Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechowicz Józef. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Czechowicz Józef. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 września 2013

Odcinek 794: Józef Czechowicz, 1929 rok

List Józefa Czechowicza do Wacława Gralewskiego

Bereza Kartuska, 2 września 1929 roku
Józef Czechowicz.
Drogi Wacku!
Jutro, pierwszy z całej kompanii, mam służbę oficera służbowego Baonu, co mi niezmiernie pochlebia. Pilnie studiuję regulamin, aby wiedzieć dokładnie, jakie ciążą na mnie obowiązki. Wżywam się w rolę żołnierza coraz bardziej. Z zapałem godnym lepszej sprawy wykonuję nawet pośledniejsze roboty, jak szorowanie podłogi i mycie okien. Dni płyną trochę monotonnie. Urozmaicenia przynoszą tylko soboty i niedziele. Wczoraj np. byliśmy u kąpieli w Jasiołdzie. Okazało się, że rzeka jest do d..., bo tylko do tego miejsca nam sięgała woda, nawiasem mówiąc brudna.
W czwartek mamy nocne ćwiczenia bojowe w terenie. Bardzo jestem tego ciekaw, jak w ogóle wszystkiego, co się tu dzieje. Wykłady otwierają przede mną nie tyle nowy świat, ile nowy kąt widzenia. Inaczej już widzę pejzaż, inaczej patrzę w dal. Co najważniejsze, zaczynam inaczej odczuwać cały szereg rzeczy. Przeobrażam się. To nie tylko mięśnie twardnieją. Dalibóg, jak wyjdę z tej szkółki i wezmę się znów do poezji — iskry z niej lecieć będą, zagrzmi, zaszumi, pociskami zagada.
Mimo to rad byłbym dowiedzieć się, co się dzieje w Lublinie, co porabia grono aniołków: Kubuś, Kondzio, Staś itp. Przed snem na słomianej poduszce miło jest poczytać banialuki z „szerokiego świata", mające dla mnie obecnie tak mało realnego znaczenia.
Jestem gorliwym zakonnikiem wojny.
Od Hoesicka otrzymałem kartkę — pisze, że wkrótce rozpoczyna druk mojej książki. Horzyca jakoś nie pisze do mnie, podobnie jak Ty, Drogi Wacku, któryś przy pożegnaniu tak solidnie obiecywał mi częste listy. Mimo odcięcia od świata nie nudzę się, bo w nielicznych chwilach wolnych obserwuję życie mojej drużyny, arcyciekawe, godne książki. Oto parę typów: Janek Sipak, mocny szachista, ważący sobie służbę lekce, potworny obżartuch. Ukończył WSH, ze studiów w Seminarium Duchownym zostało mu przyzwyczajenie modlenia się. Co wieczór nagle zrywa się z łóżka i mówi z irytacją: k... mać, zapomniałem się pomodlić! Ojcze nasz itd.
Rynek w Berezie Kartuskiej.
Inny, Bernard Siedzieniewski, świetny pokerzysta, ma pecha. Jego chwyty poprawia instruktor, jego uśmiech denerwuje szefa, jego odpowiedzi uchodzą za bezczelne, mimo że każdy z nas tak samo robi bronią, tak samo się dusi ze śmiechu i pyskuje. Cokolwiek się dzieje, Benek pokrywa wszystko filozoficzną uwagą: ,,At, p... w bambus!" Gienio Bochyński, mały, czarny studencik, tańczy jak baletnica i w ogóle wnosi dużo wesołości do drużyny. Wieczorami opowiada barwnie swoje przygody. Jak go uwodzono w wannie, jak pewna pani w gościnie u Thugutów posadziła go sobie na kolana itp. Obok mnie sypia Tadzio Zburski, referent z Ministerstwa] S[praw] Wewn[ętrznych] i sekretarz redakcji „Muzyki", kulturalny i sympatyczny niedojda. Jest kilku korporantów,
parę solidnych firm z wąsami — co łeb, to typ.
Zresztą przez rok poznam ich bliżej, to i sylwety skreślę Ci pełniejsze. Na razie bywaj.
J. Cz.
P. S. Błagam Cię, Waciu, nie zapominaj, że ja nie mam już dosłownie nic i że jest już po pierwszym, więc zgodnie z obietnicą...Strasznie mi głupio prosić Cię o to, bo zresztą mam grube wątpliwości co do meritum sprawy tego długu, ale zmusza mnie do tego panujący tu mortus. W tym tygodniu szczepiono nam ospę i tyfus, co miało ten skutek, że nikt z nas nie mógł jeść z kotła. Przez jakie trzy dni żyliśmy herbatnikami i herbatą z kantyny. W ten sposób reszta monety poszła. We czwartek otrzymamy szczepionkę cholery i czerwonki — mortus. Nie mam już nawet znaczków.
[...] Bywaj!
J. C.
Józef Czechowicz, Listy, oprac. Tadeusz Kłak, Wydawnictwo Lubelskie 1977, s. 102-105.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Odcinek 419: Józef Czechowicz, 1928 rok

List Józefa Czechowicza do Wacława Gralewskiego

[Brody] Nazaret, 14 sierpnia 1928 roku
Józef Czechowicz.
Drogi Wacku!
Podróż moja do Galicji była bardzo przyjemna. Jechałem drogą lądową przez Lwów, dzięki czemu ominęła mnie przyjemność obejrzenia Jaffy oraz morska choroba. Obecnie jestem w Brodach, nie bardzo podłym mieście, które wobec tej znamiennej cechy zidentyfikowałem z Nazaretem  (powinien bym właściwie zrównać Brody z Betlejem, ale mniejsza o to).
Żywią  mnie nieźle [Czechowicz przebywał na wakacjach u swej siostry Kazimiery i jej męża] i na pewno bym utył i ociężał o kilka kilo, gdyby nie dieta. Coś się we mnie popsuło i oto już trzeci tydzień żyję mlekiem słodkim, zsiadłym, prażonym oraz w innych postaciach. Z zapałem zajadam miejscowy przysmak tzw. sahlzstangle, co się po ludzku wykłada solodrągi. Są to bułeczki podłużne z solą i kminkiem.
Jadąc ze Lwowa ułożyłem prawie całą legendę. Za radą Krygiera chwytałem pomysły i zdania na gorąco i notowałem je. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. A nuż system tego doświadczonego pissage'a jest słuszny?
Człowiek się całe życie uczy.
Ponieważ zamierzam tu siedzieć jeszcze czas jakiś, nie pogniewałbym się, gdybyś dał znak życia.
Czas spędzam dziwnie próżniaczo. Przeważnie leżę na słońcu pod daszkiem werandy pełnej kwiatów. Czego tu nie ma! Gladiole, fiołki alpejskie, tulipany, renensztok, figusy etc. Pszczoły brzęczą w tym gąszczu, niekiedy nawet bąk. A ja leżę godzinami, patrzę na chmurki, kwiaty i jest mi bardzo anielsko.
Siostra moja ma miłego męża. Razem urządzamy eskapady za miasto, śmiejemy się z byle czego, opowiadamy sobie kawały itp. Jest to typ bezradnością życiową przypominający Wydrę, a prostotą serca i poczciwością z kościami co najmniej mu dorównuje.
Kiedy oni wychodzą do kina, to ja rozkładam arkusik papieru, takiego samego jak ten, na którym teraz piszę, i szkicuję wiersze. Robota idzie dość ciężko. [...]Stosunki polskie zaczynają przypominać Olimpiadę. Wyjdzie taki as i niespodzianie wszystkich zaćmiewa. Gdybym tak zaczął po ukraińsku, zaraz bym wylazł na wierzchołek ich literaturki jako poeta laureatus. Tam jeszcze można bez konkurencji. Cóż, „życie jest piękne...
Byłem tu niedawno w kinie, które ma poplamiony ekran. Bohaterowie robią wskutek tego wrażenie trędowatych, ale to wzmacnia efekt. Wyobraź sobie trędowatego milionera, którego trędowata matka zabrała podstępnie miliony swemu trędowatemu pasierbowi. Pod tytułem tego filmu widziałem na własne zdrowe oczy określenie:
dramat erotyczno-salonowy w stylu Karola Maya i Edgara Poe.
Przyznam się, że afisz ten dał mi wrażenia równie silne jak sam film. [...]
Czekam na list.
Twój J. C.
Józef Czechowicz, Listy, oprac. Tadeusz Kłak, Wydawnictwo Lubelskie 1977, s. 280-281.

piątek, 13 lipca 2012

Odcinek 387: Józef Czechowicz, 1934 rok

List Józefa Czechowicza do Wacława Gralewskiego, dziennikarza i pisarza

Lublin, 13 lipca 1934 roku
Józef Czechowicz.
Miły Waciu!
Jestem na 10-dniowym urlopie. Więcej nie będę miał wczasów w okresie wakacyjnym. Tych 10 dni spędzam dość wesoło — w Lublinie. Całymi dniami wędruję poza miastem, biegam nago, kąpię się, na wieczór lecę do domu na żer i dziewczęta. [...]
Zajęcia umysłowe? Przeglądam Meyersona i dochodzę do wniosku (a wniosek w nogi!), że podbudowa biologiczna nie jest w filozofii konieczna.
Od poezyj odpoczywam. Właściwie wiele rzeczy chodzi mi po głowie, ale kiedy to realizować? Przewiduję, że w Płomyku będę miał jeszcze więcej pracy aniżeli dotychczas. Eheu.
Ten list piszę w knajpie na Wieniawie. Urocza knajpa — znasz ją pewno (w alei Długosza, tuż za szkołą rzemieślniczą). Prawdę mówiąc, ohydne mi się to wszystko wydaje i obawiam się, że moje skłonności do ascezy pewnego pięknego dnia wezmą górę nad wszystkim, z pobudek zgoła innych niż absolutne. Po prostu wstrętne mi są te wszystkie ochlaje, obżarstwa i nieczystości, i to wstrętne fizycznie. Był czas, że chciałem wszystko poznać w tym kierunku, aby przez ujęcie możliwie dużej liczby poszczególnych wypadków zbudować własny stosunek do powszechności tych wypadków, do ich idei. A dziś wolałbym, aby wiele rzeczy ludzkich było mi obcymi jak drzewa Zanzibaru.
Niczego nie żałuję. To nie jest żal i rozpamiętywanie czasu minionego. [...]
Może napiszesz mi kilka słów?
Adres: Warszawa, Dobra 6.
Good bye! 
J. Czech
[...]
P. S. W szczególności napisz, czy masz urazę o wypożyczenie lokalu. Tak a priori założyłem sobie, że nie możesz mieć o to żalu, ale ciekaw jestem sprawdzenia owych założeń.
Józef Czechowicz, Listy, oprac. Tadeusz Kłak, Wydawnictwo Lubelskie 1977, s. 280-281.