Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Anne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Frank Anne. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 kwietnia 2016

Odcinek 2048: Anne Frank, 1944 rok

Z dziennika Anne Frank

Poniedziałek, 3 kwietnia 1944 roku
Najdroższa Kitty,
Zupełnie wbrew swojemu przyzwyczajeniu napiszę Ci jednak obszernie o jedzeniu. Nie tylko w Oficynie, ale w całej Holandii, w całej Europie i jeszcze dalej stało się to trudną kwestią.
W ciągu 21 miesięcy, odkąd tu jesteśmy, przeżyliśmy już sporo „okresów żywnościowych”, zaraz usłyszysz, co to znaczy. Przez „okres żywnościowy” rozumiem okresy, w ciągu których nie dostaje się do jedzenia niczego innego poza określonym daniem lub określonym warzywem. Przez dłuższy czas nie mieliśmy do jedzenia niczego innego jak codziennie endywia, z piaskiem, bez piasku, stamppot, gotowaną i w naczyniu żaroodpornym, potem był szpinak, potem kalarepa, skorzonera, ogórki, pomidory, kiszona kapusta itp. itd.
To naprawdę nie jest miłe co południe i co wieczór jeść na przykład kiszoną kapustę, ale gdy się jest głodnym, stać cię na wszystko. Teraz nastąpił istotnie najpiękniejszy okres, bo nie dostajemy żadnych warzyw.
Holenderskie kartki żywnościowe z okresu okupacji (źródło).
Nasze tygodniowe menu w południe składa się z: grochu, grochówki, ziemniaków z kluskami mlecznymi, sufletu ziemniaczanego, a dzięki przychylności bogów czasem jeszcze jest rzepa albo zapleśniałe marchewki, a potem znowu groch. Ziemniaki jemy na każdy posiłek, zaczynając od śniadania z powodu braku chleba, ale wtedy są jeszcze trochę przypieczone. Zupę robimy z grochu i fasoli, ziemniaków, drobno posiekanych jarzyn z torebki, zupy ziemniaczanej z torebki, grochu z torebki. We wszystkim jest groch, nawet w chlebie, i to niemało. Wieczorem jemy zawsze ziemniaki z sosem z torebki, to na szczęście jeszcze mamy, sałatkę z czerwonych buraków. O tych kluskach mlecznych muszę jeszcze coś powiedzieć, robimy je z mąki rządowej z wodą i drożdżami. Są takie klejące i łykowate, jakby się miało kamienie w żołądku, ale cóż!
Naszą największą atrakcją jest plasterek pasztetowej co tydzień i dżem z suchym chlebem. Ale żyjemy jeszcze, a to nawet często jeszcze jest świetne!
Twoja Anne M. Frank

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 194–195.

czwartek, 12 lutego 2015

Odcinek 1208: Anne Frank, 1944 rok

Z dziennika Anne Frank

Sobota, 12 lutego 1944 roku
Kochana Kitty
Słońce świeci, niebo jest granatowe, wieje wspaniały wiatr, a ja tak tęsknię — tęsknię — do wszystkiego... Tęsknię do rozmów, wolności, przyjaciół, bycia samej. Tak tęsknię... do płaczu! Mam w sobie takie uczucie, jakbym się rozpryskiwała i wiem, że płacz byłby lepszy; nie potrafię tego. Jestem niespokojna, chodzę z jednego pokoju do drugiego, przez szparę w zamkniętym oknie wdychani powietrze, czuję, że moje serce bije, jakby mówiło: „Zaspokój wreszcie moje pragnienie”.
Amsterdam 1944/1945
fot. Emmy Andriesse (źródło).
Sądzę, że czuję w sobie wiosnę, czuję jej budzenie się, czuję to w moim ciele i w mojej duszy. Muszę się trzymać w ryzach, żeby zachowywać się tak jak zwykle, jestem totalnie wytrącona z równowagi, nie wiem, co mam czytać, co mam pisać, co mam robić, wiem tylko, że tęsknię...
Twoja Anne

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 148. 

poniedziałek, 29 września 2014

Odcinek 1173: Anne Frank, 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Środa, 29 września 1943 roku
Kochana Kitty,
Pani van Daan ma urodziny. Oprócz kartki na ser, mięso i chleb daliśmy Jej w prezencie
Petronella van Daan
(właśc. Auguste van Pels).
jeszcze tylko słoiczek dżemu. Od swojego męża, Dussela i kantoru dostała również wyłącznie kwiaty lub artykuły żywnościowe. Takie to są teraz czasy!
Bep miała w tym tygodniu prawie załamanie nerwowe, tak często była wysyłana. Dziesięć razy na dzień musiała robić zakupy, stale nalegano, że musi je szybko przynieść, że musi pójść jeszcze raz albo że przyniosła coś niewłaściwego. Jak człowiek sobie uświadomi, że ona musi wykonać swoją pracę na dole w kantorze, że Kleiman jest chory, Miep siedzi w domu przeziębiona, ona sama zwichnęła nogę w kostce, ma zmartwienie miłosne, a w domu narzekającego ojca, to można sobie wyobrazić, że ona nie wie co począć. Pocieszaliśmy ją i powiedzieliśmy jej, że gdyby parę razy energicznie stwierdziła, że nie ma czasu, to listy z zakupami same by się zmniejszyły.
W sobotę rozegrał się tu dramat, który w gwałtowności nie miał jeszcze równego sobie. Zaczęło się od van Maarena, zakończyło ogólną kłótnią ze szlochem. Dussel żalił się przed mamą, że jest traktowany jak wyrzutek, że nikt z nas nie jest dla niego uprzejmy, że przecież nic nam nie zrobił i jeszcze szereg słodkich pochlebstw, na które mama tym razem na szczęście nie dała się nabrać. Powiedziała mu, że rozczarował wszystkich i że nieraz dawał nam powód do złości. Dussel obiecywał niebo i ziemię, z czego jak zawsze do tej pory nic nie wyszło.
Z van Daanami jest źle, widzę, że to się zbliża. Tata jest wściekły, ponieważ nas oszukują; ukrywają mięso i tym podobne. O, jaki wybuch wisi znowu nad naszą głową?
Gdybym nie była tak ściśle związana z tymi wszystkimi utarczkami, gdybym mogła odejść! Jeszcze przez nich zwariujemy!
Twoja Anne

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 113–114.

piątek, 11 lipca 2014

Odcinek 1106: Anne Frank, 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Niedziela, 11 lipca 1943 roku
Droga Kitty,

Wracając po raz któryś z kolei do tematu wychowania powiem Ci, że zadaję sobie bardzo dużo trudu, żeby być pomocną, sympatyczną i kochaną, i robić wszystko tak, żeby z deszczu uwag zrobił się kapuśniaczek. To jest diabelnie trudne być taką przykładną w stosunku do ludzi, których się nie znosi, podczas gdy myśli się coś innego. Ale rzeczywiście widzę, że wszystko układa się lepiej, gdy trochę udaję, zamiast trzymać się starego zwyczaju mówienia każdemu wprost swojego zdania (chociaż nikt mnie nigdy o zdanie nie pyta, ani nie przywiązuje do niego wagi). Oczywiście bardzo często wypadam z roli i widząc niesprawiedliwość, nie mogę opanować wściekłości, tak że znowu przez cztery tygodnie gadają o najbezczelniejszej dziewczynie świata. Czy nie uważasz, że czasem trzeba mnie pożałować? Dobrze, że nie jestem zrzędą, bo bym wtedy skwaśniała i nie mogła zachować dobrego humoru. Najczęściej biorę te nagany z ich humorystycznej strony, ale lepiej mi to wychodzi, gdy oberwie się komuś innemu, niż gdy ja sama jestem ofiarą.
Następnie postanowiłam (kosztowało to dużo namysłu), że odpuszczę sobie trochę steno. Po pierwsze, żeby jeszcze więcej czasu móc przeznaczać na inne przedmioty, a po drugie ze względu na moje oczy, bo to jest zupełna rozpacz. Stałam się bardzo krótkowzroczna i od dawna powinnam mieć okulary. (Hm, wyglądałabym jak sowa!) Ale cóż, wiesz, ukrywający się mogą...

Amsterdam, kwiecień 1943 rok. Tramwaj wywożący
deportowanych Żydów na stację kolejową (źródło).
Wczoraj cały dom nie mówił o niczym innym jak tylko o oczach Anne, ponieważ mama zaproponowała, żeby panią Kleiman posłać ze mną do okulisty. Słysząc tę informację, zachwiałam się trochę na nogach, bo to przecież nie drobnostka. Na ulicę! Wyobraź sobie, na ulicę! To jest nie do pomyślenia. Najpierw byłam śmiertelnie przerażona, a potem zadowolona. Ale to nie było takie proste, bo nie wszystkie instancje, które decydują o takim kroku, tak szybko się na to zgodziły. Wszystkie trudności i ryzyko musiały najpierw zostać położone na szali, choć Miep chciała od razu ze mną pójść. Zawczasu już wyjęłam z szafy mój stary płaszcz, ale był tak mały, jakby po młodszej siostrze. Obrąbek się oderwał i nie można go już zapiąć na guziki. Jestem naprawdę bardzo ciekawa jak to się stało, ale nie sądzę, że ten plan przejdzie, bo tymczasem Anglicy wylądowali na Sycylii i tata znowu nastawił się na „rychły koniec”. [...]
Twoja Anne

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 91–92. 

niedziela, 23 lutego 2014

Odcinek 968: Anne Frank, 1944 rok

Z dziennika Anne Frank

Środa, 23 lutego 1944 roku
Najdroższa Kitty,

Od wczoraj na zewnątrz jest wspaniała pogoda i jestem cała w skowronkach.
Anne Frank, 1941 rok.
Moje pisanie, najmilsze co posiadam, posuwa się szybko do przodu. Prawie każdego ranka chodzę na poddasze, żeby wywietrzyć płuca z dusznego powietrza pokoju. Dziś rano, gdy znowu poszłam na poddasze, Peter był tam zajęty sprzątaniem. Skończył prędko i kiedy usiadłam na moim ulubionym miejscu na podłodze, przyszedł do mnie. Patrzyliśmy oboje na błękitne niebo, nagi kasztan, na którego gałęziach błyszczały małe kropelki, na mewy i inne ptaki, które w swym koszącym locie podobne są do srebra, i to wszystko wzruszyło nas i tak nas ujęło, że nie mogliśmy więcej rozmawiać. On stał z głową opartą o grubą belkę, ja siedziałam. Wdychaliśmy powietrze, patrzyliśmy na zewnątrz i czuliśmy że nie należy przerywać tego słowami. Bardzo długo tak patrzyliśmy, a gdy on musiał pójść narąbać drewna, wiedziałam, że jest miłym facetem Wspiął się po schodach na strych, poszłam za nim i w ciągu tego kwadransa, gdy rąbał drewno, znowu nie zamieniliśmy ani słowa. Patrzyłam na niego z mojego miejsca, jak w widoczny sposób starał się rąbać jak najlepiej, żeby pokazać mi swoją siłę. Ale patrzyłam też przez otwarte okno, na duży fragment Amsterdamu, na wszystkie dachy aż po horyzont. który był jasnoniebieski, tak że ledwo można go było widzieć.
„Tak długo jak to istnieje, pomyślałam, i będę to mogła przeżywać ten blask słońca, to bezchmurne niebo, tak długo nie mogę być smutna”.
Dla każdego, kto się boi, jest samotny albo nieszczęśliwy, stanowczo najlepszym środkiem jest wyjście na zewnątrz, gdzieś gdzie jest się zupełnie samym, samym z niebem, naturą i Bogiem. Bo dopiero wtedy, tylko wtedy czuje się, że wszystko jest tak jak być powinno i że Bóg chce widzieć ludzi szczęśliwymi wśród prostej, ale pięknej natury.
Jak długo to istnieje, a będzie na pewno zawsze, wiem, że we wszystkich okolicznościach jest to pociechą, w każdym zmartwieniu. I wierz mocno, że natura potrafi ukoić każde cierpienie.
O, kto wie, może nie potrwa to już długo i będę mogła podzielić się tym przepełniającym mnie uczuciem szczęścia z kimś, kto odbierze je podobnie jak ja.
Twoja Anne
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 155–156.

wtorek, 23 lipca 2013

Odcinek 753: Anne Frank 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Piątek, 23 lipca 1943 roku
Bep (Elisabeth) Voskuijl (1919–1983),
jedna z opiekunek mieszkańców Oficyny.
Bep może w tej chwili znowu dostać kilka zeszytów, zwłaszcza żurnali i książek buchalteryjnych przydatnych dla mojej siostry prowadzącej księgowość! Inne zeszyty można kupić, ale nie pytaj jakie ani na jak długo. Zeszyty mają obecnie taki napis: „Sprzedaż bezkartkowa!” Prawie tak, jak wszystko co jest „bezkartkowe”, one też są dziadowskie. Taki kajet składa się z dwunastu stroniczek szarego, krzywo i wąsko liniowanego papieru. Margot zastanawia się, czy nie zrobić kursu kaligrafii; ogromnie jej to doradzałam. Mama w żadnym wypadku nie chce, żebym ja również brała w tym udział, ze względu na moje oczy, ale ja uważam, że to nonsens. Czy będę robić to, czy coś innego, to będzie przecież dokładnie to samo.
Jako że jeszcze nigdy nie przeżyłaś wojny, Kitty, i pomimo mych listów mało jednak jeszcze wiesz o ukrywaniu się, opowiem Ci żartem, co będzie pierwszym życzeniem naszej ósemki, gdy znowu kiedyś wyjdziemy na zewnątrz.
Margot i pan van Daan najbardziej życzą sobie gorącej kąpieli po szyję i chcą w niej pozostawać dłużej niż pół godziny. Pani van Daan najchętniej zjadłaby natychmiast torcik, Dussel świata nie widzi poza swoją Charlotte, mama poza swoją filiżanką kawy. Tata pójdzie do pana Voskuijla, Peter do miasta i do kina, a ja z błogości nie wiedziałabym od czego zacząć. Najbardziej tęsknię do własnego mieszkania, swobodnego ruchu, a w końcu znowu do pomocy przy pracy, a więc do szkoły!
Bep zaoferowała nam owoce. Kosztują „drobnostkę”. Winogrona 5 guldenów za kilogram, agrest 70 centów za funt, 1 brzoskwinia 50 centów, kilogramowy melon 1 guldena 50 centów. A potem byczymi literami piszą co wieczór w gazetach: „Podbijanie ceny jest lichwą!”
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 96–97.

poniedziałek, 16 lipca 2012

Odcinek 390: Anne Frank, 1943 rok



Z dziennika Anne Frank

Piątek, 16 lipca 1943 roku

Kochana Kitty,
Otto Frank zwany „Pimem” (1889–1980),
ojciec Anne.
Znowu włamanie, ale tym razem prawdziwe! Dziś rano jak zwykle o godzinie siódmej Peter poszedł do magazynu i natychmiast zobaczył, że zarówno drzwi do magazynu, jak i na ulicę były otwarte. Natychmiast zawiadomił o tym Pima, który nastawił w kantorze prywatnym radio na Niemcy i zamknął drzwi na klucz. Potem razem poszli na górę. Zwykła komenda w podobnych wypadkach „nie myć się, być cicho, o godzinie ósmej siedzieć w pełnej gotowości i nie chodzić do toalety” była jak zwykle ściśle przestrzegana. Wszyscy w ósemkę cieszyliśmy się, że tak dobrze spaliśmy w nocy i niczego nie słyszeliśmy. Byliśmy wprawdzie trochę oburzeni, gdy przez całe rano nikt się nie pokazał na górze, a pan Kleiman do wpół do dwunastej kazał nam czekać jak na szpilkach. Powiedział nam, że włamywacze wypchnęli łomem drzwi zewnętrzne i sforsowali drzwi do magazynu. W magazynie było jednak niewiele do zabrania i dlatego złodzieje spróbowali szczęścia piętro wyżej. Ukradli dwie kasetki na pieniądze z czterdziestoma guldenami, czystymi książeczkami żyrowymi i czekowymi, a potem najgorsze: cały nasz przydział cukru w bonach na równe 150 kilogramów. Niełatwo będzie zdobyć nowe bony.
Pan Kugler myśli, że ten włamywacz należy do tego samego cechu, co ten sprzed sześciu tygodni i przez wszystkie troje drzwi (drzwi do magazynu, dwoje drzwi wejściowych) próbował dostać się do środka, ale mu się to wówczas nie udało.
Ten wypadek znowu spowodował trochę zamieszania w naszym budynku, ale bez tego Oficyna nie może, zdaje się, wytrzymać. Cieszyliśmy się oczywiście, że maszyny do pisania i kasa leżały bezpiecznie w naszej szafie na ubrania.
Twoja Anne
PS. Lądowanie na Sycylii. Znowu o kroczek bliżej do...!
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 95–96.

niedziela, 25 marca 2012

Odcinek 277: Anne Frank, 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Czwartek, 25 marca 1943 roku
Kochana Kitty,
Anne Frank z rodzicami i siostrą.
Mama, tata, Margot i ja siedzieliśmy sobie wczoraj przyjemnie razem; nagle wszedł Peter i szepnął tacie coś do ucha. Usłyszałam jakieś „beczka przewrócona w magazynie” i „ktoś grzebał przy drzwiach”.
Margot też to zrozumiała, ale próbowała mnie jeszcze trochę uspokoić, bo zrobiłam się oczywiście biała jak kreda i byłam bardzo zdenerwowana. My w trójkę czekałyśmy; tata z Peterem poszli w tym czasie na dół. Nie minęły dwie minuty, a pani van Daan przyszła na górę, powiedziała, że Pim [ojciec Anne] poprosił ją o wyłączenie radia i pójście po cichu na górę. Ale tak to jest, że gdy się chce chodzić bardzo cicho, to stopnie starych schodów trzeszczą akurat dwa razy głośniej. Po pięciu minutach przyszli Peter z Pimem, biali po czubki nosów i opowiedzieli o swoich przeżyciach. Usadowili się pod schodami i czekali, bez rezultatu. Nagle, tak, tak, usłyszeli dwa mocne uderzenia, jakby tu w domu ktoś zatrzasnął dwoje drzwi. Pim jednym skokiem był na górze, Peter ostrzegł jeszcze najpierw Dussela, który robiąc wiele ceregieli i szumu znalazł się w końcu na górze. Na bosaka poszliśmy piętro wyżej do rodziny van Daanów. Pan był strasznie przeziębiony i leżał już w łóżku, więc zgromadziliśmy się przy jego łożu i szeptaliśmy o naszych przypuszczeniach. Za każdym razem, gdy pan głośno kaszlał, myślałyśmy z panią, że nas sparaliżuje ze strachu. Trwało to tak długo, aż jedno z nas wpadło na świetny pomysł, żeby mu dać kodeinę. Kaszel natychmiast ustąpił.
Znowu czekamy i czekamy, ale niczego więcej nie słychać i właściwie wszyscy teraz sądzimy, że złodzieje, usłyszawszy kroki w tak zwykle cichym domu, wzięli nogi za pas. Nieszczęściem było też, że radio na dole było jeszcze nastawione na Anglię, a obok niego stały półkolem krzesła. Gdyby teraz sforsowano drzwi, a służba ochrony przeciwlotniczej zauważyła to i ostrzegła policję, to mogłyby z tego zdarzenia wypłynąć bardzo nieprzyjemne skutki. Pan van Daan wstał więc, ubrał spodnie i marynarkę, nałożył kapelusz i bardzo ostrożnie zszedł za tatą po schodach, za nim poszedł Peter, który na wszelki wypadek uzbrojony był w ciężki młotek. Panie (łącznie z Margot i ze mną) czekały w napięciu na górze, aż pięć minut później z powrotem pojawili się panowie i powiedzieli, że wszystko w domu jest w porządku.  [...]
Uspokoiliśmy się trochę, gdyż od około kwadransa po ósmej, gdy nasz dom z powodu złodzieja przestał być bezpieczny, do wpół do jedenastej niczego więcej nie słyszeliśmy. Przy dokładniejszym zastanowieniu się wydało się nam też bardzo nieprawdopodobne, żeby jakiś złodziej wyłamywał drzwi tak wcześnie wieczorem, gdy ulicą mogą jeszcze chodzić ludzie. [...]
Poszliśmy do łóżek, ale sen nie u wszystkich nadchodził. Tata, mama i pan Dussel nie mogli wcale zasnąć, a ja, przesadzając odrobinę, mogę powiedzieć, że nie zmrużyłam oka. Dziś rano panowie zeszli na dół i pociągnęli za drzwi zewnętrzne, czy były jeszcze zamknięte na klucz, ale wszystko było bezpieczne! [...]
Twoja Anne [...]
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 81–82.

środa, 9 listopada 2011

Odcinek 140: Anne Frank, 1942 rok

Z dziennika Anne Frank

Poniedziałek, 9 listopada 1942 roku
Kochana Kitty,
Peter van Daan,
właśc. Peter van Pels.
Wczoraj były urodziny Petera, skończył szesnaście lat. Już o godzinie ósmej poszłam na górę i obejrzeliśmy z Peterem prezenty. Dostał między innymi grę giełdową, maszynkę do golenia i zapalniczkę do papierosów. Nie dlatego, że tak dużo pali, wcale nie, to tylko dla elegancji.
Największą niespodziankę przyniósł pan van Daan, kiedy o godzinie pierwszej zakomunikował, że Anglicy wylądowali w Tunisie, Algierze, Casablance i Oranie.
– To początek końca – stwierdzili wszyscy, ale Churchill, angielski premier, który prawdopodobnie usłyszał w Anglii ten sam okrzyk, powiedział:
– To lądowanie jest ważnym faktem, nie można jednak sądzić, że jest to początek końca. Powiem raczej, że oznacza to koniec początku.
Widzisz różnicę? Istnieje jednak powód do optymizmu. Stalingrad, rosyjskie miasto, którego bronią już trzy miesiące, stale jeszcze nie zostało wydane na łup Niemcom.
Mówiąc w duchu Oficyny, będę też kiedyś musiała zapisać coś o naszym zaopatrzeniu w żywność. (Wiedz, że ci z górnego oddziału to prawdziwe obżartusy!).
Oficyna (pośrodku), w której
ukrywała się Anne Frank z rodziną
i znajomymi.
Chleb dostarcza nam bardzo miły piekarz, znajomy Kleimana. Nie dostajemy oczywiście tak dużo jak w domu, ale wystarcza nam. Kartki żywnościowe kupuje się również nielegalnie. Ich cena nieustannie rośnie, z 27 guldenów zrobiło się już 33. I to tylko za karteczkę zadrukowanego papieru!
Żeby mieć w domu trochę trwałych rzeczy poza naszą setką puszek, kupiliśmy 270 funtów grochu. Nie jest przeznaczony tylko dla nas, pod uwagę został wzięty również kantor. Rośliny strączkowe wisiały w workach na hakach w naszym korytarzyku po wewnętrznej stronie drzwi kryjówki. Z powodu dużej wagi puściło parę szwów w workach. Postanowiliśmy więc złożyć nasze zimowe zapasy na poddaszu i zadanie wciągnięcia ich na górę powierzyliśmy Peterowi. Pięć z sześciu worków wylądowało tam już cało i Peter podnosił akurat numer szósty, gdy dolny szew worka pękł i deszcz, nie, grad grochu poleciał ze schodów w powietrze. W worku było około pięćdziesięciu funtów. Hałas był jak na sądzie ostatecznym. Na dole nie myślano inaczej, jak tylko że cały stary dom ze swoją zawartością wali się im na głowę. Peter nieco się wystraszył, ale zaczął się strasznie śmiać, kiedy zobaczył mnie na dole przy schodach jak wysepkę wśród fal grochu, tak byłam otoczona przez ten brązowy kram, który sięgał mi aż do kostek. Wzięliśmy się prędko za zbieranie, ale groch jest taki śliski i mały, że toczy się do wszystkich możliwych i niemożliwych kącików i dziurek. Za każdym razem, gdy ktoś teraz idzie na górę, pochyla się, żeby oddać pani van Daan pełną garść fasolki.
Prawie zapomniałabym wspomnieć o tym, że choroba taty już zupełnie minęła.
Twoja Anne
PS. Właśnie podają w radiu, że Algier padł. Maroko, Casablanca i Oran są już od kilku dni w rękach Anglików. Musimy zaczekać jeszcze na Tunis.
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 59-60.

piątek, 16 września 2011

Odcinek 86: Anne Frank, 1943 rok

Z dziennika Anne Frank

Czwartek, 16 września 1943 roku

Kochana Kitty,
Anne Frank
Tutejsze wzajemne stosunki stale się pogarszają, im dłużej to trwa. Przy stole nikt nie śmie otworzyć ust (poza tym by wsunąć w nie kęs), bo cokolwiek się powie, brane jest za złe lub rozumiane niewłaściwie. Pan Voskuijl przychodzi od czasu do czasu z wizytą. Niestety jest z nim bardzo źle. Nie ułatwia też życia rodzinie, ponieważ w głowie ma stale to jedno: Na czym ma mi jeszcze zależeć, przecież wkrótce umrę! Bardzo dobrze mogę sobie wyobrazić nastrój u Voskuijlów w domu, gdy pomyślę, jak tutaj wszyscy są już rozdrażnieni.
Codziennie łykam tabletki walerianowe na strach i depresję, ale nie zapobiega to jednak temu, że mój nastrój następnego dnia jest jeszcze marniejszy. Żeby raz i głośno się pośmiać, to by bardziej pomogło niż dziesięć tabletek walerianowych, ale my już prawie oduczyliśmy się śmiać. Czasem boję się, że z tej powagi znieruchomieje mi twarz i będę mieć obwisłe kąciki ust. Z innymi nie jest lepiej, wszyscy z trwożnymi przeczuciami spoglądają na wielki blok skalny, któremu na imię zima. [...]
Twoja Anne
Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 112–113.

wtorek, 31 maja 2011

Odcinek 2: Anne Frank, 1944 rok

Z dziennika Anne Frank

Amsterdam, 31 maja 1944 roku

Kochana Kitty!
W sobotę, niedzielę, poniedziałek i wtorek było tak gorąco, że nie mogłam utrzymać pióra w ręce, dlatego też niemożliwe było do Ciebie napisać. W piątek kanalizacja była zepsuta, w sobotę została naprawiona. [...] Takie piękne i gorące, można spokojnie powiedzieć, upalne Zielone Świątki bywają rzadko. Upał tu, w Oficynie [miejsce ukrywania się kilku rodzin żydowskich, w tym państwa Frank BZL], jest straszny, żeby Ci to przybliżyć, opiszę w skrócie gorące dni:
Sobota:
Wspaniale, co za pogoda mówiliśmy rano. Żeby tylko było trochę chłodniej mówiliśmy po południu, kiedy trzeba było zamknąć okna.
Niedziela:
To jest nie do wytrzymania, ten upał, masło się topi, w domu nie ma ani jednego chłodnego miejsca, chleb wysycha, mleko się psuje, nie można otworzyć żadnego okna. My biedni wygnani siedzimy tu i dusimy się, podczas gdy inni ludzie mają zielonoświątkowe wakacje. (To pani).
Poniedziałek:
Stopy mnie bolą, nie mam cienkich rzeczy, nie mogę zmywać w tym gorącu! Narzekanie od rana do wieczora. To było ogromnie nieprzyjemne.
Stale jeszcze nie mogę znieść gorąca i cieszę się, że dziś porządnie wieje, a mimo to świeci słońce.
Twoja Anne M. Frank

Anne Frank, Dziennik (Oficyna), tłum. Alicja Dehue-Oczko, SAWW 1993, s. 236237.