Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gierymski Maksymilian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Gierymski Maksymilian. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 marca 2016

Odcinek 2047: Maksymilian Gierymski, 1874 rok

List Maksymiliana Gierymskiego do Prospera Dziekońskiego

Rzym, 22 marca 1874 roku
Kochany Prosperze!

[...] moja choroba zatrzyma mnie niejedną jeszcze zimę we Włoszech, a na kilka
Maksymilian Gierymski
miesięcy letnich podróż tak olbrzymia i fatygująca mnie niezmiernie nie byłaby właściwą. Aby przybyć do Polski z Rzymu, potrzebuję trzy tygodnie rachować, mając na względzie, że dalsze odstępy nie mógłbym od razu przebywać, jak z Rzymu np. do Florencji, a i to za daleko. W każdym miejscu, gdzie bym się zatrzymał, potrzebowałbym kilka dni pozostać dla odpoczynku. Nie uwierzysz, jak mnie podróż koleją męczy; jeszcze zdrów będąc nie cierpiałem tego turkotu wagonów i jednostajnego ruchu; teraz pewny jestem, że kilkugodzinną jazdę zapłaciłbym pogorszeniem się znacznie mego zdrowia. Niech diabli wezmą taką robotę — zdawało się, że po przebyciu tego tak niby groźnego zapalenia wszystko skończone; trochę osłabienia, trochę brak sił, ale zresztą miało się niby na dobre. Ni stąd ni z owad zbiera się woda w brzuchu; doktor powiada i ja sobie teraz przypominam, że zaraz po przejściu zapalenia pleury bóle w bokach po każdym sfatygowaniu nieznośnie mi dokuczały; było to formowanie się powolne tego wysięku, który mnie w Rzymie zaraz po przyjeździe do łóżka położył. Dzisiaj ruszam się, chodzę powoli i z trudem i czuję ból ciągle w dolnej części brzucha i bokach.
Kiedy się tego pozbędę, może nigdy; ale też pewna, że w takim stanie długo pociągnąć nie można. Zdarzy się coś, co pogorszy stan obecny, a wtedy kitę odwalić przyjdzie; cóż robić, myślę o tym jak o jutrzejszym obiedzie. Był czas, żem chciał tylko ten obraz skończyć, co mam na stalugach — wystrzegałem się, aby sobie w czym nie zaszkodzić, bo nie mógłbym przemalować konia, który mnie nie cieszył, albo nie mógłbym ustawiać modela dla braku sił. Głupstwo, chimera; mniej myślałem, że się rozstanę z tymi, których kocham przecież, jak Ojca, siostrę, brata itd., niż że nie skończę obrazu! Żegnam Cię, Prosperze Kochany; Dziadkowi oświadcz ode mnie ukłon pełen najgłębszego uszanowania, Kazia uściskaj.
Max

Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 155–1596.

sobota, 1 marca 2014

Odcinek 974: Maksymilian Gierymski, 1871 rok

List Maksymiliana Gierymskiego do Kazimierza Epplera

Monachium, 1 marca 1871 roku
Kochany Kaziu! 
List ten, spodziewam się, odbierzesz w sam dzień Twoich imienin, przyjm więc przede wszystkim od nas obu powinszowania wszelkiej pomyślności – fortuny i żony. [...] Zacznijmy teraz z innej beczki. Figlarny Kupido nie miał widać innej roboty, znudziło mu się rzucać strzały z cięciwy w epissierskie i nie epissierskie serca — nawinąłem mu się i o dziwy! dostałem postrzał. Zastygła krew angielska, jak się inni i Ty już o mnie wyraziłeś, zaczęła się burzyć powoli, zagrzana jadem strzały Amora i ja — ja, stałem się innym, lekkim, ba, lżejszym może od zefiru. Pocałunek jej, ach! nektar boski [...]. Płomień chwyta się z płomieniem i dziś ona jest moją Fantiną. Tak Fantiną — nie chciałbym tylko, aby się stała matką — Cosetty. I jest mi z tym dobrze, tak, — a raczej było dobrze, bo moja blondyna, biedaczka, dzisiaj leży w łóżku, doktor przy niej — ma trawiącą gorączkę. Przed kilku dniami, a było to w zapusty, zrobiliśmy wycieczkę do Schleissheimu nas pięciu konno, moja blondyna i Brandta brunetka jechały w powozie w towarzystwie Olesia; w południe słońce grzało, wesele było w powietrzu, chmury oświetlone słońcem miały minę uśmiechniętą — może szyderczo. W godzinę po ruszeniu kawalkady wiatr zimny zawiał od północo-zachodu i wypoliczkował nas śniegiem i deszczem. Spuszczono fordekel powozu i ruszyliśmy dalej.
Konna kawalkada w brzezince, mal. Maksymilian Gierymski, 1870-1871 rok.
Potem ucichło, słońce się pokazało na niebie — byliśmy w Schleissheimie. Piękny ogród, pogoda; choć wilgotna, a nawet błotnista ziemia nie potrafiła nas, a więcej jeszcze dziewczyn odciągnąć od spaceru pieszo; owszem — widziano w tym więcej szpasu. Nareszcie wieczór się zbliżył, a z nim pora powrotu. Niebo było wtedy czarne, ale nie cieniami nocy — nawałnica zbliżała się i powitała nas w bramie wyjazdowej. Dziewczyny wsiadły do powozu, a my, pożegnawszy się, ruszyliśmy rozwartym kłusem parami. Kawaleria w ucieczce ani w pogoni nie używa takiemu marszu. Nie zwalniając ani na chwilę kroku, kłusem, który prawie w galop wpadał, trzymając konie — po angielsku jeżdżone — z całej mocy w cuglach, tak że te palce prawie przerzynały (co zabezpieczało od potknięcia się konia po najokropniejszej drodze, pełnej dziur niewidzialnych w nocy), dojechaliśmy do domu.Koszule nasze były tak mokre od deszczu, jak nasze rajtroki; spodnie i buty przedstawiały się jak jeden kawał błota. Dziewczyny pojechały każda do siebie, a towarzysze moi zagrzewali się u mnie herbatą. Od tego dnia już więcej jej nie widziałem. Jej przyjaciółka oddała mi list jej, do mnie z łóżka pisany — kiedy z nią jeszcze źle nie było — odpisałem; potem za parę dni jej powierniczka ustnie donosi mi, że z nią jest źle. Pojmujesz, że to jest dla mnie mocno nieprzyjemne. Metressę nie uważa się jako kochankę; z tym wszystkim ma się do niej sympatię, czasami większą aniżeli sympatię jako do swojej własności, jak do ruchomości. [...] Bądź zdrów, Kochany Przyjacielu, wkrótce, bo za parę miesięcy spo­dziewam się Cię uściskać znowu, tymczasem rozmachaną od pisania rękę przenieś z blankietów i rubryk kantoru na czysty papier i daj mi wia­domość o sobie, o Ojcu moim, Warszawie i jej osobliwościach, jeżeli są jakie. [...]
Twój przyjaciel Max
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 73–76.

środa, 12 lutego 2014

Odcinek 957: Maksymilian Gierymski, 1869 rok

List Maksymiliana Gierymskiego do Kazimierza Epplera

Monachium, 12 lutego 1869 roku
Kochany Kaziu!

Od dawna już nie zamienialiśmy z sobą korespondencji; z mojej strony
Maksymilian Gierymski, 
„Balladyna”, 1868–1869 rok.
wiadoma Ci, niespodziana śmierć mojej matki była w części tego powodem. Już to od pewnego czasu śmierć objęła w panowanie nasz dom i osiedlając w nim smutek, dawny spokój i wesele samowładnie wyrugowała. Prawdę mówiąc stratę siostry silniej uczułem, będąc świadkiem rozstania, aniżeli tą razą stratę matki, bo tu tylko imaginacją i pamięcią wystawić sobie mogłem smutny obraz rzeczy. Nie być to może jest jedno prawdziwe możebne szczęście; nie być to nie wzdychać i nie radować się, nie łudzić się i nie rozczarowywać, to nie mieć nadziei i nie tracić jej, a przecież czemu to nieistnienie dreszczem nas przejmuje? Co do mnie, szczęśliwi, powiadam, ci, których nie ma i to absolutnie nie ma, choć większość cieszy się jeszcze innym zaziemskim życiem. Światli czy ciemni, każdy po swojemu, usiłują wystawić sobie przedłużone w nieskończoność istnienie; nie dość im tego tu, chcą go jeszcze i jeszcze i na koniec widząc w przyszłości koniecznie nagrodę, widzą ją w zupełnym, a nigdy nie przerwanym spokoju, ale zawsze w bycie, jak gdyby jakiekolwiek istnienie ten spokój dać mogło. Tacy, opłakując wspomnienia, koją swój smutek widzianym z oddali obrazem przyszłości, nadzieją połączenia się znowu; dla nich dzień zaduszny jest dniem pociechy, w którym umarły przesyła zza świata podziękowania za grosz dany dziadowi na odmówienie pacierza. W istocie szczęśliwe, bardzo poetyczne, ale zarazem dziecinne (dla mnie) to widzenie rzeczy. Każdy bez wątpienia mylić się może, a jednak każdy twierdzenie swe prawdziwym widzi. Co do mnie, brać rzeczy, jak są, jest moją zasadą. Odnośnie do życia wypada stąd: tak się urządzić, aby możliwie czas swego istnienia najprzyjemniejszym uczynić z tą rozwagą, by za chwilę zadowolnienia nie odpokutować dłuższą i boleśniejszą niedolą. Jako malarz sztukę i poezję nie uważam inaczej, jak za pewien rodzaj delikatesów dla rozumu, zbiorowo niby rodzaj cukierni, jeżeli Ci się to porównanie podoba. Człowiek potrzebował poszukać coś, by swemu żołądkowi lub podniebieniu zrobić przyjemność, w dochowaniu znaczenia dał sztukę rozumowi, jego własny wyrób, by się nią dla odmiany delektował. Spartanin obywał się bez sztuki, obywał się bez wielu wygód i przyjemności życia. O wpływie i wyższym znaczeniu sztuki nie będę się rozwodził, bo to pewna, że nie ona na cywilizację, ale ta ostatnia na nią wpływ wywiera; przynajmniej dotąd nigdy nie szła jak za lub w parze z duchem czasu, bo zresztą jest to dla niej niemożebnym. Nie poezja Woltera podłożyła miny pod zbutwiałą budowę Francji i świata. [...]
Zostaję Twoim najżyczliwszym przyjacielem
Max Gierymski
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 39–41.

czwartek, 8 sierpnia 2013

Odcinek 769: Maksymilian Gierymski, 1873 rok

Z notatek Maksymiliana Gierymskiego

8 sierpnia 1873 roku
Te znajomości, te znajomości! Co mam teraz z tego, że muszę znosić grube głupstwa tego diabła — jeszcze mnie na jaką nieprzyjemność narazi.
Oto nieszczęście; jesteś sam, nuda cię opanowywa, tracisz chęć do życia i żal ci, że ono uchodzi i że mogło być weselsze i milsze, i niechęć znów do niego, bo nie doznawszy nic w życiu do blisko 30 lat, niewiele od niego spodziewać się już można. Próbujesz towarzystwa, masz go, używaj. Zaledwie się zbliżyłeś, jak spotkało cię dziesięć niespodzianek niemiłych. To, co w ich towarzystwie dowiedzieć się można, to najwy­żej będą anegdoty, mniej lub więcej zabawne, których wtedy tylko słuchać możesz, kiedy nic innego myśli twojej nie zajmuje, kiedy praca jakakolwiek umysłu stanie się zbyt trudną, niemożebną.
Wszystkich opowiadań, ilekolwiek ich słyszałem, nie wiem nawet treści najczęściej, a podczas opowiadania boję się ust otworzyć, aby niewłaściwie wtrąconą uwagą lub zdaniem nie sprawić zdziwienia w słuchaczach i nie obrazić opowiadającego. Jak ja unikam dotknąć kogokolwiek, a tym więcej obrazić! Nie uniknę jednak tym sposobem, abym nie był co chwila jakimś dziwnym odezwaniem się czyim do żywego dotknięty.
Co ja mam robić, jaką względem tych różnych ludzi przybierać pozycję? Każda zła, bo żadna mnie właściwie wobec nich nie stawia. Jeżeli się znajdzie ktoś, co mi więcej odpowie, to na to się do niego zbliżę, abym się wkrótce pożegnał — takim był Zagórski. On mi powiedział, że życie jest samo w sobie przyjemnością, bo jest, bo poza nim nic nie ma. Do życia więc zniechęcać się to niszczyć własną myśl, własną wolę, zapierać się ich, zaprzeczać imaginacji, pozbywać się w końcu dobrowolnie tego, co jest ideałem, co jest tym szczęśliwym obrazem, w przeczuciu którego ciepłe, miłe i rozkoszne dla duszy łzy czasem do oczu się cisną. Umrzeć to nic nie czuć, trzeba pożegnać się z najmilszymi osobami i z najmilszymi myślami jednocześnie.
Za grobem nie będzie westchnień; żale pozostałych nie będą zapłacone wdzięcznością, która jest taką rozkoszą dla ludzi w nią bogatych, dla tych, co na nią niewiele długów zaciągnęli. Przysypią ziemią ciało i z nim wszystko, co tu ci drogie było. Używać życia, używać, ile można! W tym sztuka, aby sobie życie mądrze urządzić, aby z niego nie stracić dni — i tak krótkich, i tak nielicznych — na próżną walkę z otoczeniem, na zbyt wielką troskę z powodu chwilowego pobicia. Trzeba sobie dogadzać moralnie tak, jak się dogadza troskliwie potrzebom ciała.
Boże mój, Boże! Co się ze mną zrobiło! Zestarzałem się, zaczynając żyć i o swoich zaczynając zaledwie chodzić siłach. Jestem nieśmiały jak dziecko i zniechęcony jak starzec; oglądam się za przeszłością jak ludzie starzy, którym już nic prócz bólów słabości przyszłość dać nie może. Przebudzenia, energii na gwałt! bo zasnę nieznacznie zupełnie i na zawsze...
Wrony kraczą ponuro, czyżby to jesień? Na drodze jakoś dużo żółtych umarłych liści. Po liściach wiatr przegrywa smutną melodię, podobną do westchnień z smutnej piersi dobytych. Ze łzami w oczach patrzałem na niedawno budzącą się naturę, wyczekiwałem zazielenienia się krzewów; poczciwa wierzba płacząca koło mego domu pierwsza się ubrała w płaszcz zielony. [...]
Studium pejzażowe z Rzymu, mal. Maksymilian Gierymski, 1873-1874.

Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 174–175.


wtorek, 19 lutego 2013

Odcinek 608: Maksymilian Gierymski, 1874 rok


List Maksymiliana Gierymskiego do Kazimierza Epplera

Rzym, 19 lutego 1874 roku
Mój Kochany Kaziu!
Czy gniewasz się o co, czy może, że ja dawno nie pisałem, czy Twoje lenistwo nie pozwala Ci paru słów skleić, aby do swego starego przyjaciela list choć raz w miesiącu napisać. Nie pojmuję, co może być powodem, dlaczego od tak dawna od Ciebie ani słówka nie mam – a przecież wiesz, że chory jestem, nie wychodzę, spacerów nie używam, niewiele też pracować mogę, każda więc wieść od Was, każdych słów parę przez przyjazną mi rękę pisanych to dla mnie przyjemność, największa może rozrywka. Nudno mi nieraz, czym się rozerwę? Ruchy utrudnione, chodzić nie mogę – siedzieć, ba, nawet długo, męczącą jest dla mnie rzeczą. Nie gram na fortepianie – nie nająłem nawet wcale, niepodobna bo by mi było wysiedzieć spokojnie i machać rękami; czułem, że po pięciu minutach musiałbym wszystko porzucić i nie dotykać więcej klawiszy. I jak też dawno nie słyszałem muzyki, za to jak często pod oknem dokuczają mi tu katarynki – to plaga; trzebaż, że ta ulica przez nie jest szczególnie do popisów wybrana, na której ja mieszkam.
Występ kataryniarza.
Naprzód więc od rogu ulicy zaczyna się ta profanacja świętej sztuki, potem przed następnym lub trzecim z kolei domem, potem przed moim; okna wychodzą na ulicę, niepodobna się uchronić. Wyobraź sobie pięć lub sześć razy z kolei powtórzony cały repertoar [sic!], z jakiego się składa ta skrzynka małpująca muzykę. A ja siedzę w domu – gdzież pójdę?
Od kilku tygodni spróbowałem malować; taka nieprzeparta chęć mną owładnęła, że nic nie pomogły opór i perswazje Olesia, musiał mi płótno kupić i z początku po trochu, potem coraz dłużej przy stalugach czas przepędzam. Jest mi też znacznie lepiej teraz – chodzić ani stać nie mogę długo, ale siedząc w wygodnym fotelu i jak najrzadziej się podnosząc, mogę kilka godzin popracować. Rok temu, jak znużony i przesycony ciągłą, choć niby przyjemną zawsze pracą mówiłem – i zdawało mi się to szczere – że gdyby pewnych kilka tysięcy renty mieć do roku, rzuciłbym pędzle do diabła – nieprawda. Nie pijesz długi czas trunku, któryś lubił bardzo, nie palisz cygar, znosisz ich brak, ale kiedy cię zapaszek albo dym przyjemny doleci, cóżbyś nie dał, aby choć skosztować. Malarstwo i zapewne każda sztuka, gdy się w niej  upodoba, zamienia się w nałóg – szlachetny, ale nałóg.
Minął karnawał – ów sławny karnawał rzymski nie jest niczym szczególnym w rzeczy samej. Powiadają, że w tym roku zupełnie się nie udał. Trzeba Ci wiedzieć – i wiesz o tym może – że karnawał liczy się tylko dziesięć dni przed Popielcem, z tego pięć dni tylko były dozwolone do zabawy, ponieważ piątki, niedziele i – zdaje mi się – środy są wyłączone. We Włoszech zabawa cała odbywa się na ulicy i wszyscy bez różnicy stanu i płci biorą w niej udział. Na Corso, tj. głównej ulicy, tłumy kostiumowane, zamaskowane, pchają się, roztrącają, obrzucają gipsem i mąką; na balkonach i w oknach damy w towarzystwie znajomych mężczyzn rozr[z]ucają przechodzącym bukiety i od nich w zamian odbierają; zdarza się, [że] rzucony bukiet dobrze w twarz wyrżnie ładną twarzyczkę, ponieważ go złapać nie umiała. Ale nade wszystko confetti – są to z gipsu porobione gałki wielkości grochu, którymi się zasypują bez miary i litości. Z okien sypią szuflami, z dołu garściami; cała ulica wieczorem, gdy się tłum rozejdzie, wygląda jak śniegiem na cal może zasypana. Wyszedłem jednego z ostatnich dni karnawałowych i widziałem to wszystko, zasłonięty, jak to większość robi, od uderzeń gałek gipsowych drucianą maską, podobną jak się do fechtunku używa. Oleś, bo co dzień tam chodził, zachwycony zawsze; rzucał bukiety i zdobywał inne, potem je znów w inny balkon posłał i zdobył cukierki, bawił się dobrze. Koniec papieru i trochę ból w boku każe mi zamknąć pisanie serdecznym posłaniem Ci uścisku ode mnie i Olesia.
Twój przyjaciel Max
Jose Benlliure y Gil, Karnawał w Rzymie.
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 148–149.

wtorek, 22 stycznia 2013

Odcinek 580: Maksymilian Gierymski, 1868 rok


List Maksymiliana Gierymskiego do Kazimierza Epplera

Monachium, 22 stycznia 1868 roku. Poniedziałek
Już też i czas, bym do Was coś napisał, kochany Panie Kazimierzu; z pisaniem listu zbieram się zawsze jak za morze – nieznośna dla mnie to ta funkcja pisania. [...]
Zima tutaj nadspodziewanie sroga, mrozy dochodziły do 16 i więcej stopni. Nasi rodacy dawniej tu zamieszkali i stali mieszkańcy Mnichowa [Monachium] od kilku, a nawet kilkunastu lat nie pamiętają w połowie nawet tak silnej zimy. Sanna jest tu rzeczą rzadką i jeżeli jest, to krótko bardzo trwała; w tym roku zupełnie przeciwnie. Mieszkańcy, a mianowicie właściciele dorożek, nie zaopatrzeni w przyzwoite sanki, już to chcąc korzystać z amatorów szlichtady, już to by ulżyć koniom, jeżdżąc kołami po głębokim śniegu pospuszczali swoje ciężkie karety na niezgrabne sanice łub powyciągali stare przeszłowieczne (z Zopfzeitu [XVIII wieku], jak Niemcy nazywają) sanki na stojących resorach, których kształt w zupełnej jest zgodzie z białymi perukami i trójgraniastymi kapeluszami ich zacnych dziadków i babek. Z oburzeniem, a przynajmniej z pogardliwym ust skrzywieniem patrzałem na te koczkodany, przypominając sobie nasze zgrabne, lekkie, a stąd estetyczne sanki. W całej Europie podobno takich, jak u nas, nie mają. Od wczoraj z puszczaniem śniegów i lodów zaczęła się prawdziwa monachijska zima: błoto po kolana, bez parasola z domu nie wyruszaj, z rana ślizgawica, po południu deszcz ulewny, słowem wszystko, co cechuje brzydki marzec, tu się już rozpoczęło.

Za to Niemeczki ładne – wszystko, co tam dotąd o nich mówiono, jest kłamstwem zupełnym. Radbym tylko tak często ładne prawdziwie twarzyczki na ulicach Warszawy spotykać, jak tu mam nieraz sposobność. Na korzyść (?) ich jeszcze powiedzieć muszę, że są o wiele przystępniejsze od naszych, przynajmniej pod pewnym względem mniej są interesowne. W tym może się mylę, ale mówię z doświadczenia. Mówiąc na ucho, wspomnę Warn, że miewamy tu periodycznie zebrania, inaczej mówiąc pikniki z twarzyczkami; dawnom się tak nie bawił, jak na ostatnim w dzień przed Nowym Rokiem. Przy ponczu i tańcach znajomości zawiera się łatwo i tak ścisłe, jak w innym razie przez miesięcy parę zrobić by niepodobna. Towarzystwo jest bardzo ordentlich, twarzyczki po części z baletu, po części modniarki – stąd prócz poufałości i tańców a la kankan piknik nie razi niczym nieprzyzwoitym, Mężczyźni, koledzy malarze, Polacy i Węgrzy, złożeni li tylko z tych, z którymi bliżej się żyje. Kółko nasze nie przechodzi 10-ciu par, bo w takiej tylko liczbie prawdziwie zabawić się można. Dziewczyny nieźle już tańczą mazura, a niektóre czardasa [sic!], których z łatwością jako baletniczki się nauczyły (co po pikniku, to pisać nie potrzebuję). [...]
Max
Maksymilian Gierymski, Wieczorna sanna, 1885 rok.
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 22–25.

wtorek, 20 listopada 2012

Odcinek 517: Maksymilian Gierymski, 1872 rok


List Maksymiliana Gierymskiego do Prospera Dziekońskiego

Monachium, 20 listopada 1872 roku
Kochany Prosperze!

Co myślisz sobie o mnie, że tak długo na list Twój nie odpisuję? Ponieważ stosunek nasz nie jest oparty tylko na zwykłych konwenansach, nie będziesz nazywał niegrzecznością tę tak długą zwłokę z mojej strony w odpisaniu, ale — co gorsza — pomyśleć możesz sobie, że ten Max, którego za szczerego przyjaciela uważam, jest nim wtedy tylko może, gdy okoliczności, które go do Warszawy sprowadzą, każą mu też w Warszawie szukać towarzysza, a tym towarzyszem jestem ja, Prosper, między innymi. Mój Drogi, czy potrzebuję Cię zapewniać, że taka myśl, gdyby w Twej głowie powstała, byłaby obrazą mnie, byłaby policzkiem, uderzonym niezasłużenie, zniewagą mojej prawdziwej dla Ciebie przyjaźni.

Istotnie wstrzymywałem się z pisaniem, oczekując adresu Twego, aż: dokąd mnie Kaźmierz nie zapewnił, że w fabryce równie dobrze jak w domu listy odbierać możesz. Co mojej osoby dotyczy, wiesz zapewne z listu, który niedawno do Kazia pisałem; wiele więcej dodać Ci nie mogę. Oto w Berlinie na Wystawie Internationalnej dostałem medal złoty za obraz, który znasz z fotografii, a nim jest ulica w miasteczku z bryczkami chłopskimi etc. Przysłano mi go wczoraj wraz z dyplomem; z tego powodu urządziłem bibę wszystkim moim znajomym i kolegom tutaj w liczbie 17. Bawiono się dobrze, przynajmniej o tyle, że każdy wrócił śmiertelnie zerżnięty; wiele było hałasu, toastów, mów głupio-wzniosłych, rozczuleń serdecznych, wiele łez szampanem wyciśniętych, wiele przyjaźni zawiązanych na to, aby po trzeźwemu czynem jej zaprzeczyć, bruderszaftów wybornych do pokrycia hipokryzji, powinszowań, krzyków wściekłych — podobnych może do wrzawy na okręcie zmieszanej z szumem spadających i wznoszących się gór wody, poruszanych szatańską maszyną-burzą — szampanem. Porównanie to o tyle jest dobre, że jedno, jak drugie te same skutki, tę samą chorobę w końcu sprowadza. Wino niekiedy jest dobre, bo reguluje żołądek, a smaczniejsze od emetyku. Mowy i toasta rozpoczął zaproszony na tę ucztę stary Adam, mój niegdyś i Brandta profesor, za nim Kossak od kilku dni przybyły do Monachium, potem inni z kolei. Nikogo nie pominięto, każdy też sadził się mówić jak najwięcej i co gorsza — najpoważniej; wino płatało szatańskie figle, kładąc często na język głupstwa śmiechu godne, a ubrane w wzniosłą szatę. Tak mi się to wszystko, co widziałem i słyszałem wczoraj, wydaje w tej chwili; mam zresztą katzenjammer, wypiłem bowiem z górą dwie butelki szampana na siebie, nie licząc burgundzkiego przy kolacji. W ogóle niech piorun trzaśnie pijaństwo! Że też człowiek jest takie bydlę głupie; sto razy już wyrzekałem się picia, gdy na drugi dzień po hulance głowa mi pękała, a w karku miałem ból podobny do tego, jaki może mieć wisielec, gdy mu postronek kręgi łamie; i sto razy znów, niepomny na to, połykałem tę słodką, figlarnie uśmiechającą się pianę szampana. Ach, dzisiaj koncert w Odeonie; muszę iść, bo nie chcę tracić biletu abonamentu, a przy tym śpiewać będą nieznaną mi arię Glucka i grać symfonię Raffa. Wolałbym doprawdy zawiesić się na szyi jakiejś syreny i z ust jej wypić rozkosz słodszą stokroć od tej lury, której wstrętny smak dzisiaj jeszcze w ustach czuję. Chciałbym się kąpać w fali róż i fijołków, wciągać w siebie oddech kwiatu pomarańczy; zdaje mi się, że straciłem siłę spójności, że jestem płynem, jestem przy tym bezsilnym, biernie lubieżnym — jestem niczym. Ktoś puka, herein — i wchodzi stara baba z dzieckiem, pytając: Brauchans’kon Modell?wymową właściwą bawarską; znaczy to: «Czy nie potrzebu­jesz pan modela?» Miałem syrenę na myśli, duchem wyciągałem ku niej ręce, kiedy ten potwór stanął mi przed oczyma, otwierając gębę czarną z kilkoma spróchniałymi zębami. «Idź do diabła» — dałem jej odpowiedź, ale ona za diabła wzięła widać mego sąsiada, bo do jego drzwi się zwróciła; gdy ją każdy w ten sposób odprawi, być może, że nareszcie trafi do istotnego diabła, a tam znajdzie zapewne gościnne przyjęcie.
ZIma w małym miasteczku, obraz nagrodzony na wystawie w Berlinie.

Eh, bzdurstwa piszę, sam nie wiem co, widocznie we łbie mi szumi jeszcze.
Do widzenia Prosperku, napisz też do mnie czasem, jak czasu chwilkę znajdziesz, będę Ci bardzo wdzięczny, a teraz głęboki ukłon ode mnie Szanownemu Dziadkowi Twemu, Kaźmierza uściskaj i powiedz, że list Jego odebrałem, a co do mego apetytu — niech tego tak bardzo na serio nie bierze, więcej w tym żartu niż prawdy.
Max
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 106–108.

piątek, 23 marca 2012

Odcinek 275: Maksymilian Gierymski, 1874 rok

List Maksymiliana Gierymskiego do Kazimierza Epplera

Rzym, 23 marca 1874 roku
Kochany Kaziu!
[...] Wnoszę z Twego ostatniego listu, że był on pisany przed odebraniem mojego, który nie tak dawno posłałem. Diabelnie długo listy stąd idą do Was; data na kopercie zawsze o 6 dni się różni od tej, pod którą się list odbiera. Aby mieć odpowiedź na list, trzeba 2 tygodnie czekać, jeżeli ten, do kogo list adresowany, nie zwłóczy ani chwili z odpowiedzią. [...]
Sprzedawca makaronu, Włochy, XIX wiek.
Dotąd nie oswoiłem się jeszcze z Włochami; wina języka i choroby mojej, że mało bardzo, nawet wcale, w życie tutejsze jeszcze nie wlazłem. Jeżeli się spotykam z Włochem, to tylko targując co u niego, a odchodzę wymyślając na bezczelne złodziejstwo i wszelki brak nawet kupieckiej ambicji i honoru. Drogo jest w ogóle, to prawda, ale nie tak, jak się w pierwszych tygodniach pobytu tutaj wydaje; dlaczego? – oto powiem Ci, że począwszy od pomarańczy aż do wynajmu fortepianu, mieszkania itd., wszystkiemu musisz połowę ceny przyznawać, jaką od Ciebie żądają, a dopiero po targach i wzajemnych ustępstwach dostajesz to, co żądasz za średnio przystępną cenę. Takie rzeczy, jak płótno, jak ramy, bodaj papier kupując, musisz się zawsze tej zasady trzymać, że najwyżej 2/3 żądanej ceny przyjdzie Ci zapłacić.
Potrzebowałem kupić laskę, bo bez kija nie mogłem chodzić; wstępuję do jednego z najpierwszych i najwykwintniej urządzonych sklepów, jakie się w Rzymie spotyka; żądam, pokazują mi różnego gatunku kije, wybieram najprostszy; ile za niego? – pięć franków. Gdybym był sam, nie śmiałbym nigdy, spojrzawszy po wykwintnych brązach, kryształach wystawionych w oknie i w sklepie, po aksamitem krytych meblach, dla wygody gości przeznaczonych, nie śmiałbym powiedzieć mniejszej ceny, jak tę, którą żądano. Byłbym albo wziął, albo odstąpił ze sklepu, gdyby cena wydawała mi się niemożebna do zapłacenia. Był ze mną Boleś Łaszczyński; ani chwili się nie wahając powiada 2 1/2 franka, kupiec ustępuje naprzód na 3, a w końcu oddaje za ofiarowaną cenę. Tak ze wszystkim. Włosi przeszli chyba Żydów w tym względzie. Anglicy i Rosjanie to zrobili.
Bogaty Anglik tak mało na to zwraca uwagi, że go 20 fr. jakaś rzecz drożej kosztuje, niżby kosztować mogła, że Włoch, wiedząc o tym, nakłada mu umyślnie tyle, ile tylko nie sumienie, ale już przyzwoitość chyba nałożyć mu pozwoli. Chciałem wynająć fortepian; pytam się o cenę na miesiąc – 45 fr. Wydawała mnie się ogromną i zrobiłem minę i gest, który dał do zrozumienia negocjantowi, że ani myślę tyle płacić. W tej chwili zaczął zjeżdżać, już ofiarując się przyjąć na siebie koszta transportu tam i na powrót. Gdym mu powiedział, że to niezmiernie drogo – ha, ten pan, co go trzyma teraz u siebie w hotelu tym i tym, płaci 50 fr. Ten pan jest z Rosji. Wiadomo tymczasem, że w innej porze, kiedy mniej jest cudzoziemców, za wynajęcie najlepszego pianina, płaci się 20 fr. Jest się ciągle w obawie, kupując cośkolwiek, aby nie przepłacić jeszcze grubo pomimo targu. Oleś za płótno do malowania zapłacił 30 fr., za które inni malarze 10, a najwyżej 15 fr. płacą.
Na inny raz zostawiam pogawędkę dalszą o tutejszych stosunkach, teraz brzeg papieru każe mi list zamknąć.
Całuję Cię kochany Kaziu z całego serca
Twój Max
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 157–158.

niedziela, 8 stycznia 2012

Odcinek 200: Maksymilian Gierymski, 1874 rok

List Maksymiliana Gierymskiego do ojca

Rzym, 8 stycznia 1874 roku
Kochany Ojcze!
Henryk Piątkowski,
Portret Maksymiliana Gierymskiego,
ok. 1874 roku.
Jakoś przecie ustaliliśmy się w Rzymie, rozpatrzyli – nie jesteśmy już zupełnie obcy. Z językiem bieda; gadają, że to tak łatwo się nauczyć włoskiego. Być może, ale znając dobrze łacinę, bo francuski, choć dużo jest pomocny, gdy idzie o rozumienie tego, co napisane, na bardzo mało zda się w mówieniu; bo sposób wymawiania francuskich wyrazów, nawet najbardziej podobnych do włoskich w pisowni, jest tak odmienny, jak powiadam w wymawianiu, że francuski często więcej mięsza niż pomaga do zrozumienia. [...]
Czas mamy zadziwiający. Niech sobie Kochany Ojciec wyobrazi cały grudzień i tę część stycznia – najpiękniejsza pogoda. Dla ogrzania pokoju otwieramy okna, które są tu drzwiami na balkon, i wygrzewamy się na słońcu. Dwadzieścia kilka stopni ciepła na słońcu, to nie jest rzeczą nadzwyczajną tutaj. [...]
Przed niedawnym czasem gazety niemieckie donosiły o cholerze w Monachium tak silnej i tak niewyleczalnej, że na 40 osób dziennie, które zachorowywały, 40 wywożono na cmentarz.
We Włoszech, chwała Bogu, ani słychać o niej; koło Neapolu tylko przed miesiącem zdarzały się rzadkie wypadki, ale teraz ustało wszystko. Ja tu też słaby byłem; dobrze ze dwa tygodnie taką miałem diarię [biegunkę], że po prostu woda się ze mnie lała. Myślę, że łażenie po chłodnych i wilgotnych katakumbach, które ciekawość każe zwiedzić, po muzeach nieogrzewanych, przyczyniło się do mojej choroby, bo bardzo często z zaziębienia dostaje się czegoś podobnego. Być może też, że kuchnia włoska żołądek mi od razu popsuła i to jest bardzo prawdopodobne, bo Włosi wszystkie potrawy przyrządzają na oliwie. Smażą, gotują, pieką – wszędzie oliwa jest w robocie. Włoch ma taki wstręt do masła, choćby najświeższego, jak my do oleju. Przez jakiś czas, a nawet teraz jeszcze, dla uniknienia złych skutków ich przyprawy jadam najczęściej zupę, tj. rosół, i roztboeuf albo sztukę mięsa, bo tu już trudno dolać oliwy; zdarzy się jednak, że weźmie mnie chętka na jaką pieczeń albo potrawę włoską, to potem mam niestrawność dzień cały, a czasem i drugi. Powiadają, że można się przyzwyczaić; może się i ja przyzwyczaję, a teraz całuję rączki Kochanego Ojca za siebie i za Olesia, bo go obecnie w domu nie ma, i życzę najlepszego zdrowia
Max
Maksymilian i Aleksander Gierymscy, Listy i notatki, oprac. Juliusz Starzyński i Halina Stępień, Ossolineum 1973, s. 145–146.

***
Mansfield, Plath, Mrożek, Nałkowska,
Kossak, Lechoń i Dąbrowska,
Czechow i Skłodowska-Curie
W płaszczach tutaj się stawili.
Już od dwustu dni co rano
Można przez nich popaść w amok.
Anegdoty, pieprzne, plotki,
Egzystencji urok słodki,
Lecz też ciemne życia strony
Chłoniesz wzrokiem rozpalonym.
Tu romansik, tam znów pogrzeb
Każdemu da według potrzeb
Autorów zacna gromada
Co się co dzień tu spowiada.
Dziś więc, czytelniku miły,
Urodziny obchodzimy.
Czyś więc panią jest, czy panem
Złóż życzenia rymowane
.