Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowska Maria. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dąbrowska Maria. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 maja 2016

Odcinek 2057: Maria Dąbrowska, 1948 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

8 maja 1948 roku, sobota
[...] O dwunastej wizyta Wolpego z Państw[owych] Zakł[adów] Wyd[awnictw]
Henryk Wolpe (źródło).
Szk[olnych], która zatruła mi cały ten dzień. Przyszedł uzasadnić skreślenia w moim „Wyborze” z „Pamiętn[ików] Chł[opów]”. Nie ustąpili ani na jotę, mimo że poszłam dość daleko 
w „godziwym kompromisie”. Ma być skreślony cały pamiętnik Wołyniaka, Ukraińca (po polsku na konkurs nadesłany) oraz wszystkie wzmianki o Piłsudskim i Legionach. A przecież zostawiłam ich ledwie parę dla zachowania minimum prawdy historycznej. Bo skoro większość pamiętnikarzy przeżyła pierwszą wojnę światową i większość ją wspomina lub szeroko opisuje – niepodobna było, gdy mowa o Rosji i Niemcach, nie wspomnieć też o roli Polaków. Ów Wolpe – wredny, chytry, nienawistnie do wszystkiego co polskie usposobiony (cała gęba w żółte cętki jak indycze jaja) wygłosił półgodzinną mowę, dlaczego należy to skreślić. Przezierało tyle bezwiednego wstrętu i nienawiści do Polski, że milczałam ze ściśniętymi zębami i pięściami, bojąc się, że gdy się odezwę, to skończy się [dwa słowa skreślone] grubiaństwem. Kiedy skończył, powiedziałam: „Szkoda, że zadał pan sobie tyle niepotrzebnego trudu, gdyż nie powiedział pan ani jednego słowa, którego nie słyszałam już od pani Kormanowej”. On na to: „A jednak ja mówiłem tylko od siebie”. M.in. zażądał jeszcze skreślenia ustępu, w których chłop pisze o „swojej doli żołnierza, co swoją nogą przemierzył ziemię od Warty do Kijowa, wszędzie cierpiąc głód, poniewierkę i rany, a szedł z ochoczym sercem, bo bił się za Polskę” (cytuję z pamięci). Uznał to za apologię wyprawy kijowskiej Piłsudskiego. „To nie jest apologia wyprawy kijowskiej, to jest epopeja doli żołnierza. Prozą powiedziane to samo, co w piosence »Idzie żołnierz borem lasem«”. „Tak ale to przecież dla każdego jasne, że to jest apologia wyprawy kijowskiej” – upierał się cętkowany (choć w istocie rzeczy w tym pamiętniku ani słowa takiej apologii nie było). W końcu zaproponowałam, żeby wydali tę książkę bez mojej przedmowy i bez mojego nazwiska. Tak długo mi tłumaczył, że to jest niemożliwe, aż morderczo znudzona, powiedziałam: „Róbcie sobie, co chcecie”. Tak to można stracić cnotę z samej straszliwej nudy! Pożegnaliśmy się więcej niż ozięble, prawie jakbym mu powiedziała: „Pan już za długo siedzi”. Ale gryzę się tym niepomiernie i myślę, co by zrobić, żeby jedyna rzecz, jaką posiadam, moje nazwisko, nie było podpisane pod sfałszowanym tekstem... Mogłabym wycofać tę rzecz bez obawy większego skandalu, ale: 1) żal mi pracy i miłości w to włożonej, 2) gdybym to chciała wydać gdzie indziej, cenzura porobi mi te same skreślenia albo jeszcze gorsze, 3) w zamian mogą zrobić inny wybór pod kątem nienawiści do Polski opracowany, taki fotomontaż drukarski z każdego tekstu można zrobić. W każdym razie długo jeszcze się tym gryźć będę. [...]

Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich 2009.

piątek, 27 marca 2015

Odcinek 2019: Maria Dąbrowska, 1916 rok



List Marii Dąbrowskiej do męża, Mariana

Lublin, 27 marca 1916 roku
Te dni wiosny tak pięknej mająż być wieczną tęsknotą do Ciebie naznaczone.
Że i w kraju mamy być tak rozdzieleni jak dawniej, jakie to smutne okropnie. Pojedziesz może na front, a te krótkie miesiące, które tu byłeś, odjechałeś sobie tak daleko ode mnie. Nigdy ty się nie zerwiesz jak ja, by rzucić wszystko i za wszelką cenę wynaleźć sposób i do mnie przylecieć – jak ja do Ciebie. Ty tylko powiesz: „gdybyś nie przyjechała, to kto wie...” Grają mi tu Apassionatę Beethovena w drugim pokoju. Co dzień tego słucham, a wiesz, jak kocham muzykę Beethovena. I tak tymi tonami z pod [sic!] cudnych palców z tobą sobie gadam. 
Pierwsze takty Apassionaty Ludwiga van Beethovena (źródło). 



Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909–1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 462.

niedziela, 3 sierpnia 2014

Odcinek 1129: Maria Dąbrowska, 1944 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

3 sierpnia 1944 roku, czwartek
Wczoraj wieczorem bitwa rozgorzała na dobre. Słychać też znowu dalekie armaty z frontu –
Mimo hałaśliwej nocy spałam dziś doskonale.
Wczoraj nad wieczorem wielki pożar gdzieś w stronie Dworca Głównego.
Przychodzą niepewne wiadomości, jakoby Dworzec Główny, plac Napoleona i most Kierbedzia miały być w rękach polskich – Deszcz ciągle pada. Miasto drży od huku, a czasem niebo dygocze od blasków.
Dziś rano zbudziło mnie i Annę – rzewne gwizdanie młodej wilgi – pośród zupełnej ciszy – Po tym w ciągu dnia na przemian cisza i przeraźliwa strzelanina – Coraz więcej grają armaty – O zmroku miasto zasnuwa się siwym dymem – Widać łuny, czuć woń spalenizny, na podwórku lecą zwęglone strzępy papieru –
Walki na ul. Marszałkowskiej, 3 sierpnia 1944 rok, fot. Eugeniusz Lokajski (źródło).
Około 7mej samoloty sowieckie nad miastem – słychać jakby huk bomb – Schodzimy do piwnicy – skąd jednak wkrótce wracamy. O 9tej i pół przez otwarte okna mojego pokoju w bławej mgiełce po raz pierwszy śród tej strzelającej ciszy słyszymy wielką ludzką wrzawę – Rozpoznajemy słowa: „Niech żyje...”, a po tym ogromny tłumny śpiew „Roty” gdzieś od strony Zbawiciela. Rozpłakałam się –
Późno w noc nie możemy spać – Dziwne rozmowy z Anną –
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, Instytut Badań Literackich 2009.

sobota, 28 czerwca 2014

Odcinek 1093: Maria Dąbrowska, 1948 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

28 czerwca 1948 roku
U Tuszkiewiczowej było towarzystwo prawie wyłącznie uniwersyteckie i wyłącznie przyrodniczo-lekarskie. [...]
Siedziałam przy Kulczyńskim, który jest bardzo nudny i mówi o wszystkim terminami artykułów wstępnych z „Życia Warszawy”. Był dopiero co w Czechach i opowiadał, że ich obecna bieda żywnościowa wynika stąd, że... nie mają dotąd takiego rządu jak my. „No, dobrze – mówię – ale przecież Czesi przed wojną też nie mieli rządu takiego jak my, a byli narodem i demokratycznym i świetnie prosperującym, zagospodarowanym, kulturalnym i bogatym. Myślę, że i chłop i robotnik czeski mieli się doskonale”. „To tylko
pozory – odpowiedział – ale panował tam właśnie najklasyczniejszy ustrój burżuazyjny wyzyskujący robotników”. Czy może istnieć bardziej banalna i zdawkowa odpowiedź? Potem opowiadał o transakcji, jakiej tam dokonał. Żona kazała mu kupić żarówek (co za nielojalność u tej nabożnisi regime’u – powinna była powiedzieć mężowi: „Gdyby ci czasem proponowano żarówki – odpowiedz: W Polsce jest zatrzęsienie żarówek”). Kulczyński jednak zapomniawszy, że „u nas wsio jest’” – wziął ze sobą półtora kilo wędzonej słoniny i „nie mając (jak się wyraził) zdolności handlowych” – wywiesił słoninę w oknie. Na to jedna z pań wtrąciła: „To pan ma świetne zdolności handlowe”. „Nazajutrz – opowiada Kulcz[yński] – miałem u siebie delegację, która przyszła zapytać, czy nie sprzedałbym tej słoniny”. „Sprzedać – mówię – nie. Ale wymieniłbym ją na żarówki. (niby to nie to samo) Czesi pytają, ile chcę tych żarówek? Powiedziałem: „No, dziesięć”. Natychmiast mi je przynieśli i słoninę zabrali. Potem dowiedziałem się, że słonina kosztuje tam 300 koron czeskich, czyli 900 złp. I że za te pieniądze mogłem mieć 20 żarówek”. [...]
Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich 2009.

sobota, 31 maja 2014

Odcinek 1065: Maria Dąbrowska, 1928 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

31 maja 1929 roku
Byłam jeszcze drugi raz w teatrze rosyjskim na „Braciach Karamazowych” z p. Leonardem Turem.
Śniło mi się niedawno, że miałam w domu masę małych fok. Wszystkie wpuściliśmy do wanny, puściłam na nie wodę, odeszłam i nie zauważyłam, że w piecyku wanny pali się gaz i że woda leci nie coraz zimniejsza, jak chciałam, ale coraz gorętsza. Kiedy wróciłam, z wanny dymiło się, a nieszczęsne foki robiły szalone wysiłki, żeby powyskakiwać. Nonsens tej niedoli, którą nienaumyślnie na nie sprowadziłam był wstrząsający.
Foki szare w ZOO w Poznaniu, 1928 rok.
Jestem teraz w Poznaniu na wystawie PWK. Przyjechałam ze Stachnem, Wandą Dąbr[owską] i p. Marysią Kownacką, którzy tu mają zjazd bibliotekarzy. Ja przyjechałam, żeby być ze Stachnem i dlatego, że on tak tego chciał. Ale prawie nie możemy być razem, a przynajmniej – sami razem. W tej chwili oni są wszyscy na owym zjeździe, a ja zostałam w domu (mieszkamy w tut. Urzędzie Ziemskim) i nie żałuję. Bardzo mi przyjemnie siedzieć na naszej kwaterze i pisać. Poznań mi się bardzo podoba, prawdziwe to miasto-ogród. Rzecz jednak osobliwa, że ludzie, którzy tak ładnie wszystko na zewnątrz potrafią urządzić pod względem estetyki i wygody, są na wewnątrz zazwyczaj oschli, nudni, twardzi, antypatyczni duchowo. Poznaniacy są okropni – wyrachowani, małostkowi, chamscy –
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, Instytut Badań Literackich 2009.



wtorek, 29 kwietnia 2014

Odcinek 1033: Maria Dąbrowska, 1942 rok

List Marii Dąbrowskiej do Kazimiery Muszałówny

Warszawa 29 kwietnia 1942 roku
Kazimiera Muszałówna.
Droga Pani. Jestem zmartwiona i zła, że mimo tak obszernego mówienia o Pani sukni i o możliwościach zużytkowania jej na krawaty, obie zapomniałyśmy — ja oddać Pani jej paczkę, a Pani o nią się upomnieć. Głowy teraz mamy jakieś na te rzeczy niby sita. Przykro mi, że przetrzymuję tę Pani paczkę, gdy może mogłaby Pani właśnie teraz korzystnie ową suknię sprzedać. Na wszelki więc wypadek, gdyby Pani było za długo z tym czekać do następnego wtorku (to jest do 12 maja) donoszę, że w ciągu najbliższego wtorku (5 maja) postaram się, aby — w razie gdyby Pani po to uważała za konieczne wpaść — paczkę Pani wydano, nawet gdybym ja była w domu nieobecna.
Po Pani odejściu przeczytałam rozdział w książce prof. Ujejskiego, który (to znaczy rozdział, nie Ujejski) tak się Pani nie podobał. Zmartwiłam się, ponieważ nie znalazłam w nim nic, co by, jak na mój gust, mogło wzbudzić tak surową ocenę. Wydał mi się rzetelny i obiektywny, a nadto zawierający wiele cennych danych informacyjnych, jeśli chodzi o tę stronę biografii Conrada, która właśnie u nas najmniej jest znaną. Chętnie z Panią o tym jeszcze pomówię, choć w rzeczach różnicy zdań jestem takim tchórzem, że wolę je pomijać, niż wywoływać czy też przyjmować kłótnię.
Nie jestem też pewna, czy można nazwać Conrada reakcjonistą, to jest wstecznikiem. Zachowawcą w pewnym sensie — może tak. Kto wie, czy zachowawcą w pewnym sensie nie jest każdy prawdziwy artysta. Sztuka bądź co bądź nie jest pniem ani korzeniem kultury, jest jej kwiatem i słodkim soczystym owocem — a te źle znoszą nawałnice i burze, i nawet by je odtwarzać, potrzebują do pewnego stopnia atmosfery spokoju, trwałych tradycji, obyczajów. I jeśli zdarzają się wielkie dzieła sztuki wyrosłe w dobie wstrząsów i przewrotów, to może — nie dlatego — ale — pomimo to.
Serdeczne pozdrowienia
Maria D.

Maria Dąbrowska, Szkice o Conradzie, Czytelnik 1974, s. 239-240.

czwartek, 27 marca 2014

Odcinek 1000: Maria Dąbrowska, 1955 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

27 marca 1955 roku, niedziela
[...] Dziś dzień już prawie gorący, w cieniu było 15 st. ciepła! Ciągle trzeba trzymać otwarte okna i balkony, bo grzejniki rozpalone jak w mróz, przez to się znowu zaziębiamy. A wyłączniki oczywiście nie działają, żadna w ogóle regulacja temperatury centralnego ogrzewania nie jest stosowana. Kiedy zwróciłam naszemu palaczowi uwagę, że jak jest na dworze 15 st., to trzeba mniej palić, odpowiedział „Nie wiem, czego lokatorowie ode mnie chcą. Raz że za mało palę, raz że za dużo. A ja palę zawsze jednakowo” (!).

Nad wieczorem była pierwsza burza z grzmotami i błyskawicami. Uraz bukowiński już jakoś we mnie złagodniał, tym bardziej, że Tula zachowuje się na ogół poprawnie, a już nic więcej od niej pragnąć nie można. Żeby tylko jeszcze Anna zechciała jej zwrócić uwagę na to, jak ona je i zachowuje się przy stole. Mlaska, stęka, przeciąga się, łapie wszystko palcami, siorbie. Wanda, która bardzo Tulcię lubi, zapytała mnie, jak to możliwe, żeby taka duża dziewczynka tak jadła i tak zachowywała się przy stole. Ale ja boję się Annie nawet o tym powiedzieć. Nie wiem też, jak to się dzieje, że Anna, taka estetyczna i elegancka, tego nie widzi. Zwraca tylko uwagę, żeby Tula nie trzymała łyżeczki w filiżance, a łokci na stole – a to doprawdy nie najważniejsze cechy przyzwoitego zachowania się przy stole. Ale każdy pewno każdego czymś ciągle razi, czymś z czego sam nie zdaje sobie sprawy – więc trudno.

Anna Kowalska z córką Tulą i Maria Dąbrowska, 1956 rok.
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, Instytut Badań Literackich.

wtorek, 25 lutego 2014

Odcinek 970: Maria Dąbrowska, 1956 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

25 lutego 1956 roku, sobota
W ubiegłą niedzielę i w poniedziałek wiał niezwykle silny wiatr ze śnieżną zamiecią. W rezultacie szosy pozadymane tak, że zamierzona na wtorek podróż autem do Warszawy nie mogła się odbyć. Zatelefonowałam do domu, że wskutek zasp żadne auto od nas ani do nas nie może jechać, na szosie między Sochaczewem i Łowiczem stoi 40 maszyn zasypanych śniegiem. Żadne oczyszczanie dróg nie pomaga, bo śnieg je na nowo zawala. Anna jakoś bardzo się stropiła. Z jej tonu i półsłówek wywnioskowałam, że w domu się coś stało. Anna ma dziwny i w stosunku do mnie jak najbardziej nieodpowiedni zwyczaj, że ukrywa złe nowiny. Raz już w 43-cim ukryła przede mną wiadomość o śmierci mego brata (Stasia), więc i tym razem tysiąc najgorszych przypuszczeń roiło mi się w głowie. Gdy nadto rekonesanse telefoniczne wykazały, że w najbliższych dniach żadnych aut nie można się spodziewać, postanowiłam jechać koleją, na co i Lorentz się zdecydował. Straszna była podróż sankami do Bednar. Sanki szły jak po morzu w czasie sztormu wznosząc się na dwumetrowe zaspy i spadając w strome przepaście. 4 kilometry jechaliśmy godzinę i nadłamaliśmy dyszel. Za to na pociąg nie czekaliśmy długo, bo miał tylko 20 minut spóźnienia, ale że i my przyjechaliśmy już po jego czasie, czekaliśmy tylko 10 minut. W przepełnionym pociągu trafiliśmy do wagonu restauracyjnego gdzie było pusto, siedzieliśmy wygodnie przy stoliku, Lorentz pił kawę, ja herbatę. I tak do samej Warszawy. Było nam niewymownie błogo po tej strasznej sannie pod wiatr przy 15-stopniowym mrozie. Około ósmej byłam już w domu. I oto, co się okazało! Wanda wracając w Zalesiu ze stacji do domu tak nieszczęśliwie uskoczyła w bok przed nadjeżdżającym autem, że upadła, złamała sobie lewe przedramię z wybiciem stawu barkowego. Ta „równa” babka wstała i poszła do domu, myśląc, jak opowiada: „Chwała Boga, że nie noga, nie pęknięcie podstawy czaszki i nie prawa ręka”. Wezwane Pogotowie zabrało ją na oddział chirurgii urazowej, gdzie ją zrentgenowano, naciągnięto jej staw i zagipsowano całą przez pierś, zachwycając się, że wszystko tak ślicznie i cacy. Stamtąd przewieziono ją do nas i bardzo słusznie, ale można sobie wyobrazić przerażenie Anny, gdy zobaczyła Wandę w tym stanie, i gdy nadto nazajutrz Wanda dostała ciężkiej gorączki, a w swym uporze nie dała jej sobie nawet zmierzyć. [...]
Warszawska Agrykola, 1956 rok.
Dziś wróciłam do Nieborowa z Lorentzem, także jeszcze koleją, ale sanna z Bednar była już świetna; zaspy odwalono, dzień był paradnie piękny. W pociągu tłok, siedzieliśmy, ale z trudem przecisnęliśmy się do wyjścia.
Mamy tu teraz monumentalną zimę i „pełne zwierza bory”. P. Zahorski (grafik) spotkał dzika, uciekał przed nim i lotem strzały przesadził ogrodzenie parku, nie uszkodziwszy nawet ubrania na opinającym siatkę kolczastym drucie. Obawa przed wilkami staje się rzeczą realną. Pod tym względem cofnęliśmy się o 200 lat. Przy stole mówi się tylko o różnych sposobach obrony przed wilkami... bez broni, bo tej przecie nosić nie wolno. Więc jedni mówią, że trzeba wilkowi wsadzić pięść w gardło, drudzy, że trzeba kijem uderzyć w grzbiet, wtedy kręgi zaskakują na siebie i wilk jest obezwładniony. Tylko broń Boże nie uderzyć po raz drugi, bo wtedy kręgi mogą wskoczyć z powrotem na właściwe miejsce, etc. „Takie były zabawy, spory w owe lata...”


Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich.

piątek, 20 grudnia 2013

Odcinek 903: Maria Dąbrowska, 1954 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

20 grudnia 1954 roku. Poniedziałek
Prawdziwe dno roku – dnie, których prawie nie ma – czarne, ponure widma dni. 17 grudnia o 6 wieczorem umarła Zofia Nałkowska na wylew krwi do mózgu, tym dziwniejszy, że miała podobno niskie ciśnienie.
W Lecznicy na Emilii Plater męczono ją 6 dni, podtrzymując resztki życia, które właściwie od pierwszej chwili było nie do uratowania. Przebieg agonii był niemal identyczny z tym, co mówiły biuletyny w czasie agonii Stalina. Na mnie ta śmierć zrobiła przygnębiające wrażenie. Coraz jaskrawiej widać koniec mojego pokolenia.
Tak dużo ludzi sztuki umiera w grudniu i umiera właśnie na wylew krwi albo na udar sercowy. Całe szczęście gdy nagle i od razu, strach w takim wypadku niedołęstwa i paraliżu.
Po tej wiadomości długo w nocy nie spałam i myślałam, że gdy człowiek urządzi
Zofia Nałkowska (fot. pośmiertna).
świetny system irygacyjny, to dba o każdą groblę, tamę i śluzę. A mając we własnym wnętrzu tak wyśmienity system irygacyjny – robi wszystko, co może, by go popsuć, aż doprowadza, że powódź krwi go zalewa. [...]
Wczoraj przed południem pojechałam do trumny Nałkowskiej. Po drodze aż w trzech kwiaciarniach szukałam dla Niej kwiatów, wreszcie na rogu Kruczej i Alei zdołałam zrobić wiązankę z liliowych chryzantem, różowych ponsycji i różowych goździków. Zrobił się z tego bardzo oryginalny i dobry zespół tonów – pani Zofii na pewno by się podobało. Każdego kwiatu było ledwie po parę sztuk, a kosztowało to 180 zł. W mieszkaniu Nałk[owskiej] (Dom Literatów) zastałam tylko jej legendarną służącą Genię, bardzo zmienioną i markotną. Pani Zofia leżała w swoim salonie, w jakimś zaniedbaniu, trumna na dwu stołkach między którymi postawiona miska z lodem. Żadnych kwiatów i dobrze się stało, że tę trochę przyniosłam. Ubrana w granatowy kostium wyglądała bardzo pięknie i młodo. Nigdy, zwłaszcza w ostatnich latach nie była taka za życia. Jakby odeszły z tej twarzy wszystkie zniekształcające ją ambicje światowe, miny kokieteryjne, wystąpiła sama bezpretensjonalna, surowa piękność rysów.
Niebawem przyszła jej siostra, Hanna Bickowa, teraz Stefanowiczowa. Bardzo zmizerowana i postarzała, pierwszy raz nie umalowana. Za to na biednych zwłokach Nałkowskiej, jak zauważyłam, Genia zrobiła mały maquillage. Dbała o wygląd swej ukochanej pani, uróżowała trupa. Pani Zofia umiałaby to ocenić. [...]

Maria Dąbrowska, Dzienniki, Instytut Badań Literackich 

niedziela, 1 grudnia 2013

Odcinek 884: Maria Dąbrowska, 1916 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

1 grudnia [1916 roku], piątek
Rano o 9 chodziłam na spacer do parku. Pogoda niebywała. Dzień szary, ale
Okładka pisma „Popular Science
Monthly”, 1900 rok.
ciepło zupełnie i cicho. W tej słodkiej ciszy stały drzewa parku całe malachitowe od mchu, śród brunatnej podścieli liści. Między pniami lekko błękitny ton. Nie było w parku nikogo. Wiewiórka tylko sobie hycała między pniami. Przypomniało mi się, że 10 dni temu byłam tu z Mireńkiem i że tak było cudnie. Ja biegałam, żeby sobie nogi rozgrzać, bo było mroźno i śnieżno. Mirek mówił do mnie: „Dawno nie miałem z tobą tak jasnego dnia”. Bo wszystkie jego smutki i podejrzenia tego dnia się rozwiały – ah jakże bezpodstawnie i czemu bezpodstawnie! Z jego punktu widzenia, bo co do mnie jestem w stosunku do niego mimo wszystko ta sama, nie, nie ta sama, sto razy bardziej zakochana. Po powrocie pisałam, po tym grałam sobie trochę, bo mam i w tym nowym pokoju fortepian. Teraz na wypoczynek i żeby odegnać złego ducha, po pracy przegrywam sobie wszystkie piosenki i tak mi z tym dobrze. Aż mi dziwno, że mogłam się tak z tym całym towarzystwem bawić, którego mi teraz wcale nie żal i nie brak. Tęsknię tylko do Mireńka i żeby być w Warszawie w słodkiej atmosferze swoich. Po południu znowu mnie zdjęły gorzkie i ciężkie rozmyślania, że tyle Marianowi sprawiłam zmartwienia. Tak że nic nie pisałam i ze trzy godziny na tych rozmyślaniach strawiłam. Żebym ja mogła tak ręczyć za siebie, jak za niego ręczyć mogę. Nad wieczorem czytałam trochę. Po kolacji miałam ostatni mój odczyt z cyklu „Wielcy ludzie Polski”. Bardzo mi się udał, chociaż wcale nie był przygotowany. Zawsze mi się zresztą najlepiej nieprzygotowane rzeczy udają. To mnie lepszą natchnęło myślą. Zrobię cykl tych odczytów w Warszawie, ale na wielką skalę. Po odczycie wstąpiłam do Zośki Poniatowskiej. Jak zwykle sama z Basią przy jakiejś robocie. Zawsze słodka i przemiła. Pokazała mi list otwarty Sieroszewskiego do Sikorskiego. Pełny najokropniejszych zarzutów, jakie człowiekowi służby publicznej stawić można, a zarazem w płaczliwym tonie utrzymany, bardzo mi się nie podobał. Zośka nim za to zachwycona. Powiedziałam jej, że gdybym była Sikorskim, wyzwałabym Sieroszewskiego na pojedynek i zabiła. O 10 wróciłam do domu i zaraz poszłam spać.
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, Instytut Badań Literackich 2009.

czwartek, 24 października 2013

Odcinek 846: Maria Dąbrowska, 1955 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

24 października 1955 roku, poniedziałek
Papużka [znaleziona na balkonie] okazała się kosztownym gościem. Trzeba było dla niej kupić klatkę (140 zł najskromniejsza) i dobrać jej w sklepie na Nowym Świecie parę. Piękny szafirek okazał się samcem. Panna Hania i Tula pojechały na Nowy Świat z klatką i tam dobrano mu za 90 zł samiczkę, ku mojemu zdziwieniu zieloną, z szarym deseniem skrzydełek, błękitnym ogonem i żółtymi policzkami. Taki kolor samiczki doradzili im w sklepie. Myślę, że po prostu nie mieli szafirowej.
Kolorowy gość zdaje się bardzo oswojony. Dziś w czasie obiadu sfrunął na stół, spacerował między talerzami i jadł makaron z salaterki. Gdy ustawiłam na oknie przyniesioną klatkę, pochodził po drutach jej daszku i sam z siebie spokojnie wszedł do klatki.
Papużki nierozłączki (źródło).
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, Instytut Badań Literackich 2009.

wtorek, 16 lipca 2013

Odcinek 746: Maria Dąbrowska, 1938 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

16 lipca 1938 roku, sobota
Rano maluję. Z powodu pięknej pogody całe popołudnie spędzamy na
Maria Dąbrowska i Stanisław Stempowski
w Zaleszczykach, 1937 rok.

powietrznej kąpieli w ogrodzie, w którym przeważnie nikogo nie ma prócz indyka i cudnie pięknych białych kur Heli. Czasem pojawia się dziewka, Paula, dziwny typ.
Miałam dzisiejszej nocy nad ranem dwa sny. Jeden, że byłam niby w Opinogórze, w tamtejszej bibliotece, gdzie miałam prowadzić jakiejś studia (nigdy na jawie nie byłam w Opinogórze). Biblioteka owa to były niby rzymskie łuki tryumfalne, które dla ochrony ich od zniszczenia okryto wielką szklaną halą, taką jak dawne dworce kolejowe w Niemczech. Wyszła do mnie jakaś pracowniczka, niby znajoma i powiada: „Nie wiem, czy pani powiedziano, że tu mamy tylko książki na szkołę powszechną i na pierwszą klasę gimnazjum. Biblioteka dla dorosłych jest osobno”. Wybieram się do tego działu dla dorosłych, niby gdzieś w daleką podróż, gdy ona mówi: „Może pani jednak zostanie u nas. Nasze książki są łatwiejsze do trzymania, lżejsze i cieńsze.” I wyjmuje niby ogromny atlas, czy tekę, bardzo istotnie cienką, a w niej na kształt plansz poukładane tkaniny bardzo piękne. „Bo widzi pani – mówi – uczymy tu dzieci tkactwa i musimy im demonstrować te próby”. Pytam, gdzie są tkane te prześliczne samodziały? Mówi mi, że w Czechach. „To wszystko – mówi – czeskie”. Zaczynam się oburzać, dlaczego my używamy wyrobów nie polskich tylko czeskich do takiej nauki, a ona mi powiada: „Bo my musimy ukraińskie dzieci uczyć o czeskich wyrobach”. I nagle dużo dzieci w ławkach; mówią czy śpiewają po ukraińsku.
Drugi sen był straszny. Nagle dowiadujemy się tu w Morsku, że wybuchła wojna Polski z Rosją. Wnet Boguś zostaje odwołany z Rembertowa na front i nagle dostajemy list, że poległ gdzieś w Małopolsce Wschodniej. I z nami w Morsku jest Mamusia i ledwo dźwignęłam się ze strasznego ciosu, przeraża mnie myśl, jak to Mamusia zniesie odczytanie tego listu z tą wiadomością. I rozpacz, że żona i dzieci Bogusia są w Rozłuczu, nic nie wiedzą. Nagle przyszedł listonosz, przyniósł mi jakiś list polecony. Mnie ręka drży, nie mogę pokwitować i mówię z płaczem: „Ja straciłam brata”. I patrzę, a temu listonoszowi też płyną łzy po twarzy. Zbudziłam się zalana łzami i łkając. Aż straszno zapisywać taki sen.
Ten sen był poniekąd przez to, że wczoraj przyszedł smutny list od Stasia; został przez komisję lekarską zdyskwalifikowany i przeniesiony „w stan spoczynku”. Potem długo w wieczór rozmawiałam z Helą o naszych braciach, o ich nieodpowiedzialnej młodości pijacko-rozpustnej, którą zniszczyli sobie zdrowie i los i zdolności; a byli bardzo udarowani.
St. dziś w ogrodzie dostał znów palpitacji serca (tachicardia), takich jak w Truskawcu. Ciągły niepokój i życie w napięciu nerwowym.
Maria Dąbrowska, Dzienniki 1914–1965, t. 4, Polska Akademia Nauk 2009, s. 85–86. 

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Odcinek 670: Maria Dąbrowska, 1937 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

22 kwietnia 1937 roku, czwartek
Wcześnie rano spacer po cudnym Zamościu. Wstępuję oczywiście do katedry do grobu Jana Zamoyskiego. Przy kracie zamykającej kaplicę spotykam moich towarzyszy podróży. Idziemy razem na śniadanie. Na murze, gdzie była cela Łukasińskiego, tablica z jego płaskorzeźbą. Po śniadaniu – bardzo złymi szosami – jedziemy do Łaszczowa, państwa tego sławnego Łaszcza, który sobie delię podbijał wyrokami sądowymi. Resztki starych bram pałacowych, park, naokoło siedziby wielkopańskiej cztery wysokie kolumny z posągami na szczycie. Wśród tego otoczenia roi się małe brudne miasteczko żydowskie, a raczej osada. Tak żydowska, a w słońcu tak egzotyczna, że mam wrażenie, jakbym była w Małej Azji. W Łaszczowie przesiadamy się na furmankę i jedziemy do kolonii Steniatyn. Zwiedzamy cudne gospodarstwa wzorowe, a także jedno w sąsiedniej ukraińskiej wsi Steniatyn, Ukraińca Gawryły. Rażący kontrast – nędza, brud, rachityczne dzieci. Ale przyjmuje nas ten Gawryła doskonale. W powrotnej drodze opowiadania o pacyfikacji, która tu miała miejsce ubiegłej jesieni [po strajku chłopskim]. Opowiadania krew mrożące w żyłach. Takie to różne są elementy polskiej rzeczywistości. Kolonie objęte stworzoną przez Konopackiego organizacją gospodarstw wzorowych są przeważnie czysto polskie z bardzo małym procentem kolonistów Ukraińców, Niemców, a nawet Żydów rolników. Na wsie nie skomasowane akcja ta jeszcze nie wchodzi, gdyż tam przy fenomenalnym rozdrobnieniu gruntów żadna reforma gospodarcza nie daje się przeprowadzić. Ale te nieskomasowane wsie to właśnie wsie ukraińskie; komasuje się przede wszystkim wsie polskie. Oto niesprawiedliwość, która się mści.
Szkoła w Łaszczowie, okres międzywojenny.

Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 2, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 212–213. Zdjęcie z: http://bplaszczow.jalbum.net/Galeria%20Zdj%C4%99%C4%87/%C5%81aszcz%C3%B3w%20w%20starej%20fotografii/index.html

wtorek, 4 grudnia 2012

Odcinek 531: Maria Dąbrowska, 1928 rok


Z dzienników Marii Dąbrowskiej

4 grudnia 1928 roku. Wtorek
Przerabiam pierwszy tom powieści. Idzie mi jako tako, chwilami zdaje mi się, że bardzo dobrze, potem znów upadam na duchu. Mam kilka propozycji na drukowanie tej powieści w pismach. Jedna na druk tego samego, co już było w „Kobiecie Współczesnej”, druga na drugą część, której nie zaczęłam jeszcze pisać. [...]
Czytam teraz cudo, arcydzieło, pamiętniki Ewy z Wendorffów Felińskiej.  To jest rzadkość, rzecz zupełnie nie znana, nie czytana, wzięłam od Zośki Poniatowskiej z Krzemieńca, bo Ewa Felińska (matka arcybiskupa Szczęsnego, na którego rękach umierał Słowacki) wypada prababką obu rodów, i Pohoskich, i Poniatowskich (po kądzieli). Otóż wszystko, co w Polsce najbardziej zachwycającego – jest skryte i nieznane.
W ostatnich czasach bardzo się zbliżyłam z Nałkowską, aż mi dziwno. Wydała książkę pt. „Niedobra miłość” – doskonałą w jej rodzaju.
Wacław Berent.
Różni ludzie – wizyty – przewijają się – ja między nimi – jakaś jestem podniecona, nie mogę wydążyć i wydołać. [...] Byłam u Ujejskich, gdzie byli Goetel, Berent i prof. Zieliński. Berent jest piękny i bardzo przyjemny pan – on mi właśnie proponuje zakupienie powieści do miesięcznika, który ma wydawać. Był nawet u mnie z tą propozycją, co mnie bardzo zażenowało. Jest to przecie jeden z wielkich pisarzy mijającego pokolenia, jeden z tych seniorów literatury, na których się wychowałam. Było dla mnie całkiem nie do pomyślenia, żeby się miał na próżno do mnie fatygować. Więc obiecałam mu drugą część, która ma się nazywać „Czerwień”. Ale przecie jeszcze skóra na niedźwiedziu. Czuję, ze nie będzie miał ze mnie pociechy. To na pewno lepiej zmartwić kogoś odmową niż zawieść niedotrzymaniem obudzonych nadziei.
Goetel jest przyjemny i będę się starała przekonać do jego książek.
Śniło mi się dziś, że pies czarny podpalany, kundel Filut, który był kiedyś u nas w Russowie i od wielu lat już nie żyje, warknął na mnie, a potem zaczął mnie z czułością przepraszać. Objęłam go za szyję, a on zrobił straszny wysiłek i wyszeptał ludzkim głosem: – „Ja nie mogę – nie mogę...” Nic nie da się porównać z wrażeniem, z uniesieniem, żałością i rzewnością, jakie mną wstrząsnęły na te przyśnione ludzkie słowa dawno już nie istniejącego Filuta.
Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 270–272.

niedziela, 28 października 2012

Odcinek 494: Maria Dąbrowska, 1948 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

28 października 1948 roku. Czwartek
Oblęgorek.
Przed kilku dniami zjawiła się u mnie nie znana mi synowa Henryka Sienkiewicza z Oblęgorka. Z majątku tego – daru narodowego – zostawiono rodzinie Sienkiewicza rezydencję i 49 ha ziemi, zgodnie z „manifestem lipcowym”, wedle którego wolno tyle posiadać. Obecnie przy skierowaniu „zwrotnicy politycznej” na tor walki klasowej – ta mała posiadłość stanowiąca resztkę daru narodowego dla Sienkiewicza weszła automatycznie w rejestr „kapitalistów i wyzyskiwaczy wiejskich”. Eo ipso została obłożona olbrzymim podatkiem gruntowym, którego celem jest zniszczenie większej własności chłopskiej. Syn Sienkiewicza (także Henryk) złożył do pełnomocnika podatku gruntowego podanie o ulgi podatkowe, gdyż wymiar nałożony na Oblęgorek zniszczyłby automatycznie ów dar narodowy, który powinien być szanowany. Pani Sienkiewiczowej powiedziano, że tę sprawę może załatwić tylko [Jerzy] Borejsza [szef „Czytelnika”] – prosiła mnie o wstawiennictwo. Zgodziłam się uprzedziwszy ją, że Borejsza nie ma dla mnie żadnych względów i że nie ręczę za wynik, natomiast przypuszczam, że podanie i bez mojej interwencji będzie zapewne pomyślnie załatwione. Nazajutrz poszłam z tym do [redaktor Ireny] Szymańskiej. Powiedziałam, że nie chcę sama zajmować czasu Borejszy (nie lubię się z nim widywać), ale proszę, aby przekazała moją prośbę. Szymańska na to: „No, pieniędzy to im chyba nie brak”. „Jak to – pytam – nie brak?” „Przecież my (ona o «Czytelniku» mówi «my» i w ogóle stopniowo robi się bardzo wielka; ale jest uczynna i uprzejma) płacimy im ogromne sumy za wydania Sienkiewicza”. To ja na to: „Tak, ale z tego przecież korzystają i pani Korniłowiczowa [wnuczka Sienkiewicza], i jej córka etc.” To nie był żaden argument, ale się stropiłam, bo na ogół wiem, że prawa autorskie Sienkiewicza w naszym ustroju wygasły, trwają tylko 25 lat od śmierci. Może to nie rozciąga się na tych, co zmarli przed obecnym stanem rzeczy. Ale u nas teraz wszystkie przepisy niekorzystne dla obywateli działają wstecz; nie słyszałam, aby działały wstecz – korzystne.

Następnego dnia znów byłam u Szymańskiej w jakiejś własnej sprawie, którą poprzedniego dnia zapomniałam. Powitała mnie zupełnie inaczej, rozradowana. „Właśnie miałam do pani wysłać list. Prezes (Borejsza) od razu z miejsca załatwił sprawę Sienkiewiczowej pozytywnie. Po prostu przez telefon”. „No, widzi pani” – rzekłam tylko.
Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 3, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 170–171.

niedziela, 24 czerwca 2012

Odcinek 368: Maria Dąbrowska, 1922 rok

List Marii Dąbrowskiej do męża, Mariana

Krynica 24 czerwca 1922 roku
Drogi –
Znowu będziesz na mnie krzyczał – bo mi znów smutno bez li­stu od Ciebie. Taki jesteś skąpy – tak się cenisz.
No, wszystko jedno –
Przed kilku dniami jeździłyśmy z panią Konopacką na wycieczkę do Jaworzyny. [...] Był to pierw­szy dzień pogody i wycieczka bardzo piękna. [...]
Na tę wycieczkę jechało się tak – najpierw śliczną drogą nad Czarnym Potokiem, potem dojeżdża się do wodospadu, który co prawda spada z wysokości stoku, ale to miejsce jest urocze – wśród świerków i łąk jaśniejących jak chryzolity. Woda potoku jest ciemna od dna przesyconego igliwiem i torfem górskich łąk. Nad tym wodospadem jest mleczarnia. Tu dorożka staje teraz trzeba iść na Jaworzynę. To jest najwyższy szczyt w okoli­cy – ma 1116 m nad poziomem morza. Właściwie trzeba mi­nąć trzy szczyty. Najpierw jest bardzo stromy – coś dziwnego – łąka cudowna będąca nieomalże ścianą przepaścistą. Pełna storczyków bladolila, kampanuli, rumianków, skabiozy, niezapominajek. [...] Dochodzi się do miejsca nieco mniej stromego. Stąd widać na rozległych zielonych halach chaty-szałasy, schronienia pastuchów, jak ta, którą widzieliśmy w Orlicy w kinematografie. Teraz mamy przed sobą drugi szczyt – nieco najwyżej 150 me­trów ponad to, gdzieśmy weszły – ale pokryty trawą suchą i bar­dzo śliską, a tak samo pochyły. Dochodząc do wierchu spotyka­łyśmy tu i tam szare omszałe kamienie, dziwnie wystające z ziemi. Wierzchołek ten był przełęczą. W dwie strony spada śliczny szafirowy głąb dolin. Tą, przełęczą szeroką, porośniętą na skłonach bukowym lasem, idzie się jak po równej drodze dosyć długo. W połowie jej spotyka się ów sławny Kamień Diabelski pod Jaworzyną. Stoi on pośród bukowej zarośli jak w świątyni. Ogarnęło mnie zdumienie, gdy go zobaczyłam, tak jest podobny do egipskiego Sfinksa. Żałowałam, że nie wzięłam ołówka i kartki, żeby ci go narysować. Są do niego przywiązane zwykłe legendy, że niósł go diabeł i nie doniósł itd. [...]
Kamień Diabelski.
Gdy minęłyśmy bukowe zagaje, na lewo od nas było łagodnie pochylone bezleśne wzgórze. W jego połowie znowu taka chatynka. Chciałyśmy zaglądnąć do środka, ale tak była zarośnięta pokrzywą, że ani dojść. Dopiero za tym szczytem ukazał się drugi, najwyższy – to była Jaworzyna. Szło się do niej znowu przełęczą łagodnie spadającą na boki i już w coraz większych przestworzach niebieskiego powietrza i przecudnych widoków na lasy i wzgórza. Wicher tam był tak szalony, że trudno było ujść, ale bardzo miło. Wreszcie szczyt, porośnięty trawą, bez krzaczka – na nim słup z napisem. Tam dopiero rozkwita w duszy to samo wielkie uczucie co nad morzem. Nad nami niebo było przejrzyste i szafirowe – a naokoło tyle tego nieba, ile go jest nad ziemią – na brzegach coraz gęstsze, jak różowy krem – a pod nim lila i szafirowe fale gór – już zupełnie jak morze. Tatry widać było ledwo, że ledwo, a tak wysoko, że trud­no było uwierzyć, że to góry ziemi.
Cała ta podróż na szczyt i z powrotem 2 i pół godziny – na dole W mleczarni nad potokiem zjadłyśmy podwieczorek i wró­ciły do Krynicy. [...]
Całuję
twoja Mi

Ich noce i dnie. Korespondencja Marii i Mariana Dąbrowskich 1909–1925, oprac. Ewa Głębocka, Iskry 2005, s. 626–628.

wtorek, 3 stycznia 2012

Odcinek 195: Maria Dąbrowska, 1951 rok

Z dzienników Marii Dąbrowskiej

Warszawa, 3 stycznia 1951 roku, środa
Szczęśliwego Nowego Roku
życzy kominiarz.
Tak więc jesteśmy już w nowym roku i nowym półwieczu. Dosyć dziwny był sam dzień Nowego Roku. Na obiedzie miałam zaproszonych Kodejszków. On przyszedł z dorocznego przyjęcia u prof. Semeraua-Siemianowskiego z życzeniami od tegoż profesora dla mnie [...]. Pani Kodejszkowa przyszła piechotą (nie mogąc znaleźć taksówki) z rozwianym od wiatru włosem. Obiad był dobry, bo dzięki mrozom przechowała się dobrze druga świąteczna indyczka (indyka przywiezionego przez Hubertów zjedliśmy z nimi). Po południu zaczęli się schodzić goście całkiem nieoczekiwani, a niektórzy bardzo dawno nie widziani – wszyscy – nigdy u nas na Nowy Rok nie bywający. [...]
Oprócz tego rano przychodzili z życzeniami listonosz i dozorca, choć w Związkach postanowiono, że nie mają już w Nowy Rok chodzić po proszonem. I w samej rzeczy to jest tradycja dosyć żenująca, nie ze względów materialnych, tylko tak jakoś. Musiałam z nimi też wypić, a nie chcąc już pić wódki, piłam wino. W rezultacie w ogóle za dużo piłam w te świąteczne tygodnie i dwa dni po Nowym Roku cierpiałam na straszne rozdrażnienie i męczącą tachikardię, która do dziś mnie nęka.
Bardziej jednak męczy mnie i odbiera sen sprawa Pepysa. Nie tylko nie wydali tego w żadnym z przewidzianych terminów, ale w wywiadzie prasowym udzielonym przez Kuryluka co do zamierzeń wydawniczych PIW-u nie wspomniano nic o tej publikacji. [...] Okazało się, że cenzura znowu zaczepiła moją przedmowę i że to jest przyczyną nowej zwłoki, ale też zasadniczo sprawa jest „na dobrej drodze”. [...] A niech to diabli porwą! Przed wojną moje rękopisy szły do druku nazajutrz po przyniesieniu ich do wydawcy.
Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 4, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 5–6.

piątek, 16 grudnia 2011

Odcinek 177: Zamach na prezydenta Narutowicza, 1922 rok

Komunikat Polskiej Agencji Telegraficznej o zamordowaniu prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Gabriela Narutowicza

16 grudnia 1922 roku, Warszawa
Gabriel Narutowicz
Kancelaria cywilna Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej komunikuje: w dniu dzisiejszym o godz. 11 m[in.] 30, p. Prezydent Rzeczypospolitej udał się do J[ego] Eminencji kardynała Kakowskiego, arcybiskupa i metropolity warszawskiego, celem oddania mu wizyty.
Po półgodzinnej bytności u J[ego] Eminencji udał się Prezydent Rzeczypospolitej do gmachu Zachęty Sztuk Pięknych na otwarcie dorocznego salonu. W chwili gdy Prezydent Rzeczypospolitej wprowadzony przez prezesa i wiceprezesa Towarzystwa Zachęty Sztuk Pięknych, w towarzystwie szefa kancelarii cywilnej, dwóch adiutantów prezesa Rady Ministrów oraz ministrów Kumanieckiego i Makowskiego znalazł się w pierwszej sali, stojący w tłumie tuż za prezydentem Eligiusz Niewiadomski strzelił trzykrotnie z rewolweru w plecy Prezydenta Rzeczypospolitej, po czym usiłował zbiec.
Prezydent upadł i w kilka minut życie skończył. Mordercę ujął adiutant Prezydenta Rzeczypospolitej.
Wezwany niezwłocznie przez ministra sprawiedliwości przybył na miejsce prokurator sądu okręgowego i rozpoczął dochodzenie. W 15 minut potem przybył przed pałac Zachęty wezwany telefonicznie szwadron przyboczny Prezydenta.
Ciało Prezydenta, okryte sztandarem Rzeczypospolitej, przeniesione zostało przez członków domu Prezydenta do powozu, po czym w eskorcie szwadronu przybocznego przewiezione zostało do pałacu belwederskiego.
Na stopniach powozu stali: adiutant generalny i lekarz przyboczny Prezydenta. Na dziedzińcu pałacowym oddała honory kompania przyboczna. Ciało Prezydenta Rzeczypospolitej, niesione przez oficerów, złożone zostało w sali audiencjonalnej. Przy zwłokach, przepasanych wielką wstęgą Orła Białego, pełnią wartę honorową ułani szwadronu przybocznego.
Cyt. za: Jerzy Borowiec, Od Sarajewa do Hiroszimy 1914–1945, Adam 1992, s. 41–42.

Maria Dąbrowska, Zabójstwo prezydenta Narutowicza (z uzupełnień do Dziennika)

Lipiec 1943 roku
[...] po powrocie do Warszawy nie czas było myśleć o żadnych subtelnych przeżyciach czy uczuciach. Nastroje były złowrogie, wojna domowa wisiała na włosku, aż wreszcie nastąpiła ohydna, ponura katastrofa. Moim szefem w biurze był wtedy pan Leonard Tur, z którym się stopniowo coraz więcej zaprzyjaźniałam. Nigdy nie zapomnę tej chwili, kiedy pamiętnego 16 grudnia weszłam do jego pokoju z jakimiś papierami urzędowymi do podpisu i zobaczyłam go nie wstającego z krzesła, śmiertelnie bladego, patrzącego na mnie szklanym wzrokiem i wodzącego ręką po twarzy, jak człowiek usiłujący się rozbudzić. Powiedział nie swoim, chrapliwym szeptem: „Narutowicz zabity”. Nic nie pamiętam, czy i cośmy później mówili. Pamiętam tylko moje osłupienie, jakbym nagle w sercu mojego narodu zobaczyła ziejącą mrokiem pieczarę śmiercionośnego bazyliszka.
Pogrzeb prezydenta Narutowicza.
Oboje z Marianem, który tę nikczemną skrytobójczą zbrodnię wręcz odchorował, chodziliśmy na zamek złożyć kwiaty u trumny Narutowicza. Olbrzymie milczące tłumy, sunące cicho przez Krakowskie i plac Zamkowy ku tej trumnie łagodziły cokolwiek trwające we mnie wówczas uczucie nieodwołalnego skalania dobrej sławy polskiego imienia. Powaga i wspaniałość iście królewskiego pogrzebu pierwszego prezydenta przyciszyła na chwilę zgraje wszelkiego duchowego i moralnego motłochu. Literze prawa stało się zadość. Skrytobójca poniósł karę śmierci, a nasz przyjaciel z czasów piotrkowskich, prokurator Rzeczypospolitej, Kazimierz Rudnicki, wygłosił przy tej sposobności jedną ze swych najlepszych mów oskarżających. Ale w istocie rzeczy i ta zbrodnia pozostała bezkarną, gdyż ukarano tylko „ślepy miecz”, a nie „rękę”, która nim kierowała. Co więcej, zbrodnia ta została ugloryfikowana. Grób skrytobójcy nie porósł chwastem zapomnienia, na grób ten pielgrzymowały tłumy nie mniejsze niż do trumny Narutowicza, pielgrzymowały nie dzień i nie dwa, lecz całe lata, znacząc swoje uczucia stosami kwiatów, a w dzień zaduszny – rojem świateł, którymi już z daleka jarzył się grób mordercy.
Wówczas to i pod wpływem tych faktów zrodziły się we mnie dwa poczucia, z którymi w sobie walczyłam, ale które, niestety, aż po dziś dzień wciąż wzmacniam i potwierdzam. Jednym z nich było wstrząsające odkrycie, że naród nasz składa się z dwu narodów, które język ust mają wspólny, ale nie język ducha. Drugim była tajemna trwoga, która się wówczas we mnie posiała, że ta zbrodnia u progu niepodległości na majestacie Rzeczypospolitej popełniona będzie się okrutnie mścić w przyszłości. Nie będąc wolną od magicznego myślenia drżałam zabobonnie, że za tę rozlaną krew najniewinniejszego wówczas Polaka lać się może kiedyś krew mnóstwa niewinnych Polaków.
Mogłabym dziś powiedzieć, że ta trwoga nie była bezzasadną, a choć zdaję sobie sprawę, że to jest prostacze stawianie sprawy, jednak sądzę, że najbardziej naukowy umysł, rozpatrujący nasze najnowsze dzieje, nie uniknąłby konieczności dostrzeżenia w zdarzeniach owego tragicznego grudnia jednego z zatrutych źródeł naszych klęsk i upadków.
Maria Dąbrowska, Dzienniki, t. 1, oprac. Tadeusz Drewnowski, Czytelnik 1988, s. 381–383.