Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ginter Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ginter Maria. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 8 lipca 2013

Odcinek 738: Maria Ginter, 1941 rok


Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

8 lipca 1941 roku
Niespodziewanie pojechałyśmy obydwie z Irką na przesłuchanie. Znów nadzieja na wolność! Ostatnia nasza szansa. Zamykają sprawę. Czeka nas wolność lub obóz.
Zdziwiłam się szalenie, gdy nas zaprowadzono na inne piętro, do innego pokoju, gdzie kto inny przesłuchiwał. Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam dwie zupełnie nowe twarze cywilów. Uprzejmie podano fotel, papierosy i zaczęto rozmowę, bo przesłuchaniem tego nazwać nie można. Postanowiłam logicznie udowodnić im naszą niewinność.
Spytałam z naiwną miną, dlaczego w ogóle nas aresztowano i czemu trzymają bez
Pokój przesłuchań w siedzibie
Gestapo w al. Szucha.
powodu tyle miesięcy? Jeden z gestapowców poszperał w biurku, wyciągnął akta i przeczytał zeznanie Józki Kęszyckiej, z którego wynikało, że pracowałyśmy z nią razem w drukarni. Poprosiłam, aby ją wezwano, żeby powtórzyła to w mojej obecności.
— Zgoda — podchwycił moją propozycję. — Jeśli cofnie, będą panie zwolnione, a jeśli powtórzy oskarżenie, to dam pałę gumową i pani ją sama przy nas ukarze.
Zgodziłam się. Dawno było ustalone, że Józka wszystko odwoła. Stanęło na tym, że w czwartek zostaniemy wezwane i wtedy zadecydują się nasze losy.
Wyszłam z przesłuchania z lekkim sercem i czułam się już prawie na wolności. W „tramwaju” mrugnęłam znacząco do Irki. Irka była krótko i również wróciła z radosną miną. Kiedy wracałyśmy na Pawiak, na placu Trzech Krzyży czekała już cała rodzina, jak zwykle, powiadomiona przez strażniczkę Zosię Kojro, która ostatnio jest naszym regularnym kontaktem z domem. Samochód jechał szybko. Ledwie zdążyłam przebiec po wszystkich oczyma. Po tak długim niewidzeniu zrobiło to na mnie szalone wrażenie.
Do mamra wróciłyśmy, tłumiąc radość, aby nie rozeszło się po więzieniu, że spodziewamy się wolności.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 204–205.

niedziela, 15 lipca 2012

Odcinek 389: Maria Ginter, 1941 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej


Warszawa, 15 lipca 1941 roku

Leżałam na sienniku marząc, jak zwykle, o wolności, kiedy nagle z korytarza dobiegł szczęk kraty i głos [strażniczki oddziałowej] Piątkowej:
– Zieleniewskie na przesłuchanie!
Zaczęłam szukać pantofli i klęłam w duchu, że znów nas ciągną na Szucha zamiast wypuścić na wolność. Piątkowa otworzyła celę i przyjrzała się uważnie kartce:
– Nie! Omyliłam się! – wykrzyknęła. – Na wolność, nie na przesłuchanie!
Zaczęłyśmy się całować, tańczyć i skakać. W szalonym pośpiechu pakowałam rzeczy, byle szybciej wyjść już z tych murów. Tymczasem w celi zrobił się tłok. Wszystkie znajome przybiegły nas pożegnać. Lubiano nas, więc radość panowała ogólna. Nie wiedziałam, co robię, kto mnie całuje i wszystko wylatywało mi z rąk.
Oddziałowa stwierdziła, że odkąd tu, pracuje, nie było takiego ruchu w więzieniu, Nawet chore w szlafrokach zeszły ze szpitala.
Do kąpielowego, gdzie odbierało się rzeczy, odprowadzono nas tłumnie. Zdenerwowany Niemiec rozpędził wszystkie więźniarki do celi.
Wreszcie opuściłyśmy gmach Serbii.
W bramie żegnała nas zapłakana Józka. Zaczął padać deszcz. Danusia, trzymając mnie za rękę, poszła z nami aż do furtki.
Pozostałości bramy Pawiaka,
wysadzonej w 1944 roku.
Ciężko było pozostawić te wszystkie współtowarzyszki niedoli, które nie wiedzą kiedy i czy w ogóle wyjdą. Opuszczenie Danusi bolało jednak najbardziej.
W kancelarii załatwiałyśmy formalności z depozytami. Po złożeniu kilku podpisów, wręczyli nam wreszcie zwolnienia do ręki.
Po krótkiej rewizji w dyżurce stanęłyśmy przed bramą. Deszcz ciągle padał. Drżałam niecierpliwie, gdy strażnik mocował się z potężną kratą. Wreszcie otworzyła się ostatnia zapora. Brama trzasnęła głucho. Byłyśmy na wolności!
Przypomniały się słowa tak często śpiewanej w celi piosenki:
Gdy wyjdziesz,
Trzaśnie za tobą brama
I pozostaniesz sama,
Jak gdyby nigdy nic...
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 205–206.

sobota, 19 maja 2012

Odcinek 332: Maria Ginter, 1941 rok


Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej


Warszawa,19 maja 1941 roku
Gmach Ministerstwa Wyznań i Oświecenia
Publicznego przy al. Szucha w Warszawie,
podczas wojny siedziba Gestapo.
Gdy mnie wywołano [na przesłuchanie], wzięłam kanapki na obiad i wyszłam razem z sze­ściu innymi na Pawiak. W kancelarii sprawdzali obecność i ładowali na ciężarówkę. Usiadłam ostatnia, aby dostać miejsce na brzegu i obserwować wszystko po drodze. Po tak długim siedzeniu widok miasta robił szalone wrażenie. Zatrzymaliśmy się na Szucha. Kazano wysiąść. Dziwne uczucie mnie ogarnęło, gdy w ten cudowny wiosenny dzień stanęłam na ulicy.
Wrzaskliwy rozkaz Niemca ściągnął z powrotem do rzeczywistości. Uszeregowani, poszliśmy do gmachu gestapo. Szerokimi schodami spro­wadzono nas do piwnic. Po sprawdzeniu listy, posegregowano do klatek. Gołe ściany i krzesełka, odwrócone tyłem do żelaznej kraty. Czekałam cały dzień odczytując tysiące razy ogromny napis: „Sprechen, rauchen, streng verboten!" [Rozmowa i palenie surowo zabronione!]
Cela w areszcie Gestapo,
tzw. tramwaj.
Co pewien czas przenikliwy dzwonek oznajmiał, że kogoś zaraz wezwą na przesłuchanie. Każdy wracał z badania chwiejnym krokiem. Ktoś zemdlał od razu na krześle. Jakiś młody chłopak, trzęsąc się jak w febrze, dopytywał, czy bardzo biją. Pocieszałam go, że nie zawsze. Niestety, wrócił blady, posiniaczony i zakrwawiony. Inny za rozmowę został ukarany ćwiczeniami. Kazano mu przez godzinę skakać w kucki po kory­tarzu. Popędzali go nahajem. Drugi znów z rękami podniesionymi w górę stał dwie godziny i o mało nie zemdlał. Cały dzień radio grało skoczne melodyjki, aby zagłuszyć wszelkie odgłosy. W minutowych przerwach dochodziły z podwórza razy uderzeń, jęki bitych i wrzaskliwe przekleństwa Niemców. Ciarki przechodziły człowieka, który oczekiwał swojej kolejki. Co pewien czas przeprowadzano skutych w kajdany więźniów, przebywających stale w lochach gestapo.
Gdy już prawie wszyscy z „tramwaju” byli przesłuchani, nareszcie wezwano i mnie. Pod eskortą zaprowadzono na piętro, wpuszczono do pokoju 118. Duży gabinet, za biurkiem groźny gestapowiec, przy nim „oprawiacz” z nahajem, a z boku tłumaczka przy maszynie. Najbardziej jednak zafascynowało mnie okno. Okno bez krat! Kazali usiąść i po spisaniu personaliów wzięli w ogień krzyżowych pytań. Spokojnie i zdecydo­wanie zaprzeczyłam oskarżeniu. Gestapowiec, wściekły, walił pięścią w stół i wrzeszczał, że jeśli się nie przyznam, to czeka mnie rozstrzelanie, a w najlepszym razie dożywotni obóz. Wymachiwał pałką i groził, że zmusi do mówienia. Powiedziałam, że mogę powiedzieć wszystko, co wiem, ale jeśli zacznie bić, to wtedy dopiero zamilknę. Trochę zaskoczony, kazał wyjść oprawcy i zaczął z innej beczki:
– Widzę, że pani jest rozsądna. Pani ma chorą siostrę i chciałaby wyjść na wolność. Chodzi tylko o zakończenie sprawy. Trzeba się tylko przyznać, a i tak już panie odsiedziały swoją karę i zaraz pójdą na wolność. My i tak wszystko wiemy. Przecząc temu, wysyła pani siebie i siostrę na śmierć, a w najlepszym razie do obozu.
Po tej przemowie zaczął znowu pytać o organizację, drukarnię „Znak” i wszystkich aresztowanych. Nie dałam się złapać na ten haczyk. Wszystkiego się wyparłam.
Hauptman wpadł w pasję. Wymyślał, groził rozstrzelaniem i mękami. Wściekły, z furią zadzwonił i kazał wyprowadzić.
Do celi wróciłam z uczuciem, jakbym wróciła do domu. Po tylu spokojnych miesiącach dzień ten był dużym wstrząsem. Siadłam do kolacji i cieszyłam się, że znów jestem tu między znajomymi, na własnej pryczy w swoim kąciku.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 201–202.



sobota, 14 stycznia 2012

Odcinek 206: Maria Ginter, 1941 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, więzienie Pawiak, 14 stycznia 1941 roku
Rano zemdlała Helenka. Zabrano ją do szpitala. Potem przyszły do nas dwie nowe. Jedna młodziutka, bardzo ładna szatynka, o dużych brązowych oczach. Poczułam do niej od razu sympatię. Ledwo zdążyłam się dowiedzieć, że nazywa się Danusia Terlikowska i siedzi za broń, gdy wpadło dwóch Niemców. Kazali natychmiast opuścić wszystkim celę. Nigdy nie było wiadomo, o co chodzi. Na własną intuicję trzeba było decydować, czy zakazane rzeczy schować w sienniku, czy gdzieś przy sobie. Tym razem moje „skarby” – ołówek, notatki, papierosy i karty – wsadziłam pod bluzkę. Gdy już wszystkie znalazły się na korytarzu, Niemcy odczytali listę i parę kobiet odseparowali na bok. Ogólne zaniepokojenie! Nikt nie wiedział, czy to na wolność, czy na transport. Tymczasem umieszczono je w dwunastce. Resztę komisarka kolejno rozmieszczała po innych celach. Danusię i mnie, jako nieletnie, przydzieliła do celi młodocianych nr 25, na oddział I. Byłyśmy z tego bardzo zadowolone. Przyjemniej jest siedzieć w towarzystwie młodych.
Więzienie Pawiak, fot. z 1906 roku.
W nowej celi czułam się już starą „mamraczką”. Postanowiłam zadomowić się wygodnie. Po transporcie nie było już tłoku. Mieszkanki młodocianej celi przyjęły nas bardzo mile. Zajęłyśmy z Danusią dwie prycze obok siebie, w kąciku, i rozmawiałyśmy do późnej nocy. Od pierwszej chwili nabrałyśmy do siebie zaufania i opowiedziałyśmy sobie własne dzieje konspiracji i aresztowania. Wtajemniczyłam Danusię w sposoby kontaktowania się z wolnością, otrzymywania grypsów i wałówek, poruszania się po więzieniu i ułatwiania sobie życia. Zawarłyśmy sztamę, tak zwaną „więzienną wspólnotę”. Oznaczało to dzielenie się wszystkim, co się zdobędzie, nie wyłączając kostki cukru czy papierosa.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 192.

sobota, 24 grudnia 2011

Odcinek 185: Wigilie polskie

Seweryn Korzeliński, Opis podróży do Australii i pobytu tamże od r. 1852 do 1856
Seweryn Korzeliński.
Najgorzej przyszło mi przepędzić dzień w Wigilię Bożego Narodzenia. Od dzieciństwa przyzwyczaiłem się w dniu tym post zachować ścisły, nie chciałem też i w Australii łamać go. Lecz widzę: inna to rzecz w domu, po spożytej dobrej wieczerzy w dniu poprzedzającym pójść nazajutrz dla zabawki na polowanie i nic nie jeść aż do pierwszej gwiazdy, a zupełnie inna siły wycieńczone uciążliwą pracą bardziej osłabiać postem skrupulatnym. [...] Wieczór tyle wspomnień drogich zamykający, bo o tej porze w kraju naszym zbierają się rodziny, by razem przełamać się opłatkiem, zasiąść do wieczerzy w serdecznej rozmowie, a potem przy kominku. Tu nie masz ani opłatka, ani rodziny, a gorąco tak mocne, muchy tak naprzykrzone, że się niepodobnym zdaje, by to był czas Bożego Narodzenia; zwłaszcza nam, dzieciom Północy, przyzwyczajonym widzieć w dniu tym śniegi i zawieje. Lecz tak jest, jutro Boże Narodzenie. Po to płynęliśmy trzy miesiące, by z drugiej strony kuli naszej pozbawionym być w dniu tym wszystkiego, co nam miłe, gdzie na wigilię nie ma opłatków, a zamiast grzania się przy kominku pot z czoła ocierać trzeba na dworze.
Wieczerza też nasza nie była podobną do pozywanej niegdyś w domu. Składały ją rosół, mięso, a z nadzwyczajnym dodatkiem wystąpił B., kucharz nasz teraźniejszy, z plackami smażonymi na łoju. Te potrawy nie zdołały zastąpić szczupaków, karpi itd., ale podsyciły i przywróciły upadające siły, co główną było rzeczą, bo przecież można było bez zawrotu głowy siedzieć, przechadzać się przy księżycu, ślicznie w owej chwili oświecającym góry przed naszymi namiotami wznoszące się, i podumać o swoich i o kraju. Niedługo samotnie mogłem się oddawać myślom, znużenie było mocne, potrzeba odpoczynku konieczna.
Cyt. za: Izabela Jarosińska, Kuchnia polska i romantyczna, Wydawnictwo Literackie 1994, s. 78-80.

List Zofii Wańkowiczowej do męża, Melchiora

Jodańce, 1927 rok
Dwór w Jodańcach.
[...] W Wigilię było robienie porządków ostatecznych i upiększeń mieszkania, ubieranie choinki, potem wysłałyśmy konie po Ciebie na wszelki wypadek z futrem i walonkami na nogi i czekałyśmy z wilią na powrót koni. [...] Pod obrusem było siano i snop pszeniczny w rogu, choinka była śliczna. (Zrobiłam sto pięćdziesiąt zabawek, prócz masy orzechów złoconych przez nas z zapałem.) Dzieliliśmy się opłatkiem, położyliśmy nakrycie „dla Tatusia”, jedliśmy gotowaną pszenicę, „by być dobrymi gospodyniami cały rok”, potem zaprosiliśmy całą służbę na choinkę i słodycze, zapaliliśmy świeczki i śpiewaliśmy kolędy, a dzieci rozdały służbie przygotowane podarunki, a chłopcom papierosy. Były strasznie rozradowane z wilii i choinki, wróżyły ze słomy spod obrusa, cieszyły się darami: od Reni portmonetki, a w nich po 6 l[i]t[ów], ode mnie albumiki z motylkami i pieskiem do pisania wierszy, rysowania rysuneczków lub pisania pamiętnika, oraz kajeciki na książeczki rachunkowe z własnych kapitałów. P. Alinie zrobiłam małą serweteczkę, a Reni dzieci wyszyły podstawkę do lampy i sachette na zapałki z herbem. Obydwie rzeczy usilnie wykańczałam, bo „było trudno”. [...]
King i Królik. Korespondencja Zofii i Melchiora Wańkowiczów, 1914–1939, oprac. Aleksandra Ziółkowska-Boehm, Twój Styl 2004, s. 440–441. 

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, więzienie Pawiak, 1940 rok
„Duch więzienia”,
rys. Jadwiga Tereszczenko.
Od samego rana wydawano świąteczne paczki. Każda, uradowana, pędziła do dyżurki i wracając z pudłem próbowała już po drodze domowych smakołyków. Wiele z nas na próżno czekało do wieczora! Ponieważ nie zdążyli rozdać takiej ilości, część pozostawiono na dzień następny. O czwartej Patronat urządził wspaniałą ucztę: śledzie, kartofle i kluski z makiem. Łyknęłyśmy szybko, aby zapomnieć, że to wieczerza. Nie można się „rozklejać”! Po wyjściu Niemców, wszystkie cele były pootwierane. Na każdym piętrze choinka, a więźniarki urządzały uroczyste wieczerze. Poszłam do celi 12. Połączono stoły, nakryto prześcieradłem i zastawiono różnymi przysmakami z paczek. Przypominały prawdziwy stół wigilijny. Gałązka świerku, poprószona watą, kilka świeczek i opłatek – dopełniały całości. Po wspólnej modlitwie, przerywanej cichymi łkaniami, podzieliłyśmy się opłatkiem, życząc sobie nawzajem wolności. W milczeniu zasiadłyśmy do stołu. Każda z myślą o domu przy rodzinnym stole, przez łzy łykała mikroskopijne porcyjki.
W szpitalu wszystkie chore zebrały się wokół choinki i śpiewały chórem kolędy. Irka nie wytrzymała tego nastroju i poszła wypłakać się do łóżka. Po apelu stałam jeszcze długo przy otwartym oknie.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 190.


E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

Warszawa, 2003 rok
Zdzisław Beksiński.
[...] Wigilię spędzę w domu przy komputerze – czyli mamy stereotypowy obrazek w landrynkowym stylu pt. „Samotna Wigilia osamotnionego starca”. Mój Boże. Od czasów Dickensa uważa się, że akurat we Wigilię budzą się w człowieku jakieś specjalne emocje, ale zaręczam, że we mnie się nie budzą, mimo iż na ogół nie jestem głąbem pozbawionym głębszych uczuć. Wigilia to Wigilia i nic poza tym. Oczywiście, gdy była jeszcze rodzina, to trzeba było (żona kultywowała tradycję) siadać do wspólnej kolacji, był barszcz z uszkami, plastikowa namiastka choinki i jakieś tam prezenty, a raczej atrapy tradycji, ale to wszystko było w moim odczuciu sztuczne i wysilone. Tomek też za tym nie przepadał, a już kolęd po prostu NIENAWIDZILIŚMY. Dzielenia się opłatkiem też. U szwagra ryczy się kolędy, palą się świeczki i panuje atmosfera skoncentrowanego koszmaru. Ryba, opłatek, obyśmy, choinka do sufitu w tle i tak dalej. Naprawdę za tym nie tęsknię, a myśląc o tych, którzy ode mnie odeszli codziennie i to wielokrotnie, nie myślę akurat intensywniej dlatego, że w oknach bloku naprzeciw palą się światła choinek. Daję uroczyste słowo. [...] Stille Nacht heilige Nacht. Wszystkiego najlepszego z okazji Świąt. W końcu stać mnie na odrobinę konwencji. Beksiński
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 64.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Odcinek 166: Maria Ginter, 1940 rok


Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej


Warszawa, 5 grudnia 1940 roku
Pawiak. Krata zamykająca wejście na oddział.
Od rana zapędzili nas do kartoflarni. Nie było nikogo ze znajomych, więc postanowiłam wrócić do celi. Poczułam się jak uczennica, która wieje z lekcji. Tak podobna sytuacja, a jakże inna mogła się okazać w skutkach.
Doszłam do wniosku, że trzeba jednak nauczyć się sposobów ułatwiania sobie życia, jeśli mam mieszkać dłużej w tym bezpłatnym „hotelu”. Gdy oddziałowa przeszła na drugą stronę celi, przemknęłam się do sieni. Po chwili, podczas wynoszenia łupin, czmychnęłam na dziedziniec. Stąd już tylko jeden mur dzielił od podwórka spacerowego. Obwiązałam chustką palec i z naiwną miną szłam przed siebie. Strażnik spojrzał na wystawiony demonstracyjnie kikut.
– Zacięła się pani? – spytał.
Przytaknęłam szybko i dostałam się na drugie podwórze. Tu szczęście mi sprzyjało. Akurat spacerował oddział II. Przyłączyłam się dyskretnie i po paru minutach, razem ze wszystkimi, weszłam do gmachu. Czekało jeszcze sforsowanie kraty na oddział I, aż w końcu znalazłam się pod drzwiami celi. Po krótkim czasie trafiła się okazja i zostałam wpuszczona. Wszystkie więźniarki były ogromnie zdziwione moim powrotem. Gdy oświadczyłam im, że po prostu zwiałam, były pełne uznania, że „nowa” daje sobie już tak świetnie radę. Twierdziły, że szybko wyrobiłam się na doświadczoną „mamraczkę”.
Po południu do naszej celi wpadli Niemcy. Rozejrzeli się po wszystkich kątach i z okrzykiem „raus”! uszeregowali więźniarki na korytarzu. Wszystkie przeświadczone, że będzie rewizja, drżały o swoje „skarby” i własną skórę. Na szczęście, skończyło się tylko na strachu. Oddziałowa oznajmiła, że cela jest potrzebna dla internowanych. Musimy zabrać swoje graty i zostaniemy umieszczone gdzie indziej. W pięć minut cela była pusta. Dostałam się do celi nr 1. Na 10 m kw. mieszkało już 8 osób! Stanęłam w drzwiach, nie mając gdzie się ruszyć. Pod względem towarzyskim trafiłam również gorzej. Siedziały tu kryminalne. Między nimi jedna stara baba, która odsiadywała zamordowanie męża. Wszystkie jednak były wyjątkowo miłe i usłużne. Pomimo to marzyłam o powrocie do dawnej celi.
Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 186–187.

środa, 30 listopada 2011

Odcinek 161: Maria Ginter, 1940 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, 30 listopada 1940 roku

Spacer na dziedzińcu Serbii
(rys. Jadwiga Tereszczenko).
Zaraz po śniadaniu poszłam na obieranie kartofli. Łudziłam się, że zobaczę siostrę i będziemy mogły porozmawiać. Spotkałam nie tylko Irkę, ale także Józkę i Stenię. Uradowane, usadowiłyśmy się razem w kąciku sali.
W kartoflami tłok straszny i zaduch nie do wytrzymania. Po pierwszych pytaniach – generalna narada. Józkę na przesłuchaniu pytali o nas wszystkich. Stenia wiedziała, że aresztowano także Jasia i Tadeusza. Nasza sprawa przedstawia się coraz jaśniej. Trzeba będzie posiedzieć dłużej.
Zaczęłyśmy dyskutować nad sprawą przesłuchań. Jak odpowiadać? W zasadzie wszystko jedno. Byle jednakowo! Ale co powie Jaś? Zaczęłyśmy wypytywać Józkę, jak było na przesłuchaniu: czy ją bili, czy bolało i czy zawsze biją? Jedna z sąsiadek usłyszała, o czym mowa:
– O, proszę pani – wtrąciła – jak jedną zbili, to na noszach przynieśli, skóra jej kawałkami odlatywała, żebro miała złamane i oko wypłynęło. A mężowi palce wyłamywali.
Dreszcz zgrozy nas przeszedł, ale obiecałyśmy sobie, że choćby nie wiem co, nic się od nas nie dowiedzą. Nie może się już nikt więcej tu dostać po naszych zeznaniach.
Strażniczka zauważyła w końcu naszą czwórkę i krzyknęła ze złością:
– Co jest do cholery! Obierać, a nie gadać, bo posadzę każdą gdzie indziej! Kumoszki, psia krew! Na plotki się tu zeszły!
Po paru godzinach ręce mdlały ze zmęczenia, a krzyża nie można było wyprostować. Obracałam w pokaleczonych rękach zgniłe, brudne, zmarznięte kartofle. Szybko, byle prędzej schylić się po następny, byle prędzej obrać cały kosz. Gdy wstawałam, żeby zsypać obrane ziemniaki do kadzi, robiło się czarno przed oczami z głodu i zmęczenia. Józka dała nam papierosa, więc wyszłyśmy z Irką do „kącika”, aby go wypalić do spółki. Zgłodniała, łapczywie zaciągałam się dymem ze sporta i po chwili byłam bliska omdlenia.
Po przyjściu do siebie stanowczo postanowiłam zmusić się do jedzenia. W dziesięciominutowej przerwie na obiad wnieśli kotły i dali po łyżce zupy. Wyłowiłam dwa kartofle i zjadłam z apetytem. Smakowały jak marcepan.
Obieranie trwało 12 godzin, ale mimo to byłyśmy zadowolone. Nareszcie mogłyśmy pogadać!

Maria Zieleniewska-Ginterowa, Z pobytu w celi małoletnich, w: Wspomnienia więźniów Pawiaka, Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza 1978, s. 185–186.

niedziela, 27 listopada 2011

Odcinek 158: Maria Ginter, 1940 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, 27 listopada 1940 roku
Korytarz więzienia kobiecego (Serbii).
Więźniarki wynoszą z cel kubły z nieczystościami
(rys. Jadwiga Tereszczenko).
Jak kubeł zimnej wody obudził nas przeraźliwy dzwonek. Było zupełnie ciemno. Rozprostowałam obolałe członki. Po paru minutach otworzono celę. Dano nam po kawałku chleba i kubku gorącej kawy. Nie byłam w stanie dotknąć ustami wstrętnego blaszanego naczynia. [...]
Po godzinie przyszła strażniczka w białym fartuchu i zabrała nas do łaźni. Kiedy brałyśmy prysznic, osobiste rzeczy zostały dokładnie zrewidowane. Po kąpieli oddano nam ubrania, a wszystko inne zabrano do depozytu. Pozostał mi tylko grzebyk i chusteczka do nosa. Zdobyłam się na odwagę i poprosiłam o zwrot ołówka.
– Żeby pani grypsy pisała! Tego tylko brakowało – powiedziała. Nie wiedziałam, o czym mówi, ale sam fakt zabrania mi ołówka zmartwił mnie więcej niż wszystko inne.
Po wyjściu z łaźni oddziałowa zaprowadziła nas do maleńkiej celi o wymiarach 5x2 metry. Pod brudnymi ścianami stały ławki. Usiadłyśmy w milczeniu. Przez małe, zakratowane okienko wpadała smuga światła. Tworzyła cień w kształcie krzyża na ścianie. Z podwórza słychać było jednostajne, miarowe kroki po betonie. Stanęłam na ławce i za pomocą kraty podciągnęłam się do góry. Zobaczyłam sznurem idące więźniarki o szarych twarzach i pełnych smutku, wpadniętych oczach.
Dla zabicia czasu zaczęłyśmy z Irką również spacerować od okna do okna, aż do ogłupienia. Na ścianach celi wypisane były różne aforyzmy: „Kto tu wejdzie, nigdy nie wyjdzie”. „Wydostać się stąd można tylko w trumnie” itd. Jeden tylko napis był podnoszący na duchu. „Bóg z nami”. Z pewnością wielu więźniom dodał otuchy.
Pod wieczór zabrano nasze towarzyszki. Nareszcie można było porozmawiać i uzgodnić zeznania. Po chwili zabrano Irkę. Na nasze prośby, aby nas ulokowano razem, odpowiedziano, że mamy izolację. Pożegnałyśmy się smętnie.
Było już zupełnie ciemno, gdy znów zgrzytnął klucz w zamku i zabrano mnie na korytarz. Strażniczka otworzyła celę 12, wpuściła do środka i zatrzasnęła drzwi. W mdłym świetle żarówki widziałam tylko podniesione prycze i mnóstwo twarzy. Klapnęłam na stołek i rozpłakałam się. Otoczyły mnie więźniarki i jedna przez drugą zaczęły pocieszać. Jedna z humorem stwierdziła: „To należy do dobrego tonu siedzieć teraz w mamrze, nie trzeba się przejmować”. Uśmiechnęłam się przez łzy i z zaciekawieniem zaczęłam słuchać opowiadań o życiu na Pawiaku. O szóstej wieczór zadzwoniono na apel. Ustawione parami czekałyśmy, aż przyjdą nas policzyć. Po chwili wtłoczyła się do celi przewodniczka z gestapowcem.
– 2, 4, 6, 8... 24 – dopisała cyfrę na tabliczce i wyszła.
– Przybyło sporo nowych – któraś stwierdziła – ogólny stan wynosi 567. – Nie mogłam uwierzyć, że tyle kobiet siedzi na Pawiaku..
Po apelu uklękłyśmy wszystkie do wspólnej modlitwy przed małym świętym obrazkiem wiszącym nad oknem. Doznałam ukojenia. Po pacierzu opuszczono prycze. Ze wstrząsanych sienników unosiły się tumany kurzu. Wszystkie miejsca na pryczach i na stołkach pomiędzy nimi były zajęte. Ulokowałam się pod oknem. Nie miałam ani siennika, ani koca, ani poduszki. Moja pelisa musiała wystarczyć za wszystko. Światło paliło się do ósmej wieczorem. Więźniarki czytały, szyły lub rozmawiały. Na ogólną prośbę Rena cicho nuciła szlagiery. Myślami daleko, zmęczona, głodna i zziębnięta usnęłam na twardym posłaniu.
Maria Ginter, Galopem pod wiatr, Omega 1990, s. 100–102.

sobota, 26 listopada 2011

Odcinek 157: Maria Ginter, 1940 rok

Z notatek więziennych Marii Ginter z d. Zieleniewskiej

Warszawa, 26 listopada 1940 roku
Zosia Wyganowska urządzała przyjęcie u Niusi na Saskiej Kępie. Umówiłam się z Andrzejem, że pojedziemy razem. Kiedy przyszedł po mnie, wpadł akurat na chwilę Józik i pozostawił raport.
– Tylko uważaj – zaznaczył – jest trefny.
W myśl zakazu rodziców, aby nic nielegalnego w domu nie było, schowałam go do torebki.
U Zosi zastaliśmy już sporo gości. Zabawa zapowiadała się na medal. Wyborna kolacja, dobrze zamrożona wódeczka i doskonałe płyty. Niektórzy mieli nam za złe nasze nocne imprezy, ale rozgrzeszaliśmy się żelazną logiką. – Jeśli jesteśmy gotowi ginąć jutro, mamy prawo odprężyć się dziś.
Z powodu godziny policyjnej nasze zebrania przymusowo ciągnęły się do samego rana. Mieliśmy więc całą noc przed sobą. Tańce, dopóki nie protestowali sąsiedzi, potem grało się w karty. Uwielbiam tańczyć z Andrzejem, więc byliśmy ostatni, którzy zeszli z parkietu, Usiedliśmy do pokera. Wtuleni w róg kanapy graliśmy do spółki. Gdy pani domu oznajmiła przerwę na kolację, rozpoczęliśmy ostatnią rundkę, śpiewając chórem „Gwiżdżę na wszystko, śmieję się w słońce...” [...].
Nagle zmroził nas ostry dzwonek u drzwi frontowych. Znieruchomieliśmy. [...] Po trzecim dzwonku Zosia zdobyła się na odwagę i poszła otworzyć drzwi. Wpadło czterech gestapowców z pistoletami w ręku.
– Hände hoch! – zaszczekali. Zaczęła się szczegółowa indagacja:
– Co tu robimy? Czemu tyle osób? Czy to jakieś zebranie? etc., etc.
Jeden z nich kolejno pytał wszystkich o nazwiska. Kiedy usłyszał moje, zarechotał uradowany i natychmiast kazał mi przejść na drugą stronę pokoju. Przestali pytać o nazwiska, zaczęli sprawdzać kenkarty i zameldowania. Oddzielona od pozostałych zachodziłam w głowę, o co może im chodzić. Nagle oblał mnie zimny pot. Przypomniałam sobie raport Józika. O połknięciu mowy już nie było. Obserwowali mnie bacznie. Wyciągnęłam papierosa i poprosiłam najbliżej stojącego Jurka o ogień. Kiedy chciał mi nim służyć, gestapowiec odtrącił go ręką i sam zapalił mi papierosa. Wylegitymowani goście stali rzędem pod ścianą i z przerażeniem patrzyli na mnie. Gdy spotkałam wzrok Andrzeja, przyciągnęłam jego spojrzenie na popielniczkę. Gasząc papierosa, zostawiłam tam zwinięty w rulonik meldunek. Kamień spadł mi z serca. Przestałam nawet martwić się o siebie. Grunt, że nie wsypałam innych.
Po skończonym legitymowaniu gestapowcy kazali mi się ubrać, a pozostałym życzyli wesołej zabawy. Wyobraziłam sobie natychmiast, jaki „wesoły” nastrój zapanuje po naszym wyjściu. [...]
Wyszłam otoczona z czterech stron. Wsadzili mnie do czarnej limuzyny. Kiedy zapytałam, czego ode mnie chcą, oznajmili, że Irka [siostra Marii] jedzie za nami drugim samochodem. Zrozumiałam, że aresztowanie związane jest z naszą pracą w konspiracji.
Autorka wspomnień (w środku) z siostrami Olą i Irką, 1940 rok.
Gdy nie skręciliśmy z mostu Poniatowskiego w lewo, odetchnęłam, że nie jedziemy na Szucha. Pędziliśmy pustymi ulicami. Auta zatrzymały się dopiero na wąskiej brukowanej ulicy, przed ogromnym gmachem. Gestapowcy zadzwonili. Otworzyła się brama. Po chwili znalazłam się przed kratą. Domyśliłam się, że to Pawiak.
Przejął mnie strażnik w zielonym mundurze i poprowadził w głąb. Szliśmy długim, ciemnym korytarzem z rzędem ponumerowanych cel. Nasze kroki odbijały się długim echem w ciszy nocnej. W kancelarii spotkałam Irkę. Spisano nasze personalia, zabrano pieniądze i wszystkie kosztowniejsze rzeczy. Kazano się podpisać w wielkiej księdze. Zaskoczył mnie fakt, że rubryka odbioru świeciła prawie pustką.
Po skończonych formalnościach przyszła strażniczka i zabrała nas do pawilonu żeńskiego, na Serbię. Otworzyła ciężkie żelazne drzwi, zapaliła mdłe światełko i wyszła trzasnąwszy głośno. Poczułam się więźniem. Gołe, szare ściany, zakratowane okienko pod sufitem i trzy żelazne prycze, na których spały jakieś kobiety. Była to „przejściówka” dla świeżo aresztowanych. [...]
Próbowałam usnąć, ale woda kapiąca z kranu doprowadzała do szału. Światło żarówki nie pozwalało zapomnieć, gdzie jestem. W uszach brzmiała mi ciągle piosenka „Gwiżdżę na wszystko...” Postanowiłam nagle, że będę także gwizdać na wszystko. Choćby przyszło tu siedzieć! Usnęłam i śniłam, że tańczę z Andrzejem.
Maria Ginter, Galopem pod wiatr, Omega 1990, s. 100–102.