Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dreszer Zygmunt. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dreszer Zygmunt. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 stycznia 2012

Odcinek 203: Zygmunt Dreszer, 1936 rok

Dziennik podróży do Afryki Zachodniej Zygmunta Dreszera


11 stycznia 1936 roku
Latająca ryba.
Dzień dziś jakby po to, abyśmy odpoczęli po palących promieniach słonecznych: cichy prawie zupełnie, a pochmurny. W nocy „wiatr zdechł (jak to mówi się na naszych jachtach), spadła bardzo obfita rosa, tak że pokład i mostek robiły wrażenie umoczonych przez duży deszcz. Ranek przyniósł nam wiatr z W., lekką martwą falę i chmury.
[...] Dziś pierwszy raz pojawiły się latające ryby. Ślinka do ust ciekła rozmaitym smakoszom z załogi i nie-załogi na widok ciemnego, wrzecionowatego ciała, unoszącego się z wody na skrzydłach ważki, przebiegającego kilkanaście metrów w powietrzu i wpadającego do morza, jak torpeda. Dziwne wrażenie wywierają te stwory: zbyt są duże i ciężkie, aby były owadami, i wprost nie chce się wierzyć oczom, że to ryby. Ale nawet przy dzisiejszem, niezbyt bogatem świetle, skrzydełka tych ryb mienią się cudownie.
Ukazało się ich kilkanaście sztuk. Na widok statku skrupulatnie skręcały w bok lub rzucały się do wody. Do czarnego potwora, sunącego szybko po powierzchni morza, nie miały zaufania. Zresztą tak samo delfiny trzymają ale z dala od nas, a nawet rekin, który pokazał się dziś, uznał za stosowne nie zbliżać się do statku. Towarzyszą nam stale tylko rdzawe mewy, no i specjalny gatunek małych mewek, przypominających w locie jaskółki. Mają to być podobno „Sturmvögel — ptaki wieszczące burze. My się tem specjalnie nie przejmujemy i ze szczerem zadowoleniem obserwujemy ich istotnie ciekawe wyczyny lotnicze, gdy po dłuższem unoszeniu się na prądach powietrznych z wdziękiem „wodują, lekko zadarłszy ogonek, pozwalając się unosić fali. Piszczą też od czasu do czasu, przypominając swym głosem nasze czajki.
Sturmvögel.
Wczoraj wieczorem przy pięknem świetle księżyca, który zdecydowanie przybiera na objętości, choć zachowuje swa formę łódki, zebrało się towarzystwu na sentymenty. Doszli do głosu komendant, Karśnicki, no i III oficer, odbywający właśnie wachtę. Zaczęło się, wiadomo, od rosyjskich cygańskich romansów, a potem Atlantyk, może po raz pierwszy w tej części, musiał wysłuchać całego repertuaru piosenek uczniów Szkoły Morskiej. Dostało się w tych piosenkach i historycznemu „Mamertowi”, i szeregowi innych oficerów ze „Lwowa i „Daru Pomorza! Ale w każdym razie te dwie godziny zrobiły nastrój — było to miłe.
W dyskusjach wczorajszych wypłynęło zagadnienie propagandy na statkach handlowych. Komendant opisywał swój pobyt w Szczecinie, gdzie na statek, który tam był pierwszym pod banderą polską, zjawiła się cała miejscowa Polonia. Sceny znane — uciecha, podziw, entuzjazm, przemówienia, śpiewy. Ale koszty tej zabawy obciążają nie konsulat, nie kompanię armatorską — lecz kapitana statku. A przecież w takich warunkach przyjęcie kilkunastu osób waży na budżecie jednostki!
Również dużą przykrością jest brak książek, które można byłoby zostawiać rodakom na obczyźnie. Sprawa przedstawia się tem gorzej, że — w Szwecji, Danii, Norwegii, Anglii — obcy, widząc polski statek, często żądają informacyj i druków o Polsce. Żąda tego armator, który czarteruje polski statek, żąda i kupiec, który odbiera węgiel ze statku. A tych rzeczy na statkach polskich brak. Normalnie nikt się tem zbytnio nie przejmuje. Ale młodzi komendanci statków i oficerowie ze Szkoły Morskiej starają się czasem wywiązać i z tego zadania. Często sami kupują odpowiednie publikacje, czasem biorą odpowiednie wydawnictwa od konsulatów zagranicą, o ile konsul ze swej strony docenia wartość takiej propagandy.
W ogóle książka i pióro są rzadkimi przedmiotami na statku. Oficerowie, zarówno pokładowi, jak maszynowi, mają zbyt rozbity czas przez wachty, by się przejmować takiemi rzeczami, a biblioteczka, o ile jest, to — gruntownie „wyczytana. Tak samo i na „Poznaniu: nie najgorsza biblioteczka beletrystyczna, ufundowana dla załogi przez firmę „Hartwig, jest przeczytana, ale nie bardzo można skonstatować, by brak książek czy gazet przeszkadzał załodze i oficerom. Zrozumiałe to zresztą zupełnie: praca na statku wymaga dużego natężenia umysłu i woli, tak, że każda wolna chwilę chętnie poświęca się na taki czy inny odpoczynek. Zdaje się, że na ogół pasażerowie ulegają temu nastrojowi; przynajmniej tak mogę sądzić po pasażerach „Poznania. Poza swą zawodową pracą trudno jest urwać parę minut na książkę. Najwięcej czytamy dopiero w łóżku, uprawiając swoje „15 minut dla zdrowia umysłowego.
[...]
Uczestnicy wyprawy członków Ligi Morskiej i Kolonialnej na statku 
s/s "Poznań" przed wyruszeniem w podróż do Afryki.
Zygmunt Dreszer, Pionierski rejs: dziennik podróży handlowej do portów Afryki Zachodniej, Liga Morska i Kolonjalna 1936, s. 51-53.