Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Goethe Johann Wolfgang. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Goethe Johann Wolfgang. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 lipca 2014

Odcinek 1124: Johann Wolfgang Goethe, 1787 rok

Z dziennika Johanna Wolfganga Goethego 

W niedzielę, 29 lipca 1787 roku
Meduza Rondanini.
Byłem z Angeliką w pałacu Rondanini. Pamiętacie zapewne z moich pierwszych rzymskich listów Meduzę, która zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie. Teraz na samą myśl, że takie dzieło w ogóle istnieje, że w ogóle można było je stworzyć, staję się człowiekiem w dwójnasób. Jakże chciałbym wam coś o tym opowiedzieć, ale mówienie o takim dziele jest rzucaniem słów na wiatr. Dzieła sztuki są po to, by je oglądać, a nie, by o nich mówić, chyba że ma się je przed oczami. Wstydzę się teraz tej paplaniny o sztuce, w której niegdyś brałem udział. Jeśli uda mi się dostać dobry odlew gipsowy Meduzy, to go ze sobą przywiozę, ale musiałby być nowy. Jest tu kilka odlewów na sprzedaż, mnie jednak się nie podobają. Nie tylko nie dają nam pojęcia o tym dziele, lecz wręcz zniekształcają jego ideę. Wspaniały i niepowtarzalny jest krój ust.
Johann Wolfgang Goethe, Podróż włoska, tłum. Henryk Krzeczkowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 329.

sobota, 3 maja 2014

Odcinek 1037: Johann Wolfgang Goethe, 1777 rok

List Johanna Wolfganga Goethego do Charlotte von Stein

3 maja 1777 roku
Na dzień dobry szparagi. Jak minął Pani dzień wczorajszy? Filip usmażył mi jeszcze omlet, potem, otulony w błękitny płaszcz, poszedłem do altany, położyłem się na podłodze w suchym kąciku i tak smacznie się zdrzemnąłem mimo błyskawic, piorunów i deszczu, że później własne łóżko wydało mi się niewygodne.
Jeśli Stein jest jeszcze w domu, proszę mu powiedzieć, że chętnie bym wypróbował tego nowego wierzchowca, niech go każe osiodłać i przyprowadzić, jeśli zaś nie uczyniłoby mu to kłopotu, niech sam też wstąpi po mnie. Z ochotą przyjdę na obiad, Najdroższa. Cały tydzień ślęczę nad bukietem dla Pani na dzień jutrzejszy.
Goethe i Charlotte von Stein.
Johann Wolfgang Goethe, Listy i wiersze miłosne, wybór Anna Milska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1982.

środa, 19 marca 2014

Odcinek 992: Johann Wolfgang Goethe, 1787 rok

Z dziennika Johanna Wolfganga Goethego 

Neapol, 19 marca 1787 roku
Neapol.
Wystarczy chodzić po ulicy i mieć oczy otwarte, by zobaczyć najbardziej niepowtarzalne obrazki.
Wczoraj na molo, jednym z najhałaśliwszych punktów miasta zobaczyłem poliszynela, który na zbitym z desek pomoście kłócił się z małą małpką. Nad mostem, na balkonie, śliczna dziewczyna demonstrowała swoje wdzięki. Obok pomostu z małpką jakiś szarlatan zalecał łatwowiernemu tłumowi swoje tajemnicze leki na wszelkie dolegliwości. Gdyby taką scenkę namalował Gerard Dou, byłby to obrazek zachwycający współczesnych i potomnych.
Dziś jest świętego Józefa, dzień patrona wszystkich frittaruoli, czyli paszteciarzy — oczywiście ich paszteciki to smażenina w najpodlejszym znaczeniu tego słowa. Ponieważ smażą na czarnej wrzącej oliwie, pod którą stale płonie silny ogień, z rzemiosłem ich łączą się wszelkie tortury ogniste. W związku z tym wczoraj wieczorem udekorowali swe domy odpowiednimi malowidłami: dusze w czyśćcu i Sądy Ostateczne płonęły i smażyły się wszędzie dokoła. Przed drzwiami, na prowizorycznych paleniskach, stały wielkie patelnie. Jeden czeladnik ugniatał ciasto, drugi lepił z tego ciasta obwarzanki i wrzucał je do wrzącego tłuszczu. Przy patelni stał trzeci, wyławiający przy pomocy małego rożna usmażone obwarzanki i nakładając je na rożen czwartemu, który z kolei sprzedawał je przechodniom. Ci dwaj młodzi chłopcy byli w jasnoblond perukach z lokami, co miało oznaczać, że są aniołami. Grupę uzupełniało kilku ludzi, którzy podawali kucharzom wino, sami je popijali i głośno chwalili towar. Krzyczeli aniołowie, kucharze, wszyscy. Ludziska tłoczyli się, bo w ten wieczór wszelka smażenina jest tańsza, a część zarobionych pieniędzy rozdają nawet ubogim.
Takie opowieści można by snuć bez końca. Podobne sceny powtarzają się codziennie; a za każdym razem trafia się coś nowego i jeszcze bardziej szalonego. Nie mówię już o rozmaitości ubiorów, jakie się widzi na ulicy, i o tłumach, które zobaczyć można choćby na via Toledo.
Nie brak więc oryginalnych rozrywek, kiedy się żyje wśród tego ludu; a jest to lud tak naturalny, że w końcu można się do niego upodobnić. Choćby taki Pulcinella, maska tak typowa, jak Arlekin w Bergamo czy Hanswurst w Tyrolu. Otóż ten Pulcinella to typowy służący, którego nic nie może wzruszyć lub zdenerwować, trochę leń, ale nie pozbawiony poczucia humoru. Przecież wszędzie można spotkać takich służących i kelnerów. Choćby mój służący! Zabawiłem się dziś setnie, a przecież posłałem go tylko po papier i pióra. Co za scena! Nie bardzo zrozumiał, o co mi chodzi, potem nastąpiła mieszanina opieszałości, dobrej woli i szelmostwa. Można by to z powodzeniem wystawić na każdym teatrze.
Johann Wolfgang Goethe, Podróż włoska, tłum. Henryk Krzeczkowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 192-193.

piątek, 10 stycznia 2014

Odcinek 924: Johann Wolfgang Goethe,1788 rok

List Johanna Wolfganga Goethego do pani von Stein

Rzym, 10 stycznia 1788 roku

Portret Corony Schröter,
rys. Johann Wolfgang Goethe.
[...] Nadal pilnie studiuję ciało ludzkie, wieczorami zaś perspektywę. Przygotowuję się do wyjazdu, żeby pogodnie przyjąć postanowienie Niebios, iż mam wyjechać przed Wielkanocą. Będzie tak, jak ma być.
Zajmowanie się postacią ludzką nie pozwala mi na nic innego. Zawsze o tym wiedziałem i stroniłem od tego zajęcia jak od oślepiających promieni słonecznych; zresztą poza Rzymem studia takie nic nie dają. Bez tej nici, którą tylko tu można uprząść, nie sposób przebyć tego labiryntu. Niestety, moja nić nie jest zbyt długa; tymczasem umożliwia mi jedynie drogę przez pierwsze korytarze.
Jeśli prace nad zakończeniem moich utworów będą przebiegać nadal pod tą samą gwiazdą, będę musiał w tym roku zakochać się w księżniczce, by skończyć Tassa, i sprzedać duszę diabłu, by pisać Fausta. Na jedno i drugie jednakowo nie mam ochoty Ale dotąd tak właśnie było. Po to, żebym mógł zająć się moim Egmontem, musiał rzymski cesarz wszcząć zwadę z Brabantczykami; gdy trzeba było, żebym doprowadził do jakiegoś przyzwoitego stanu moją operetkę, musiał przybyć do Rzymu cesarz zuryski. Oto, co znaczy być wykwintnym rzymianinem, jak powiada Herder, i bawi mnie to setnie, kiedy staję się główną przyczyną poczynań i wydarzeń nie pozostających w żadnym związku z moją osobą. To się nazywa mieć szczęście. Czekajmy więc cierpliwie na księżniczkę i diabła.
Johann Wolfgang Goethe.
Johann Wolfgang Goethe, Podróż włoska, tłum. Henryk Krzeczkowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 417-418.

sobota, 9 marca 2013

Odcinek 626: Johann Wolfgang Goethe, 1787 rok

Z dziennika Johanna Wolfganga Goethego

Neapol, piątek, 9 marca 1787 roku
Giovanna Baccelli, mal.Thomas Gainsborough, 1782 rok.
Przyjemną stroną podróżowania jest to, że nawet najzwyczajniejsze wydarzenia dzięki nowości i zaskoczeniu stają się przygodami. Wróciwszy z Capodimonte, złożyłem jeszcze wieczorną wizytę Filangierom. Na sofie obok pani domu siedziała osoba, której powierzchowność wcale mi nie pasowała do jej spoufalonego i nieskrępowanego zachowania. W lekkiej sukience z jedwabiu w paski, z dość dziwaczną koafiurą, wydała mi się milutką modystką. Osóbki te, zmuszone dbać o elegancję innych, mniej uwagi przywiązują do własnego wyglądu. Przyzwyczajone są do tego, że za swą pracę otrzymują wynagrodzenie, i nie przychodzi im do głowy, że mogłyby zrobić coś dla siebie za darmo. Moje wejście nie przeszkodziło jej, dalej paplała, opowiadając przezabawne historyjki o tym, co się jej ostatnio zdarzyło, a raczej, co sprowokowała swym postrzelonym zachowaniem. Pani domu chciała wciągnąć mnie do rozmowy i zaczęła mówić o pięknym położeniu Capodimonte i o skarbach, które tam się znajdują, ale ta żywa osóbka zerwała się — stojąc wyglądała jeszcze ładniej — pożegnała, pobiegła ku drzwiom, a w przelocie zawołała jeszcze do mnie: „Filangierowie wybierają się w tych dniach do mnie na obiad; mam nadzieję, że i pana z nimi zobaczę!" Nim zdołałem coś odpowiedzieć, już jej nie było w pokoju. Teraz  dopiero  dowiedziałem się,  że jest to księżna***,  bliska krewna państwa domu. Filangierowie nie są bogaci i żyją skromnie, choć przyzwoicie. Pomyślałem sobie, że w podobnej sytuacji musi być mała księżna, tym bardziej że tak świetne tytuły nie należą w Neapolu do rzadkości. Zapisałem sobie nazwisko, dzień i godzinę, żeby trafić i znaleźć się na miejscu o wyznaczonej porze.
Johann Wolfgang Goethe, Podróż włoska, tłum. Henryk Krzeczkowski, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, s. 178-179.

sobota, 29 września 2012

Odcinek 465: Johann Wolfgang Goethe, 1786 rok

Z dziennika Johanna Wolfganga Goethego

29 września 1786 roku, świętego Michała Archanioła, wieczorem
Goethe w Wenecji, mal. Ernst Pickardt.
Tyle już o Wenecji mówiono i pisano, że oszczędzę sobie rozwlekłych opisów. Ograniczę się do pierwszych wrażeń. I oto znowu najbardziej uderzającym zjawiskiem okazał się lud, ta wielka masa, wiodąca żywot w narzuconych jej warunkach.
Ludzie, którzy szukali schronienia na tych wyspach, nie robili tego dla zabawy, ci zaś, którzy potem zdecydowali się pójść w ich ślady, nie kierowali się kaprysem. Twarda konieczność wskazywała, że bezpieczeństwa należy szukać w najmniej korzystnym położeniu. [...] Woda stała się dla nich ulicą, placem, promenadą. Wenecjanin musiał stać się nowym gatunkiem ludzkim, tak jak Wenecja stała się miastem, którego z niczym innym poza nią samą nie można porównać. Canal Grande wijący się przez miasto jak wąż nie ustępuje żadnej ulicy na świecie i żaden plac nie wytrzymuje porównania z wielką taflą wody przed placem Świętego Marka, którą z jednej strony zamyka półksiężycem sama Wenecja. [...]
Natychmiast po kolacji wybiegłem na miasto, by na wstępie zdobyć jakieś ogólne wrażenia całości. Bez przewodnika, orientując się tylko według stron świata, dałem nura w labirynt miasta. Choć pocięte całe kanałami i kanalikami, połączone jest mostami i mostkami. Takiej ciasnoty nie może sobie przedstawić ktoś, kto tego nie widział na własne oczy. Szerokość ulicy można z reguły wymierzyć rozkładając ręce. w najwęższych uliczkach wystarczy podeprzeć się pod boki, by łokciami otrzeć się o mury. Zdarzają się jednak ulice szersze, a nawet tu i ówdzie małe placyki, ale ciasno jest właściwie wszędzie.
Bez trudu trafiłem nad Canal Grande i na główny most Rialto, będący jednym przęsłem z białego marmuru. Wspaniały jest widok z mostu. Na kanale rój statków, które wszystko, co miastu jest potrzebne, przywożą ze stałego lądu, tu właśnie przybijają i są wyładowywane. Między nimi mrowie gondoli. Dziś, jako że to świętego Michała, roztaczał się przed moimi oczami cudownie ożywiony obraz; po to jednak, by go opisać, muszę zacząć od rzeczy odległych.
Wenecjanki.
Dwie główne części miasta przedzielone przez Canal Grande łączy jeden tylko most, Rialto, są jednak poza tym barki, które przewożą ludzi w ustalonych miejscach. Dziś wyglądało to szczególnie ładnie: wystrojone kobiety w czarnych welonach przeprawiały się na drugą stronę kanału w drodze do kościoła pod wezwaniem Michała Archanioła, którego uroczystość przypada na dzień dzisiejszy. Przeniosłem się z mostu na jedną z tych przystani, by z bliska przypatrzeć się schodzącym z promu kobietom. Dostrzegłem kilka ślicznych twarzyczek i zgrabnych postaci.
Kiedy poczułem zmęczenie, wsiadłem do gondoli i wypłynąłem z ciasnych uliczek, by obejrzeć widowisko z przeciwnego brzegu. Przepłynąłem północną część Canal Grande i okrążając wyspę Santa Chiara przez laguny i kanał delia Giudecca, dotarłem do placu Świętego Marka. Rozparty w gondoli poczułem się, jak każdy Wenecjanin, gdy tylko wsiądzie do gondoli, współwładcą Adriatyku. Z wielką rewerencją wspominałem mego zacnego ojca, który z największą przyjemnością rozprawiał na podobne tematy. Czyżby i mnie to czekało? Wszystko wokół mnie jest dostojne; jest wielkim, budzącym szacunek dziełem zbiorowego wysiłku, wspaniałym pomnikiem wystawionym całemu ludowi, a nie jednemu tylko władcy. I chociaż laguny wypełniają się z wolna mułem i nad bagnami unoszą trujące opary, choć handel Wenecji podupada i jej potęga przemija, z niezmienną i niczym nie zmniejszoną czcią będziemy myśleli o tej republice. Wenecja, jak wszystko, co ogarniamy zmysłami, podlega władzy czasu.
Wenecja.
Johann Wolfgang Goethe, Podróż włoska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1980, tłum. Henryk Krzeczkowski, s. 60-61.