Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Conrad Joseph. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Conrad Joseph. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 września 2013

Odcinek 818: Joseph Conrad, 1890 rok

List Josepha Conrada do Marguerite Poradowskiej
 
26 września 1890, Kinchassa
Statek "Roi des Belges".
Moja najukochańsza i najlepsza z Ciotek!
Otrzymałem jednocześnie Twoje trzy listy po powrocie ze Stanley Falls, dokąd pojechałem jako nadliczbowy członek załogi na statku „Roi des Belges", by zaznajomić się z rzeką! Z radością dowiedziałem się o Twoim sukcesie w Akademii [nowela Paradowskiej uzyskała nagrodę Akademii Francuskiej], w który zresztą nigdy nie wątpiłem. Nie mogę znaleźć odpowiednich słów, abyś pojęła radość, jaką sprawiły mi Twoje urocze (a ponad wszystko kochane) listy. To było tak, jakby promień słoneczny przebił się przez szare chmury w smutny, zimowy dzień; a dni moje tutaj są smutne. Nie ma co się łudzić! Zdecydowanie żałuję, że tu przyjechałem. Nawet gorzko żałuję. Z prawdziwie męskim egoizmem będę teraz pisał o sobie. Nie mogę się powstrzymać. Przed kimże otworzę serce, jeśli nie przed Tobą?! Zwracając się do Ciebie, mam pewność, że pół  słowa wystarczy,  by zostać zrozumianym.  Sercem  odgadniesz  moje myśli szybciej, niż je wypowiem.
Wszystko tutaj wydaje mi się antypatyczne. I ludzie, i rzeczy; ale szczególnie ludzie. W ich mniemaniu ja również jestem antypatyczny. Zaczynając od dyrektora na Afrykę, który postarał się powiadomić wielu ludzi, że okropnie mu się nie podobam, a kończąc na zwykłym mechaniku - wszyscy mają talent do działania mi na nerwy i w rezultacie nie jestem dla nich tak miły, jak mógłbym być. Dyrektor jest zwykłym handlarzem kości słoniowej, pełnym niskich instynktów; uważa siebie za handlowca, a w istocie jest czymś w rodzaju afrykańskiego sklepikarza. Nazywa się Delcommune. Nie znosi Anglików, a ja jestem tutaj oczywiście uważany za Anglika. Dopokąd on tu jest, nie mogę się spodziewać ani promocji, ani podwyżki. Powiedział zresztą, że obietnice poczynione w Europie są tu wiążące tylko w wypadku, jeśli są zamieszczone w kontrakcie. Te, które robił p. Wauters - zamieszczone nie są. Zresztą nie mam się czego spodziewać, zważywszy, że nie mam pod komendą statku. Nowy statek będzie pewnie gotowy w czerwcu przyszłego roku. Do tego czasu moja pozycja tutaj nie jest jasna i mam z tego powodu przykrości. Otóż i tyle!
Kinchassa, ok. 1890 r.
Na domiar rozkoszy mój stan zdrowia jest daleki od dobrego. Zatrzymaj to dla siebie, ale naprawdę chorowałem na febrę 4 razy w ciągu 2 miesięcy w czasie podróży w górę rzeki, a potem w Falls (które są jej ojczyzną) złapałem dyzenterię trwającą 5 dni. Czuję się dosyć słabo fizycznie i  trochę zniechęcony, a przy tym, słowo daję, mam wrażenie, że odczuwam nostalgię za morzem,  chęć zobaczenia znowu  płaszczyzny słonych wód, które tak często mnie kołysały, które tyle razy uśmiechały się do mnie w roziskrzonych promieniach słońca pogodnych dni, które również często groziły mi śmiercią, rzucając w twarz bryzgi ciętej wiatrem piany pod ciemnym niebem grudniowym. Żal mi tego. Ale najbardziej żałuję, żem się związał na 3 lata. Co prawda mało wskazuje na to, że dotrwam do końca. Albo wywołają jakąś bezsensowną kłótnię, by mnie stąd odprawiono (i słowo daję, łapię się chwilami na tym, że bardzo bym tego pragnął), albo nowy atak dyzenterii odeśle mnie do Europy, a może na inny świat, co rozwiązałoby w sposób ostateczny wszystkie moje kłopoty! I oto rozgadałem się o sobie na czterech stronach! Nie powiedziałem jeszcze, z jaką przyjemnością odczytywałem Twoje opisy ludzi i rzeczy u nas. Czytając te listy naprawdę zapomniałem o Afryce, o Kongu, o dzikich czarnych i o białych niewolnikach (i ja jestem wśród nich), którzy ją zamieszkują. Przez godzinę byłem szczęśliwy. Proszę wiedzieć, że uszczęśliwianie istoty ludzkiej przez całą godzinę nie jest rzeczą małą (ani łatwą). Możesz być dumna, że Ci się to udało. Dlatego też całe moje serce zwraca się ku Tobie z wdzięcznością i z najszczerszym i najgłębszym uczuciem. Kiedyż się znowu zobaczymy? Niestety, spotkania prowadzą do rozłąki i  im częstsze są spotkania, tym boleśniejsze rozłąki. Taki jest los.
Joseph Conrad, ok. 1890 r.
Kiedy szukałem jakiejś praktycznej rady na niemiłą sytuację, w której się znalazłem, przyszedł mi do głowy pewien mały projekt - raczej rojenia - w którym może mogłabyś pomóc. Podobno to Towarzystwo lub inne z nim związane będzie miało statki oceaniczne - (nawet już jeden ma). Prawdopodobnie ten wielki (albo gruby?) bankier, który wszystkim u nas trzęsie, będzie miał znaczny udział w tamtym Towarzystwie. Jeśliby można podsunąć moje nazwisko jako ewentualnego dowódcy dla któregoś z ich statków (którego portem macierzystym byłaby Antwerpia), mógłbym po każdym rejsie wyrwać się na jeden lub dwa dni do Brukseli, gdyby Cioteczka tam była. To byłoby idealne! Gdyby zechciano mnie odwołać dla objęcia dowództwa, sam oczywiście pokryłbym koszta podróży powrotnej. Może ten pomysł jest mało realny, ale jeśli wrócisz w zimie do Brukseli, to mogłabyś może wybadać sytuację przez p. Wautersa, nieprawda, kochana Cioteczko?
[...] Kończę już. Za godzinę odpływam czółnem do Bamou, by wybrać drzewa i zarządzić ich ścięcie na budulec dla tutejszej stacji. Będę tam obozował przez 2 lub 3 tygodnie, chyba że zachoruję. To mi dość odpowiada. Niewątpliwie postrzelam trochę do bawołów albo słoni. Ściskam Cioteczkę z całego serca. Następną pocztą wyślę długi list. Kochający siostrzeniec
J. C. K.
Joseph Conrad, Listy, oprac. Zdzisław Najder, tłum. Halina Carroll-Najder, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 40-42.

środa, 3 lipca 2013

Odcinek 733: Joseph Conrad, 1890 rok

Z Dziennika kongijskiego Josepha Conrada

Czwartek, 3 lipca 1890 roku
Wymarsz o 6 rano po dobrym nocnym wypoczynku. Przebyliśmy niskie pasmo wzgórz i weszliśmy w szeroką dolinę albo raczej w równinę z uskokiem w środku. Spotkaliśmy urzęd[nika] rządowego na inspekcji. W parę minut potem ujrzeliśmy na miejscu oboz[owania] martwe ciało Bakongo. Zastrzelony? Okropny odór. Przebyliśmy łańcuch gór, rozciągający się z NW – SE przez niską przełęcz. Druga szeroka, płaska dolina z głębokim wąwozem pośrodku. Glina i żwir. Następny łańcuch gór, równoległy do poprzedniego, z pasmem niskich wzgórz biegnących blisko niego. Weszliśmy pomiędzy nie, aby rozbić obóz na brzegu rzeki Luinzono. Miejsce obóz. czyste. Czysta rzeka. Rząd[owy] Zanzibarczyk z rejestrem. Czółno. 2 Duńczycy obozują na drugim brzegu. Zdrowie dobre.
Ogólna tonacja krajobrazu szarożółtawa (wysuszona trawa), z czerwonymi łatami (ziemia) i kępami ciemnozielonej roślinności z rzadka rozsianej wokół – przeważnie w urwistych jarach między wyższymi górami albo w wąwozach przecinających równinę. Zauważyłem Palma Christi – palmy olejowe. Gdzieniegdzie bardzo proste, wysokie i grube drzewa. Nie znam nazwy. Wioski zupełnie niewidoczne. Wnoszę o ich istnieniu z zawieszonych na palmach kalabas na „malafu”. Dość dużo karawan i podróżnych. Kobiet nie widać, tylko na targowisku.

Kongo Belgijskie. Tragarze z ładunkiem kości słoniowej,
około 1910 roku.
Tony ptaków wdzięczne. Szczególnie jeden przypominający flet. Inny jakby „buum”, podobne do bardzo dalekiego grania ogara. Widziałem tylko gołębie i parę zielonych papużek; bardzo małe i nieliczne. Żadnych drapieżnych ptaków nie widziałem. Do 9 rano niebo zachmurzone i cisza. Potem łagodny powiew na ogół z północy i niebo rozpogadza się. Noce wilgotne i chłodne. Białe mgły na wzgórzach do połowy wysokości. Efekty wodne dziś rano bardzo piękne. Mgły zwykle podnoszą się, zanim niebo się wypogodzi.
[Następuje szkic zatytułowany:] Przekrój dzisiejszej drogi.
Joseph Conrad, Dziennik kongijski, tłum. Józef Miłobędzki [w:] Joseph Conrad, Dzieła, t. 25, Państwowy Instytut Wydawniczy 1974, s. 6–7.

wtorek, 1 stycznia 2013

Odcinek 559: Joseph Conrad, 1894 rok

List Josepha Conrada do Marguerite Poradowskiej

1 stycznia 1894, w Rouen
Droga Wujenko,
Oto składam Ci najlepsze życzenia noworoczne. Naumyślnie czekałem na ten dzień, żeby uniknąć pomyłki. Zaczynając rok myślę o Tobie! Piszę to w brudnej, małej kawiarni. U nas (u wszystkich na statku) taka bryndza, że po bezowocnych próbach pożyczenia dziesięciu sous od wszystkich moich kolegów, powziąłem decyzję i właśnie zabiłem jakiegoś pana (całkiem mi obcego), by ukraść jego portmonetkę. Leży tam, rozciągnięty na rogu ulicy, podczas gdy ja cieszę się owocami mojej przedsiębiorczości. Niewątpliwie zostawił wdowę i sporo małych dzieci; smutne, ale czegóż innego można oczekiwać? Muszę mieć przecież znaczek na list! a poza tym wyglądał na głupiego!
Ja chcę mojej książki!!!!!!!!!!!
Nie! Twojej książki. Czekam na nią. Muszę ją mieć, i to jak najszybciej! Nie rozumiem, czemu się wahasz. Pewnie po to, by mnie drażnić. To Ci się udało..........(tu atak nerwowy).........
No, czuję się teraz lepiej. Mały kieliszek koniaku pomógł mi wrócić do siebie. Nie mogę iść do Biskupa. Nie mam odpowiedniego stroju, a poza tym po co? Czy Ty lubisz tego Biskupa? Sądząc z tego, co mi mówiłaś, to raczej wątpię. Ja też nie.
Całuję Cię z całego serca.
Twój bardzo oddany siostrzeniec i sługa
J. Conrad
Joseph Conrad, Listy, oprac. Zdzisław Najder, tłum. Halina Carroll-Najder, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 59.

piątek, 30 listopada 2012

Odcinek 527: Joseph Conrad, 1922 rok

List Josepha Conrada do Johna C. Squire'a

Oswalds, 30 listopada 1922 roku
Proust w klubie tenisowym na bulwarze Bineau.
Drogi Panie,
Nie lubię podpisywać zbiorowych wyrazów uznania, choć przyznaję, że tekst p. Pearsalla Smitha jest bardzo udany. O Marcelu Prouście usłyszałem po raz pierwszy w 1913 lub 1914 i ogromnie go cenię, ale nie za odtworzenie życia Paryża lub prowincji francuskiej, co już inni doskonale zrobili przed nim, czyniąc twórczość Marcela Prousta w pewnym sensie bardziej dla nas tutaj zrozumiałą; ani też za odtworzenie swojej własnej przeszłości, ponieważ nasza przeszłość jest całkiem odmienna i odmiennieśmy ją odczuwali. Ceniłbym go raczej za odsłonięcie przed nami takiej przeszłości, jaka nie była niczyim udziałem, i wniesienie tym samym czegoś pamiętnego do wspólnoty ludzkich doświadczeń. Mój podziw dla twórczości M. Prousta wzbudza fakt, że jest to wielka sztuka oparta na analizie. Cała jego wielkość na tym polega. Pod tym względem jest jedyny w swoim rodzaju i zasłużył na trwałą pozycję jako prozaik (wyrażę to po francusku, jako że w tym języku wszyscyśmy go czytali), qui a pouse la force de l'analyse jusqu'au point ou elle devient creatrice [który doprowadził silę analizy do stopnia, w którym staje się twórczą]. Zdanie to wydaje się tak absurdalne i niewiarygodne jak twierdzenie, jakie własności posiadać musi eter, aby znaczna część nauk przyrodniczych stała się teoretycznie zrozumiała. Niewiele wiem o eterze, ale moje zdanie o Prouście wyraża oczywisty fakt. Wszystkie postacie stworzone zostały dzięki potędze analizy najbardziej szczegółowej, wnikliwej i, powiedziałbym, natchnionej. Jeśli na przykład jego Francoise (oddana służąca w mieszczańskiej rodzinie, typ wielokrotnie już poprzednio doskonale odtworzony) nie żyje wyłącznie i jedynie dzięki potędze analizy, skłonny jestem, używając słów innego tworu - Falstaffa, „pozwolić, aby wyjęto mi mózg, posmarowano masłem i dano psu jako podarunek noworoczny”. [...]
W tej  prozie, tak pełnej  życia, nie ma ani marzeń, ani uczucia, ani ironii, ani żaru przekonania, ani nawet wyraźnego rytmu - aby urzec naszą wyobraźnię. A przecież żyje ono w swej pozaczasowej, nieomal potwornej wielkości. - Nie sądzę, by w całej literaturze twórczej można było znaleźć inny przykład podobnej potęgi analizy; i mogę bezpiecznie powiedzieć, że nigdy się takowy nie pojawi.
Piszę to wszystko, ponieważ spytał mnie Pan, w pewnym sensie, co sądzę o M. P. Sam więc sobie ma Pan do zawdzięczenia ten wybuch. Wiem jednak, że nie będzie mi Pan miał za złe, że Mu zająłem czas. [...]
Pozostaję z wyrazami głębokiego szacunku
Joseph Conrad
[...]
Joseph Conrad, Listy, oprac. Zdzisław Najder, tłum. Halina Carroll-Najder, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 431-432.

sobota, 14 kwietnia 2012

Odcinek 297: Joseph Conrad, 1896 rok

List Josepha Conrada do przyjaciela, Edwarda L. Sandersona, pedagoga

14 kwietnia 1896 roku

Ile Grande, par Lannion, Cotes-du-Nord
Dom Conrada w Bretanii.
Drogi Tedzie,
Nareszcie piszę do Ciebie z mego nowego (i pierwszego w życiu) gniazda, by Ci powiedzieć, że czuję się całkiem przytłoczony doniosłością posiadania domu - nawet całego domu!! - do mieszkania [po ślubie Conradowie wyjechali na pół roku do Bretanii]. Pierwszy raz - odkąd wkroczyłem w wiek dojrzały - nastąpiło w moim życiu takie wydarzenie.
Jess jest ogromnie ubawiona kuchnią (samo palenisko jest wystarczająco duże, by w nim mogła zamieszkać), i spędza wiele czasu próbując rozmawiać z dziewczyną (która jest absolutnym skarbem). Kuchnia stanowi najwspanialszą i najlepiej umeblowaną część pałacu - a w ogóle jest jedyną drogą wejścia i wyjścia. Widujemy ją zatem dosyć często. Zamieszkują tam również nasze laski i czapki.
Wybrzeże jest skaliste, piaszczyste, dzikie, o ponurym wyrazie. Ląd natomiast, w głąb od szerokich płaszczyzn morza ujętych jałowym archipelagiem, jest zielony, uśmiechnięty i słoneczny - często nawet wówczas, gdy morze i wysepki ukryte są w cieniu przepływających chmur. Spoza łagodnych zboczy wzgórz uporczywie strzelają w niebo ostre wieżyczki wielu wiejskich kościołów. A lud, który zamieszkuje te brzegi, to lud kobiet - w czerni i w białych czepkach - bo mężczyźni są na połowach w Islandii lub przy brzegach Nowej Fundlandii. Tu i ówdzie tylko zdarzy się jakiś starzec z długimi włosami, zapomniany podczas kolejnych apelów morza; wlecze się wzdłuż skał między piachami, smutny, bezużyteczny i samotny na tle kamienistego krajobrazu.
Pierwszy rozdział Wybawcy poszedł wczoraj do Londynu. Chcę, by Unwin miał próbkę do pokazania redaktorom Mag. [czasopismo literackie]. Pisz do mnie o sobie tak, jak ja piszę do Ciebie. Będziemy mieli złudzenie bliskości.
Joseph Conrad, Listy, oprac. Zdzisław Najder, tłum. Halina Carroll-Najder, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 84-85.

sobota, 1 października 2011

Odcinek 101: Joseph Conrad, 1895 rok

List Josepha Conrada do Emilii Briquel
1 października 1895 roku, 17 Gillingham St., London S. W.
Emily Briquel
Droga Panno Emilio,
Posypuję głowę popiołem, rozdzieram płaszcz, zdejmuję buty - mało brakuje, bym sobie założył pętlę na szyję - aby stanąć przed trybunałem Pani miłosierdzia. Niegodny (to ja) ledwo śmie wziąć pióro do ręki, by odpisać na Pani miły list z 8 września! Kiedy spoglądam na datę u góry tej kartki, mam uczucie, jakbym połykał kawałek rozżarzonego żelaza. Czy mogę oczekiwać przebaczenia?
Gdyby Pani tylko wiedziała, jak byłem zajęty! Najpierw byłem zajęty chorobą. To nie jest bardzo aktywne zajęcie (skoro spędziłem tydzień w łóżku), ale zdumiewająco męczące! Potem - zgodnie z moim idiotycznym zwyczajem robienia wielu rzeczy naraz - wplątałem się w najprzeróżniejsze interesy (kopalnie złota, węgla, statek do połowu wielorybów na Południu - nie jest się takim głupcem...).
Rozumie Pani, że podczas gdy pławiłem się w luksusie różnorodnych bólów newralgicznych w pokoju z zasłoniętymi firankami, diabeł (który jest bardzo uczynny) wmieszał się we wszystkie te wspaniałe przedsięwzięcia w taki sposób, że obecnie - kiedy wyszedłem na światło dzienne - nie mogę się w niczym połapać. Jak gdyby kłębek, który dostał się w łapki małego kotka. Umówione spotkania nie doszły do skutku, ludzie, którym zaufałem, porobili straszliwe głupstwa, moje pomysły zostały źle zrozumiane - teraz nic, tylko tłumaczenie się, wzajemne oskarżenia, wstręt i strapienie. Zmuszają mnie do niewykonalnych zobowiązań i do przełknięcia niestworzonych historii. Ręce mam pełne roboty, a głowę naładowaną cyframi, faktami, teoriami, ciężką prawdą i lekkimi, ale jadowitymi kłamstwami. Mniejsza o to! W końcu jakoś się z tego wygrzebię, a zresztą lubię wszelkiego rodzaju walkę: z żywiołami i ludźmi. Walka to życie, a dla mnie przyjemność jest właśnie w samej walce - nigdy w zwycięstwie lub w skutkach zwycięstwa. O tym nie myślę wcale. Głupie to, prawda? Ale właśnie to dziwactwo odróżnia mnie od zwykłego awanturnika.
Dziękuję bardzo za wszystkie nowiny. Cieszę się, że Matka Pani czuje się nieźle. Miło to ze strony panny Simon, że wspomina swego skromnego profesora gry w bilard. Serdecznie ją pozdrawiam. Co za niezwykły pomysł Pani znajomej skrzypaczki wychodzić za mąż za Turka. Ale przynajmniej jest oryginalna; co się jednak tyczy szczęścia - to sprawa całkiem inna, chyba że ten Turek nie jest tak całkiem Turkiem; byłaby wówczas pewna szansa na znośne współżycie. Sądzę, że moja książka [powieść "Wyrzutek"] ukaże się w listopadzie. Jestem pełen strasznych obaw. Zobaczymy! Oczekuję licznych i okrutnych krytyk. Zamierzam zażywać środki wzmacniające i dobrze się odżywiać, by przygotować się na ten cios!
Raz jeszcze proszę o wybaczenie mi tego długiego milczenia - Pani rozumie, że to siła wyższa! Zawsze uniżony sługa i szczerze oddany przyjaciel
Jph Conrad
Wyrazy głębokiego uszanowania dla Matki Pani. Mocny uścisk dłoni dla pana Briquel.
Joseph Conrad, Listy, oprac. Zdzisław Najder, tłum. Halina Carroll-Najder, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, s. 80-81.