącym niebie; na zasłonach wciąż biały odblask jego zamkniętych oczu, nie znających snu, choć śpią na pozór.
Przedwczoraj, w czwartek, czytał mi jeszcze Pamiętniki Chateaubrianda: były jedynym zainteresowaniem i rozrywką tego biedaka. Zauważyłem, że jest zmęczony, że czyta źle. Prosiłem go, by przerwał lekturę; będzie lepiej, jeśli przejdzie się trochę po Lasku Bulońskim. Opierał się chwilę, potem ustąpił; i kiedy wstał, żeby wyjść ze mną z pokoju, zachwiał się i upadł na fotel. Zaniosłem go na łóżko, wypytując co mu dolega, co czuje; pragnąłem jego odpowiedzi i bałem się jej. Niestety, jak podczas pierwszego ataku, mógł wydawać tylko dźwięki, które nie były słowami. [...] Myślałem, że to atak taki jak w maju.
Ale nagle odrzucił głowę do tyłu i krzyknął tak chrapliwie, gardłowo, strasznie, że musiałem zamknąć okno. Natychmiast skurcze wykrzywiły jego ładną twarz, deformując wszystkie jej kształty, zmieniając wszystkie rysy, okropne konwulsje szarpały ciało i ramiona, jakby chcąc je przekręcić, ze zniekształconych ust toczyła się krwawa piana. Siedząc za nim na poduszce, trzymałem jego ręce i przyciskałem jego głowę do serca; jej śmiertelny pot zwilżał moją koszulę i spływał mi po udach.
Po tym ataku nastąpiły inne, mniej gwałtowne, twarz jego stała się na powrót tą, którą znałem. Z kolei nadeszło uspokojenie pełne majaczeń. [...]
Wczoraj wieczorem [neurolog] Beni-Barde powiedział mi, że wszystko skończone, że nastąpił rozkład mózgu u nasady czaszki, z tyłu głowy, że nie ma już żadnej nadziei... Potem — ale już nie słuchałem — mówił o zaatakowanych nerwach płucnych i piorunującej a nieuniknionej gruźlicy... W dniu, kiedy poczułem, że jest ugodzony na zawsze, duma moja, duma za nas obydwu, szeptała mi: „Lepiej byłoby, żeby umarł”. Dziś pragnę go zachować, choćby miał pozostać bezrozumny i kaleki, błagam o to na kolanach.
Pomyśleć, że skończyło się, skończyło na zawsze! Pomyśleć, że ten dwudziestodwuletni, tak bliski i nierozłączny związek, te dnie i noce spędzane zawsze razem od śmierci naszej matki w roku 1848, że ten długi czas, podczas którego rozstaliśmy się tylko dwa razy na dwadzieścia cztery godziny — skończyły się, skończyły na zawsze! Czy to możliwe?
Nie będzie już szedł obok mnie podczas przechadzki. Nie będzie siedział naprzeciw podczas posiłku. We śnie nie będę czuł jego snu w sąsiednim pokoju. Jego oczy nie będą towarzyszyć moim oczom przy oglądaniu krajów, obrazów, życia współczesnego. Nie będzie jego bliźniaczej inteligencji, żeby uprzedzić mnie w powiedzeniu tego, co mam powiedzieć, czy w powtórzeniu tego, co mówię. Za kilka dni, za kilka godzin w moje życie, tak bardzo wypełnione tym uczuciem — mogę powiedzieć: moim jedynym szczęściem — wkroczy straszna samotność starego człowieka na ziemi.
Jakiej to pokuty jesteśmy ofiarami? Zastanawiam się nad tym, kiedy przypominam jego życie, mające przed sobą zaledwie godziny, które zaznało jedynie goryczy; któremu literatura i pracowite poszukiwanie sławy nie przyniosły nic prócz obelg, pogardy i gwizdów; które od pięciu lat walczy z codziennym cierpieniem, a kończy moralną i fizyczną agonią; w którym zawsze i wszędzie odnajduję jakąś prześladującą i morderczą fatalność... Ach, dobroć, dobroć Boża! Słusznie podawaliśmy ją w wątpliwość.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 300–302.


wtorek, 23 kwietnia 2013

Odcinek 671: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1860 rok

Z dzienników Edmunda i Juliusza de Goncourt

23 kwietnia 1860 roku
Nuda nieokreślona, która nie ma przedmiotu i dotyczy wszystkiego. Życie jest banalne. Nic mi się nie przytrafia prócz katalogów autografów, wciąż te same przeciwności, te same bóle, migreny. Ot i wszystko. Nie dziedziczę po jakimś panu, którego nie znałem... Nawet nie dostaję nominacji na ministra. Ten ładny dom do wynajęcia, który widziałem przechodząc ulicą La Rochefoucauld, nie zostanie mi podany wieczorem na srebrnej tacy.
A kiedy wspominam całe moje życie, widzę, że zawsze tak było – nic, co wykracza poza rozsądną codzienność. Miałem tylko jedną przygodę: kiedy na spacerze z moją nianią przyglądałem się jakiejś zabawce, kupił mi ją przechodzący pan!
Na tej ziemi nie ma za grosz niespodzianek. O wszystko trzeba zabiegać. Trzeba wydrzeć order ministrowi, żeby trafił do naszej butonierki. Trzeba prosić, żeby zostać oficerem Gwardii Narodowej. Wiecznie te same śpiewki, przypadki zużyte jak komediowe intrygi.
Olympe AguadoLa lecture, ok. 1863 roku.
Nigdy, przenigdy portier nie wręczy mi listu, który wyznacza mi schadzkę w powozie zaprzężonym w cztery konie, o północy, przy rondzie Pól Elizejskich: zawiążą mi oczy, potem ujrzę księżnę... Nie, nigdy! Wszystko to wymyślili powieściopisarze! Ale ja, który czytałem powieści, mam prawo nazwać Opatrzność macochą, jeśli mi tego wszystkiego odmawia.
Głupcy ani o tym myślą. Jako rozrywka wystarczy im rewolucja co każde osiemnaście lat. Nie są znudzeni. Może nie znają nudy... Nuda jest może przywilejem, to kara za myślenie. Zdarzają się ludzie, którzy egzystencję uważają za przykrą dopiero wtedy, kiedy dostaną kolek: ich kłopoty idą z żołądka.
Starajmy się pracować. Może najmniej nudną z przyjemności jest praca.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 115–116.

poniedziałek, 29 października 2012

Odcinek 495: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1863 rok


Z dzienników Edmunda i Juliusza de Goncourt

Czwartek, 29 października 1863 rok, Croisset, w pobliżu Rouen
Na peronie dworca zastajemy Flauberta i jego brata, naczelnego chirurga szpitala w Rouen: wysoki, mefistofeliczny, z wielką czarną brodą, profil wycięty niby cień twarzy, trzyma się prosto, ciało szczupłe, giętkie jak liana... Jedziemy dorożką do Croisset, do ładnej siedziby z fasadą w stylu Ludwika XVI, u stóp zbocza na schodzącym w dół brzegu Sekwany, która wygląda tu jak odnoga jeziora i trochę ma fali morskiej.
Oto jesteśmy w tym gabinecie upartej i nieustającej pracy, który widział tyle mozołu i skąd wyszły Pani Bovary i Salambo.
Widok z okna domu Flauberta.

Dwa okna wychodzą na Sekwanę, widać wodę i przepływające statki; trzy okna otwierają się na ogród, gdzie wspaniały szpaler grabowy jakby podpierał wzniesienie za domem. Pomiędzy tymi oknami części biblioteki dębowej o skręconych kolumienkach łączą się z jej głównym korpusem, który wypełnia całą ścianę w głębi. Naprzeciw widoku na ogród, na tle białej boazerii, kominek z zegarem ojcowskim z żółtego marmuru i brązowym popiersiem Hipokratesa. Obok kiepska akwarela przedstawia omdlewającą i chorowitą Angielkę, którą Flaubert zna z Paryża. Wierzchy indyjskich szkatułek pokryte rysunkiem i oprawione jak akwarele oraz akwaforta Callota, Kuszenie św. Antoniego, są tutaj jakby wyobrażeniem talentu mistrza.
Pomiędzy oknami na Sekwanę, na kwadratowym słupku pomalo­wanym na brąz, białe marmurowe popiersie Pradiera, przedstawiające zmarłą siostrę Flauberta: dwa wielkie loki angielskie, twarz czysta i zwarta przypominająca grecką twarz z albumu. Obok kanapa-łóżko z materaca nakrytego tkaniną turecką, z mnóstwem poduszek. Pośrodku pokoju, blisko stołu, na którym szkatułka indyjska zdobna w kolorowane rysunki z umieszczonym na niej złoconym bóstwem, stół do pracy – wielki, okrągły, przykryty zielonym materiałem, gdzie pisarz zaczerpuje atrament z kałamarza-ropuchy.
Gabinet Flauberta w Croisset.
Wesoła tkanina perska w wielkie czerwone kwiaty przystraja drzwi i okna na sposób staroświecki i nieco orientalny. Tu i ówdzie, na kominku, na stołach, na półkach bibliotecznych, przyczepione albo przybite do ścian przedmioty wschodnie: amulety z zieloną patyną egipską, strzały, broń, instrumenty muzyczne, drewniana ława, na której szczepy afrykańskie śpią, kroją mięso, siadają, naczynia miedziane, szklane naszyjniki, wreszcie dwie nogi mumii: znalezione przez Flauberta w grotach Samunu, wnoszą pomiędzy książki barwę florenckiego brązu i zastygłe życie mięśni.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 213–214.

czwartek, 16 sierpnia 2012

Odcinek 421: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1862 rok


Z dzienników Edmunda i Juliusza de Goncourt

16 sierpnia 1862 roku 
Felicien Rops, Stara służąca
z Antwerpii, 1874–1875.
O dziesiątej dzwonek. Słyszę rozmowę między sprzątaczką i odźwier­nym. Drzwi się otwierają, wchodzi odźwierny z listem: „Panowie, przynoszę wam smutną nowinę”. Biorę list, ma pieczęć [szpitala] Lariboisiere. Rose [służąca de Goncourtów] umarła dziś o siódmej rano.

Biedaczka! więc to koniec. Wiedziałem, że jest skazana; ale w czwartek widziałem ją żywą jeszcze, szczęśliwą niemal, wesołą... I oto jesteśmy obaj w salonie z tą myślą, którą wywołuje śmierć: „Już jej nie zobaczymy!” – myśl machinalna, która wciąż powtarza się w sercu.
Jaka strata dla nas, jaka pustka! Przyzwyczajenie, uczucie, oddanie dwudziestopięcioletnie, ktoś, kto znał całe nasze życie, otwierał listy pod naszą nieobecność, komu opowiadaliśmy wszystko. Bawiłem się z nią w serso, kupowała mi rożki z jabłkami na mostach. Czekała na Edmunda do rana, kiedy, jeszcze za życia matki, szedł na bal do Opery. Pielęgnowała cudownie matkę, która umierając złączyła jej ręce z na­szymi. Miała klucze do wszystkiego, prowadziła dom, robiła dla nas wszystko. Od niepamiętnych czasów stroiliśmy te same żarciki z jej brzydoty i braku fizycznego wdzięku. Od dwudziestu pięciu lat całowała nas co wieczór na dobranoc.
Dzieliła z nami radości i smutki. Była jedną z tych oddanych osób, o których się marzy, by zamknęły nam oczy. Znała nasze ciała, ich choroby i dolegliwości, wiedziała, jak o nas dbać. Znała wszystkie nasze przyzwyczajenia, wszystkie kochanki. Była częścią naszego życia, meblem w naszym mieszkaniu, tym, co pozostało po naszej młodości, czymś czułym, oddanym, gderliwym i czuwającym niczym wierny pies; była przy nas, wokół nas, i zdawało się, że odejdzie razem z nami.
Nigdy już, nigdy jej nie zobaczymy. Ktoś, kto krząta się w kuchni, nie jest nią; ona nie otworzy już nam drzwi, nie powie „dzień dobry”, wchodząc rano do sypialni! Wielka to dla nas strata! Wielka odmiana, która zdaje nam się jedną z tych uroczystych cezur w życiu, kiedy to, jak powiada Byron, los zmienia konie.
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 170–171.

wtorek, 22 maja 2012

Odcinek 335: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1869 rok

Z dziennika Edmunda i Juliusza de Goncourt

22 maja 1869 roku
Edmund i Juliusz de Goncourt.
[...] Wciąż nie życie, ale piekło. Obok nas, z prawej, gdzie mieszkają sąsiedzi Louveau, dzień i noc koń grzebie nieustannie kopytami, i ten odgłos, który przenika cały nasz dom, jest niczym grzmot podziemny. Z lewej, gdzie mieszka rodzina Courasse, od siódmej rano do dziewiątej wieczór wrzaski pięciu południowców; krzyk przenikliwy, tortura krzyku, płacz i wycie trzech dziewczynek wypędzają nas z naszego ogrodu, z naszych salonów, z wszystkich miejsc ochłody w naszym domu.
Dla nas, chorych teraz, cierpiących na nerwicę żołądka, na anemię i bezsenność, życie jest męką. Dochodzimy do wniosku, że jesteśmy przeklęci, że tak zwana Opatrzność nastaje na nas osobiście i przytłacza okrutną wrogością ludzi, rzeczy, zwierząt w sposób zdolny unicestwić nasz mózg.
Od kilku dni jesteśmy w Passy i śpimy w pokoju komiwojażera; tak, my, którzy mamy dom, meble, książki, rysunki, łóżka książęce, gdzie na pewno nie będziemy mogli spać. O ironio naszego losu!
Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 288-289.

niedziela, 4 września 2011

Odcinek 74: Edmund i Juliusz de Goncourt, 1862 rok

Z dziennika Edmunda i Juliusza de Goncourt

Bar-sur-Seine, 4 września 1862 roku
To niezwykłe, jak Millet potrafi uchwycić kształt wieśniaczki, kobiety utrudzonej, w mozole pochylonej nad rolą! [być może mowa tu o obrazie Milleta Kobiety zbierające kłosy] Znalazł dla niej rysunek krągły, który oddaje to ciało podobne do pakunku, gdzie ani śladu wyzywających linii kobiecych; ciało, które nędza i praca spłaszczyły jak walec; które w ruchu zdaje się kroczącym wysiłkiem i znużeniem: żadnych bioder, żadnych piersi, robotnica w worku, którego barwy są jakby spłowiałym powtórzeniem elementów jej życia – brunatnej ziemi i błękitnego nieba.
Jean François Millet, Kobiety zbierające kłosy, 1857 rok

Edmund i Juliusz de Goncourt, Dziennik, tłum. Joanna Guze, Państwowy Instytut Wydawniczy 1988, s. 173–174.