Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dali Salvador. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dali Salvador. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 listopada 2013

Odcinek 859: Salvador Dali, 1962 rok

Z dziennika Salvadora Dalego

6 listopada 1962 roku
Rozlewam kawę na koszulę. Pierwszą reakcją tych, którzy w odróżnieniu ode
Salvador Dali, Autoportret, 1954 rok.
mnie nie są geniuszami, to znaczy innych ludzi, byłoby
wytarcie się. Ja jednak zachowuje się całkiem inaczej. Już od dzieciństwa miałem zwyczaj czyhać na odpowiedni moment, kiedy gosposie i rodzice nie zdołają zauważyć, jak zgrabnie i ukradkiem wylewam za koszulę na gołe ciało najbardziej lepkie resztki cukru po kawie z mlekiem. Oprócz niewysłowionej rozkoszy, jaką sprawiał mi ów sączący się aż do pępka płyn, jego powolne schnięcie, tudzież lepiąca się do skóry tkanina, były dla mnie bodźcem do uporczywych regularnych obserwacji. Dzięki powolnym, harmonijnym ruchom, i też następującym po długich, słodkich oczekiwaniach gwałtownym drgnięciom, koszula przylepiała się do ciała coraz bardziej, co rodziło filozoficzne myśli i emocje, które nie opuszczały mnie przez cały dzień. Owa dyskretna przyjemność mojej przedwczesnej inteligencji osiągnęła swój paroksyzm, kiedy pojawiające się w wieku młodzieńczym owłosienie zrodziło w punkcie zetknięcia się piersi (akurat w miejscu, gdzie lokalizowałem potencjał swej wiary religijnej) z tkaniną koszuli (szata liturgiczna) kolejne komplikacje. Otóż okazało się, że kilka przylegających do tkaniny włosów, opaćkanych lepkim cukrem, utrzymuje (teraz to wiem na pewno) kontakt elektroniczny, dzięki któremu ciągle zmieniający się element lepki stawał się elementem miękkim najprawdziwszej mistycznej maszyny etycznej, którą dzięki łasce bożej wynalazłem w tamten właśnie ranek, 6 listopada, kiedy w delirycznym upojeniu obficie rozlewałem po ciele (niby to niechcący) przesłodzoną (nieświadomie) kawę z mlekiem. Jest to prawdziwa, słodka papka sklejająca moją najdelikatniejszą koszulę z włosami na piersi przepełnionej religijną wiarą.

Na zakończenie wypadałoby dodać, że jako geniusz, Dali mógłby z powodzeniem przekształcić w miękką maszynę cybernetyczną wszystkie ewentualne konsekwencje wynikające z tego drobnego wydarzenia (dla wielu byłby to co najwyżej drobny kłopot), pozwalając mi tym samym dojść, czy też raczej dochodzić do etapu Wiary, która, jak dotąd, była wyłącznie darem Boga Wszechmogącego.
Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, L&L 2002, s. 194–195.

sobota, 29 czerwca 2013

Odcinek 729: Salvador Dali, 1952 rok

Z dziennika Salvadora Dalego

29 czerwca 1952 roku
Dzięki Bogu! – obecnie śpię i maluję lepiej i z większym zadowoleniem niż zazwyczaj.
Galatea sferyczna, mal. Salvador Dali, 1952 r.
Muszę jednak pamiętać, by nie doprowadzać do powstawania pęknięć, które zdają się tworzyć w kącikach ust, co jest nieuchronną fizyczną konsekwencją nagromadzonej tam śliny, a to na skutek rozkoszy, jakiej doznaję dzięki dwu czynnościom, w których bogowie znajdują odprężenie: spaniu i malowaniu. Tak... Kiedy śpię i maluję, cieknie mi ślina rozkoszy. Oczywiście szybkim lub leniwym ruchem dłoni mógłbym ją wytrzeć podczas któregoś z mych niebiańskich przebudzeń lub którejś z moich niemniej boskich przerw w pracy, ale fizjologiczne oraz intelektualne przyjemności pochłaniają mnie do tego stopnia, że nie robię tego! Oto dylemat moralny, którego jak dotąd nie rozstrzygnąłem. Czy pozwolić na to, aby moje rozkoszne pęknięcia uwydatniały się coraz bardziej, czy też zmusić się do wycierania śliny odpowiednio wcześnie? Na razie, czekając na odpowiedź, opracowałem nową metodę na sen; metodę, która winna znaleźć się kiedyś w antologii moich wynalazków. Na ogół ludzie biorą środki nasenne, kiedy mają problemy ze spaniem. Ja zaś postępuje dokładnie na odwrót. Otóż w okresie gdy sen mój staje się maksymalnie regularny, osiągając stan roślinnego paroksyzmu, postanawiam sięgać po pigułki nasenne, co czynię z niejaką kokieterią. Mogę wówczas naprawdę powiedzieć, nie widząc w tym nawet cienia metafory, że śpię jak suseł, by obudzić się całkowicie odmłodzony, czując, jak z mego błyskotliwego umysłu emanuje niezmordowanie nowa energia, stanowiąca zalążek najbardziej urokliwych pomysłów. Przytrafiło mi się to właśnie dziś rano, gdyż wczoraj wieczorem zażyłem pigułkę, aby przepełniła się czara mojej obecnej równowagi duchowej. Jakież to było przebudzenie! – o jedenastej trzydzieści, na tarasie pod bezchmurnym niebem spożywałem kawę z mlekiem i słoneczny miód, przy czym nie przeszkadzała mi najmniejsza nawet erekcja!
Odbywałem sjestę od drugiej trzydzieści do piątej, a pigułka z poprzedniej nocy w dalszym ciągu przepełniała czarę i toczyła ślinę, ponieważ kiedy otworzyłem oczy, odkrywając zmoczoną poduszkę, doszedłem do wniosku, że musiałem obficie się ślinić.
– Nie! – powiedziałem sobie twardo – dziś jeszcze nie zaczniesz się wycierać; dopiero w niedzielę! Tym bardziej, jeśli postanowisz, że te tworzące się ranki mają być ostatnie. Do tego czasu powinny stać się jeszcze wyraźniejsze, abyś mógł rozkoszować się tą biologiczną pomyłką, badając w warunkach naturalnych wszystkie tego implikacje. [...]
Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, L&L 2002, s. 33–34.

środa, 7 listopada 2012

Odcinek 504: Salvador Dali, 1962 rok


Z dziennika Salvadora Dali

7 listopada 1962 roku
Ze wszystkich hipersybaryckich przyjemności mego życia jedną z najbardziej subtelnych i oryginalnych jest, być może – a nawet bez być może – i będzie: eksponowanie na słońcu ciała pokrytego muchami. Tak więc będę mógł mówić:
– Pozwólcie małym muszkom, by do mnie przyleciały!
Przebywając w Port Lligat, wylewam podczas śniadania na głowę resztę oliwy z talerza po sardelach. Natychmiast przyfruwają muchy. Jeśli kontroluję bieg myśli, łaskotanie much sprawia, że staje się on bardziej wartki. Natomiast (zdarza się to niezmiernie rzadko) kiedy ich obecność okaże się przeszkodą, będzie to znak, że coś jest nie tak i że cybernetyczne mechanizmy moich oryginalnych pomysłów zgrzytają niepokojąco. Tak więc muchy są dla mnie czarodziejkami Morza Śródziemnego. Już w starożytności przesiadywały na obliczach mych sławnych poprzedników, Sokratesa, Platona czy Homera, którzy z zamkniętymi oczyma opiewali ów sławetny rój much krążących wokół garnka z mlekiem, widząc w nich boskie stworzenia. W tym miejscu muszę stanowczo podkreślić, że lubię tylko muchy czyste, muchy – jak to wcześniej określiłem – w strojach od Balenciagi, natomiast nie lubię much, które spotyka się u biurokratów lub w miejskich budynkach. Z kolei lubię muchy żyjące na liściach oliwkowych oraz muchy krążące wokół nadpsutego ciała jeżowca. [...]
Salvador Dali, Siedem much (i modelka), 1954 rok.
Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, L&L 2002, s. 195–196.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Odcinek 397: Salvador Dali, 1952 rok


Z dziennika Salvadora Dali


23 lipca 1952 roku
Trzy tysiące czaszek słoni!

Pod wieczór składa mi wizytę pewien francuski pułkownik. Kiedy rozpoczynamy rozmowę na temat czaszki słonia, zwracam się do niego:
– Mam ich już pięć!
– Po co aż tyle czaszek słoni?! – wykrzykuje.
– Muszę ich mieć trzy tysiące. I będę je miał! Myślę, że Maharadża, jeden z moich przyjaciół, dostarczy mi ich mnóstwo. Rybacy wyładują je dokładnie naprzeciw nas, na tamtym małym pomoście. Każę pokryć nimi geologię planetarną Port Lligat.
– To będzie piękne! Godne Dantego! – wykrzykuje pułkownik
– Przede wszystkim, będzie to najwłaściwsze posunięcie. Niczego nie można tu posadzić bez uszczerbku dla krajobrazu. Zwłaszcza nie powinny tu rosnąć jodły. Dałoby to opłakany efekt. Właśnie czaszki słoni będą najbardziej odpowiednie.
Salvador Dali, Łabędzie odbijające się
w wodzie jako słonie, 1937 rok.
Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, Wydawnictwo L&L 2002, s. 53.

sobota, 30 czerwca 2012

Odcinek 374: Salvador Dali, 1952 rok

Z dziennika Salvadora Dali

30 czerwca 1952 roku
Kolejny dzień poświęcony w pierwszym rzędzie gromadzeniu i wydzielaniu śliny. Skończyłem śniadanie o szóstej rano, a ponieważ czułem, jak rozpiera mnie energia, by malować wielkie sklepienie Wniebowzięcia, zmusiłem się najpierw do precyzyjnego wykonania łuski złowionego wczoraj ptaszora, co prawda tylko jednej, ale za to nieprawdopodobnie błyszczącej i srebrzystej. [...] Po południu malowałem niebo aż do zmroku. To głównie ono sprawia, że ślinię się tak obficie. Pęknięcia wywołują uczucie gwałtownego pieczenia. Można by rzec, iż mitologiczny robak toczy kąciki mych ust. [...]
Pojawił się Juan, mój dziesięcioletni model, abym poszedł z nim na nabrzeże pograć w piłkę. [...] Zeszliśmy obaj na nabrzeże. Dzień miał się ku końcowi. Gala, w nieco melancholijnym nastroju, ale bardziej opalona, piękniejsza i cudniej rozczesana niż kiedykolwiek, dostrzegła nagle robaczka świętojańskiego, który błyszczał jak moja poranna łuska. [...]
Tour de France, 1952 rok.
Należy dodać, że wszystko to zbiega się w czasie z kolarskim wyścigiem dookoła Francji, którego przebieg komentowany w radiu przez Georges’a Briqueta śledzę w najdrobniejszych szczegółach. Lider wyścigu, Bobet, zwichnął sobie kolano, z nieba leje się żar. Chciałbym, aby cała Francja wsiadła na rowery, aby wszyscy pedałowali w pocie czoła, wspinając się niczym bezsilni szaleńcy po stokach nie do pokonania, podczas gdy boski Dali w sybaryckiej ciszy Port Lligat maluje najrozkoszniejsze okropieństwa. O tak, kolarski wyścig dookoła Francji sprawia mi ustawiczną satysfakcję, do tego stopnia, że niedostrzegalnie, lecz uporczywie gromadzi się ślina pielęgnująca w kącikach mych ust przekrwione, strupowate, kretyńskie, chrześcijańskie, pokryte bliznami ranki mojej duchowej rozkoszy!
Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, Wydawnictwo L&L 2002, s. 35–36.

piątek, 8 lipca 2011

Odcinek 16: Salvador Dali, 1952 rok

Z dziennika Salvadora Dali

8 lipca 1952 roku

Złożyło mi wizytę dwóch durnowatych panów inżynierów. Słyszałem już ich rozmowę, jak schodzili po zboczu. Jeden dawał do zrozumienia drugiemu, że uwielbia jodły.
- Port Lligat jest zbyt wypalony - ciągnął. - Lubię jodły, ale raczej nie z powodu cienia, z którego nigdy nie korzystam. Lubię po prostu ich widok. Lato bez jodły nie byłoby dla mnie latem.
Mówię sobie w duchu - czekaj no, ty! Już ja ci pokażę te twoje jodły!
Przyjmuję owych panów bardzo uprzejmie, zmuszając się do konwersacji wypełnionej w stu procentach frazesami. Są mi za to niezmiernie wdzięczni. Nagle, wchodząc na taras, dokąd ich odprowadzam, zauważają moją monumentalną czaszkę słonia.
- Co to jest? - pyta jeden z nich.
- Czaszka słonia - odpowiadam. - Bardzo lubię czaszki słonia. Zwłaszcza latem. Byłoby mi trudno się bez nich obejść. Nie wyobrażam sobie lata bez czaszki słonia.
Salvador Dali, "Niebiański słoń"

Salvador Dali, Dziennik geniusza, tłum. Jan Kortas, Phantom Press 1993, s. 50-51.

Za dzisiejszy cytat dziękujemy Ani: