Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felińska Ewa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Felińska Ewa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 listopada 2013

Odcinek 858: Ewa Felińska, 1839 rok

Ze wspomnień Ewy Felińskiej, zesłanej do Berezowa na Syberii

5 listopada 1839 roku
Mróz mamy na 30 stopni Reomiura. Jeden z mieszczan tutejszych przyjechał z nartą zapraszając, abyśmy użyły przejażdżki renami. Przyjęłyśmy wezwanie z ochotą. Opatrzywszy się jak można najlepiej na mróz tak silny wyjechałyśmy z naszym dziarskim i zręcznym przewodnikiem.
Ren jest zwierz nie większy od rosłego cielęcia dwuletniego. Mordę i racice ma podobne do tego bydlęcia, włosy pod brodą wiszą jak u kozła, ogon ma krótki, skład (szczególnie patrząc z tyłu) trochę podobny do sarny, wszakże sarna jest zgrabniejsza, bo ma cieńsze i wynioślejsze nogi. Ogromne gałęziste rogi najwięcej mu dodają okazałości. Sierść ma białą albo kasztanowatą lub też mieszaną w pstrokaciznę złożoną z tych dwóch kolorów. Reny zrzucają rogi corocznie, które im na nowo odrastają, z przydatkiem co rok nowej gałęzi. Podczas zrzucania rogów ren jest najsłabszy i nie powinien się wtenczas używać do zaprzęgu. Reny zaprzęgają się do sań zupełnie odmiennych kształtem a nawet lekkością od sań pospolitych, używanych do zaprzęgu koni; takowe sanie nazywają nartą. Narta jest nierównie dłuższa niż sanie pospolite, używane u nas do przewozu ciężarów, położy są cienkie i całe wiązanie takież, zapewne dla lekkości stosując ją do siły rena mającego jej niewiele. Położy są szeroko osadzone jeden od drugiego, zapewne aby się ochronić od częstych wywrotów. Po wierzchu zaś wiązania przytwierdzone są deski, ułożone równo jak na stole, tak, że nie ma w narcie przyrządzonej tym sposobem żadnej wklęsłości dla schowania nóg lub jakich rzeczy; jest to tapczan osadzony na połozach i nic więcej. Jadąc, trzeba siedzieć na owym tapczanie spuściwszy nogi na bok. Nie ma żadnego podnóżka dla postawienia onych ani też poręcza dla ujęcia ręką w niebezpieczeństwie wywrotu; podróżny musi jedynie rachować na zręczność własną i sprężystość swych członków. [...]
Gdy reny już są zaprzężone do narty, podróżny czy też woźnica siada na niej bokiem, opatrzony drążkiem cienkim lecz mocnym, długości kilkoarszynowej; drążek ten w jednym końcu okuty jest w żelazo. Służy on do zatrzymania w biegu renów, co się uskutecznia zanurzając w śniegu drążek i okręcając nań lejce.  Reny są tak lekkie, że się zatrzymują na powierzchni śniegu. Dlatego są bardzo przydatne do podróży w kraju, gdzie drogi rzadko bywają utarte i gdzie podróżny musi pierwszy ślad torować. Reny lecą prędko jak wiatr. Góry, ubocza nie zatrzymują ani też zniewalają do zwolnienia biegu. Owszem, im z większej góry, tym reny przymuszone są biec prędzej, bo gdyby nie uciekły przed pędem sań, które będąc bez dyszla lecą na dół popychane własnym ciężarem, połamałyby niewątpliwie swe cienkie nogi. Woźnica nie może, czy też nie umie, władać renami, jak się włada końmi. Czy to zawrót, czy miejsce niebezpieczne, reny nigdy nie zwalniają kroku. Można je zupełnie osadzić, ale nie przymusić do zwolnienia biegu. [...]
Ewa Felińska, Wspomnienia z podróży do Syberii, pobytu w Berezowie i Saratowie [w:] Zofia Trojanowiczowa, Sybir romantyków, Wydawnictwo Literackie 1992, s. s. 338-339.

niedziela, 18 sierpnia 2013

Odcinek 779: Ewa Felińska, 1839 rok

Ze wspomnień Ewy Felińskiej, zesłanej do Berezowa na Syberii

18 sierpnia 1839 roku
Ewa Felińska.
[...] Zmierzchło. Z niechęcią wstało się od krosien. Nie można przechadzką zakończyć dnia i dać trochę ruchu ciału, bo na dworze deszcz, błoto. Trzeba szarą godzinę przedumać chodząc po pokoju. O moje dumy! wy w samotności zaludniacie świat mojej duszy, przywołujecie do mojej cichej izdebki, oświeconej szarym półblaskiem dnia gasnącego, tyle cieniów drogich pamięci, przesuwających się jakby w latarni czarnoksięskiej.
Owoż światło przynieśli, trzeba pomyśleć jak zająć wieczór, nim sen dobroczyńca przyjdzie skleić powieki i odtworzyć we śnie żywszymi może farbami obrazy, z którymi z przykrością rozstało się przed chwilą. Szczęściem, że w kraju, gdzie nie ma w towarzystwie żadnego przejawu życia umysłowego, nie mam niedostatku książek. Tobolsk mi ich dostarcza. W Tobolsku złożyła się dość piękna biblioteczka z dzieł w polskim, francuskim i innych językach. Fundament jej założył Piotr hr. Moszyński, zostawiając przy wyjeździe z tego miasta swoje książki do użytku innym. Odtąd zbiór ten powiększa się co rok sprowadzonymi z Petersburga nowymi książkami, za pieniądze dobrowolnie złożone corocznie według możności tobolskich literatów. Te książki składają się w jedno miejsce, nie będąc wyłącznie niczyją własnością, lecz każdy przyczyniający się do składki ma prawo brać do czytania dzieła, jakie mu się podobają. W razie, gdyby kto zażądał wyjąć włożony przez siebie kapitał ze spółki, ma prawo wybrać ze znajdujących się w bibliotece książek według upodobania taką ilość, jaką reprezentują dane przez niego pieniądze. Rzadko kto przy wyjeździe chce korzystać z tego prawa.
W samym Berezowie krąży więcej książek, niż się spodziewać mogłam. Znalazłam w obiegu niemałą ilość romansów, tak oryginalnych ruskich, jak też tłumaczonych z obcych języków. Wprawdzie jest to zbiór przypadkowo zabłąkany, którego nikt nie podsyca przez miłość literatury, wszakże znajduje u mieszkańców gościnne przyjęcie, bo w Berezowie gust do bajek i romansów jest ogólny. Każda familia ma swego upodobanego bajarza, który bawi towarzystwo podczas długich wieczorów. Gdy na wezwanie przychodzi ów bajarz pożądany i zabierze miejsce, cały dom, panowie i słudzy, a często i sąsiedzi, starce i dzieci okrążają go dokoła. Jedni siedzą na stołkach, drudzy na ziemi, byle bliżej, byle nie stracić żadnego słowa, chociaż skutkiem częstego powtarzania wszyscy umieją prawie na pamięć rozpowiadane bajki i nieraz dzieci poprawiają omyłki, jednak wszyscy słuchają z uwagą i upodobaniem.
Bajki te najczęściej są pochodzenia ruskiego, przeplatane zwrotkami często złożonymi ze słów bez sensu. Te zwrotki powtarzane do znudzenia, lecz im mniej mają sensu, tym powtarzane są z większą skrupulatnością. Romanse im są bardziej przesadzone, im niedorzeczniejsze, im mniej mają prawdopodobieństwa, tym są więcej podziwiane. Czytałam tak dziwnie niedorzeczne, żem się nie spodziewała, aby takie dziwolągi w czasach naszych w książkach się mogły mieścić.
Są i nowsze romanse, szczególnie wiele tłumaczeń, które wcale nie są wzgardzone, owszem, poszukiwane przez małą liczbę kobiet umiejących czytać z pewną łatwością. Mało bowiem mężczyzn tamecznych, a dopieroż kobiet, doszli do tego stopnia. Wszakże te literatki interesuje tylko rozmaitość faktów, myśli przechodzą niezrozumiane. Wznioślejsze, delikatniejsze uczucia prześlizgają się nie zadrasnąwszy serca, nie rozgrzawszy wyobraźni. Miłość platoniczna, pojęcia o honorze według naszych wyobrażeń, leżąc za granicą życia im znanego, nie obudzają w nich sympatii, łechcą tylko nieco ciekawość. Człowiek niosący dobrowolnie życie w ofierze dla słowa danego często nierozważnie, kobieta marnująca byt swój cały dla jedynej miłości poślubionej w duszy, której urzeczywistnić nie może, należą według nich do istot urojonych czy też wywołanych z innego świata. Nie mogąc odgadnąć sprężyny ich działania, zaliczają je do tegoż samego rzędu, co bohaterów zabijających własną ręką czterdzieści tysięcy nieprzyjaciół lub zdobywających miasta siłą swoją osobistą. Utwory romansopisarskic podobnej siły są czytane i podziwiane w Berezowie. Dziwno także było patrzeć nieraz na Szatobrjanda lub d'Arlękura w ręku Sybiraczki, a raczej bardziej uderzała sprzeczność słysząc, jak młoda literatka berezowska z d'Arlękurem w ręku wysypuje ze swych ust na domowników potok wyrazów, na które by się zarumieniła niejedna przekupka z naszych rynków.
Ewa Felińska, Wspomnienia z podróży do Syberii, pobytu w Berezowie i Saratowie  [w:] Zofia Trojanowiczowa, Sybir romantyków, Wydawnictwo Literackie 1992, s. 333-338. 

sobota, 18 sierpnia 2012

Odcinek 423: Ewa Felińska, 1839 rok

Ze wspomnień Ewy Felińskiej, zesłanej do Berezowa na Syberii

18 sierpnia 1839 roku
Syberyjski szaman.
[...] Szamany są to kapłani wywierający wielki wpływ na umysły Ostiaków, tak przez posiadanie pewnych sekretów, jak przez swe proroctwa. W rodzie szamanów przechowuje się z pokolenia w pokolenie nauka pewnych sztuk kuglarskich, które uderzając swą cudownością umysły ludu nieoświeconego, służą niby za dowód  bezpośrednich  stosunków tych kapłanów ze światem innej natury. Mówiono mi, że szamani w obecności Ostiaków, a rzadko Ruskich, wbijają nóż w piersi człowieka, który po wyjęciu nie zostawia żadnego śladu. Że odcinają członki, które się zrastają siłą cudowną, że palą bumażki w oczach widzów, a potem je całe wygrzebują z popiołu, i inne robią dziwne sztuki. Nie widziałam sama żadnej ze sztuk wymienionych,  bo szamani są ostrożni i aby skłonić do działania, trzeba wprzód posiąść ich zaufanie. Ale mi rozpowiadali ci, co się mienili być świadkami naocznymi.
U nas sztuki podobnej albo i większej siły straciły swe znaczenie nawet w klasie najciemniejszego pospólstwa, bo Żydki będąc w posiadaniu onych i pokazując je za kilka groszy, oswoili wyobraźnię, zniżyli ich znaczenie. Ale w tamtych stronach Ostiacy, a nawet Ruscy wszystkich klas, biorą je za objawy wiadomości nadprzyrodzonych.
Wiara w nadprzyrodzoność jest w obiegu wszystkich mieszkańców tamtej okolicy; niewiadomość skrywając granice możnego nastraja dziwnie wyobraźnię i usposabia do wierzenia we wszystko, co zadziwia. A nawet im opowiadania są dziwniejsze, im bardziej rozmijają się z prawdopodobieństwem, tym chciwiej są  słuchane, uprzejmiej przyjęte i gorliwiej bronione. Zapewniano mię, że szamani rozrąbują często człowieka w drobne kawałki, później składają rozerwane cząstki, a używszy pewnych znanych przez siebie sposobów, wracają do życia posiekanego. Na przekonanie przytoczono mnóstwo podobnych wypadków.
Wróżbiarstwo szamanów zachowuje dotąd wielką wziętość między mieszkańcami tamtej okolicy różnych wyznań. Nie tylko Ostiacy, ale i Ruscy przybiegają do nich po odkrycie przyszłości w znaczniejszych wypadkach życia i odchodzą prawie zawsze zadowoleni przekonani o prawdzie. Szamani utrzymują swe znaczenie tą polityką, że nie poniewierają swej sztuki na zawołanie każdego. Trzeba wiele próśb, starań i zachodów, nim szaman skłoni się do wróżenia. Przy tym nie wróżą darmo ani za lada co; tym sposobem ograniczają zbyteczną ciekawość. Za każde wróżbiarstwo nie biorą mniej nad wartość rena, którego cena odpowiada, jak wyżej powiedziałam, 5 r. asygnacyjnych i jest znacznym majątkiem dla ubogiego Ostiaka. Dla tych przyczyn przybiegają tylko do wróżbiarstw w ważnych zdarzeniach,  przez  co  tak prorocy  jak  i  proroctwa zyskują na poważaniu i mniej są na szwank wystawione.
Szaman przed jurtą.
Rozpowiadał mi jeden z większych urzędników duchownych obrządku greko-rosyjskiego, który skądinąd światłem o wiele przewyższał swoje owieczki, że raz, objeżdżając z obowiązku podwładne mu parafie, zawieją został zmuszony szukać schronienia w jurcie ostiackiej będącej nie opodal jego drogi. Gdy został przyjętym, dowiedział się od swych przewodników, że się znajduje w jurcie sławnego w owej okolicy szamana. Zawieja nie ustawała. Duchowny był przymuszony zabawić dni kilka w gościnnej jurcie. Więcej z nudy niż z ciekawości przyszło mu na myśl prosić szamana, aby powróżył, ale ten, wiedząc jakiego stanu był gość jego, taił się ze swą sztuką, bojąc się odpowiedzialności. Gdy jednak za bliższym poznaniem duchowny pozyskał ufność szamana, ten ostatni dał się uprosić.
Widno, że wróżbiarstwo szamana wielkie zrobiło wrażenie, gdy nawet po upłynionych latach kilku, kiedy mi rozpowiadał, nie mógł zachować krwi zimnej. Mówił, że oprócz wykazania przeszłości, którą odgadł najtrafniej, przepowiedział mu jeszcze bliską zmianę jego losu oraz śmierć syna pełnego nadziei, zamęście i śmierć córki.
„Wszystko się sprawdziło — dodał duchowny z melancholicznym wyrazem. — Zostałem przeniesiony z miejsca, które zajmowałem, na inne wtenczas, kiedy mi się ani śniło, i to bardzo prędko po zrobionej wróżbie; później straciłem syna pełnego nadziei i córkę. Jednym słowem, wszystko się spełniło aż do drobiazgów. Spełnienia reszty oczekuję spokojnie, nawet godziny śmierci, która ma nadejść niebawnie. [...]
Ewa Felińska, Wspomnienia z podróży do Syberii, pobytu w Berezowie i Saratowie  [w:] Zofia Trojanowiczowa, Sybir romantyków, Wydawnictwo Literackie 1992, s. 333-338.

środa, 6 lipca 2011

Odcinek 14: Ewa Felińska, 1839 rok

Ze wspomnień Ewy Felińskiej, zesłanej do Berezowa na Syberii

6 lipca 1839 roku


Ewa Felińska
Już trzeci raz poczta przyszła od mego przybycia do Berezowa, nie przynosząc mi ani jednej litery od dzieci moich. Znów następuje dwa tygodnie oczekiwania, które może, równie jak dzisiaj, zawiedzione zostanie. Czyż już nigdy żadne echo nie doleci do mnie ze świata mojej duszy? Może ci, co kocham, nie wiedzą, w jakim kącie świata przebywam dzisiaj? Może nie wiedzą, gdzie mi posłać choćby jedno westchnienie? Piszę co poczta nie wiedząc, czy moje słowo doleci ich kiedykolwiek. Wszakże czekać, mieć nadzieję, przynosi ulgę w tęsknocie.
Jaka parnota! Jaki deszcz! Nigdy w moim kraju nie widziałam podobnej ulewy. Deszcz leje jakby z prze­wróconego naczynia, bez przerwy. Błyskawice migocą, pioruny biją jeden po drugim, zdaje się, że same ostateczności zbiegły się w tych ostatecznych krańcach ziemi. Upał, deszcze, zimno, dni, noce, wszystko niepo­mierne.
Tak wstrząśnienia natury jak wstrząśnienia losu usposabiają duszę do nabożeństwa. Cała familia gos­podarza mego zebrała się do naszego pokoju, bo tam są obrazy domowe. Zapalono przed nimi świecę, biją pokłony. Córka gospodarza, czternastoletnia dziewczyna, czyta ewangelię, starzec modli się zebrany w du­chu, jego żona pogląda ukradkiem w okno, czy ich budowle nie płoną, na jej twarzy maluje się niespokojność. Za każdym uderzeniem piorunu pochylają się ku ziemi przerażone czoła, widno, że im miłe życie, widno, że mają lękać się o co. Dlaczegóż mnie żadna nie przejmuje trwoga, dlaczegóż taka apatia, taka obo­jętność? Zdaje się, że gdyby słońce i gwiazdy ruszyły się ze swych stanowisk i ten dziwny fenomen nie wy­prowadziłby duszy mojej z odrętwienia. To zakłóce­nie w przyrodzeniu jakąż zmianę mogłoby przynieść w moich uczuciach? Alboż ten świat, na którym żyję, do mnie należy? Prócz niepewnej nadziei przyciśnienia jeszcze kiedy do serca dzieci moich, nadziei tak na niczym nie opartej, którą jedynie z litości BÓG przywiązał do wszystkich przeznaczeń człowieka, choć­by najbardziej zrozpaczonych, która, jak jedyny anioł pociechy, jak wiara, jak sumienie wspiera człowieka aż do grobu — reszta, wszystko jest dla mnie tak obo­jętnym, że nawet katastrofa najważniejsza w życiu człowieka, żyć albo nie żyć, przesuwa się przez myśl moję bez żadnego wrażenia.
Ewa Felińska, Wspomnienia z podróży do Syberii, pobytu w Berezowie i Saratowie  [w:] Zofia Trojanowiczowa, Sybir romantyków, Wydawnictwo Literackie 1992, s. 331-333.

Więcej o autorce tu.