Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camus Albert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Camus Albert. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lipca 2015

Odcinek 2027: Albert Camus, 1949 rok

Z dziennika Alberta Camusa

13 lipca 1949 roku
Camus remix, mal. Orchid Bite.
Promienne słońce bez ustanku zalewa morskie przestrzenie. A cały statek skąpany jest w oślepiającym świetle. Basen, słońce. I pracuję całe popołudnie. Wieczór jest rześki i łagodny. Za dwa dni będziemy na miejscu. Nagle - myśl, żeby opuścić ten statek, tę wąską kabinę, w której przez długie dnie mogłem chronić serce oderwane od wszystkiego; morze, które tak bardzo mi pomogło, trochę mnie przeraża. Znów zacząć żyć, rozmawiać. Ludzie, twarze, jakaś rola do odegrania, trzeba by do tego więcej odwagi, niż w sobie czuję. Na szczęście jestem w pełni formy fizycznej. A jednak są chwile, kiedy chciałbym uniknąć widoku ludzkiej twarzy.
Późną porą, na uśpionym statku, spoglądam w noc. Niesamowity południowy księżyc, spłaszczony na szczycie, oświetla wody w kierunku południowym. Wyobraźnia podsuwa obraz tych tysięcy kilometrów, tych samotności, gdzie zwarte i lśniące wody są jak oleista ziemia. To przynajmniej byłby spokój.
Albert Camus, Dzienniki z podróży, tłum. Aleksandra Machowska, Zielona Sowa 2004,

poniedziałek, 14 lipca 2014

Odcinek 1109: Albert Camus, 1949 rok

Z dziennika Alberta Camusa

14 lipca 1949 roku
Albert Camus.
Nieustanna piękna pogoda. Kończę moją pracę, tę przynajmniej, którą mogłem doprowadzić do końca na statku, zostawiając resztę. Po południu, w odległości kilkuset metrów od nas, nad wodę wynurzyła się ogromna czarna bestia, wywołując kilka fal i wyrzucając dwie fontanny wodnego pyłu. Kelner z baru, stojący koło mnie, zapewnił mnie, że to wieloryb. I niewątpliwie wielkość, ogromna siła, z jaką pływa, wygląd samotnej bestii... ale pozostaję sceptyczny. Po południu - list i walizki. Wieczorem przyjęcie u komendanta i kolacja z okazji 14 lipca. Po raz pierwszy - zachód słońca bez mgły. Słońce, po prawej i po lewej stronie, otoczone jest pierwszymi górskimi zboczami Brazylii, czarnymi i poszarpanymi. Tańczymy, podpisujemy się na kartach menu, wymieniamy wizytówki i obiecujemy wszyscy znów się spotkać, zwierzęce słowo honoru. Jutro wszyscy o wszystkich zapomną. Idę spać późno, zmęczony i zastanawiając się, jak to zrobić, by dotrzeć do tego kraju w trochę rozluźnionym nastroju.
Albert Camus, Dzienniki z podróży, tłum. Aleksandra Machowska, Zielona Sowa 2004, s. 36.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Odcinek 60: Albert Camus, rok 1949

Z dziennika Alberta Camusa

21 sierpnia 1949 roku
Albert Camus
O ósmej rano na nogach. Spałem trzy czy cztery godziny. Ale samolot odlatuje o jedenastej. Pod niebem delikatnym, wietrznym, zachmurzonym, Montevideo rozpościera swoje plaże - miasto czarujące, gdzie wszystko każe myśleć o szczęściu - ale o szczęściu bez polotu. Głupota tych podróży samolotem - środkiem lokomocji barbarzyńskim i zacofanym. O piątej przelatujemy nad Rio i przy schodzeniu przyjmuje mnie owo powietrze zwarte i wilgotne, konsystencji waty, o którym już zapomniałem i które jest specyficzne dla Rio. Jednocześnie - wrzaskliwe i różnokolorowe papugi oraz paw o przeraźliwym głosie. Nie mam ochoty na nic innego, jak tylko iść spać, bez wieści zresztą, żaden list nie czeka na mnie w ambasadzie.
Albert Camus, Dzienniki z podróży, tłum. Aleksandra Machowska, Zielona Sowa 2004, s. 93.

Montevideo z lotu ptaka.