Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chandler Raymond. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Chandler Raymond. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 listopada 2014

Odcinek 1196: Raymond Chandler, 1950 rok

List Raymonda Chandlera do Charlesa W. Mortona

22 listopada 1950 roku
Pierwszy telewizor. Stany Zjednoczone, lata pięćdziesiąte. [Źródło.]
Jeżeli tak Cię wścieka telewizja, dlaczego sam nie napiszesz o niej artykułu? I na kogo właściwie mamy się złościć? Kto oddał telewizję w ręce kramarzy? I dlaczego mieć za złe kramarzom, że są tym, czym są? Jeżeli przyjmujemy teorię, biorąc pierwszy z brzegu przykład, że cały gangsterski przemysł kosmetyczny jest szacownym przedsięwzięciem handlowym, to czemu miałby nas oburzać sposób jego reklamowania? Jeżeli uważamy, że krzykliwi komicy są zabawni, nie zaś bezgranicznie wulgarni, to dlaczego mamy się dziwić, że buduje się wokół nich całe widowiska? A jeżeli sądzimy, że złe widowiska telewizyjne mogą zdeprawować młodzież amerykańską, warto rzucić okiem na to, co się i dzieje w szkołach średnich. 
Według mnie telewizja to jeszcze jeden wycinek tego znacznego obszaru naszej kultury, którego jedynym kryterium zawsze był i jest pieniądz. Innego nie ma i pewno nigdy mieć nie będzie... 
Może pod pewnym względem im gorsza jest telewizja, tym lepiej. 
Ogląda ją, jak słyszę, mnóstwo ludzi, co od dawna przestali słuchać radia. Może dostateczna ich część po pewnym czasie zorientuje się, że w istocie ogląda samych siebie. Telewizja w gruncie rzeczy jest czymś, na co czekaliśmy przez całe nasze życie. Pójście do kina wymagało pewnego wysiłku. Ktoś musiał zostać z dziećmi. Trzeba było wyprowadzić samochód z garażu. To już była praca. A potem trzeba było prowadzić samochód i go zaparkować. Czasem trzeba było przejść do kina pieszo aż do następnej przecznicy. Czytanie wymagało mniej wysiłku fizycznego, ale trzeba się było trochę skupić, nawet gdy się czytało kryminał, powieść o Dzikim Zachodzie czy którąś z tych tak zwanych powieści historycznych. A co pewien czas człowiek się potykał o długie i trudne słowo. Stanowiło to w końcu dość ciężką pracę umysłową. Radio było już dużo lepsze, ale nie miało się na co patrzeć. Człowiek błądził spojrzeniem po pokoju i częstokroć zaczynał myśleć o czym innym - o czym myśleć wcale nie chciał. Trzeba było zaprząc do pracy wyobraźnię, żeby na podstawie samych tylko dźwięków stworzyć sobie obraz tego, co się dzieje. 
Ale telewizja jest ideałem. Wystarczy pokręcić paroma gałkami, paroma mechanicznymi pokrętłami, z którymi tak świetnie sobie radzą wszystkie małpy człekokształtne, a rozpieramy się wygodnie w fotelu i opróżniamy głowę z wszelkich myśli. I oto oglądamy bańki wznoszące się z pierwotnej magmy. Nie ma potrzeby się skupiać. Nie trzeba reagować. Nie trzeba nic pamiętać. Nie odczuwamy braku myśli, bo nie są nam potrzebne. Serce, wątroba i płuca działają normalnie. Poza tym wszystko jest spokojem i beztroską. Nirwana dla niezamożnych. A jeżeli przyjdzie jakiś złośliwiec i powie, że wyglądamy jak mucha na kuble śmieci, to nie zwracajmy na niego uwagi. Pewno nie stać go jeszcze na telewizor.
Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 167-168.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Odcinek 1081: Raymond Chandler, 1949 rok

List Raymonda Chandlera do Jamesa Sandoe

16 czerwca 1949 r.

Raymond Chandler.
 ....Kiedy przeglądałem wczoraj wieczorem The Art of the Mystery Story, uderzyło mnie, jak niski jest poziom krytyki, gdy chodzi o ten rodzaj. Wszyscy dyskutanci wychodzą z założenia, że powieść kryminalna jest gatunkiem drugorzędnym i z wielką skwapliwością odmawiają jej wszelkich wartości literackich. Wykształceni półanalfabeci, jakich się teraz spotyka... mówią mi zwykle coś mniej więcej takiego: Tak dobrze pan pisze, że mógłby pan chyba napisać poważną powieść. Pewnie czuliby się dotknięci, gdyby się im powiedziało, że między naprawdę dobrą powieścią kryminalną a najlepszą powieścią poważną ostatnich dziesięciu lat nie ma dostrzegalnej różnicy w porównaniu z przepaścią, jaka dzieli powieść poważną od każdego wybitnego utworu literatury attyckiej z IV wieku p.n.e. Nie może istnieć sztuka, jeżeli ogół czytelników nie ma wyrobionego smaku, a wyrobiony smak nie może istnieć, gdy całemu społeczeństwu brak poczucia stylu i wartości literackich. Zadziwiające, że poczucie stylu ma chyba bardzo mało wspólnego z subtelnością czy nawet humanizmem. Poczucie stylu może istnieć w epoce zdziczenia i rozwiązłości, nie może natomiast istnieć w epoce coca-coli... w epoce „książki miesiąca czy prasy brukowej. Brakuje go w epoce, w której panoszy się wulgarność, bezwzględna walka o pieniądz, w epoce, w której typowa średniozamożna rodzina, przynajmniej w Kalifornii, żyje zdawałoby się tylko po to, aby utrzymywać wielki, okazały i kosztowny samochód, będący pod względem technicznym przestarzałą kupą złomu.
Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 72-73.

wtorek, 22 kwietnia 2014

Odcinek 1026: Raymond Chandler, 1949 rok

List Raymonda Chandlera do Hamisha Hamiltona

22 kwietnia 1949 r.

Raymond Chandler.
...Wykwintne barbarzyństwo Etonu jest przez Connolly'ego oddane po mistrzowsku, równie dobry jest opis tego, jak etończycy myślą, mówią i piszą w wieku niemal dziecięcym, kiedy Amerykanie ledwo umieją napisać poprawnie własne nazwisko. Mimo to jest w tym życiu literackim coś, co budzi we mnie odrazę, całe to rozpaczliwe budowanie zamków na lodzie, ta długotrwała zacięta walka, żeby dokonać czegoś ważkiego, co, jak wszyscy wiemy, za kilka lat zniknie bezpowrotnie, ten fetor klęski, który mierzi mnie prawie tak samo, jak krzykliwość tandetnego sukcesu.
Moim zdaniem, ludzie naprawdę tego warci muszą odnosić mniejsze czy większe sukcesy w każdych okolicznościach. Szekspir wybiłby się w każdym pokoleniu, bo nie dałby się zapędzić w kozi róg. Zabrałby się do fałszywych bogów i przerobiłby ich na swoją modłę. Wziąłby aktualne formuły i przekułby je w sposób, który by ludziom mniejszego kalibru wydawał się niemożliwy. Gdyby żył dzisiaj, z pewnością pisałby i reżyserował filmy, sztuki i Bóg jeden wie co jeszcze. Zamiast mówić: "Ten środek wyrazu jest niedobry", byłby go wziął na warsztat i sprawił, żeby się stał dobry. Gdyby ktoś powiedział o niektórych jego utworach, że to szmira (a tak jest rzeczywiście), nic by sobie z tego nie robił, bo by wiedział, że bez odrobiny wulgarności nie można być człowiekiem całkowitym i wszechstronnym. Nie cierpiałby wszelkiego wykwintu, bo jest on zawsze wzdraganiem się, wycofywaniem, a Szekspir był zbyt mocny i odważny, żeby się miał przed czym wzdrygać.
Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 104-105.

piątek, 21 lutego 2014

Odcinek 966: Raymond Chandler, 1959 rok

List Raymonda Chandlera do Maurice'a Guinnessa

21 lutego 1959 roku
Obawiam się, że niewłaściwie może zrozumiałem Twoje pragnienie, żeby Marlowe się ożenił. Wybrałem chyba nieodpowiednią partnerkę. Bo jeśli chodzi o ścisłość, facet tego typu nie powinien się żenić, jest bowiem człowiekiem samotnym, ubogim, człowiekiem niebezpiecznym, a mimo to budzącym sympatię, i jakoś żadna z tych cech nie predestynuje do małżeństwa. Zawsze będzie miał swoje odrapane biuro, samotny dom, różne miłostki, ale nigdy żadnych trwałych związków. Zawsze o jakiejś nieboskiej porze obudzi go ktoś najzupełniej niepożądany, zmuszając do zajęcia się jakąś niemiłą sprawą. Taki już mu pewno wypadł los - może nie najlepszy los na świecie, ale jego własny. Nikt go nigdy nie pokona, ponieważ z natury jest niezwyciężony. Nikt nie sprawi nigdy, żeby się wzbogacił, bo przeznaczeniem jego jest ubóstwo. Ale myślę jakoś, że nie chciałby innego losu, toteż ożenek (zgodnie z Twoim pomysłem), choćby nawet z najmilszą kobietą, według mnie najzupełniej nie leży w jego charakterze. Zawsze widzę go na bezludnej ulicy, samotnego w swoim mieszkaniu, głowiącego się nad jakąś sprawą, ale nieznającego nigdy ostatecznej porażki...
PS Opisuję go ożenionego z bogatą kobietą, obsypanego pieniędzmi, nie sądzę jednak, żeby to małżeństwo miało trwać długo.
Raymond Chandler, Mówi Chandler, przekład Ewa Budrewicz, Czytelnik 1983, s. 306.