Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Broniewski Władysław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Broniewski Władysław. Pokaż wszystkie posty

środa, 11 listopada 2015

Odcinek 2043: Władysław Broniewski, 1918 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

11 listopada 1918 roku
Dwa dni = sto lat.
Chcę napisać coś mądrego na ten temat, ale w głowie mi się kręci. Wczoraj w
Rozbrajanie Niemców w Warszawie,
10 listopada 1918 roku (źródło).
nocy prawie nic nie spałem. Strzały, krzyki. O trzeciej Zenek przyjechał. Rano lecę do ,,Koła”. Niemcy bez broni — gdzie pojawią się z bronią, są natychmiast rozbrajani. Kupuję „Die rote Fahne”, ehemalige „Lokalanzeiger”. Zbiórka w „Kole”. Pluton. Mundur. Czerwone paski. Immatrykulacja. Zastępca komendanta dzielnicy. Cztery godziny byłem sam tam komendantem. Urwanie głowy!...
A najważniejsza rzecz, że Komendant w niedzielę rano wrócił. Diabli mi nadali być całą noc na tańcach i zaspałem.
Teraz chociaż wiadomo, czego się trzymać.
Cały gmach ucisku, dławiący kraj przez trzy lata, runął w ciągu jednego dnia...
Zniknęła gdzieś ta pycha żołdacka pruska — żołnierze zrywają bączki cesarskie i noszą czerwone wstążki. Nastrój względem nich dość sympatyczny; psują go niezmordowani poszukiwacze „bolszewizmu”... Chcą wywołać nastroje pogromowe. Socjalistów wszystkich naturalnie kreuje się na Żydów. Podczas mego urzędowania wysłuchałem kilku denuncjacji na „bolszewików”. Baranie głowy! — oni myślą, że my się zbroimy dla zwalczania rewolucji.
Program rządu tymczasowego jest taki, że nic w nim ująć, a niewiele dodać by można.
Piszę przy akompaniamencie strzałów na Bielańskiej. Nie mam pojęcia, co się tam dzieje. Jutro o ósmej wracam na służbę.


Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 45–46.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Odcinek 1210: Władysław Broniewski, 1919 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

16 lutego 1919 roku
Nuda... Pustka... Chodzę, sam nie wiem, gdzie i po co, wydaję pieniądze, ale wcale mnie to nie bawi.
Wszystko wydaje mi się tak idiotycznie głupie, tak banalne — ludzie, gazety, teatry, nawet ulica gwarna, w której nurzam się co dzień po kilka godzin. Przygnębienie jakieś dziwne mną owładnęło — chcę czegoś chcieć, ale wszystko mi jest obojętne. Pojutrze wyjeżdżam — tym lepiej. Zupełnie jestem sam. 
Nie spotkałem Jej... Było to jedynym moim pragnieniem, a i to się nie spełniło. Tak chciałem zobaczyć choć przez chwilę tę białą twarzyczkę, której rysy wyrzeźbiły się w zwojach mego mózgu. Stykałem się z innymi kobietami — najmniejsze­go wrażenia. — Jak nudno!...
 
Edvard Munch, Melancholia, 1892 rok.

Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s.79.

środa, 27 sierpnia 2014

Odcinek 1153: Władysław Broniewski, 1919 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

27 sierpnia 1919 roku
W ostatnich czasach nie pisałem tu nic z rzeczy, z którymi co dzień się stykałem, które jednak mniej mię interesowały niż rzeczy inne — trzeba jednak i o tym coś niecoś.
W ostatnim miesiącu panowały w kompanii fatalne stosunki: Piękoś rozpił się i rozhulał, i puścił kompanię kantem; przez ten czas Jaszewicz kradł ile wlazło, a kompania rozprzęgała się coraz bardziej. Na żądanie oficerów Jaszewicz został usunięty jeszcze przed swą ostateczną kompromitacją. Wkrótce po tym Piękoś miał jechać na urlop, przeszkodził temu jednakże Nowicki, który uwziął się wszystkie sprawy nadużyć drogą służbową załatwić. Wykryły się malwersacje z żołdem, wykryło się niedbalstwo czy też, jak sądził Nowicki, nieuczciwość Piękosia. Na tym punkcie różniliśmy się z Henrykiem [Nowickim] w poglądach: ja sądziłem, że Piękoś nie jest dosłownie nieuczciwym, że powodem tego wszystkiego jest wrodzona mu lekkomyślność, która przy małej inteligencji wydała tak fatalne rezultaty.
W rezultacie komisja wyznaczona do zbadania tych spraw rozstrzygnęła je według moich przypuszczeń: Piękoś został za niedbalstwo ukarany dyscyplinarnie pozbawieniem dowództwa kompanii i naganą — ja objąłem po nim funkcję.
W międzyczasie wyjechaliśmy do Szyrwint, gdzie nudzimy się już od dziesięciu dni mniej więcej. Jako dowódca kompanii staram się na razie głównie opanować rachunkowość i kancelarię. Zresztą, niewiele tu roboty i można nudzić się od rana do wieczora. [...]
W miasteczku tym, długim jak kiszka i deskami od świata zabitym, czuję się jak w więzieniu, dlatego też jak więzień przenoszę się w inne miejsca wyobraźnią. [...]
Tu, w Szyrwintach, próbowałem szturmować do cnoty Wandzi, ale też mi się nie udało.
Poza tym nudzę się. [...]
Żołnierze Wojska Polskiego w Szyrwintach lub Syłgudyszkach, 1920 rok.
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 116–119.

wtorek, 11 marca 2014

Odcinek 984: Władysław Broniewski, 1920 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

11 marca 1920 roku
Jestem więc od kilku dni w Warszawie. „Chandra”, która już mię minęła swego czasu, wraca teraz.
W Wilnie byłem pół dnia. Nie czekając na nią, czekałem jednak, szukałem. W biurze jej było ciemno, w gospodzie jej nie było. A kwiaty były takie brzydkie, że nie kupiłem. Dziś dopiero napisałem list:
„Panno Marysieńko! Na miłą kartkę otrzymaną na kilka dni przed spodziewanym urlopem nie odpisywałem, spodziewając się widzieć Panią w Wilnie. Na próżno jednak wpatrywałem się w ciemne okna biura defensywy, na próżno zaglądałem kil­kakrotnie do gospody — Pani nie było.
Jestem więc w Warszawie «na łonie rodziny» i udaję szczęśliwego. Chodzę na operetki i dramaty, składam zaległe wizyty różnym «starym babom», pośpiesznie pozbywam się pieniędzy i... uczę się fokstrota pod kierownictwem mej młodocianej kuzynki.
Zasadniczo jednak bawi mnie tylko włóczęga po ulicach — po ulicach wielkiego miasta, pełnych gwaru, ruchu, ludzi odzianych ładnie. Jest to słabość urodzonego mieszczucha, jakim jestem.
Pl. Teatralny w Warszawie, 1920-1925.
Pierwszego zaraz dnia pobytu w Warszawie spotkałem na ulicy pannę Gienię Wańkowiczównę, która powitała mnie z odcieniem sympatii. (Sympatię tę, mam wrażenie, odczuwa każdy żołnierz l dywizji spotykając znajomych z czasów wileńskich.) Panna Gienia pytała, czy widziałem Panią w Wilnie; była przestraszona widokiem mej fantastycznej brody (dziś już zgolonej).
Z ofensywy dźwińskiej jakoś wyszedłem cało, czego nie można powiedzieć o znajomym Pani, kapitanie Fedorczyku: został on ranny 28 stycznia — na szczęście niezbyt ciężko.
Słyszałem, że w karnawale świetnie się Pani bawiła, że błyszczała Pani i królowała, a reszta towarzystwa służyła Pani za tło. Mówił mi to jeden ze znajomych Pani — wierzę mu, choć... nie widziałem.
Panno Marysieńko! Czemu nie spełniła Pani swej obietnicy o przysłaniu fotografii. A obiecywała Pani tak ładnie, że... uwierzyłem. Trzeba być dobrą i naprawić to czym prędzej.
Listy Pani czytam... często i szukam tych słów dobrych, których mi tak bardzo potrzeba — częściej jednak znajduję tylko charakterystyczny «brak czasu»...
Więc smutny jestem, Panno Marysieńko, nudzi mnie ope­retka, fokstrot, urlop — w ogóle wszystko.
Odpisać zaraz bardzo, bardzo proszę i całuję ręce. — Orlik.” [...]

Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 164–165.

czwartek, 28 listopada 2013

Odcinek 881: Władysław Broniewski, 1918 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

28 listopada 1918 roku
Nie pisałem dwa dni — jakaś dziwna apatia mnie ogarnia. Wsiąkłem już trochę w to fatalnie głupie życie koszarowe i to mię tak usposabia.

W drodze do Lublina przysłuchiwałem się ciekawej rozmowie. W przedziale było kilku oficerów, nas dwóch „podchorążych”, ordynans i jeden cywilny. Z tym ostatnim wszcząłem rozmowę o polityce; mówił bardzo logicznie, jasno, zwarcie. Był członkiem frakcji, jak się domyśliłem.
W trakcie tej naszej rozmowy jeden z oficerów siedzących w kącie, przerywając mu, zapytał: „Przepraszam pana, czym pan jest z zawodu?” — „Jestem robotnikiem.” — „Dziękuję panu. Moje nazwisko jest X. Jestem lekarzem od chorób dziecinnych. Wtrąciłem się do pańskiej rozmowy, ponieważ zainteresował mnie entuzjazm pana. Ja także byłem entuzjastą lat temu 25; byłem jeszcze w tej grupie z Piłsudskim, gdyśmy tworzyli pierwsze początki partii. Otóż, proszę, panie, byłem tak samo jak pan teraz pełen zapału dla sprawy. Z czasem to minęło. Zacząłem szukać nowych punktów wyjścia. W 1905 roku patrzyłem, jak nasza maleńka grupa rozrosła się w potężną organizację, jak obejmowała tysiące ludzi, i dumny byłem, a jednak myśliłem sobie: ot, surowiec wszystko — brak techniki w realizowaniu idei. Zniechęcenie mnie ogarnęło i wtenczas zacząłem, wiesz pan, gdzie chodzić? — do cyrku. Proszę, panie, niech pan się nie śmieje — to wszystko zastosuje się do głównej myśli. Otóż w cyrku widziałem żonglera.
Proszę, panie, wziął jedną butelkę i puścił ją w ruch dookoła siebie; potem drugą, trzecią, aż sześć butelek wirowało koło niego, kierowanych nieznacznym ruchem palca. Później żongler przechylił się naprzód, zbierał butelki jedna po drugiej nogą i stawiał na ziemi. I ot! pomyśliłem sobie: do jakich rezultatów doprowadzić może technika. Odtąd, proszę, panie, szukam tej techniki w każdej dziedzinie życia, a zwłaszcza w ruchu społecznym, w kooperatywach, w związkach zawodowych, jak i w swoim fachu.”
Doktor gadał jeszcze długo, obrazując swoje poszukiwania techniki życia, później rozpoczęła się wymiana myśli z panem cywilnym, który, jak się okazało, był komisarzem rządowym z Radomia. Komisarz opowiadał o swej ucieczce z konwoju, o zesłaniu na Sybir itp. rzeczach, a ja przysłuchiwałem się milcząc i ryłem sobie w pamięci wszystko to, co miało wartość nieprzemijającą.
Do Lublina dojechałem zmarznięty i z gorączką na ustach. Beznadziejne spacery po komendach. Nocleg w jakimś hoteliku. Drugiego dnia spałem do trzeciej. Wieczorem znów jazda. Czekanie na stacjach. Mróz. W Zamościu spotkałem Ostrowskiego, jadącego z kompania pod Lwów. Był tam i Ignaś Gościcki; jakże śmiesznie wyglądał w pepickiej czapce z miną rekruta.
Wieczorem zajechałem do Hrubieszowa. Fatalna noc w żydowskim hoteliku. Boleści. Bończa wyjechał. Następnego dnia zameldowałem się u kapitana Rzeckiego-Zyntha. Mamy kwaterę, wikt oficerski i dużo roboty. Wyzdrowiałem. Z awansami jakoś kiepsko.
Pocztówka z widokiem Lublina.
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 50–51.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Odcinek 711: Władysław Broniewski, 1919 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

3 czerwca 1919 roku
Szedłem wczoraj przez ulice Warszawy pogrążony w lubieżnych rozmyślaniach. Myślałem mianowicie o tym, że koniecznym jest dla mnie mieć jakąś kobietę – jakąkolwiek, wszystko jedno. Podświadomie czułem w sobie jakiś samczy instynkt, który popychał mnie do samic. Zaczynałem już ciekawie patrzeć nawet na kurwy, wszystkie kobiety znane mi dotychczas zlały się w tej chwili w jedną pożądaną przeze mnie samicę.
I nagle zaszło coś, co kazało mi się zastanowić nad swoją własną naturą...
Niespodziewanie spotkałem Ją – Białą... Poczułem, że mi naprawdę silniej zabiło serce; natychmiast zapomniałem o wszystkim, co myślałem przed chwilą...; poczułem, że zawiniłem wobec samego siebie. Chuć zgasła, ustąpiła miejsca jakiemuś na pół pobożnemu uczuciu. Wszystkie kobiety, jakie spotkałem dotychczas na drodze swego uczucia, zmalały, zbladły w mych oczach wobec tej niedostępnej Solwejgi... Żadna z nich nie zdołała we mnie wzbudzić ani cząstki uczucia, jakie wywołała Ona samym swym ukazaniem się... 
Ma w sobie coś świętego...
Obcięła włosy krótko i wygląda jak anioł z katedry płockiej. Z twarzy Jej płynie cichy smutek i zagadkowy spokój.
Anioł, fragment polichromii w katedrze płockiej.
Uczułem, że Ona nie jest jakimś przelotnym zawróceniem sobie głowy ani uczucie ku niej – wytworem egzaltacji marzycielskiej... przekonałem się, że ją kocham, i tym silniej, że miłością nierealną, bez dotknięcia...
„...Kto kocha, widzieć chce choć cień obrazu, choć ślad do lubej wiodący mieszkania, choć rozłożone ręce drogowskazu.” ...I ja chciałem patrzeć, patrzyłem w Nią..., aż mi znikła.
A wtedy spokojny i pewny, że już Jej nigdy w duchu nie zdradzę, poszedłem... szukać kobiety. Nie wiem, czy to się zgadza ze sobą logicznie, ale fakt, że tak było: wtedy, gdy poczułem, że kocham naprawdę, ukryłem to uczucie na samo dno serca i rozgrzeszyłem się z każdej drobnej jałmużny uczucia...
Szukałem niedługo: – mam kochankę, której jeszcze nie zdążyłem uwieść, ale – o tym potem.
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 98–99.

wtorek, 18 września 2012

Odcinek 454: Władysław Broniewski, 1919 rok


Z dziennika Władysława Broniewskiego

18 września 1919 roku
Od tygodnia miej więcej żyję w jakimś cudownym odrętwieniu, przeżywam może najrozkoszniejsze chwile w życiu. Rozpętanie najskrytszych marzeń, pełne zadowolenie pożądań dała mi kobieta. Ale zacznijmy od początku.
Miasteczkowy doktor szyrwincki K[...] wspomniał kiedyś, że przyjechała jego ukochana siostrzenica, „moja Pipcia najdroższa”. I przyjechała rzeczywiście. Byłem wtedy przez dwa dni w Wilnie. Gdy wróciłem, poddało się dwóch Litwinów z końmi, z których jednego miałem zabrać dla siebie. Dałem tego konia Bukowskiemu i wściekając się, że nie wraca, wyszedłem na spotkanie. Na koniu moim siedziała we własnej osobie „Pipcia” w pieszym towarzystwie Kicińskiego.
Pipcia, tj. pani Zofia Dż[...], żona Ormianina czy Gruzina, który gdzieś przepadł, z domu K[...], zrobiła na mnie dość silne wrażenie swoją urodą. Wysoka, szczupła jak miss angielska, blondynka, umiejąca wszystko nosić z wrodzoną elegancją. Od razu w myślach nazwałem ją „białą lady”. Rozmowa toczyła się mile i wzbudziła od razu wzajemne zainteresowanie. Odtąd spotykaliśmy się dość często. Jeździliśmy konno z początku we troje z Kicińskim, później we dwoje. Z rozmów prowadzonych z nią urobiłem sobie pewne pojęcie o jej bajecznym charakterze: lubi życie i użycie, gardzi wszelkimi ukanonizowanymi pojęciami, mało nawet ceni pozory, lubi się podobać i bawić, lubi ciągnąć za sobą cały sznur wielbicieli, przy tym jest delikatna i subtelna. [...]
Kiedyś „lady” przyznała się, że lubi pić. Zabrałem tedy butelkę wina do kieszeni i pojechaliśmy konno na przejażdżkę. Po drodze mówiłem jej własne wiersze i całowałem po rękach. Wygrałem jakiś zakład a discretion [według własnego uznania] i zażądałem, aby wypiła ze mną „bruderschaft”. Zajechaliśmy gdzieś w gęstwinę i wypiwszy wino, utonęliśmy w pocałunkach słodkich jak nigdy. Odchodziłem prawie od przytomności z rozkoszy. Później nastąpiło to, co zwykle w takich sytuacjach następuje: daliśmy upust wzburzonej krwi...
Rozkoszy pełni i dosytu wracaliśmy o zmroku do Szyrwint. [...]
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s.127–129.

piątek, 29 czerwca 2012

Odcinek 373: Władysław Broniewski, 1920 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

29 czerwca 1920 roku
Z patrolu na patrol, z wypadu na wypad, i tak bez przerwy, bez odpoczynku. Rezerw nie mamy, za słabi jesteśmy, aby się bronić, więc musimy atakować. Jest to taktyka ofensywnej obrony. Teraz dopiero przypomina się stara wojna, kiedy to nie spało się, nie jadło, tylko biło.
Wczoraj wróciłem na swój dawny odcinek w Zubkowiczach. Bolszewicy, spędzeni wczorajszym wypadem, zachowują się spokojnie. Przestał mnie nareszcie boleć ząb, który przez trzy dni doprowadzał mnie do wściekłości. Trzymałem się już tylko morfiną, której działanie dopiero teraz poznałem.
[...] Przed nami, za nami trupy.
Wczoraj dowiedziałem się, że Jankowski zabity, także Jasiewicz, Bielański. I tak się o tym nie mówi, nie łamie rąk, bo niejedno jeszcze jutro czeka.
Im dłużej jestem na wojnie, tym pewniej dochodzę do wniosku, że wojna w imię czegokolwiek jest niedorzecznością.
Wojna o zniesienie wojen? - Nie. A jednak jest to kataklizm nieunikniony, fatalizm wiszący beznadziejnie nad ludzkością.
Treścią przecież każdej walki, celem jest dobro człowieka - a antytezą tego przyszłego dobra jest śmierć. I wracam znów do poglądów, że ludzkość naprzód pójdzie tylko po drodze anarchizmu.
A terror wszelki tępić się będzie jak ludożerstwo.
Jednak kiedy? Jak długo będę żył? I czy życie moje odpowiada wartości tej bolszewickiej awantury? Nie mogąc tego wyprowadzić logicznie, ulegam sile przyzwyczajenia, pewnego rodzaju ambicji i żyłce jakby sportsmeńsko-myśliwskiej.
W ogóle, o ile wojnę traktować jako sport, bez głębszych refleksji, to może się ona nawet podobać.
Właściwie wszystko, co napisałem, jest głupstwem.
Boć i bolszewicy piszą, że oni wypowiedzieli wojnę wojnie! [...]

Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918-1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 183-184.

poniedziałek, 13 lutego 2012

Odcinek 236: Władysław Broniewski, 1919 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

13 lutego 1919 roku
Władysław Broniewski z babką
Jadwigą Lubowidzką, 1921 rok.
Jak smarkacz chodziłem na Hożą i czekałem, aby Ją zobaczyć. Od dziesięciu dni jestem w Warszawie i... nudzę się. Czuję się tak obcym, tak mi czegoś brak - nic mnie nie bawi. [...] Myślałem, że rozruszam się w gronie płockich podlotków, ale po dwóch dniach mam ich dość. Jakież to bezdennie głupie istoty. Repertuar we wszystkich teatrach pod psem. Rozpacz! [...]
Jedyna myśl, która mi się uporczywie po głowie kołacze, to zobaczyć Ją. Jakże ja sam sobie wydaję się śmiesznym, gdy łażąc bez celu, bezwiednie skręcam tam, gdzie ona mieszka. Podchodzę do bramy, zaglądam w podwórko i nic tam naturalnie nie spostrzegam; idę dalej kilkadziesiąt kroków, zawracam, i tak kilka razy, aż zniechęcony, wracam do nudnej wędrówki po ulicach. Śmiesznie sentymentalna historia, a jednak rzeczywista. Kocham kobietę, której nie znam i nie wiem nawet, jak się nazywa, którą zaledwie kilka razy widziałem przelotnie na ulicy. Kiedyś wiosną śledziłem ją spotkawszy wieczorem na Daniłowiczowskiej; szła z bratem do teatru. Poszedłem za nimi. Wyśledziłem, gdzie siedzi, i wszystkie antrakty spędziłem na niemym wpatrywaniu się w nią. I tak się jakoś zapatrzyłem. Po przedstawieniu tropiłem ją aż do jej mieszkania na Hożej 66. Wiem, że ma brata studenta, brzydkiego, choć podobnego do niej, matkę starą, że jest niezamożna, i wiem, że jest śliczna i że ją kocham. 
Ileż wdzięku dodaje jej ten ubogi szyk, prawdziwie warszawska genialność.
Zapoznać się z nią na ulicy nie mogłem - byłoby to zbyt banalne, a innych sposobów nie było, więc musiało się ograniczyć na niczym, ale nie! - nie na niczym. Nie wiem, czy ona zwróciła na mnie kiedykolwiek uwagę, choć miałem kiedyś to wrażenie - być może, że nie domyśla się nawet, że ma we mnie tak oddanego kochanka.
Jeśli telepatia nie jest blagą, jeżeli możliwym jest wzajemne odczuwanie się na odległość, jak w pierwszej części Dziadów, to moja Biała (tak ją w myśli nazwałem) musi czuć choć część tego, co mnie od roku blisko dręczy. [...]
Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 76-77.

Za dzisiejszy cytat serdecznie dziękujemy Ani

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Odcinek 54: Władysław Broniewski, 1920 rok

Z pamiętnika Władysława Broniewskiego

15 sierpnia 1920 roku 
Z Sokala jechaliśmy trzy doby przez Lublin do Trawnik, na nową koncentrację i ofensywę. Dziś bez taborów samochodami do Lubartowa, skąd dziś jeszcze mamy iść naprzód. Ja, nałogowy optymista, wierzę [– – – –] [Bolszewicy] są już dziś w Płońsku i Sierpcu, dochodzą do Modlina. Zresztą mało się nad tym zastanawiam. Przyzwyczaiłem się, że na tydzień musi być jedna większa bitwa i parę mniejszych, i to mi na tymczasem wystarcza. Transport pozwolił mi trochę wypocząć – grałem w wagonie w karty, przegrywając idiotyczne sumy. W Lublinie złazikowałem i zostałem się na parę godzin – w ten sposób zetknąłem się choć trochę z jaką taką kulturą. W obecnej chwili na eks-dziedzińcu eks-pałacu Sanguszków w Lubartowie, rozebrany prawie do gaci, dopiero co przerwałem czytanie Zatracenia Tetmajera kupionego za 58 m[are]k w Lublinie. Jest to wysoce arystokratyczny romans; przypomina mi pewne własne tak zwane „drgnięcia duszy”. Podniecenie, jakie odczuwam przy tym, nie jest może wywołane wspomnieniem własnych smutnych przeżyć, lecz chęcią tworzenia, chęcią, która przez takie przypomnienia staje się czasem nieodzowną potrzebą, jak powietrze.
Pragnę spokoju, książek i zamknięcia się w sobie.
Pragnę pisać o tym, co się jeszcze nie przeżyło, o tym czymś, tkwiącym w głębi duszy, co trzeba przerafinować, przeżuć, przelać na papier, aby nie zabijało i nie truło.
Wojna i śmierć, nuda i płytkość – sen – sen.
Jestem silniejszy niż śmierć – przeżyłem ją w sobie tysiąc razy.
Przeżyłem życie.
Kocham je piękne, jasne, nieznane, jak szczęście.
Kocham kobietę, której nie było, marzeniem, jakiego nie śniłem, miłością, jaka nie istnieje.
I to chcę stworzyć – piórem.

Władysław Broniewski, Pamiętnik 1918–1922, oprac. Feliksa Lichodziejewska, Państwowy Instytut Wydawniczy 1987, s. 197–198.