Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Breza Tadeusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Breza Tadeusz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 31 października 2013

Odcinek 853: Tadeusz Breza, 1958 rok

Ze „Spiżowej Bramy” Tadeusza Brezy

Rzym, 31 października 1958 roku
[...] W Rzymie po conclave egzaltacja zatacza coraz szersze kręgi. Nowy papież wybrał sobie imię zaskakujące. Od sześciuset lat nie było na stolicy Piotrowej Jana. A ostatnio, to znaczy od co najmniej dwustu lat, nic tylko w kółko: jak nie Leon czy Klemens, to Grzegorz, Benedykt czy Pius. „Jan” zatem zabrzmiało rewolucyjnie chociaż to imię prachrześcijańskie i apostolskie. Zabrzmiało jak zapowiedź odnowy. To dla świata! Dla miasta, zmęczonego sztywnościami poprzednika, też wiele zmian sympatycznych. Rzym egzaltuje się nimi. Po kawiarniach, restauracjach, salonach, biurach, redakcjach mówi się tylko o tym, co jest i jak jest teraz za murami watykańskimi inaczej. Nowy papież nie przechadza się po ogrodach sam. Nie irytuje go, że się ludzie w pobliżu kręcą. „Mam zdrową wątrobę i nerwy jak postronki – mówi – nic mi widok ludzi nie szkodzi.” Ani Zeus, ani Serafin, ani Faraon, spaceruje sobie po Watykanie jak ksiądz po swoim nowym probostwie, zaglądając do wszystkich kątów. Do stacji radia watykańskiego poszedł, bo „czegoś takiego nie miał w Wenecji”. Zajrzał do stolarni podziękować stolarzom za ich prace przygotowawcze do conclave. Napił się z nimi wina. A wszystko to bez żadnych ceremonii i planu, opracowanego przez mistrzów protokołu. Nie lubi on, go i łamie co chwila. Nie chce jeść sam, jak tego wymaga tradycja. Sam przy stole czuje się „jak ukarany seminarzysta” – powiada. Wezwał do siebie hrabiego della Torre, redaktora Osservatore Romano, i zakazał używać w stosunku do swojej osoby owych pompatycznych wyrażeń, tak charakterystycznych dla poprzedniej epoki. A więc żadnych „dostojnych warg”, „natchnionych słów”, „najwyższych pouczeń” i „najprzewielebniejszych kroków”. Ale po prostu „papież powiedział”, „papież zrobił” i „papież poszedł”.
Papież Jan XXIII.
Tadeusz Breza, Spiżowa Brama, Warszawa 1966, s. 574–575.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Odcinek 752: Tadeusz Breza, 1957 rok

Ze „Spiżowej Bramy” Tadeusza Brezy

Rzym, 22 lipca 1957 r.
Kiedy byłem czeladnikiem pióra, śmierć szambelana Brahe z powieści Malte Rilkego najczęściej nawiedzała moją pamięć, ilekroć myślałem o śmierci. Po latach ze śmierci szambelana nic mi nie pozostało, nic w nerwach, nic w sercu, w głowie tylko niejasne strzępy z książki, z której pochodziła ta śmierć, z powieści Malte. Inna śmierć zajęła jej miejsce. Śmierć Jerzego Strzemię-Janowskiego, po kolei: dziedzica małopolskiego, bałaguły, koniarza, bankruta, korektora w „Kurierze Porannym”, autora prześlicznych „Karmazynów i żulików”, a na koniec męczennika, który pół roku konał na raka. Kiedy pewne było, że to rak, Janowski przeniósł się ze swego malutkiego mieszkanka, gdzie mieszkał z ostatnią swoją żoną, hr. Mussin-Puszkin, do mieszkania Marii Jehanne Wielopolskiej, dawniejszej swojej żony.
Janowski rozwiódł się z Wielopolską na dobre dziesięć lat przedtem. Kiedy odchodził,
Maria Jehanne Wielopolska.
nie było miedzy nimi goryczy. Kiedy powracał do mieszkania Wielopolskiej, dla ludzi mogło to być dziwne, dla nich było proste, tak jak gdyby po latach ochłodzonych stosunków chory brat znajdował opiekę pod dachem siostry. Była tam zresztą u Wielopolskiej stara niania Janowskiego. Została przy Wielopolskiej, nie pamiętam dlaczego. Teraz we trzy na przemian czuwały u jego wezgłowia. Najstarsza niania, Wielopolska dziesięć lat starsza od Janowskiego i p. Mussin-Puszkin dziesięć lat młodsza.
Janowski był moim kolegą w „Kurierze”, Wielopolska – ciotką. Zaglądałem do nich często. Panie chudły z troski i nieprzespania. To było w granicach rzeczy naturalnych, zwykłych. Przerażający był, nie do zapomnienia, Janowski, który malał. Ręce jego się redukowały, szyja, piersi, głowa. Serce mi się ściskało. Nie bytem w stanie patrzeć. Ten człowiek żywy jak skra, zgrabny, gibki, obrotny, wariacki utracjusz, szastający pieniędzmi i energią, tkwił teraz, on nie on, nieruchomy, wetknięty w poduszki, mrugający od czasu do czasu oczami, przełykający od czasu do czasu ślinę jako cały przejaw życia.
Rak, cierpienia, silne środki uśmierzające ból nadwerężały jego pamięć. Nie poznawał. Pamiętam uśmiech Wielopolskiej, kiedy mi zakomunikowała, że nie poznaje Mussin-Puszkin. „Teraz już jej nigdy nie poznaje.” Ją poznawał, Wielopolską poznawał, swoją prawdziwą żonę, bo pani Mussin-Puszkin to była tylko „jego pani, z którą mieszkał”. Ale przyszedł moment, kiedy i Wielopolską przestał poznawać. Poznawał tylko starą nianię. A kiedy przestał wiedzieć, kto się nad nim pochyla, kiedy się pochylała ona, przyszła śmierć.

Tadeusz Breza, Spiżowa Brama, Warszawa 1966, s. 246–247.

czwartek, 9 maja 2013

Odcinek 687: Tadeusz Breza, 1957 rok



Fragment „Spiżowej Bramy” Tadeusza Brezy

Rzym, 9 maja 1957 roku 
Wczoraj o godzinie ósmej wieczorem przyjechał kardynał Wyszyński. Wraz z
Papież Pius XII wkłada
prymasowi Polski Stefanowi Wyszyńskiemu
kapelusz kardynalski w Rzymie
(18 maja 1957 roku).
nim biskup łódzki Klepacz, dwóch sufraganów kardynała Wyszyńskiego, jeden gnieźnieński, Baraniak, a drugi warszawski, Choromański, który jest także Sekretarzem Episkopatu Polskiego. Wraz z nimi ks. ks. Padacz i Kulczycki, pierwszy kapelan, a drugi sekretarz kardynała Wyszyńskiego. W Udine, Padwie, Florencji wychodzili na dworzec biskupi i arcybiskupi. W Wenecji przyszedł kardynał Roncalli, patriarcha Wenecji. Nie wiem, jak było w Bolonii. Na dworcu w Rzymie skromnie: monsignor Luigi Poggi (Uditor di Nunziatura di 2 Classe) oraz monsignor Giacomo Mantin (Adetto). O pierwszym wiem, że jest referentem od spraw polskich. Drugi, mała figura z protokołu. Pierwszy przywitał się z kardynałem Wyszyńskim arcybiskup Gawlina, który przed wdzianiem sukienki duchownej przez lata chadzał w mundurze. Wagon z kardynałem nie wycelował akuratnie tam, gdzie policja i straż kolejowa wybroniły przed naporem ludzi niewielki placyk dla notabli przybyłych witać kardynała. Powstało grube zamieszanie. Podziwiałem, z jakim instynktem taktycznym Gawlina przebił się przez tłum. Jednak co wojskowy, to wojskowy. Przywitanie ambasadora Druto z Wyszyńskim odbyło się w dzikim ścisku. Wyszyńskiego pod ręce trzymali Kulczycki z Padaczem, ratując go od wahnięć i wirów tłumu. Kardynał ledwo mógł sięgnąć własnego kapelusza, a ręki do przywitania nie zdołał wyciągnąć. Wystawała mu ze środka piersi. Stałem o metr za Druto. Pomiędzy nas ścisk wprasował grupę zakonnic. Polacy krzyczeli słowa powitalne, Włosi, których też zebrało się na dworcu z dobry tysiąc, klaskali. Nic dziwnego, że nie słyszałem głosu Turowicza, który jest w Italii od miesiąca, a dziś przyjechał w tym samym wagonie, co kardynał, wsiadłszy we Florencji. Też był o metr ode mnie i wołał. Dopiero następnego dnia dowiedziałem się, że jest.
Tadeusz Breza, Spiżowa Brama, Warszawa 1966, s. 190–191. O wizycie kardynała Stefana Wyszyńskiego w Rzymie zob. relację ambasady polskiej w Rzymie: http://www.pilsudski.org/archiwa/dokument.php?nrar=701&nrzesp=12&sygn=4&handle=701.180/3993