Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bujwid Odo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bujwid Odo. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 września 2014

Odcinek 1174: Odo Bujwid, 1939 rok

Z dziennika Odona Bujwida

30 września 1939 roku, sobota
Może zakończyć moje codzienne pisanie, bo przecież teraz popłynie szare, gorzej, czarne życie swym nowym, strasznym korytem. Myśli coraz czarniejsze, bo rzeczywistość nie pozwala na inne. Słońce ostatniego września pogodne, z lekkim, ale już dokuczliwym przymrozkiem, niby to samo, a jakże inne po 20 latach. Niewola pod germańskim batogiem, pod codzienną groźbą utraty wszystkich praw kulturalnego człowieka. Jednostka tylko fizyczna, nie mogąca samodzielnie myśleć i działać, związana pętami niewoli, przecież to nie do zniesienia po tak cudnych złudach ostatnich kilkunastu lat. [...] Trzeba będzie zamknąć te kartki i zacząć wegetować i więdnąć jak roślina bez korzeni.
Do ostatnich czasów łudziłem się jeszcze. Co za naiwność i starcze

zniedołężnienie. Podtrzymywałem niby istnienie Zakładu, który nie jest bez pożytku. Ta jedna myśl daje trochę ukojenia, ale jakże niewielką odrobinę wobec ogromu nieszczęścia, jakie się zwaliło na naród. Czy nie błyśnie już żadna nadzieja? Czy wolno myśleć o nadziei, gdy się nic nie zrobiło, ażeby stworzyć należycie zorganizowaną siłę? „Silni, zwarci, gotowi!” — frazes, który strasznie pomścił się na narodzie. „Siłę odeprzemy siłą!” — a po miesiącu beznadziejnej walki leżymy na obie łopatki. To są jednak błędy nie do darowania. Nie dorośliśmy do zadania. Za łatwo przyszła niepodległość.
Kraj ogarnięty paniką, wywołaną celowo przez nagły nalot samolotów, według doskonale obmyślonego planu przeciwnika, nie stawia oporu, aż dopiero pod koniec. Kraków oddany bez walki. Armia lubelska poddaje się, dopiero później zaczyna się opór pod Kutnem i Warszawą, która wreszcie, po bohaterskim oporze, musi ulec. Trzyma się jeszcze Modlin. Osłabia to przeciwnika, który wysłał duże siły na front polski. Szkoda tylko, że pogoda sprzyjała wrogowi przez cały czas, ale niewątpliwie dużo siły zużył on przez ten miesiąc. Świat walczy o swe prawa, nie może ustać w tej walce. Nie o Polskę tu chodzi, ale o hegemonię teutońską nad Europą. Jeżeli świat to zrozumie, to nasza sprawa nie jest jeszcze przegrana.
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 164.

niedziela, 11 maja 2014

Odcinek 1045: Odo Bujwid, 1941 rok

Z pamiętnika Odona Bujwida

11 maja 1941 roku
Wczoraj był dzień pogodny, chociaż rano było tylko +2° C. Dzisiaj znowu w nocy i pół dnia padał deszcz. Coraz gorzej zapowiadają się zbiory. Nawet groch nie posadzony ani ziemniaki, takie błoto. Trawy idą źle. Już teraz brak ziemniaków, a zakupione przez gminę dla wysiedlonych zabrało na drodze wojsko. Mięsa brak, tak że mówią o wyrzynaniu bydła zarodowego. Zaczyna brakować żywności w wojsku. Żołnierze nie dostają piwa i stąd rośnie niezadowolenie. Mąki kupić nie można nawet po 6 zł za kilo. Niemieccy urzędnicy bez łapówki, w postaci 30 jajek, nie wystawiają zaświadczeń.
Moje weszki, których karmię około 1000 sztuk dwa razy dziennie, porobiły na mnie duże, swędzące ślady, ale się powoli przyzwyczajam do swędzenia i nawet chwilowego bólu, który przychodzi okresami. Jurek się przepracowuje i chciałbym mu ująć pracy, ale stopniowo tylko zabieram dodatkowo do karmienia po jednej klatce hodowlanej i doszedłem już do ośmiu. Dla gimnastyki mięśni wymyśliłem sobie zajęcie — mielenie palonych w kuchni kości na proszek, który zastosuję u młodych zwierząt i w doświadczeniach doniczkowych z fasolą, soją i innymi roślinami hodowanymi na oknie.
[...] Mam stałą przyjemność w obcowaniu z moją wnuczką Zosią, a jakże mało zajmowałem się własnymi dziećmi, zostawiając wszystkie obowiązki matce, tej niezastąpionej wychowawczyni, sam będąc zajęty pracą, rozrywką rybacką, myślistwem, rozjazdami na kongresy po Europie i Ameryce Południowej i innymi sprawami, związanymi z moim ruchliwym życiem. Do pisania podręczników nie miałem żadnego powołania. Pisałem tylko krótkie prace albo przygotowywałem wykłady nie notowane, wypowiadane z pamięci, do czego stopniowo nabrałem wprawy, bo z początku wszystko musiałem pisać, nie mając zdolności do przemówień.
I oto życie przeszło, kończy się wszystko. Nie będzie już polowań ani rybackich wycieczek na pstrągi. Moi „wędziskarze” przysłali mi kartę rybacką nr 1, ale to zapewne już ostatnia formalność. Ani nogi, ani oczy nie dopisują. Tylko wspomnienia senne zostały dla uprzyjemnienia żywota. I oczekiwanie na uwolnienie z więzów tej barbarzyńskiej zależności, w którą popadliśmy wraz z innymi państwami Europy.

Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 330–331.

czwartek, 13 marca 2014

Odcinek 986: Odo Bujwid, 1942 rok

Z pamiętników Odona Bujwida

12 marca 1942 roku
Biedny Jurek, jak tylko zobaczył gestapowców, stał się prawie chory z obawy. Nie chce spać w swoim mieszkaniu, tak ma dosyć tej strasznej nocy z 15 maja. A przecież zdaje się, że teraz nic mu nie grozi. Potrzebują nas, a zwłaszcza jego. Tyfus się szerzy i jest groźny. 
Wyszedłem, aby kupić rybę. Przy sposobności powiadomiłem kolegę rybaka, że może dostać szczepionkę. Bardzo był wdzięczny za tę wiadomość.  
Widać już wyraźnie, że starość swoje zrobiła. Już mi pomagają przy wsiadaniu do tramwaju i ustępują miejsca dziadowi, czego dotąd nie było. Chodzę z podniesioną głową, ale to udawanie tylko, bo zawroty głowy coraz bardziej dokuczają i krok jak u pijanego. Chwilami boję się, aby mnie nie posądzili, żem zalał pałkę, co teraz na ulicy coraz częściej się widzi. [...] 
Znowu bardzo silny mróz. Rano piękne słońce wyrzuciło mnie z łóżka, a na termometrze poniżej 10° C. Wiosna może nawet gorsza niż w zeszłym roku. Jadzia pisze, że dużo ziemniaków zmarzło. Znowu grozi ludziom ciężki przednówek. Muszę zabrać się do przebierania kaszy owsianej, która tak mi teraz smakuje. Że też u nas jeszcze nie umieją wyrabiać płatków owsianych. Wyhodowałem zieloną pietruszkę w doniczce z figowym krzaczkiem, przyda się do dzisiejszej kartoflanki. Z drugiej doniczki wychylają pyszczki moje pomidory, a jaki ładny szczypiorek. Raduj się, stary dziadzie, czym możesz. A teraz kończ przebieranie kaszy i zanieś trochę mąki Jastrzębskiej.
Dworzec Główny w Krakowie, 1942 rok.

Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 385–386.

wtorek, 24 września 2013

Odcinek 816: Odo Bujwid, 1939 rok

Z dziennika prof. Odona Bujwida

24 września 1939 roku, 11 przed południem
Wracam ze zwiedzania wodociągów, które pokazywałem sanitarnej generalicji. [...]

Wczoraj już nie odezwała się Warszawa II. Czekałem na próżno. Za to miałem „miłą” wizytę w Gestapo, gdzie mnie mordowali przez półtorej godziny, pytając, ile jest w Krakowie klubów masońskich. Uważali, że jako rotarianin muszę to wiedzieć. Nie miałem argumentów, aby ich przekonać, że się mylą. Nic nie pomogło powoływanie się na listy pisane do mnie przez wszystkich rotarian, wskazujące, że nas nie obchodzą sprawy masoństwa. Wyjaśniałem im, że ja osobiście uważam to stowarzyszenie z jego śmiesznymi tajemnicami za przeżytek i nigdy bym do niego nie należał. Nic nie pomogło.
– Nie mogę panu profesorowi wierzyć, przecież pan tyle lat mieszka w Krakowie, że musi pan wiedzieć, ilu jest masonów.
Zniecierpliwiony powiedziałem w końcu:
– Zastrzelcie mnie raczej, jestem na to gotów, a nie męczcie bzdurnymi indagacjami.
Po dłuższej chwili [usłyszałem]:
– No, widzę, że się niczego od pana nie dowiem. Może pan odejść.
Byłem tak zmęczony, że ledwie dolazłem do tramwaju. A potem zaraz miałem szczepienie kilkanastu osób. W nocy czułem się zupełnie chory. Rano trzeba było jechać do wodociągów.
Widzę, że jakiś czas, może nawet długi, posiedzimy w niewoli po tak niedawnej odzyskanej niepodległości. Ale wierzę, że to długo nie potrwa. Tylko, że może ja już osobiście wyswobodzenia nie zobaczę. A tak by się chciało. [...]
Oddział Wehrmachtu wyprowadza chorągwie krzyżackie z Wawelu, maj 1940 roku.
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 160–161.

wtorek, 25 grudnia 2012

Odcinek 552: Odo Bujwid, 1942 rok


Z pamiętnika Odona Bujwida

25 grudnia 1942 roku
Odo Bujwid.
Tak by się chciało dożyć zakończenia tej strasznej męki wojennej, a widzę jednak, że nie zdołam. Siły gwałtownie słabną. Różnica wyraźna z tygodnia na tydzień. Przed dwoma tygodniami mogłem jeszcze dojść do Muzeum Przemysłowego, gdzie odwiedziłem dawno nie widzianych dyrektorstwo Torów. Zawczoraj poszedłem do fryzjera i ledwo wszedłem na schody. A zdarzenia idą szybko naprzód i wydaje się, że do maja powinno się skończyć.
Wigilijną wieczerzę jadłem u Mostowskich, we czwórkę, w bardzo miłym nastroju. Noc poprzednia ciężka, bo arytmia i brak oddechu doszły do niebywałych rozmiarów. Myślałem już, że to koniec. Ale dzisiaj, po wczorajszym wieczorze, spałem dobrze pomimo dosyć sutego jedzenia, które jednak ograniczałem do swych możliwości. Nie wywołały złych następstw nawet trzy kieliszki doskonałego wina, które Włodzio skądś wydostał. Dwukilowy karp, przysłany przez dra Kirscha, miłego prezesa „Wędziska” i towarzysza połowów pstrągów, równie zrobił swoje. Przyszli potem Jurkowie. Oświetlono choinkę i Jurek śpiewał kolędy.
Ta ostatnia już dla mnie Wigilia oddziałała kojąco. Zapomniało się na chwilę o sporach rodzinnych i o wojnie.
Ircia Dziubińska ubrała dla mnie choinkę, jak gdyby mi na tym zależało, a jej było jak gdyby obowiązkiem. Zaopatrzyłem ją zapasami na drogę do domu, bo miała czekać na dworcu kilka godzin.
[Profesor Odo Bujwid zmarł kilka godzin po napisaniu tych zdań, w nocy z 25 na 26 grudnia.]

Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s.404

czwartek, 29 listopada 2012

Odcinek 526: Odo Bujwid, 1942 rok


Z pamiętnika Odona Bujwida

29 listopada 1942 roku
Pamiętna rocznica. Nowiny, jakie nadchodzą ze świata, znamionują bliski przełom w sytuacji wojennej. Północny brzeg Afryki przechodzi coraz bardziej we władanie angielsko-amerykańskie. Front rosyjski zacieśnia się, powstają w nim coraz częstsze wyłomy. Fuhrer podkreśla w swoim wystąpieniu konieczność obrony do upadłego. On przecież nie chciał wojny, spokojnie chciał zagarnąć świat pod władanie germańskie. Zrozumiały te jego intencje Austria i Czechy, tylko Polska nie chciała się poddać i rozpoczęła nierówną walkę.
Lądowanie aliantów w Afryce Północnej, listopad 1942 roku.

Gdy w 1937 roku byłem w Brazylii, napotykałem wszędzie na wyraźne szerzenie się hitleryzmu. W Petropolis, gdzie zbiera się latem cała elita zamożnego świata, na skałach przydrożnych, obok cudownych bukietów hortensji zakwitały swastyki. Niedługo potem posłyszałem o tłumieniu ruchów mniejszości narodowych, co przede wszystkim odbiło się na szkołach i stowarzyszeniach polskich. Pozamykano szkoły i zabroniono kazań po polsku w kościołach. Swastyki pozostały nienaruszone. Tak daleko potrafiła umiejętna propaganda odwrócić uwagę władz brazylijskich w inną stronę. Niemcy uzyskiwały obfite pożyczki na cele rozbudowy swego przemysłu, a wysilały się na rozbudowę przemysłu wojennego, przygotowując się do bliskiej wojny, celem zawładnięcia całym kulturalnym światem. A świat ten był ślepy i głuchy na ostrzeżenia Piłsudskiego, który przewidywał bliską katastrofę, mówiąc w jednej ze swych książek: „Niemcy teraz nie są straszne, ale niedługo będą bardzo groźne”. Musiał z nimi zawrzeć umowę, ażeby chociaż na krótko zabezpieczyć granice Polski.
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 402.

niedziela, 30 września 2012

Odcinek 466: Odo Bujwid, 1939 rok


Z pamiętnika Odona Bujwida

30 września 1939, sobota
Może zakończyć moje codzienne pisanie, bo przecież teraz popłynie szare, gorzej, czarne życie swym nowym, strasznym korytem. Myśli coraz czarniejsze, bo rzeczywistość nie pozwala na inne. Słońce ostatniego września pogodne, z lekkim, ale już dokuczliwym przymrozkiem, niby to samo, a jakże inne po 20 latach. Niewola pod germańskim batogiem, pod codzienną groźbą utraty wszystkich praw kulturalnego człowieka. Jednostka tylko fizyczna, nie mogąca samodzielnie myśleć i działać, związana pętami niewoli, przecież to nie do zniesienia po tak cudnych złudach ostatnich kilkunastu lat. [...] Trzeba będzie zamknąć te kartki i zacząć wegetować i więdnąć jak roślina bez korzeni.
Kraków, wrzesień 1939 roku.

Do ostatnich czasów łudziłem się jeszcze. Co za naiwność i starcze zniedołężnienie. Podtrzymywałem niby istnienie Zakładu, który nie jest bez pożytku. Ta jedna myśl daje trochę ukojenia, ale jakże niewielką odrobinę wobec ogromu nieszczęścia, jakie się zwaliło na naród. Czy nie błyśnie już żadna nadzieja? Czy wolno myśleć o nadziei, gdy się nic nie zrobiło, ażeby stworzyć należycie zorganizowaną siłę? „Silni, zwarci, gotowi!” – frazes, który strasznie pomścił się na narodzie. „Siłę odeprzemy siłą!” – a po miesiącu beznadziejnej walki leżymy na obie łopatki. To są jednak błędy nie do darowania. Nie dorośliśmy do zadania. Za łatwo przyszła niepodległość.

Kraj ogarnięty paniką, wywołaną celowo przez nagły nalot samolotów, według doskonale obmyślonego planu przeciwnika, nie stawia oporu, aż dopiero pod koniec. Kraków oddany bez walki. Armia lubelska poddaje się, dopiero później zaczyna się opór pod Kutnem i Warszawą, która wreszcie, po bohaterskim oporze, musi ulec. Trzyma się jeszcze Modlin. Osłabia to przeciwnika, który wysłał duże siły na front polski. Szkoda tylko, że pogoda sprzyjała wrogowi przez cały czas, ale niewątpliwie dużo siły zużył on przez ten miesiąc. Świat walczy o swe prawa, nie może ustać w tej walce. Nie o Polskę tu chodzi, ale o hegemonię teutońską nad Europą. Jeżeli świat to zrozumie, to nasza sprawa nie jest jeszcze przegrana.
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 164.

wtorek, 8 maja 2012

Odcinek 321: Odo Bujwid, 1933 rok

Z pamiętnika profesora Odona Bujwida

8 maja 1933 roku
Kazimiera Bujwidowa.
Siedem miesięcy od Twego odejścia. Budzi się wiosna i zaczyna być pięknie na świecie, tylko nie dla mnie. [...]
Wczoraj byłem w Czasławiu, na Wolicy i w Raciechowicach. Trzeba było zobaczyć tych, co mnie kochają i których ja kocham. Widziałem te miejsca, które tyle razy przechodziliśmy razem, myśląc jak to lub owo ulepszyć, co jeszcze zbudować. Prawda, że ja przeważnie dawałem już gotowe projekty i szukałem, skąd wziąć na to pieniędzy, których zawsze brakowało na moje tysięczne poczynania. A Ty tylko pracowałaś jak wół roboczy w ogrodzie, w domu i przy dzieciach, ale nie zapominałaś i o sprawach wyższej natury. I Szkoła Ludowa, i Gimnazjum [Żeńskie], i praca nad obudzeniem kobiety myślącej i samodziel­nej towarzyszki mężczyzny. I odczyty w tej materii, które miałaś w róż­nych stowarzyszeniach w Warszawie, Krakowie, Petersburgu, Moskwie, Kijo­wie. [...]
Nad brzegiem rzeki, gdzie ja chodziłem na pstrągi, Ty siadałaś i moczyłaś nogi, czekając, aż powrócę z wędrówki wzdłuż rzeki. Tylko parę razy zdołałem zachęcić Cię, ażebyś sama spróbowała wędki. Ale to była dla Ciebie zbyt barbarzyńska rozrywka. Pamiętam, nad Rabą, dokąd razem z dziećmi przyje­chaliśmy bryczką. Miało się już ku zachodowi, a ja ciągle się od was oddalałem. A potem stałem zasłuchany w szmer wody, który mnie zawsze usposabiał tak dziwnie, że zapominałem o świecie. I nie myślałem nawet, że możesz się o mnie niepokoić. Gdy wróciłem, Ty przywitałaś mnie prawie z rozpaczą, że nie odpowiadałem na wołania, myślałaś, że się przypadkowo utopiłem. Tak żywo mam w pamięci to wydarzenie, jakby to było wczoraj. A to już minęło trzydzieści lat. [...]
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 62–63.

sobota, 3 marca 2012

Odcinek 255: Odo Bujwid, 1936 rok

Z pamiętników Odona Bujwida

3 marca 1936 roku
Profesor Odo Bujwid.
Zbliża się dzień Twoich imienin, już czwarty bez Ciebie. Jak ciężko przeżywać każdy dzień po dniu. Czasami tylko jakaś złuda odchyli smutek i nie da dostępu okrutnemu ciężarowi, który stale gniecie i gniecie, ale zgnieść do cna nie może czy nie chce. Tak się czasem marzy jakiś strzał prosto w skroń. Ale zaraz przychodzi myśl, że to niemożliwe, bo sprawiłoby się swoją osobą kłopot i zostawiło ciężkie wspomnienia tym, co pozostali. Trzeba czekać swego końca. [...] Ludzie koło mnie stają mi się obcy. Zdawało się chwilowo, że to dziecko, które tu przybyło, potrafi mi niekiedy dać chwilę złudzenia. Ale przecież ona ma swoje kręgi widzenia i swoje umiłowania i na pewno nie pomyśli ani na chwilę tak, jak mogła myśleć istota, która była tyle lat ze mną. [...] Wiosna się zaczyna i bzy zaraz zakwitną, i konwalie, które tak lubiłaś i zawsze na imieniny odbierałaś ode mnie z takim miłym uśmiechem. [...]
Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 125–126.

środa, 7 września 2011

Odcinek 77: Odo Bujwid, 1939 rok

Z pamiętników Odona Bujwida

Kraków, 7 września 1939 roku, godz. 12 w południe
Profesor Odo Bujwid, 1936 rok.
Upał i susza w dalszym ciągu. Bombowce krążą nad miastem, jakby go przyjaźnie pozdrawiały po niedawnym nieporozumieniu. W nocy przez kilka godzin szły wozy wojskowe w zupełnej ciemności, po nieoświetlonych ulicach. W oknach zaciemnienia. Jak dotąd nikt nie ośmiela się świecić światła. Porozklejano po ulicach rozporządzenia, po polsku i niemiecku, wzywające do bezwarunkowego oddawania broni i amunicji pod karą śmierci. Na Plantach i w Rynku pełno wojska. Niemcy wykupują po sklepach jubilerskich cenne rzeczy, płacąc nowiutkimi polskimi asygnatami. W naszym schronie pokradziono konfitury i inne zapasy, a więc swoi najbliżsi. Z magazynów wojskowych ludzie zabierają, co się da, brodząc po kostki w mące. Żołnierze [niemieccy] dobrze ubrani i odżywieni, dorodni, młodzi ludzie.
Z magistratu zgłaszają się po surowicę. Powiedziałem, że mam duży zapas w koniach zostawionych przez Włodka M[ostowskiego] w Prokocimiu, ale nie wiem, co się z nimi dzieje. Chciałbym zobaczyć, czy jeszcze żyją. Dr Owczyński wydostał zaświadczenie z magistratu zezwalające na obejrzenie koni w Prokocimiu i zaraz tam jedzie na rowerze. Podobno pozostało 15 koni. Trzeba teraz pomyśleć, jak brać z nich krew, jeżeli są w dobrym stanie. [...]

Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932–1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 146.

wtorek, 5 lipca 2011

Odcinek 13: Odo Bujwid, 1934 rok

Z dziennika profesora Odona Bujwida

Warszawa, 5 lipca 1934 roku
Umarła Maria Skłodowska-Curie. Pamiętam, jak ją żegnałaś przed jej wyjazdem do Paryża, gdy nie mogła otrzymać miejsca asystentki przy Katedrze Fizyki u Witkowskiego.
Stoi zapłakana przy naszym stole jadalnym na Studenckiej. Obie użalacie się na głupi los, który nie pozwala kobiecie na pracę w uniwersytecie, podczas gdy taka masa męskich miernot według prawa stoi o niebo wyżej od was. Mówisz do niej:
- Niech pani, panno Mario, będzie spokojna i jedzie tam, gdzie lepiej potrafią ocenić pani zdolności i naukę. Zrobi tam pani na pewno dużo dobrego dla siebie i kraju, który teraz nie umie ocenić pani jak należy.
Jakże prorocze były Twoje słowa. Czy mógł się ktoś spodziewać, że ta polska niewiasta tak szeroko potrafi rozsławić imię polskiej kobiety. Podwójna Nagroda Nobla to tylko jedno ogniwo, ale jakże znaczące.
Minęło 40 lat od chwili waszego rozstania, po którym już nigdy nie spotkałyście się ze sobą. Kiedy przed kilku laty ujrzałem ją w Paryżu, będąc na jej odczycie, zobaczyłem steraną kobietę, nie mającą żadnej cechy kobiecości. Wyglądała jak jakaś stara gospodyni wiejska z rękami kucharki, zniszczonymi od ciężkiej pracy, która jej wypełniła życie. Umarła przeżywszy Ciebie o dwa lata, a byłyście w jednym roku urodzone.

Odo Bujwid, Osamotnienie. Pamiętniki z lat 1932-1942, oprac. Danuta i Tadeusz Jarosińscy, Wydawnictwo Literackie 1990, s. 94-95.