Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowski Marian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowski Marian. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 lutego 2013

Odcinek 612: Marian Dąbrowski, 1910 rok


List Mariana Dąbrowskiego do narzeczonej, Marii Szumskiej

Bruksela, 23 lutego 1910 roku
Maria Szumska, 1906 rok.
[...] Jakże cię kocham szalenie – jakże ty mnie palisz, jakże męczysz. Jakaś ty silna, piękna i jedyna. Oszaleję bez ciebie. Dlaczego żeś mnie tak opanowała, dlaczego ja cię tak kocham okrutnie. Bunt się we mnie głuchy jątrzy od dawna. Przechodzą dni, miesiące, mija zdrowie, młodość, siła i moc. Jeno tęsknota stale żre ciebie i mnie, jeno ona jedna... [...]
Zdaje mi się czasem, że właśnie życie nasze jest najpiękniejsze i najbardziej wartościowe. Zdaje mi się, że szczęście nasze dziś tak bezmierne, takie szalone, takie dzikie, takie męczące i takie rozkoszne i takie wypadkowe – zniszczymy, żyjąc razem ciągle i stale.
A jednak coś mi mówi, że ulegnę właśnie tobie w najgłupszych twych i bezwolnych chceniach – ślubach kościelnych „dla rodziców”, „pracy dla chleba”, „pozycji”.
Jedno wiem – nie możemy mieć dzieci – a dłużej tobie męki tak strasznej zadawać nie mogę. Ulgę mi szaloną sprawiło twe dawne przyznanie się do grzechu w dzieciństwie. I ulgę mi sprawia to niezbite przekonanie, że ty mnie tak nie chcesz fizycznie jak ja ciebie – więc musi być w świecie drugi człowiek, który by tobie uległ, tak jak ty mnie. Zresztą dziś Panią-niewolnicą moją jesteś, gdy się role zmienią, uczujesz przesyt i wstręt. Dlatego, meweńko moja, szybuj najdłużej nade mną, kołuj i skrzydłami całuj wzburzoną morską toń. Och, jakże cię chcę dziś. W niebo rozpięte włosów twych swe usta płomienne wtulić i oczu gwiazdy smutne wbić, skronie tętniące u piersi twych mieć. [...]
Trzy razy ten list zaklejałem. Może cię źle odczułem. Ale tak kocham, tak bardzo kocham, tak chcę, niedobra ty, zła, okrutna, czemu ty mnie nie chcesz, czemu ty mnie tak nie chcesz – czemuś odjechała, czemu – [...]
Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909-1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 61–64.

środa, 23 maja 2012

Odcinek 336: Marian Dąbrowski, 1911 rok

List Mariana Dąbrowskiego do narzeczonej, Marii Szumskiej

Bruksela, 23 maja 1911 roku
Maria Szumska, ok. 1909 roku.
Przejasna droga chwilo listu twego. Kwitną słowa ciałem twoim, litery czarne w różane usta przechodzą, wiersze w zawrotne, szalone sznury włosów twoich. Nade mną oślepłym ze szczęścia i rozkoszy nachyla się iwa twoja i wabi, i chce, i dręczy, i pieści, i smaga gałązkami nurt krwi mojej. Już nie kocham. Nie. To słowo nic znaczyć nie może, wobec tego co przeżywam.
Może tamta chwila podobna była, a tobie wówczas zasłona z wonnych chłodnych fiołków się zwidziała. Może. Jednak cóż znaczyć mogą słowa, czyny wobec myśli, a przed nimi wobec chceń-porywów. Stalowy rycerz tylko nikłą część myśli swych i porywów opanować zdolen i jak tchórz najnikczemniejszy ratować się musi prawie zawsze ucieczką od jednej jedynej Pani-rozkoszy.
Dwa razy uciekłem. Tak, dwa razy w życiu uciekłem. Bo może wówczas nie pragnąłem tak i nie kochałem tak. Wstyd wasz mi pomógł. Wstyd największy, najokrutniejszy wróg miłości. Tyś go zmogła. Ty wszystko możesz.
Bo jesteś tą, na którą czekałem nie tylko w pracy i walce, lecz jesteś tą, na którą czekałem w tęsknocie prawieków, tą, która życie osobiste zabija i tworzy.
Przez purpurowy chaos myśli porywów i uczuć moich przebija się czasem chłodna magnezowa biało-trupia błyskawica. Tą błyskawicą – dziecko.
Mirko, równa jesteś, równa mi we wszystkim. Ja nie chcę sam odpowiedzialności tu ponosić. Nie chcę i nie powinienem. Dotychczas usprawiedliwiałem to możliwością odejścia ciebie ode mnie, oddania siebie innemu, z którym byś mogła mieć dziecko.
Dziś nie odejdziemy od siebie już. Ty o tym, dziewczyno, tak nie myślisz, nie przeżywasz tego. Staliśmy ciągle na skraju przepaści. Męką nieludzką ty i ja wstrzymywaliśmy się.
Mirko – „jakże my będziemy się kochać, och jakże my będziemy się kochać". Mirko, niesie to w sobie koniec męki na­szej, pamiętaj.
Ostatnio w Paryżu i w Brukseli, w ten ranek blady, zagnałem ostatnimi wysiłkami dziki pęd – zagnałem raz ostatni. Już byłem na skraju poczynania z tobą. [...]
Dzituś mój, przenigdy oczu ci nie zakryję, nie – patrz, przenikaj. Pamiętasz, były chwile najcudniejsze, gdy zmagaliśmy się jeno strzałami Boga – spojrzeniami. Gdy dusze nasze z kwiatów stawały się grotami. Wtedy widywałem w oczach twoich przeogromną moc, do której tak dążę słaby, porwany, zmożony liść. – Ty – pieść. 
Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909–1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 147–148.

niedziela, 16 października 2011

Odcinek 116: Marian Dąbrowski, 1916 rok

List Mariana Dąbrowskiego do żony, Marii

 

Baranowicze, 16 października 1916 roku

Drogeńka moja,
co ci pisać z rzeczy i spraw najintymniejszych? Bardzo mi jesteś potrzebna w życiu, to wiem coraz wyraźniej. Zdawałoby się, że ubiegłych dni, kiedy lada chwila mogłem przestać istnieć cieleśnie – dość ci teraz wiedzieć, że tego „Michała” zabiło tuż przy mnie, a ostatnie kilka razy miałem tuż-tuż – wybuchy tych obrzydliwych granatów i szrapneli – nie powinienem był myśleć o tobie. A tak mi właśnie ciebie było brak, tak chciałem ukoić stargane nerwy przy tobie, tak cię chciałem mieć całą. Serce mi łopotało w piersiach na samą myśl o naszych nocach, kiedy kwiatami łąki twego ciała bawię się jak motyl, kiedy z motyla przemieniam się w dzikie rozszalałe zwierzę, które – ty jeno gołębiami swoich piersi okiełznać możesz. Kiedy – ach, Boże – po co to pisać, dręczyć się wściekle a nadaremnie.
Ty bawisz się, flirtujesz może, stwarzasz sobie surogat mo­ich pieszczot z tobą przez witanie się, dotknięcia innych mężczyzn. Może już coś konkretniejszego stworzyłaś sobie. Trudno. Wiem po sobie, jak ciężko, jak straszliwie ciężko jest znosić samotną tęsknotę miłosną, jak wrzyna się ona w każdy gest, jak okrutnie człowiek spala się, tląc. Bo cóż znaczą te wszystkie sprawy publiczne i cała „Polska” „ludowa” czy inna, kiedy ja chcę tak potwornie, tak wyłącznie mieć na dłoniach dzwonki twoich piersi rozchwierutane w szalonym tempie naszego nabożeństwa. Albo tulić rozpalone usta w trawnik twej łączki przy źródle miłości. Albo napinać łuk całego twego ciała tak z boku, kiedy piersiami twymi naciągam cięciwę i ognistą strzałą swoją przeszywam ci uda. Cała się płonisz i będziesz to czytać kilka razy. A potem spal, całując kwiaty, musisz je ubłagać, by dobre były, gdy przyjadę i nie tak boleśnie smagały. Ach, ty, męko moja, rozkoszo nade wszystko i wszystkich.
Siedzi tu obok mnie ksiądz Żytkiewicz, asceta prawdziwy, głęboki człowiek i bardzo wartościowy. Spoglądam na niego z litością. Nie zazna on nigdy tego, co życie choć na sekundę czyni wyłącznym, osobistym, co życie kwiatami dziwnymi i nieznanymi upiększa, na jedną chwilę, sekundę, rozmnożoną w wieczności zmysłów. Ale dosyć.
[...] Postaram się wyjechać stąd w listopadzie. Mam teraz sto koron miesięcznie, więc się o mnie nie troszcz.
Czemu, jak byłem ostatni raz, nie dała nóg pieścić wtedy na fotelu? Niedobra.
Mir
Maria Dąbrowska, Kalisz, 1909 rok.

Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909-1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 540–543.

poniedziałek, 12 września 2011

Odcinek 82: Marian Dąbrowski, 1925 rok

List Mariana Dąbrowskiego do żony, Marii 
Kosów, 12 września 1925 roku
Marian Dąbrowski ok.1905 roku
Kochaneńka
No, i widzisz, jak to niedobrze tak cię lubić, że aż głowę traci się. I to kto jak kto, ale ja, ten „mentor, prawiący nauki, a zgłupiał przy tobie ze szczętem i o walizce zapomniał. Dopiero jak zabrałem się do pstrążka, patrzę, a tu brak walizki. „Ukradli. Przeszedłem z konduktorami cały pociąg. Nie ma. Ha, to musiała w Stanisławowie zostać. Tedy zjadłem sobie pstrążka, ale w niemiłym humorze, boć trzeba by sobie kupić koszul i gaci na te kuracje w Kosowie. Po przyjeździe do Kołomyi zaraz udałem się do naczelnika ruchu, czyli po prostu dawniejszego naczelnika stacji. Telefonują do Stanisławowa. Tragarze nr 17 i 3, walizka mała p. majora tutejszego garnizonu. Dlaczego zostałem majorem tutejszego garnizonu - Bóg wie. Odpowiedź ze Stanisławowa. Jest walizka - zaplombowana pojedzie do Kołomyi pociągiem przebywającym tam o godzinie 7-ej. Dobra, myślę sobie. Idziemy zwiedzać Kołomyję. Auto jest 6-osobowe, chce 60 zł, bo to noc. Fiu, fiu, fiu. Za drogo. Dwie godziny targowałem się, spuścił na 40. O 7-ej na stację. Wkrótce walizkę otrzymałem, siadłem uzbrojony i upaltowany w auto i jazda. Jest coś niesamowitego w takiej nocnej podróży samochodowej w górskim terenie i zalesionym. Spotykane wozy huculskie mijałem jak leśne stwory, drzewa przydrożne zdawały mi się kamienicami warszawskimi. Tak zajechałem o 9 i pół do Kosowa, czyli po ichniemu o 10-tej i pół. Portiera nie ma. Zakląłem i kazałem się wieźć do Truchanowicza, gdzie zjadłem wołową pieczeń z ogórkiem i poszedłem spać.
Nazajutrz byłem już w zakładzie o 9-tej; witany przez pułkownika i gremium znajomych. Wszyscy cię tu bardzo serdecznie i miło wspominają. Dr Moszyński chce ode mnie jakowegoś listu do Danysza. Owszem. Poznałem się tu z twoimi paniami. Aha, o tym prześcieradle, to zapomniałem, która to dama ma mi je je oddać.
Tarnawski pokiwał głową nade mną i z Kalwaryjskim zabronili mi stanowczo pić raz na zawsze. Serce, powiadają, jak u 16-letniego młodzieńca, ale za to kwasy w żołądku tylko od alkoholu. O tobie wyrażają się z uznaniem niesłychanym.
Maria i Marian Dąbrowscy z Nelą Samotyhową, Bruksela, 1911 rok
Co tam w domu zastałaś? Oczywiście wczoraj wieczorem otrzymałem twoje karty. Niepotrzebnie dawałaś te cztery złote tragarzom i tak przejmowałaś się walizką. A jeszcze depesza. Skąd znowu i po co?
Twojego pokoju mi nie dali. już zajęty. Dostałem na l piętrze w tejże „Celinie". Kwiaty mam. Pierwszą porcję gazet otrzymałem i list od Jadzi, która donosi mi, że wysłała przed tygodniem dla mnie. Oczywiście wróciły. Jakże dałaś sobie radę z pieniędzmi? I jak wyglądają zwierzęta i krakowianka z Pacykowa? Doprawdy, Mireńko, udała nam się wycieczka, a za tego pstrążka Bóg i ciebie, i mnie pokarał niepokojem półdniowym. Kochane, miłe, dobre, mądre stworzenie z ciebie. Tylko jeszcze mniej tej nerwowości, niepokoju i chwilowego skąpstwa, które po rozwadze zamienia się w dziecinną rozrzutność.
Daj ust, maleńka
Marian
Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909-1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 733-734.