Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Byron George. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Byron George. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 listopada 2014

Odcinek 1193: George Byron, 1821 rok

List George'a Byrona do żony, Anne, napisany po sześcioletniej separacji

Piza, 17 listopada 1821 roku
Anne Isabella Noel Byron.
Pragnę  potwierdzić odbiór włosów Ady [córki], które bardzo są miękkie i ładne, i prawie już tak ciemne jak moje, gdy miałem lat dwanaście — o ile dobrze pamiętam te, które są w posiadaniu Augusty, a obcięte zostały w tym właśnie wieku. Nie kręcą się jednak — może dlatego, że ich nie przycinano.
Dziękuję Ci również za wpisanie daty oraz imienia, a powiem Ci dlaczego; bo są to bodaj jedyne słowa pisane Twoją ręką, jakie posiadam. Albowiem listy Twoje zwróciłem, wyjąwszy zaś dwa wyrazy czy raczej jeden: „Gospodarstwo", wypisany dwukrotnie w starej książce rachunkowej, nic innego już nie mam. Ostatni Twój list spaliłem z dwóch powodów: po pierwsze był utrzymany w niezbyt przyjemnym tonie, po wtóre zaś chciałem uwierzyć Ci na słowo, bez dokumentów, które są doczesnym środkiem ludzi podejrzliwych.
Przypuszczam, że list ten dojdzie rąk Twoich gdzieś około urodzin Ady — 10 grudnia, jak mi się zdaje. Ukończy ona wtedy lat sześć, tak więc gdy minie ich jeszcze dwanaście, będę miał możliwość spotkania jej; może wcześniej, jeżeli interesa, czy inne przyczyny, do powrotu do Anglii mnie zmuszą. Pamiętaj wszakże o jednym: czy to z daleka, czy z bliska: każdy dzień, który nas rozdziela, winien po czasie tak długim raczej złagodzić nasze wzajemne uczucia, które zawsze mieć muszą jeden punkt styczny, dopóki nasze dziecko żyje, a z pewnością oboje ufamy, że żyć będzie jeszcze długo po swoich rodzicach.
Czas, który od separacji upłynął, jest znacznie dłuższy niż cały krótki okres naszego związku i niewiele bardziej długotrwała uprzednia znajomość. Oboje popełniliśmy ciężką pomyłkę, teraz jednakże jest już po wszystkim, i to nieodwołalnie. Albowiem w wieku trzydziestu trzech lat w moim przypadku, a kilku mniej w Twoim — choć nie jest to nazbyt spóźniona pora życia — nawyki i myśli bywają przecie na ogół tak już ukształtowane, iż zmian nie dopuszczają; a skoro nie mogliśmy się zgodzić w młodszych latach, z trudnością osiągnęlibyśmy to teraz.
Augusta Ada Byron.
Mówię te rzeczy, bo wyznam Ci, że mimo wszystko przez rok z górą od separacji nie uważałem naszego powrotu do siebie za niemożliwy; potem jednakże całkowicie i na zawsze nadzieję tę porzuciłem. Atoli właśnie ta   niemożliwość   naszego   pojednania   wydaje  się,   mnie przynajmniej, powodem, dla którego w nielicznych spornych sprawach, jakie między nami wyniknąć mogą, winniśmy okazywać sobie uprzejmość i  tyle łagodności,  ile ci, którzy już nigdy spotkać się nie mają, okazują sobie wzajemnie — może z większą łatwością niż bliżsi krewni. Co do mnie,  to jestem  gwałtowny,  ale nie pamiętliwy; jedynie   bowiem   świeże   zaczepki   mogą   pobudzić   moją urazę. Tobie, która jesteś chłodniejsza i bardziej skupiona, chciałbym  jedynie napomknąć,  że może niekiedy poczytujesz głębię zimnego gniewu za godność, a jeszcze gorsze uczucie za obowiązek. Upewniam Cię, że teraz (bez względu na to, co niegdyś uczynić mogłem) nie  chowam  już do  Ciebie   żadnej   urazy.   Pomnij,   że   jeśli  skrzywdziłaś mnie w czymkolwiek, wybaczenie takie coś znaczy; a. jeśli ja Cię skrzywdziłem, znaczy więcej jeszcze, o ile prawdą jest,  co  powiadają  moraliści,   że   ci,  którzy  najbardziej krzywdzą, najmniej są do przebaczenia skłonni.
Przestałem już rozmyślać nad tym, czy wina była jedynie po mojej stronie, czy obopólna, czyli też głównie Twoja; pamiętam tylko o dwóch rzeczach — a mianowicie, że jesteś matką mojego dziecka i że już nigdy się nie spotkamy. Sądzę, że jeśli także rozważysz oba te punkty w stosunku do mnie, będzie to z pożytkiem dla wszystkich trojga.
Zawsze Twój
Noel Byron
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 312-315.

wtorek, 14 stycznia 2014

Odcinek 928: George Byron, 1811 rok

List George'a Byrona do matki

Ateny, 14 stycznia 1811 roku
Służba ignorująca dzwonek, rys. George Cruikshank.
Droga Pani,
Korzystam z każdej okazji, by pisać — jak zwykle, krótko — ale za to często, bo wobec braku regularnej komunikacji nigdy nie można mieć pewności, że list dojdzie. Ukończywszy wielki objazd po Troadzie, Konstantynopolu, itd., ostatnio odbyłem kilka małych wycieczek po sto lub dwieście mil w okolicach Morei i Attyki, a teraz znowu wróciłem do Aten. Zdaje się, że już niejeden raz pisałem Ci, iż przepłynąłem (na wzór Leandra, chociaż nie mam damy serca) przez Hellespont z Sestos do Abydos. O tym, jak i o innych przygodach, opowie Ci szczegółowo Fletcher, którego odesłałem do Anglii z różnymi papierami, itd. Jego odjazd nie jest dla mnie żadną stratą; władając nieźle językiem włoskim i nowogreckim, który zresztą teraz jeszcze studiuję pod kierunkiem nauczyciela, mogę wydawać polecenia i rozmawiać lepiej nawet, niż powinno wystarczać rozsądnemu człowiekowi. A przy tym jego ciągłe biadania na brak wołowiny i piwa, głupia, fanatyczna pogarda dla wszystkiego, co cudzoziemskie, i beznadziejna niezdolność do nauczenia się choćby kilku słów obcego języka sprawiały, że był on dla mnie, jak wszyscy zresztą angielscy służący, raczej zawadą. Wierz mi, że utrapiona konieczność rozmawiania za niego, wygody, jakich wymagał (sto razy większych niż ja), pilawy (potrawa turecka z ryżu i mięsa), których nie mógł jeść, wina, których nie mógł pić, łóżka, na których nie mógł spać, i długa lista klęsk, takich, jak potykające się konie, brak herbaty!!! itd., które zawsze go osaczały, i mogą stanowić niewyczerpane źródło śmiechu dla widza, a kłopotów dla pana. Biedak jest zresztą uczciwy i w krajach chrześcijańskich nawet dosyć obrotny; ale w Turcji, Boże odpuść! moi żołnierze albańscy, moi Tatarzy i janiserzy pracować musieli za niego i za nas, jak o tym może zaświadczyć mój przyjaciel Hobhouse. 
George Byron.
 Możliwe, że na wiosnę podążę ku domowi, ale żebym mógł to uczynić, muszę mieć przesyłki. Moje fundusze w zupełności by mi wystarczyły, ale musiałem pożyczyć przyjacielowi, który zresztą na pewno mi odda. Tymczasem jednak mam trzos pusty. Na razie nie zamyślam wyprawy tej zimy, a zresztą już mnie trochę zmęczyło wędrowanie; ale tak jestem przeświadczony o korzyściach płynących z oglądania ludzkości — zamiast czytania o  niej — i o zgubnych skutkach zamykania się w domu wśród   wszystkich   ciasnych  przesądów  wyspiarskich,   że chciałbym, by uchwalono u nas prawo nakazujące naszej młodzieży   wyjazd  ma   pewien  czas  za   granicę   do  tych niewielu sprzymierzeńców, których zostawiły nam  nasze wojny.
Widuję się tu i rozmawiam z Francuzami, Włochami, Niemcami, Duńczykami, Grekami, Turkami, Amerykanami, itd., itd., itd.; i nie tracąc z oczu swego własnego kraju, mogę osądzać obce kraje i obyczaje cudzoziemców. Gdy dostrzegam wyższość Anglii (o tej wyższości, mówiąc nawiasem, mamy w wielu dziedzinach bardzo błędne wyobrażenie), jest mi przyjemnie, a w tych wypadkach, gdy widzę jej niższość, przynajmniej się oświecam. Tak, mógłbym siedzieć w waszym kraju — wśród dymu miast albo mgieł wsi — choćby przez cały wiek, a nie zdobyłbym tej właśnie wiedzy i nie poznałbym żadnych spraw bardziej pożytecznych lub zabawnych. Nie prowadzę dziennika ani nie mam żadnego zamiaru opisywania swych wojażów. Wyrzekłem się kariery autorskiej; jeśli w ostatnich swoich utworach dowiodłem krytykom i światu, że jestem czymś więcej, niż oni sądzili, to wystarcza  mi  to;  nie   chcę  narażać  takiej   reputacji  jakąś następną  próbą.  Wprawdzie  mam  jeszcze  trochę  innych rzeczy  w  rękopisie,   ale  zostawiam   je  dla  tych, którzy przyjdą po mnie; jeśli, uznają je za godne opublikowania, mogą przysłużyć się przedłużeniu mojej pamięci, gdy ja sam przestanę o sobie pamiętać. Mam tu sławnego artystę bawarskiego, który maluje dla mnie pewne krajobrazy, Aten, itd.,  itd.  To będzie lepsze  od bazgraniny,  tej choroby, z której — jak sądzą — już zdołałem się wyleczyć. Po powrocie chciałbym wieść życie w spokoju i odosobnieniu,  ale  przyszłość zna  tylko Bóg, który kieruje wszystkim ku naszemu dobru;  tak przynajmniej  powiadają ludzie, a ja nie mam co rzec przeciw temu, bo — ogólnie  biorąc  — nie   mam   powodów,  by  uskarżać  się na swój los. Przekonałem się jednak, że ludzie bardziej sami   sobie   szkodzą,   niż   kiedykolwiek   mógłby   im   zaszkodzić diabeł. Spodziewam się, że ten list zastanie Cię w  dobrym  zdrowiu i  na  tyle szczęśliwą, na  ile jest to dla nas możliwe; pociesz się przynajmniej, że ja w takim właśnie jestem stanie i że pozostaję
niezmiernie Ci oddany.
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 81-83.

piątek, 6 grudnia 2013

Odcinek 889: George Byron, 1813 rok

Z dziennika George'a Byrona

Poniedziałek 6 grudnia [1813 roku]
[...] Czytałem wiele, ale bez ładu. Głowa zawalona najniepotrzebniejszym bagażem. Rzecz dziwna, gdy czytam, zniosę każdą lekturę z wyjątkiem rosołku z powieści. Od lat nie rzuciłem okiem na powieść (czasem zamawia się je dla eksperymentu, ale nigdy się ich nie spożywa), aż wczoraj przerzuciłem najgorsze rozdziały Mnicha [powieść gotycka M.G. Lewisa]. Opisy godne pióra Tyberiusza na Kaprei — są wymuszone — zaprawione lubczykiem pomysły znużonego rozpustnika. Nienaturalne — kwaśna śmietana z much hiszpańskich. Nie potrafię zrozumieć, jak mogły wyjść spod pióra człowieka zaledwie dwudziestoletniego — a tyle właśnie miał lat, gdy pisał. Przypuszczałbym raczej, że pisał je Buffon umierając na swe ohydne rozmiękczenie mózgu. Nigdy tej publikacji nie czytałem, rzuciłem okiem jedynie z ciekawości, pamiętając, jakiej wrzawy narobiła oraz rozgłos, jaki pozostawiła Lewisowi. [...]
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960,s. 454-455.

niedziela, 15 września 2013

Odcinek 807: George Byron, 1809 rok

List George'a Byrona do matki

Malta 15 września 1809
Pani Spencer Smith.
Droga Matko,
Chociaż bardzo niewiele mam wolnego czasu (natychmiast bowiem odjeżdżamy do Grecji), muszę skorzystać z okazji, by powiadomić Cię, iż czuję się dobrze. Parę dni spędziłem w Malcie i miłe na mnie zrobiła wrażenie gościnność jej mieszkańców.
Ten list powierzyłem pieczy bardzo niezwykłej kobiety, o której niewątpliwie słyszałaś,  Pani   Spencer   Smith; Markiz   de   Salvo parę  lat   temu   opublikował   powieść o jej ucieczce. Potem jeszcze rozbił się okręt, na którym jechała — jednym słowem, życie jej od samego początku tak   obfitowało   w   przedziwne  zdarzenia,   że   w   powieści wydałyby się one nieprawdopodobne. Urodziła się w Konstantynopolu, gdzie jej ojciec, Baron Herbert, był austriackim  ambasadorem. Wyszła za  mąż nieszczęśliwie, a mimo to nigdy nie zarzucano jej złych obyczajów. Naraziła  się na gniew Bonapartego przez  udział  w jakimś spisku, kilka razy ryzykowała swe  życie,   a   jeszcze nie ma   dwudziestu   pięciu   lat.   Teraz   jedzie   do   Anglii, by spotkać się z mężem, zbliżanie się Francuzów zmusiło ją do opuszczenia Triestu, gdzie gościła u swej  matki; niebawem odpłynie okrętem wojennym. Od mojego tu przybycia była ona niemal jedyną moją towarzyszką. Wydała mi   się   bardzo   ładna,   bardzo   wykształcona   i   ogromnie oryginalna.  Bonaparte  jeszcze teraz tak  jest na nią rozwścieczony, że niepewny byłby jej  los, gdyby ją po raz drugi pojmali.
Już zdążyli Ci się pokazać Murray i Robert i otrzymałaś mój list. Od owej daty nie przydarzyło mi się nic szczególnego. Wpadłem po drodze do Cagliari w Sardynii i do Girgenti na  Sycylii,  a  jutro odpływam  do Patras, skąd   podążę   do  Janiny,   gdzie   jest   dwór   Alego  Paszy. A  więc niebawem  znajdę się  wśród muzułmanów.  Bądź zdrowa.
Przyjmij   ode  mnie  wyrazy szczerego oddania  —

Byron

George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 57-58.

środa, 27 lutego 2013

Odcinek 616: George Byron, 1814 rok

Z dziennika George'a Byrona

Niedziela 27 lutego 1814 roku
George Byron.
Oto siedzę sam w domu zamiast być na obiedzie u lorda H., dokąd mnie zaproszono. Nie miałem jednak ochoty pójść gdziekolwiek. Hobhouse twierdzi, że staję się loup garou — samotnym złym duchem. To prawda — „jestem samotny”. Ostatni tydzień spędziłem na czytaniu, chodzeniu do teatru, przyjmowaniu wizyt — trochę na ziewaniu, a trochę na wzdychaniu — tylko nie na pisaniu — z wyjątkiem listów. Gdybym tak mógł zawsze czytać, nie odczuwałbym w ogóle potrzeby towarzystwa. Czy żałuję tego? Hm! „Ludzie mnie nie cieszą — tylko jedna kobieta — od czasu do czasu.
Obecność kobiety bardzo mnie uspokaja — mają jakiś dziwny wpływ, nawet gdy się w nich nie kocham — czego w żaden sposób nie umiem sobie wytłumaczyć, jako że nie jestem o tej płci zbyt wysokiego mniemania. A przecież zawsze jestem przychylniejszy sobie i wszystkiemu, gdy w zasięgu mego oka znajduje się kobieta. Nawet Mrs. Mule, moja kucharka, najbardziej staroświecka i zasuszona osoba swej płci — a poza tym nie najłagodniejsza (dla wszystkich poza mną) — zawsze zmusi mnie do śmiechu, co zresztą nie jest trudne „gdy jestem w nastroju
.
Hej ho! Żebym to był na mojej wyspie! Źle się czuję, a mimo to wyglądam zdrów. Obawiam się chwilami, że „nie jestem przy zdrowych zmysłach
— a przecież i moje serce, i głowa przetrzymały wiele ciosów, cóż by więc brakowało im teraz? Serce moje i głowa same się zżerają, a ja jestem chory, chory...
Pies, koń, mysz może żyć, a ty i tchnienia
Wydać nie możesz!
Dwadzieścia sześć lat, jak to mówią, mógłbym już i powinienem przecież być co najmniej paszą. „Zbrzydło mi słońce."
Buonaparte jeszcze nie pobity. Odparł Bluchera i powstrzymał uderzenie Schwartzenberga. Oto, co znaczy mieć głowę na karku. Jeśli raz jeszcze zwycięży, vae victis.
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 469-470.

piątek, 14 grudnia 2012

Odcinek 541: George Byron, 1808 rok

List George'a Byrona do Augusty Leigh

Newstead Abbey, Notts. 14 grudnia 1808 roku

George Byron.
Najdroższa Augusto,
Pisząc w ostatnim liście, że moje stosunki ze światem uczyniły moje serce twardym, nie miałem na myśli jakiegoś rozczarowania w sprawach matrymonialnych, bynajmniej: choć splamiłem się wieloma niedorzecznościami, ufam Bogu, że nigdy nie uwikłam się w to najgorsze zło, jakim jest małżeństwo. Nie wątpię, że są w tej dziedzinie wyjątki, i, oczywiście, Twoje małżeństwo do nich zaliczam, ale przypomnij sobie, że „wyjątki tylko potwierdzają regułę". 
Żyję tu ściśle według swego obyczaju, to znaczy — samotnie, gdyż nic mógłbym znieść towarzystwa nawet najlepszego przyjaciela dłużej niż przez miesiąc; tak podobni są do siebie, ogólnie biorąc, wszyscy ludzie na świecie i tak konsekwentnie stają się co dzień bardziej obrzydliwi, że gdyby nie pewien wpływ ambicji i przeświadczenie, iż w czasach takich, jak obecne powinniśmy wykonywać należne do nas obowiązki, spędziłbym tu całe swoje życie, wśród jednostajnej samotności. Złożyła mi już wizyty cała okoliczna arystokracja i szlachta; ale ja nie rewizytuję nikogo. Joseph Murray dzierży naczelną pieczę nad moim domem, biedny poczciwina. Okropny byłby ze mnie gbur, gdybym nie zadbał o jego los w sposób najbardziej odpowiedni dla jego uczuć i dla moich. Mam kilka koni i sporo ekwipunku, ale nie zajmuję się polowaniem ani strzelaniem. Nienawidzę wszelkich sportów, chociaż przed paroma laty byłem już nieźle zaawansowany w wykwintnych sztukach tropienia lisów, łowów z sokołem, boksu itd., itd. Moja biblioteka jest dosyć zasobna i (jak może wiesz sama) zabazgruję mnóstwo papieru; pochlebiam sobie, że poczyniłem pewne ulepszenia w Newstead, a ponieważ jestem niezależny, czuję się szczęśliwy — w takim przynajmniej stopniu, jak można to powiedzieć o osobie, która miała nieszczęście przyjść na ten świat.
Z radością powitam Twój list, kiedy zechcesz napisać; przyjmij ode mnie zapewnienia bardzo serdecznej przyjaźni
Byron
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 42-43.

sobota, 8 września 2012

Odcinek 444: George Byron, 1816 rok

List George'a Byrona do przyrodniej siostry, Augusty Byron-Leigh

Diodati pod Genewą, 8 września 1816 roku
George Byron.
...Groziło mi trochę niebezpieczeństwa na jeziorze (w pobliżu Meillerie), ale nie ma o czym mówić; a co do wszystkich tych „kochanek”, Bogu dzięki, że miałem tylko jedną. No, nie łajaj; ale cóż ja mogłem zrobić? - głupia dziewczyna, wbrew wszystkiemu, co mówiłem i robiłem, chodziła za mną, a raczej przede mną - bo zastałem ją tutaj - i miałem diabelnie ciężkie zadanie z przekonaniem jej, żeby wróciła do domu; ale wreszcie sobie pojechała. Otóż, Najdroższa, mówię Ci jak najszczerzej, że nic na to nie mogłem poradzić, że zrobiłem wszystko, co mogłem, by temu zapobiec, a wreszcie położyłem temu kres. Nie byłem zakochany i nie zostało we mnie miłości dla nikogo; ale dość trudno mi było odgrywać stoika wobec kobiety, która przywlokła się z odległości ośmiuset mil po to, by mnie odfilozofować. Poza tym, ostatnio raczono mnie (niestety) tylokrotnie „dwoma daniami z deserem, złożonymi z odrazy, że miałem ochotę przyjąć odrobinę miłości (jeżeli ktoś się z nią szczególnie narzuca) jako nowość. A teraz wiesz wszystko, co ja sam wiem o tej sprawie, i rzecz skończona. Proszę Cię, pisz. Nie miałem od Ciebie żadnych wiadomości od czasu ostatniego Twego listu, co najmniej miesiąc albo pięć tygodni temu. Bardzo mało wychodzę z domu, chyba dla zażycia świeżego powietrza, dla wycieczek lub nad jezioro, lub do Copet, gdzie Pani de Staël była dla mnie szczególnie dobra i przyjazna, i (jak słyszałem) staczała niezliczone bitwy w mojej bardzo kiepskiej sprawie. Sprawa ta (mówią) wywołała tyle samo hałasu po tej stronie kanału La Manche, co po tamtej. Niebiosa jedne wiedzą, czemu - ale wydaje się, że jestem przeznaczony do tego, by ludzie się o mnie za łby brali. Nie miej do mnie nienawiści, ale wierzaj, żem Ci jest zawsze najserdeczniej oddany.
Byron 
Cyt. za: Ogrody listów miłosnych: Od Owidiusza do Kieślowskiego, oprac. Marlena Krzyżostaniak, Astrum 1999, s. 78.

sobota, 25 sierpnia 2012

Odcinek 430: George Byron, 1819 rok

List George'a Byrona do hrabiny Teresy Guiccioli

Bolonia, 25 sierpnia 1819 roku 


Hrabina Teresa Guiccioli.
Kochana moja Tereso, czytałem tę książkę w Twoim ogrodzie — miła moja. Ciebie tam nie było, bo inaczej nie mógłbym jej czytać. To Twoja ulubiona książka, a autorka była mi przyjacielem. Nie zrozumiesz tych angielskich słów i inni ich nie zrozumieją — z tego to powodu nie nagryzmoliłem ich po włosku. Ale poznasz pismo tego, co Cię namiętnie kochał, i zgadniesz, że nad książką, która należy do Ciebie, potrafił myśleć tylko o miłości. W tym słowie, pięknym  we wszystkich językach,   ale  najpiękniejszym   w  Twoim  —  Amor  mio  — zawiera się moje istnienie i na tym świecie, i na tamtym. Czuję, że  istnieję  tutaj,  i  obawiam się,  że  będę  istniał po  śmierci —  i  Ty  zdecydujesz po co. Przeznaczenie moje spoczywa w Twoich rękach, a Ty jesteś kobietą siedemnastoletnią i od dwóch lat poza klasztorem. Naprawdę, wolałbym, abyś tam pozostała   albo  przynajmniej, bym Cię nigdy nie był spotkał jako mężatki.
Ale na to wszystko za późno. Kocham Cię i Ty mnie kochasz, a przynajmniej tak mówisz i postępujesz tak, jak byś mnie kochała, co jest w każdym razie wielką pociechą. Ale ja Cię więcej niż kocham i nie mogę przestać kochać.
Pomyśl o mnie czasami, kiedy Alpy i ocean będą nas dzieliły — ale nigdy nie rozdzielą, chyba że Ty tego zechcesz.
Byron

George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 235-236.

wtorek, 10 kwietnia 2012

Odcinek 293: George Byron, 1814 rok


Z dziennika George'a Byrona

10 kwietnia 1814 roku

Wcale nie jestem przekonany, że samotność służy mi najlepiej! Ale jedno wiem z pewnością, że wystarczy, bym krótki czas był w towarzystwie, nawet w towarzystwie tej, którą kocham (Bóg, a przypuszczalnie i diabeł mi świadkiem), a już tęsknię za towarzystwem mojej lampy i mojej zupełnie nie uporządkowanej i poprzewracanej biblioteki. Nawet w dzień częściej wolę odsyłać powóz aniżeli go używać czy nadużywać. Per esempio — nie ruszałem się z tych pokoi przez ostatnie cztery dni: ale dla zażycia ruchu urządzałem sparring (przy otwartych oknach) z Jacksonem, godzinę dziennie, po to, by zeszczu­pleć i podtrzymać subtelniejszą cząstkę mojej istoty. Im większy wysiłek, tym lepszy nastrój przez resztę dnia, a potem wieczorem lekka pustka zmęczenia, którą tak bardzo lubię. Dziś boksowałem się przez godzinę — napi­sałem odę do Napoleona Buonapartego — przepisałem ją — zjadłem sześć biszkoptów — wypiłem cztery butelki wody sodowej — resztę czasu spędziłem na czytaniu, nie licząc udzielania biednemu [Websterowi] całej masy po­rad w sprawie jego kochanki, która go doprowadza do tego, że staje się człowiekiem suchotniczym i nieznośnym. I to ja właśnie mam być właściwą osobą do udzielania lekcji na temat tej „sekty”. Nie ma to zresztą załączenia, moje rady nigdy nie są wysłuchane.
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 482.

sobota, 21 stycznia 2012

Odcinek 213: George Byron, 1821 rok

Z dziennika George'a Byrona

21 stycznia 1821 roku
George Byron w stroju albańskim.
Piękny, pogodny, mroźny dzień — to znaczy włoski mróz, u nich bowiem zima rzadko wykracza poza śnieg, toteż nikt tu nie umie ślizgać się na łyżwach — to należy do holenderskich i angielskich umiejętności. Jeździłem konno jak zwykle i strzelałem z pistoletów. Strzelałem dobrze — w czterech strzałach z dwunastu kroków ze zwyczajnej pary pistoletów przy nie najlepszym prochu rozbiłem cztery zwyczajne i raczej niewielkie butelki. Strzelałem prawie równie dobrze ze strzelby jak i pistoletu — biorąc pod uwagę różnicę prochu i pistoletów — jak w 1809, 1810, 1811, 1812, 1813, 1814, kiedy to trafiałem w laski, naklejki, monety, a nawet z dwunastu kroków do gałki laski pojedynczą kulą — i to wszystko oko i kalkulacja, nie mam bowiem spokojnej ręki i zmienia się przy każdej pogodzie. Prawdziwość tej notatki mogą poświadczyć Joe Manton i inni; pierwszy uczył mnie, a inni widzieli, jak dokonywałem tych wyczynów.
Jadłem obiad, składałem wizytę, wróciłem do domu — czytałem. Zwróciłem uwagę na anegdotę w Correspondence Grimma następującej treści: „Regnard i większość poetów komicznych byli to ludzie melancholiczni i śledziennicy; i np. pan Voltaire, który jest bardzo wesoły, pisał tylko tragedie, a żartobliwa komedia jest jedynym gatunkiem literackim, w którym mu się nie powiodło. Rzecz w tym, że ten, kto śmieje się i ten, kto śmieszy innych, to dwaj ludzie zupełnie różni”. t. VI.
Czuję się w tej chwili bardziej tetryczny aniżeli najlepszy z ich komediopisarzy (nawet bardziej aniżeli sam Regnard, który obok Moliera jest autorem kilku najlepszych komedii, jakie zostały napisane w jakimkolwiek języku i który podobno popełnił samobójstwo) i nie jestem w odpowiednim nastroju, by kontynuować zamierzoną tragedię o Sardanapalu. Już od kilku dni przestałem ją pisać.
Jutro moje urodziny — to znaczy o godzinie dwunastej, o północy, a więc za dwanaście minut kończę trzydziesty trzeci rok życia!!! Udaję się na spoczynek z ciężkim sercem — żyłem tak długo i z tak małym pożytkiem.
Jest teraz trzy minuty po dwunastej. „Północ wybiła na zegarze zamku”, a ja mam trzydzieści trzy lata!
Oj, lecą latka, Posthumie drogi,
I nie pomoże czcić wielkie bogi -
(z Horacego, tłum. Jan Czubek)
Nie żałuję tak bardzo tego, co zrobiłem, jak tego, co mogłem zrobić.
Przez nudę życia, brudy i grzech
Jam do trzydziestu dowlókł się i trzech.
I cóż ta droga zostawiła mi?
Nic — jeno owe trzydzieści i trzy.
(tłum. Czesław Jastrzębiec Kozłowski)
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 521-522.

środa, 7 grudnia 2011

Odcinek 168: George Byron, 1813 rok

Dziennik George'a Byrona

Wtorek, 7 grudnia 1813 roku
George Byron

Poszedłem spać i nic mi się nie śniło, ale mimo to nie odpocząłem. Zbudziłem się na godzinę przed wszelkimi wizytami, po czym zmarnowałem trzy godziny na ubieranie się. Gdy odjąć od życia dzieciństwo (okres wegetacji), sen, jedzenie i pijaństwo, zapinanie i odpinanie guzików — ileż pozostanie na prawdziwe życie? Tyle co trwa lato susła.
Czytałem gazety, popijałem herbatę i wodę sodową i stwierdziłem, że ogień jest źle rozpalony. Lord Glenbervie zaprasza mnie do Brighton, hm!
Dziś rano śliczny bilecik od Pani Staël o jutrzejszym naszym spotkaniu u Lorda H. Jestem przekonany, że rano napisała dwadzieścia takich bilecików do rozmaitych ludzi, wszystkie równie pochlebne. Tym lepiej dla niej i dla tych wszystkich, którzy wierzą względnie życzą sobie wierzyć w szczerość jej słów. Była zadowolona z zadowolenia, jakie jej sprawiła moja drobna pochwała w uwadze dołączonej do Narzeczonej.
Wytłumaczyć to można na kilka sposobów — po pierwsze: wszystkie kobiety lubią wszelkie względnie jakiekolwiek pochwały, po drugie: była tym zaskoczona, ponieważ nigdy jej nie nadskakiwałem, po trzecie: jak to mówi Scrub, ci, których przez całe życie zawodowo chwalili zawodowi krytycy lubią nieco odmiany i cieszą się, gdy ktoś zada sobie nieco trudu, by powiedzieć coś uprzejmego, po czwarte zaś jest to istota bardzo życzliwa, co koniec końców jest najlepszym i prawdopodobnie jedynym tłumaczeniem.
Ktoś puka do drzwi, raz, drugi. Wpadł Bland. Opowiada, że towarzystwo holenderskie (był w Holandii) jest francuskim z drugiej ręki, ale kobiety takie jak wszędzie. Co za nuda. Wolałbym, żeby były trochę n i e podobne ale o tym nie ma nawet co marzyć.
Wychodziłem, wróciłem do domu, to, tamto i owo — a wszystko marność, jak mówi Eklezjasta, a jako że do zboru jego należę, powtarzam za nim te słowa. [...]
George Byron, Listy i pamiętniki, tłum. Z. Kubiak, S. Kryński, B. Zieliński, H. Krzeczkowski, M. Skroczyńska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1960, s. 455-457.