Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chatwin Bruce. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chatwin Bruce. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 26 czerwca 2014

Odcinek 1091: Bruce Chatwin, 1986 rok

List Bruce’a Chatwina do Ninette Dutton

Homer End / Ipsden / Oksford / 26 czerwca 1986
Penelope Betjeman.
Najdroższa Nin,
przepraszam za bezterminową zwłokę w pisaniu. Rzecz w tym, że za wszelką cenę chciałem ukończyć pierwszą wersję, a pod koniec dnia obrzydzenie do słów - nawet słów kierowanych do najdroższej osoby! - staje się wręcz dławiące. Do tego haniebne komplikacje z naszą pocztą - o czym pewnie Ci wspominałem: [listy] z trzech czy czterech miesięcy rozrzucono gdzieś zapewne po ulicach Katmandu.
Nowina - już nie taka nowa: nasza najlepsza w świecie przyjaciółka Penelope Betjeman zsiadła z konia, prowadząc wycieczkę w zachodnich Himalajach, żeby odpocząć na trawiastym wzgórku porośniętym fiołkami i poziomkami, zaczęła śmiać się w głos ze swojego konia, którego tybetański chłopak usiłował wyprowadzić na ścieżkę, po czym nagle, gdy [chłopak] na nią spojrzał, w mgnieniu oka skuliła się jak dziecko układające się do snu. Może pół sekundy i było po wszystkim. Szykowałem się właśnie do swojej wycieczki. Konie były już osiodłane, prowianty zniesione, gdy kupiłem „The Times of India" i znalazłem [tekst, w którym] doskonale piękny trzeci przywódca opisuje śmierć córki założyciela współczesnej armii indyjskiej, lorda Chetwode'a. Tekst nosił tytuł Podróż do początku. [Penelope Betjeman] była tam z matką w roku 1933 i żadnego innego miejsca nie uważała za dom. Jej prochy, zgodnie z hinduskim obyczajem, zostały połowicznie zachowane w garnuszku, toteż dziesięć dni później stanąłem wraz z jej przyjacielem Krantim Singhiem na skale w nurcie rzeki Bjas, jej najbardziej ulubionej rzeki na świecie, i wysypałem ją do wody. Prochy, muszę dodać, nie odpowiadały zachodniemu wyobrażeniu o prochach. Były w nich okruchy czaszki i bukieciki pączkujących gałązek dębu szypułkowego z ogrodu dawnego Rezydenta [Korony], narcyzy „bażancie oko" i liliowate tulipany Klucjusza. W każdym razie wszystko to wpadło w wartką, spienioną, białą jak śnieg wodę, a my wydaliśmy Penelopiczny okrzyk „ha! ha!" - i było po wszystkim!
Bruce Chatwin.
Po opuszczeniu Kulu poleciałem samolotem do Delhi z niejasnym pomysłem, że skoro mam się za tydzień stawić na weselu szwagierki, to mogę zrobić sobie przystanek w Japonii. Co też się stało i było, niestety, okropne. Taki młyn i taki trujący ścisk, że nawdychawszy się ostatnio ożywczych powiewów z Chin, deklaruję się oto sinofilem i japonofobem (jeśli tak się mówi!). Nie przeczę, przydarzyło mi się tam parę cudownych rzeczy, ale 96 $ za przejazd na lotnisko, bez żadnego tańszego transportu, napełniło niżej podpisanego drania czystą zgrozą.
A potem USA, gdzie, jak się zaraz dowiesz, prawdziwie miłą niespodzianką było spotkanie Tisi [Dutton] - właściwie jedyną miłą! Co za dom wariatów! Kompletnie zbiła mnie z tropu znajoma [Beatrice von Rezzori], której trzy lata temu w chwili skrajnej słabości obiecałem napisać tekst o wieży w Toskanii, gdzie czasami jeżdżę pisać. Oczywiście zaczęła się go domagać dla „House and Garden", żeby potem wynajmować [moją wieżę] bogaczom. Zostawiła mnie z puszką piwa w garści i ultimatum dostarczenia tekstu do końca tygodnia; więc całe dnie i sporą część nocy pochłonęło mi pisanie tego przeklętego kawałka, który - ponieważ tak go przeklinałem - był niewspółmiernie trudny do napisania. [...]
Elizabeth przesyła najczulsze pozdrowienia, i ja też, B. Kiedy skok do Ameryki? [...]

Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012, s. 490-492.

wtorek, 7 stycznia 2014

Odcinek 921: Bruce Chatwin, 1966 rok

List Bruce’a Chatwina do Gertrude Chanler

Hotel de l'Université  / Paryż / Francja / 7 stycznia 1966 roku
Bruce Chatwin.
Mam wobec Ciebie straszne wyrzuty sumienia, że jeszcze nie napisałem, żeby podziękować za prezent bożonarodzeniowy. Próbowałem coś przesłać, ale rzecz była natury wysoce nietrwałej i odstręczyła mnie myśl, że będzie gnić gdzieś na lotnisku w Rochester. Jest cień szansy, że oboje zdołamy przyjechać na jakieś dwa tygodnie w lutym, ale jeszcze zbytnio na to nie liczę. Helena Rubinstein zamęczyła sporo ludzi za swojego długiego życia i zachowała tę zdolność nawet w grobie. Pracujemy od 9.00 do 8.00 wieczorem i wciąż jesteśmy w polu. Potem wracamy do tego osobliwego hotelu, który już coraz mniej nas śmieszy (woda do kąpieli od północy do 5.00 rano). Paryż jest cudowny na wakacje, ale okropny do pracy. Będę nalegał, aby E. zapłacono fortunę. Siedzimy teraz we włoskiej knajpce, a kobieta obok mnie jest blondynką o twarzy koloru khaki. E. i ja zastanawiamy się, jak to osiągnęła, bo nie jest Murzynką. E. zjadła gigantyczną pizzę, pół kurczaka i właśnie szykuje się na wykwintny deser. Nikt nie powie o niej, że to niejadek! Denerwuje mnie tylko, że ona w ogóle nie tyje, podczas gdy ja rozdymam się jak balon [Elizabeth: to dlatego, że on się cały dzień obżera cukierkami... Nie moja to też wina, że list jest cały poplamiony. [...]
Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012, s. 88-89.

niedziela, 24 listopada 2013

Odcinek 877: Bruce Chatwin, 1966 rok

List Bruce’a Chatwina do Stephena Tennanta

Canongate 234, m. 6 / Edynburg / 24 listopada 1966 roku
Drogi Stephenie,
jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak przepracowany. Nawet księżne zabierają mniej czasu niż eseje z historii. To doprawdy wielce osobliwe uczucie wrócić do szkoły. Nauczyłem się nigdy nie obrażać studentów drugiego roku, których przepełnia poczucie własnej ważności. Jeden taki drugoroczniak zajrzał mi przez ramię i zdziwił się, że czytam wyjątkowo zawiłą książkę, dodając, że studenci pierwszego roku nie są w stanie pojąć jej tajników. Panuje tu sztywny podział pomiędzy latami [studiów] i pierwszy z drugim nie styka się nigdy, nie mówiąc już nawet o rozmowie. Ale są i postacie antykonwencjonalne. Na przykład świetny młodzian z warkoczami koloru marchwi, który paraduje w czerwonym plastikowym płaszczu i bez butów, nawet gdy chodniki są oblodzone. Tylko jeden raz wypuściłem się poza Edynburg, aby pobyć trochę w Traquairze; szczyty powyżej Glen były pokryte śniegiem już w październiku. Czy mogę wpaść do Ciebie wkrótce po Bożym Narodzeniu albo tuż przed, dajmy na to 20.? Muszę tutaj przystąpić do egzaminów, które na pewno obleję, i będę pilnie potrzebował rozweselenia.
Jak zawsze, Bruce
Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012,s. 101.

czwartek, 7 marca 2013

Odcinek 624: Bruce Chatwin, 1977 rok


List Bruce’a Chatwina do Johna Kasmina

Salvador da Bahia, Brazylia, 7 marca 1977 rok
Drogi K.,
potrzeba będzie jak cholera musiała stać się matką wynalazku. Wszystko wyszło źle! Gdzie to rzucono na nas urok? Pamiętam, jak gdzieś powiedziałeś, że rzucono na nas urok. No bo nie tylko aresztowanie, cofnięcie wizy, kradzież czeków podróżnych, bronchit (złapany w Beach Hotel w Kotonu), torby wyekspediowane do Kairu zamiast do Rio, dziesięć dni czekania na nic, a teraz jeszcze [wysłana przez] Toma korekta Patagonii zawieruszyła się w poczcie między Rio a Bahią, akurat kiedy mam wyjeżdżać na północ.
Ceremonia candomble.
Muszę przyznać, że Brazylia jest wielce fascynująca. Nie porwały mnie zbytnio wielkie miasta, do których jestem przykuty, ale na przykład wczoraj wieczorem poszedłem sobie na nabożeństwo candomble [religia ludu Joruba] w teneiro (domu fetysza) wysoko w górach, gdzie „córy boga” w transie tańczą w olbrzymich krynolinach z białych koronek, a chłopcy – dziewczątkowaci chłopcy – w srebrze i koronkach dygoczą spazmatycznie, gdy bóg [ognia] Szango smaga ich przez łopatki, i jeden z tych chłopców, wijąc się i wirując, zsuwa się z płaskowyżu po zboczu, migając [zdobiącymi ciało] srebrnymi błyskawicami, a potem powraca na górę i pada w ramiona „matki” – damy w średnim wieku, w okularach, chustce na włosach i z miną sekretarki dyrektora banku.
Jeśli i kiedy tylko dostanę potwierdzenie, wyjeżdżam na północ przez sertao – pustynię kaktusową – do Sao Luis de Maranhao [...]. Tymczasem obijam się w okolicach Bahii, obchodząc murszejące domy plantatorów. Architektura jest tu cudowna. XVIII-wieczne rokoko z autentycznie chińskimi akcentami, sprowadzonymi prosto z Makau, gdzie miasta przypominają wzór z motywem wierzby. Sama Bahia jest raczej nudna, to jedno z tych zachwyconych sobą miejsc, jak San Francisco. [...]
Ściskam mocno. Bądź grzeczny. Mam nadzieję, że wiedzie Ci się w życiu miłosnym. Do zobaczenia w pełnym składzie latem.
B.
Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012, s. 283–285.

piątek, 8 lutego 2013

Odcinek 597: Bruce Chatwin, 1968 rok


List Bruce’a Chatwina do Gertrudy Chanler

Canongate 234, m. 6 
Edynburg, 8 lutego 1968 roku
Droga Gertrude,
Perłowy naszyjnik w stylu Art Deco, ok. 1920 roku.
co to był za tydzień! Powiem tylko, że kiedy listonosz stanął w progu i oświadczył, że zgubił paczkę, rozpętał się tu dom wariatów. Cały weekend przeżyliśmy w skrajnym napięciu i niejaką ulgę przyniosła nam tylko wiadomość od Cartiera, że perły były ubezpieczone. Policjanci przybrali grobowe miny i wyrazili wątpliwość, czy kiedykolwiek się odnajdą. Oni jedni dobrze się w tej całej sytuacji bawili. Przypuszczam, że w Edynburgu posyłają ich stale na poszukiwanie jakiegoś nic niewartego badziewia, więc cenne perełły podziałały im silnie na wyobraźnię. Elizabeth pojechała do Londynu, bo zdecydowaliśmy się powierzyć działanie w naszym imieniu [adwokatowi] Ianowi Murrayowi, po czym jeszcze tego samego wieczora rozległo się głośne puk-puk-puk do drzwi, a pod drzwiami stali dwaj przekomiczni detektywi miejskiego biura śledczego. Patrzyli na nas, jakby żywcem wyjęci z puszczanej w bardzo zwolnionym tempie komedii kryminalnej z lat trzydziestych – jeden miał przynajmniej sześć stóp pięć [cali] wzrostu i niemal tyle samo szerokości, a oblicze koloru buraka, drugi za to nie mierzył nawet pięciu stóp i cerę miał popielatą. Z największą ceremonialnością wyciągnęli przedmiot z koperty i kazali mi go zidentyfikować. Gestem wielkiego znawcy sięgnąłem lupę i ze znawstwem oznajmiłem: „Boucheron 1920”. Wówczas opowiedzieli nam całą historię. Paczka musiała wypaść listonoszowi z torby na chodnik na samym końcu Princes Street. Ekspedientka idąca do pracy po „drobnej sprzeczce z kochasiem”, a więc wściekła, widzi paczuszkę na ziemi i kopie ją, niejeden raz, ale raz po raz, przez całe pół mili, jak piłkę futbolową. Dochodząc już do sklepu, zauważa watę sterczącą z jednego końca paczki, a w środku „sznureczek paciorków”, które następnie przez tydzień nosi na dnie torby na zakupy. W tym czasie zdążyła pogodzić się z kochasiem (co za bystry kochaś), który orzeka: perełły. Niesie je do jubilera do wyceny, żeby mogła zakosić znaleźne. Ha! ha! A jubiler, który zdaje się nie był zbyt bystry, ale dzień wcześniej miał u siebie wizytę naszych detektywów, dzwoni na policję. Staramy się teraz o zwolnienie z odpowiedzialności karnej dziewczyny, bo w świetle prawa szkockiego musi zostać oskarżona o przetrzymanie [cudzej własności].
Bardzo to wszystko pięknie brzmi po fakcie, ale ja od początku miałem przeczucie, że coś się może stać, i mówiłem, żeby niej nadawać ich pocztą. W każdym razie teraz zmusiłem Elizabeth, żeby je ubezpieczyła. [...]
Ściskam serdecznie, Bruce
Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012, s. 128–130.

niedziela, 27 stycznia 2013

Odcinek 585: Bruce Chatwin, 1986 rok

List Bruce’a Chatwina do Johna Kasmina

c/o Maiwendra Singh / Fort / Rohet / Dżodhpur / Indie 27 stycznia 1986 roku
Drogi Kassl,
muszę stwierdzić, że komunikowanie się w tym kraju to istna loteria. Mieliśmy [awizowane] telefony od Ciebie, potem unieważniane, a gdy udało nam się w końcu dotrzeć do recepcjonistki w [hotelu] Oberoi [w Delhi], ta poinformowała nas, żeś właśnie wyjechał. Pierwszy nóż wbity w tę mityczną bestię „miejsce do pisania” był atrapą. Babdżi Dżodhpuru mówił, że ma chatę w basenem w mangowym sadzie, w pół drogi do Udajpuru, w miejscowości Ranakpur, gdzie znajduje się niesamowita świątynia dżinistów. Brzmiało to wszystko fantastycznie, ale takie nie było; w zapchanym turystami autobusie udało nam się doturlać na miejsce w porze lunchu, ale dom okazał się trochę ciasny i nie było w nim miejsca, żeby się rozłożyć. Ale za to na urodzinach H.H. poznaliśmy niesamowicie pukkah [szanowanego] dżentelmena, typ ekszamindara [właściciela ziemskiego], który nam powiedział, że posiada fort na wsi. Na kompletnym odludziu, nad jeziorem, z leciwą matką w zenanie [część domu dla kobiet], z kuchnią pełną kucharzy podtrzymujących tradycje sięgające XVII wieku – i, dodam, z bajecznymi miniaturami [...]. Na jeziorze warzęchy, kormorany, głowienki, bociany, trzy gatunki zimorodków. Mały rejwach czyniony przez pawie wcześnie z rana. Anglo-indyjskie meble z połowy XIX wieku. Chłodnoniebieski gabinet z widokiem na ogród. Salon z portretami przodków. Sypialnia z wyjściem na taras. Niewiarygodnie piękne dziewczęta, które przynoszą gorącą wodę, prawdziwą kawę, papaje, mleczny koktajl z mango. Krótko mówiąc, czuję się naprawdę dosyć zadowolony. Przeziębienia i kaszlu trudno się było pozbyć. Z suchym kaszlem zawsze tak jest. Ale dzięki driakwi na kaszel [sporządzonej według reguł] ajurwedy chyba naprawdę przechodzi. [...] Przez ostatni tydzień wyorałem przynajmniej nowe miedze w swojej książce i już raczej nie mam tego dołującego poczucia, że cała reszta to jeden wielki chaos. [...]
Mnóstwo całusów dla B[eatrice] i G[regora von Rezzorich] – i mam nadzieję, że przyjęcie się uda. No i Tobie. Jak zawsze, B [...]
Świątynia w Ranakpur.
Bruce Chatwin, Pod słońcem. Listy, tłum. Jolanta Kozak, Świat Książki 2012, s. 457–458.