Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandys Marian. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Brandys Marian. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 6 października 2015

Odcinek 2035: Marian Brandys, 1972 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, piątek 6 października 1972 roku
Kiedy dziś po kąpieli obcinałem sobie paznokcie u nóg, przychwyciłem się nagle na uczuciu jakby zawstydzenia. Oto dydaktyczny skutek naszych filmów „młodzieżowych”. Jeżeli w filmie o „dziwnej młodzieży” chce się najbardziej poniżyć i skompromitować przedstawiciela starszego pokolenia, przedstawić całą obmierzłość jego drobnomieszczaństwa — wówczas pokazuje się go przy obcinaniu paznokci u nóg (ostatnio w Szklanej kuli). Młoda, „nie zrozumiana i dusząca się” cizia wraca późnym wieczorem z upojnego „szaleństwa” ze swoim również „nie zrozumianym i duszącym się” chłopakiem. I co widzi? Starego ojca siedzącego w piżamie na łóżku, który obcina sobie paznokcie u nóg. Czy może być coś obrzydliwszego? Horror! Obawiam się jednak, że budzenie takiego obrzydzenia do koniecznych zabiegów higienicznych nie jest wcale dobre. Nasi „nie zrozumiani i duszący się” i tak nie za bardzo dbają o swoją czystość. [...]
Małgorzata Potocka i Andrzej Nardelli w "Szklanej kuli" w reż. Stanisława Różewicza.
Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 93–94.


piątek, 27 lutego 2015

Odcinek 2014: Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, niedziela 27 lutego 1977 roku
[...] Film Wajdy Człowiek z marmuru, przy wszystkich zastrzeżeniach, jakie można przeciwko niemu wysuwać, jeden z najważniejszych filmów powojennego trzydziestolecia — wszedł na ekrany po cichu, jakby ukradkiem, i na jeden tylko ekran w kinie „Wars”. To jeszcze jeden dowód, jak silna jest u nas policja, która poczuwa się do solidarności ze swymi poprzednikami z okresu stalinizmu, zaatakowanymi przez Wajdę.
Plakat do filmu, proj. M. Mroszczak.
Wajda opowiadał Kazikowi, że w ostatniej chwili przed dopuszczeniem filmu na ekran, jeden z najwyższych urzędników filmowych (Andrzej nie chciał zdradzić jego nazwiska) zwrócił się z prośbą o obejrzenie i zaopiniowanie filmu do ambasadora radzieckiego w Warszawie, Piłotowicza. Oczekiwał najpewniej, że najwyższy sędzia ideologiczny obejrzy film w towarzystwie jednego lub dwóch konsultantów, po czym poinformuje polskich asekurantów o swojej najwyższej opinii. Ale ambasador wielkiego mocarstwa zakpił sobie z polskiego wazeliniarza i urządził normalny pokaz „nowego polskiego filmu” dla kilkuset pracowników ambasady wraz z żonami i z dziećmi. Po seansie grzecznie podziękował, a o „niedomogach ideologicznych” filmu ani słowa. Rosjanie dobrze wiedzą, jak często polskie urzędasy usprawiedliwiają swoje najbardziej spontaniczne postępowanie „naciskiem radzieckich towarzyszy”. Ambasada dobrze pamięta, ile miała nieprzyjemności po pamiętnym zdjęciu Dejmkowskich Dziadów w 1968 roku. Dlatego niechętnie miesza się ostentacyjnie w takie rzeczy. Nie znaczy to jednak wcale, że wspomniany wyżej asekurant nie dostał jakiegoś pochwalnego znaczka w kartotekach ambasady oraz zachęty do dalszego działania w podobnym „duchu przyjaźni”. [...]

Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, 0s. 126.

wtorek, 4 listopada 2014

Odcinek 1187: Marian Brandys, 1972 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, sobota 4 listopada 1972 roku
Sądny dzień w stołówce na Mokotowskiej. Wczoraj był nalot z urzędu skarbowego (podobno zadenuncjowała sąsiadka, której stołówka funkcjonuje znacznie gorzej). Dziś panią Zofię wezwali rano do urzędu skarbowego. Dowiedziała się, że: ma prawo wydawać obiady tylko piętnastu, najwyżej dwudziestu osobom, że nie ma prawa utrzymywać najemnej pomocy, że za dużo ma potraw w jadłospisie. Zapewne wlepią jej taki domiar, że będzie musiała zrezygnować z prowadzenia stołówki, która od kilku lat jest wzorowa i stanowi prawdziwe dobrodziejstwo dla przeszło stu osób z tak zwanej inteligencji pracującej, które mogą tam jako tako kurować swoje nadwerężone żołądki. Oto typowy konflikt PRL. Pani Zofia niewątpliwie narusza jakieś przepisy skarbowe i zarabia więcej, niż powinna zarabiać, ale to nie jej wina, tylko złych przepisów. Bo te przepisy może byłyby na miejscu, gdyby stołownicy pani Zofii mieli do wyboru restauracje o jadłospisie równie zdrowym i smacznym jak w jej stołówce. Ale wiemy wszyscy, że takich restauracji nie ma (przykład: straszliwa restauracja dla dietetyków „Salus”). Jakie jest więc wyjście z sytuacji? Obawiam się, że tylko jedno: pani Zofia będzie zmuszona okupić się łapówką. Ciekawe, czy wiedzą o takich przykładach z życia wziętych ludzie, którzy opowiadają nam w radio i w telewizji o popieraniu prywatnej inicjatywy usługowej. [...]

Bar mleczny w Warszawie, 1970 rok. Fot. Roman Kotowicz (źródło).
Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 138–139

środa, 7 maja 2014

Odcinek 1041: Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

7 maja 1977 roku
[...] Przed willą Bratnych w Konstancinie stoi fiat 125p z numerem
Roman Bratny.
rejestracyjnym 1000. Ten okrągły numer wskazuje, że samochód jest własnością osoby bardzo wysoko postawionej w hierarchii społecznej i politycznej. „Równe” numery mają tylko ci, którzy potrafili je sobie wywalczyć. Podobnie jak dawniej herby na drzwiczkach karet, równe numery głoszą wszem i wobec wysoką godność właściciela pojazdu. Im numer równiejszy, tym godność wyższa. Wozu o numerze 1000 nie odważy się zatrzymać żaden milicjant. 
I rzeczywiście: przy samochodzie, z parą myśliwskich basetów u nóg, stoi najpotężniejszy pisarz reżimu, „Romuś” Bratny — człowiek zaprzyjaźniony ze wszystkimi frakcjami partyjnymi, mocarz, który jak głosi fama — jednym telefonem potrafi załatwić każdą sprawę, nawet taką, wobec której wiceministrowie są bezradni. Przy czym Bratny jeszcze i pod tym względem przerasta wiceministrów, że dzięki swoim Kolumbom — pierwszej powieści o Powstaniu Warszawskim — zdobył sobie szeroką popularność w okręgach dawnych akowców, co postaciom reżimowym zdarza się nad wyraz rzadko. Witamy się na odległość. „Romuś” obrzuca mnie uważnym spojrzeniem. Dostrzegam w tym spojrzeniu, obok właściwej zwycięzcom pewności siebie, jakiś tonik dobrodusznej ironii, coś na kształt współczucia. [...]
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 213–214.


piątek, 31 stycznia 2014

Odcinek 945: Marian Brandys, 1978 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, wtorek 31 stycznia 1978 roku
Umarł Staś Dygat. Brzmi to nieprawdopodobnie. Wedle orzeczenia lekarskiego pękła mu aorta. Laik powiedziałby — pękło mu serce. Nie mogę w to uwierzyć. Jest to nie do przyjęcia. Nekrolog rodzinny uderzająco lakoniczny: 29 stycznia 1978 roku zmarł w wieku lat sześćdziesięciu trzech Stanisław Dygat. I nic więcej: żadnych bliższych określeń zawodu, zasług, żadnych słów żalu.
I słusznie. Dygat był zjawiskiem jedynym, niepowtarzalnym, i balast niepotrzebnych słów mógł je tylko pomniejszyć i zbagatelizować.
Ksiądz — Jan Twardowski — przemówienie nad trumną w katedrze warszawskiej zakończył słowami: „Żegnaj, młody książę!” Niektórym to się nie podobało. Ale księdza poety nie zawiodło wyczucie: Stanisław Dygat był rzeczywiście wiecznie młodym księciem naszej kultury. W kościele przeraziła mnie twarz Kaliny. Odmieniona nie do poznania. Bez kropli krwi. Jak woskowa maska bólu. Kiedy w dzień po pogrzebie zadzwonił do niej Jurek, krzyczała w telefon: „To oni go zamordowali, oni!” Miała na myśli tę okropną kolaudację filmu nakręconego przez debiutującą reżyserkę Ewę Kruk na podstawie opowiadania Stasia Dworzec w Monachium. Dopatrzono się obrazy polskości i film bezapelacyjnie odłożono na półki. Niektórzy kolaudanci wołali, że takich ludzi jak Dygat powinno się zamykać do więzień.
Kalina Jędrusik i Stanisław Dygat.
Ciekawe, co „młody książę polskiej kultury” myślał sobie słysząc te obelgi. Prawdopodobnie to samo co w marcu 1968 roku, kiedy go spokojnie stojącego na Krakowskim Przedmieściu naprzeciw Uniwersytetu Warszawskiego milicjant walnął pałką w głowę. Pytano go wówczas: powiedz, coś czuł, ty, znany polski pisarz, spałowany przez polskiego milicjanta. Staś odpowiedział bez namysłu: „Ghotgeh (Grottger) by tego nie odmalował!”

Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 41–42.

środa, 7 sierpnia 2013

Odcinek 768: Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, niedziela 7 sierpnia 1977
Wczesnym wieczorem, kiedy siedzimy z Babcią przed telewizorem, dzwoni telefon. Podnoszę słuchawkę. I od razu wiadomo, o co chodzi. „ORMO” czuwa. Żeby się nam nie przewróciło w głowie od sukcesów. Ohydny, zaropiały głos z ciemnej czeluści piekieł. Z ważną sprawą do pani Mikołajskiej (najpierw mówi „Mikołajczak” — to także znany chwyt, że niby dzwoni zwykły, szary człowiek, który nazwiska nawet dobrze nie zapamiętał). Mówi, że dzwoni spod Lublina i że sprawa jest niesłychanie pilna. Odpowiadam, że pani Mikołajska będzie dopiero za tydzień, to go nie zniechęca. Usiłuje swoją sprawę przedstawić mnie. Ale nie chcę słuchać, bo już od pierwszego słowa widać, że to ordynarna lipa według prymitywnego schematu, znanego mi doskonale z wielomiesięcznej „walki ideologicznej”. Bronię się, on napiera namolnie, obrzydliwie, demaskując się coraz wyraźniej. Na koniec mówię, że nie mogę dłużej prowadzić tej beznadziejnej rozmowy i odkładam słuchawkę. Telefonu jednak nie wyłączam, bo może dzwonić Halina albo Tośka.

Po piętnastu minutach znowu dzwonek. Ten sam obrzydliwy głos: „To jeszcze raz ja, wiem już, że pani Mikołajskiej nie ma, ale muszę pomówić z panem”. Nie zgadzam się na żadne rozmowy i odkładam słuchawkę. Po minucie telefon dzwoni znowu. Nie podejmuję słuchawki i wracam cło telewizora. „Ciągle dzwoni” — informuje mnie Babcia. „Niech dzwoni — mówię — w końcu mu się sprzykrzy”. Ale nie mogę już skupić uwagi na filmie telewizyjnym. Rozbili mi nastrój. O to przecież chodziło. Zastanawiam się nad przyczynami nieoczekiwanego wznowienia „walki ideologicznej” przez telefon. Może ich zdenerwowało optymistyczne nastawienie Adama, odnotowane przez podsłuchujące ściany. Więc dzwonią, dzwonią nieustannie... Mijają minuty, kwadranse... Ciągle dzwonią... Siedzi tam pewnie jakiś facet na dyżurze i za pomocą służbowego telefonu szarpie mi nerwy. Może czyta przy tym jakąś książkę z serii szpiegowskiej wydawnictwa MON albo rozmyśla o kłopotach wychowawczych ze swymi dziećmi. Telefon dzwoni równo przez pół godziny. Potem załamuję się ja i wyciągam wtyczkę z kontaktu.
O wpół do dwunastej wieczorem, kiedy już kładziemy się spać — dzwonek u drzwi. Pytam przez drzwi, kto to. „Do pani Mikołajczak. Z Radomia. Ważna sprawa ludzka”. Znowu jeden z tych głosów, które samym swym brzmieniem wzbudzają we mnie nienawiść. Odpowiadam, że pani Mikołajskiej nie ma i będzie dopiero za tydzień. „To nic — mówi obmierzły głos — niech pan otworzy, z panem też mogę pomówić”. Nie otworzę. Któż wie, czy nie kryje się ich tam w ciemności kilkunastu jak wówczas w grudniu ubiegłego roku. Wtedy zaczyna dzwonić. Tak, to nowa, nie stosowana dotąd, „tortura dzwonka”. Jak pan nie przestanie dzwonić — woła zza moich pleców Babcia — to zatelefonujmy na milicję”. Ale zaraz uświadamia sobie całą absurdalność tej groźby i pokrywa ją atakiem kaszlu. Nie ma dokąd dzwonić. Nikt nas nie weźmie w obronę przed tymi chuligańskimi wybrykami, opłacanymi z państwowych pieniędzy. Dokuczliwe dzwonienie świdruje mi mózg. Babcia kaszle. Fela wściekle szczeka. Ściskam pięści. „Tylko spokojnie — mówię sobie. — Tylko spokojnie. Za wolność trzeba płacić”.

Marian  Brandys.

Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 364–365.

sobota, 11 maja 2013

Odcinek 689: Marian Brandys, 1978 rok


Z dziennika Mariana Brandysa

Obory, czwartek 11 maja 1978 roku

Rozmowa przy stole o nowym rodzaju patriotyzmu.

Większości społeczeństwa (lub raczej aktywu społecznego) zupełnie nie obchodzą
Polacy w meczu o III miejsce
Mistrzostw Świata w RFN w 1974 r.
imponderabilia społeczno-narodowe (walka o wolność,
o sprawiedliwość itp.). Ludzie są całkowicie pochłonięci drapieżnym, żarłocznym pragnieniem awansu społecznego. Od pewnego momentu ten pęd do awansu przekształca się w służalczość, w pięcie się w górę po drabinie hierarchii urzędniczej i coraz silniejsze zespalanie interesu własnego z interesem państwa. U tych ludzi nie mogą znaleźć poparcia szlachetne apele dysydentów. Mają na nie odpowiedź: ale mnie się powodzi lepiej niż moim starym. To poczucie uzyskanego awansu nie zmącone jest refleksją: w jakiej części ten awans zawdzięczam ustrojowi, a w jakiej – ogólnemu podwyższeniu standardu życiowego na całym świecie. Najpełniejszym tego wyrazem jest naiwne powiedzenie: „A mój stary nie mógł oglądać telewizji”.

Coraz więcej jest ludzi związanych własnymi interesami z establishmentem. Dla nich lojalność wobec establishmentu utożsamia się z patriotyzmem. Do tego uprzywilejowanego aktywu społecznego, liczącego już dobre kilka milionów ludzi, nie należy oczywiście szczególnie upośledzone środowisko robotnicze w miastach i chłopstwo na wsiach, mimo że to właśnie w ich imieniu sprawuje się ponoć władzę w PRL.
Kibicowanie sportowe w krajach tak zwanego bloku wschodniego ma wyraźnie charakter zastępczy, stwarzając jedyną możliwość pełnego wyładowania uczuć narodowych.
Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 66.

czwartek, 20 grudnia 2012

Odcinek 547: Marian Brandys, 1976 rok


Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, poniedziałek 20 grudnia 1976 roku
Od wczoraj żadnych telefonów. To znaczy są telefony, ale prawdziwe, od przyjaciół: życzliwe, ciepłe, wspierające. Natomiast umilkło wściekłe, nieprzerwane ujadanie psów gończych, spuszczonych z łańcucha. Można (nie wiadomo, jak długo to potrwa) podchodzić bez obrzydzenia do telefonu. Nie odzywają się już „życzliwy wiarus z Wilna” i „robotnik ze Szczecina”, i „wielbicielka” z Łodzi. Nie szarpią nerwów mdlące, wyuczone formułki i ukryty za nimi jadowity zamiar doprowadzenia nas do załamania. Jakiż to błogi odpoczynek, dopiero teraz odczuwam, jak bardzo mnie to raniło. Powody przerwy w „wojnie ideologicznej” tłumaczymy różnie. Ja jak zwykle pesymistycznie: że to tylko krótka przerwa spowodowana nieobecnością Haliny. Jurek, jak zwykle, optymistycznie: że wiedzą o jej desperackim akcie i nie chcą przeciągać struny.
Natomiast poczta nie ustaje w atakach. Sam otwieram listy i większości z nich nie zamierzam w ogóle pokazywać Halinie. [...]
Halina Mikołajska.
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 45.

czwartek, 1 listopada 2012

Odcinek 498: Marian Brandys, 1978 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, środa 1 listopada 1978 roku
Jacek Kuroń i Halina Mikołajska, lata siedemdziesiąte.
A więc już listopad. Jak szybko zbiegł ten względnie spokojny rok 1978.
Prasa i radio całego świata zajmują się ciągle nowym papieżem Polakiem. Tylko u nas cisza. Podobno w cenzurze istnieje już zapis na ten temat.
 
Wczoraj wieczorem był u nas Jacek Kuroń. Opowiadał, że wiele znaków na niebie i ziemi przemawia za tym, że władza szykowała się do generalnej rozprawy z opozycją demokratyczną (bezpośrednim powodem zdenerwowania władz był ruch opozycyjny na wsi — przed kilku dniami ujawnił się nowy Komitet Obrony Chłopów). Ale wybór Wojtyły na papieża pokrzyżował plany władz i na razie akcję represyjną wstrzymano. Nie zaprzestano jednak dozoru policyjnego. Od powrotu Haliny urzęduje na naszym podwórzu młody człowiek o twarzy nie budzącej wątpliwości. Wczoraj wieczorem, kiedy odwoziliśmy Basię Wrzesińską, widzieliśmy go pogrążonego w rozmowie z dozorczynią. Kiedy wróciliśmy o pierwszej w nocy, tkwił jeszcze ciągle jak samotny wartownik na posterunku. Starał się udawać, że nas w ogóle nie widzi. [...]
Adam przyniósł mi wieść, że mój brat Kazimierz pisze obecnie książkę autobiograficzną, będącą połączeniem dziennika i pamiętnika. Czyli dokładnie to samo co ja. Ale mamy tak różny sposób pisania i odczuwania, że dublowanie nam nie grozi. A swoją drogą to niezwykły przypadek, żeby dwóch braci literatów w tym samym czasie wzięło na warsztat ten sam pomysł. [...]
Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 182-183.

piątek, 12 października 2012

Odcinek 478: Marian Brandys, 1978 rok


Z dziennika Mariana Brandysa

12 października 1978 roku
Poszedłem do kina „Muranów” na film Saury Elizo, moje życie. W pustej jeszcze poczekalni kina siedzą przy stoliku dwie bileterki, przy nich bawi się czteroletnia jasnowłosa dziewczynka. Naraz pojawia się młoda kobieta, dziewczyna raczej, zadyszana, o zmęczonej twarzy – widać, że dopiero zakończyła pracę albo wybiegła z niej tylko na chwilę. Chwyta w ramiona dziewczynkę i obsypuje ją pocałunkami, potem całuje w policzek i w rękę starszą z bileterek. Nie ulega wątpliwości, że to trzy pokolenia: wnuczka, córka i babcia. Dziecko jest śliczne i miłe, mamusia – bardzo jeszcze dziewczęca, ma duże marzycielskie oczy i słodki uśmiech, babcia – ciepła, dobroduszna. Sielanka rodzinna w najlepszym wydaniu. Ale jeden szczegół mąci obraz i zakłóca harmonię. Dziewczęca mamusia ma na sobie mundur milicjantki. Ten mundur sprawia, że sielanka rozpryskuje się jak szyba uderzona kamieniem. Bileterka-babcia zatraca swą dobroduszność, w twarzy dziewczyny-matki nie dostrzegam słodyczy i marzycielstwa, nawet dziecko przestaje mi się podobać. Bo to są przecież moi wrogowie, najbliżsi sprzymierzeńcy tych, którzy od dwóch i pół roku prześladują mnie, zatruwają mi życie, pozbawiają mnie wszelkiej prywatności. Bo dla tej miłej, ciepłej rodziny ja również jestem śmiertelnym wrogiem, którego należy obezwładnić i zgnoić. Bo tę uroczą, młodziutką mamusię każdego dnia indoktrynują nienawiścią do mnie, do mojej rodziny, do wszystkich nam podobnych. O Boże, jak trudny jest ten dzisiejszy świat.
Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 166.

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Odcinek 411: Marian Brandys, 1977 rok


Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, sobota 6 sierpnia 1977 roku
Sam w domu. Żadnych wizyt, żadnych telefonów. Cisza aż w uszach dzwoni. 

Adam Michnik.

Wieczorem wpada na pogawędkę Adam Michnik. Zdążył się już całkowicie rozejrzeć w sytuacji i jest we wspaniałym nastroju. Zapewnia mnie, że zbliża się czas wielkich przemian. Podobnie jak ja, szansę najważniejszych działań widzi w „Zapisie” i innych wydawnictwach. Zapowiada, że wkrótce techniczne wykonanie i wysokość nakładu ulegną zasadniczej poprawie. Kreśli oszałamiające plany rozwoju potężnego forum niezależnej opinii publicznej. Obawiam się, że nie wyszedł jeszcze z powięziennego szoku, ale spijam z jego ust te miody.

Jest zachwycony atmosferą, jaką zastał w Warszawie w kołach korowskich i do KOR-u zbliżonych. Wiktor Woroszylski powiedział mu w dzisiejszej rozmowie: „Dzięki KOR-owi staliśmy się ludźmi wolnymi. A być w tym kraju człowiekiem wolnym, to nie byle co”.

„I to jest prawdą – mówi z najgłębszym przekonaniem Adam. – Ludzie przestali się bać. A to jest właśnie wolność!”.

Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 363–364.

poniedziałek, 25 czerwca 2012

Odcinek 369: Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa – Obory, sobota, 25 czerwca 1977 roku
Sklep Pewexu.
Rano jedziemy z Haliną do sklepu dewizowego Peweks, bo jak twierdzi, musi sobie kupić prawdziwe dżinsy, gdyż „jest to idealny strój na więzienie, gdyby wypadło siedzieć, a jeśli wszystko skończy się dobrze, to i na pielgrzymkę do Częstochowy się przyda”. Uwielbiam takie wygłupy Haliny, zwłaszcza że wiem, ile ją kosztuje to trzymanie fasonu. Zdradza się z tym przy rozmaitych okazjach. Na przykład w żaden sposób nie mogłem jej nakłonić, żeby po te dżinsy poszła sama. „Ty możesz – mówi do mnie – bo masz konto dolarowe i nikt twoich sprawunków w Peweksie nie zakwestionuje, ale ja...” Ani na chwilę nie zapomina o tych wszystkich anonimowych listach i anonimowych telefonach na temat dolarów, którymi „zagraniczne ośrodki dywersyjne opłacają KOR”.
Ma zresztą Halina i swoje przyjemności. Po drodze do Peweksu i w samym sklepie ciągle ktoś ją poznaje i darzy życzliwym uśmiechem bądź niskim ukłonem. A plastyczka, pani Młodożeńcowa, u której zamówiła sobie ręcznie malowaną suknię, odmawia przyjęcia za nią pieniędzy i oświadcza, że wystarczającą dla niej zapłatą jest „zaszczyt, że Mikołajska będzie ją nosiła”.
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 312–313.

wtorek, 13 marca 2012

Odcinek 265: Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa
 
Warszawa, niedziela 13 marca 1977 roku
Peerelowski plac zabaw.
Znowu wyłączony telefon. I znowu wyczuwa się, że jest to nie przypadkowa awaria, lecz celowo zamierzona nękająca złośliwość.
Wczoraj wieczorem był u nas Maciek Rayzacher. Rozmawialiśmy do późnej nocy. Maciek dużo czasu poświęca swej córeczce Agnieszce, więc jest dobrze wprowadzony w sprawy wychowawcze. Opowiada, że życie dzieci jest teraz nudniejsze niż jego własne dzieciństwo w pierwszych latach powojennych. Ulica i podwórko są nieciekawe. Życie maluchów, podobnie jak życie dorosłych, jest teraz zbytnio zor­ganizowane (przedszkole, szkoła, odrabianie lekcji, telewizja). Na tej pustyni zorganizowanej nudy tylko od czasu do czasu trafiają się kuszą­ce oazy, przypominające dawne dzieciństwo. Koło domu, gdzie mieszka Maciek, jest nie zabudowany plac wypełniony starym złomem i mate­riałami budowlanymi. Tam mała Agnieszka i jej rówieśnicy odnajdują swój utracony raj. Tam spędzają chętnie czas na bajecznych, nie podda­nych żadnym regułom, zabawach. „Modlimy się — mówi Maciek — aby tego placu nie zabudowali jeszcze przez parę lat”.

Dziś obiad u Wadeckich. W drodze na Racławicką oglądam wy­stawy sklepowe. W sklepach spożywczych mnóstwo soków i dże­mów owocowych, ale wszystkie mieszane: jabłkowo-porzeczkowe, pomarańczowo-dyniowe, renklodowo-agrestowe i tym podobne. Dawniej tego jakoś nie bywało. Zwraca to uwagę jako symbol swe­go czasu. Przecież mieszanie jest generalną zasadą większości dzia­łań obecnego okresu. Miesza się prawdę z kłamstwem, dobro ze złem, ludzi skompromitowanych z nie skompromitowanymi i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Unika się czystego smaku, bo czysty smak utrudnia oszustwo.
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 145.

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Odcinek 208, Marian Brandys, 1977 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, niedziela 16 stycznia 1977 roku
Halina Mikołajska jako pani Raniewska
w Wiśniowym sadzie Czechowa,
Teatr Współczesny, 1976 rok.
Po wczorajszym spektaklu [Wiśniowego sadu z udziałem Haliny Mikołajskiej w Teatrze Współczesnym]  znowu owacja. Znowu biało-czerwone kwiaty – tym razem wręczone przez młodziutkiego chłopca, którego podprowadził do sceny ojciec.
Dziś, pomimo względnego spokoju, jeśli chodzi o telefony i pocztę, nastrój w domu niedobry. Tośka rano zniknęła z domu i nie daje żadnego znaku życia. Niepokoimy się o nią, niepokoimy się o tych aresztowanych młodych ludzi. Halinę poraża myśl, że ma jeszcze przed sobą do przebycia kilkanaście przedstawień.
Po wyjściu Haliny do teatru odbieram anonimowy telefon. Ale nie ubecki. Głos prostego człowieka, mówiącego od siebie, z trudem, z zacięciami, bez tej obrzydliwej wyuczonej gładkości. Chce w imieniu swoim i kolegów wyrazić serdeczną solidarność, „żeby pani Halina wiedziała, że nie jest sama”. I na koniec niespokojne pytanie: „Ale pani Halina na razie zdrowa?”
Jestem już tak rozklejony, że podobne telefony wzruszają mnie do łez. Wydawało się, że już wszystko jest ostatecznie zgnojone, a tymczasem – pomimo straszenia, podsłuchów, oszczerczej propagandy – ze wszystkich stron dociera do nas tyle wspaniałych głosów. Znowu jestem dumny z tego, że mam prawo nazywać się Polakiem. [...]
Dzwonek u drzwi. Starsza, prosta kobieta do Haliny. Nie chce powiedzieć w jakiej sprawie, wskazuje tylko znacząco palcem na grubą kartonową teczkę wypchaną papierami, którą miała w siatce. Halina odbywa z nią dwugodzinną rozmowę. Babka jest najwyraźniej niezupełnie normalna, ale ma po temu powody. Z jej chaotycznego opowiadania wyłania się tragiczny życiorys polski. Sześć lat spędziła na Sybirze za to, że nie pozwoliła sobie wpisać do dowodu osobistego obywatelstwa radzieckiego. Teraz ma manię prześladowczą, że dybie na jej życie dozorca domu, „brat pułkownika z Rakowieckiej”. Mówi do Haliny: „Za to, co pani robi, to mogę pani klatkę schodową wyszorować”. Halina z trudem się jej pozbywa. I znowu niepewność: czy cała ta wizyta jest „prawdziwa”, czy kryje się za nią jakaś prowokacja? A jeżeli to drugie, to w jakim celu?
Jakby na poparcie wątpliwości – nowy telefon: „Czy mieszkanie pani Mikołajewskiej?” „Nie, Mikołajskiej”. „Tak, przepraszam, Mikołajskiej. Czy można prosić?” „Nie ma jej w domu”. „Pewnie w teatrze?” „A w jakiej sprawie?” „Proszę powtórzyć, że dopiero teraz dowiedziałem się o przykrościach, szczerze współczuję, my wszy­scy ją popieramy”.
Ale głos jakiś nieprzyjemny. I nie wiadomo dlaczego, kojarzy się to z niedawną wizytą „Sybiraczki”. Znowu pachnie jakąś akcją „wydziału rozrywkowego”. Boże, jak łatwo jest zwariować w tym świecie podsłuchujących ścian i kłamiących telefonów. Znowu rozhulała mi się wyobraźnia i dręczony niepokojem wyczekuję powrotu Haliny z teatru. [...]
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 76–77.

czwartek, 15 grudnia 2011

Odcinek 176: Marian Brandys, 1976 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, środa 15 grudnia 1976 roku
Telefon nadal nieczynny. Ciągłe interwencje w biurze naprawy nie pomagają. W słuchawce szumi urządzenie podsłuchowe, jesteśmy wiec odcięci od świata tylko jednostronnie.
Halina Mikołajska.
Około godziny dziesiątej z rana ostry dzwonek u drzwi. Spoglądam przez wizjer. Trzej nieznajomi mężczyźni: „delegacja robotników z Ursusa w życiowej sprawie”. Otwieramy po krótkich pertraktacjach. Do mieszkania wdziera się grupa kilkunastu mężczyzn (reszta ukrywała się na schodach). Chcą mówić z członkiem Komitetu Obrony Robotników, panią Mikołajską, aktorką. Wpychają się do pokoju, gdzie Halina jeszcze leży w łóżku. „W imieniu robotników Ursusa i całej klasy robotniczej” żądają zaprzestania działalności w KOR-ze i „przesyłania wiadomości do Radia «Wolna Europa»”. Powołują się na artykuł Misiornego w „Trybunie Ludu”. Grożą, że w razie niezaprzestania przez Halinę „przeszkadzania im w uczciwej pracy dla kraju”, oni potrafią też przeszkadzać i „żeby pani się nie dziwiła, jak na scenę polecą zgniłe jaja”. Krótko mówiąc, jest to pierwsza mała przymiarka cło przyszłych wieców protestacyjnych z transparentami: „Precz z KOR-em!”, „Precz z wrogami socjalizmu i Polski Ludowej!”, „Nie chcemy waszej obrony!”... „Precz...” i tak dalej.
Rzekomi robotnicy odmawiają wylegitymowania się i podania nazwisk, „żeby nie znalazły się w «Wolnej Europie»”.
Być może, że rzeczywiście jest wśród tych napastników dwóch albo trzech robotników-aktywistów politycznych, odpowiednio poinstruowanych przez władze partyjne, bo dwie albo trzy twarze odbijają wyrazem przykrego niezdecydowania od zadowolonych i pewnych siebie mord większości „grupy naporu”. My wszyscy – Babcia, Tośka i ja – odnosimy się do tego teatru z właściwym dystansem: ani przez chwilę nie wierzymy w autentyczność tej „delegacji robotniczej”. Ale Haliny nie stać na dystans. Ona wierzy w te wszystkie kłamstwa. Twarz jej skamieniała w wyrazie przerażenia. Kiedy grożą rzucaniem zgniłych jaj na scenę, desperackim gestem zaciąga kołdrę na głowę. [...]
Radosną rzeczą w tym strasznym dniu są przejawy życzliwości dla Haliny z różnych stron, od ludzi, którzy się dowiedzieli o najściu. Przede wszystkim cudowny Jurek, który tknięty przeczuciem odwiedził nas już przed południem. A potem inne wizyty i telefony, mnóstwo wizyt i telefonów.
Wspaniale się zachowała podczas wizyty rzekomych robotników Babcia. Powiało Historią i Grottgerem. Takie musiały być matki Polki.
Warszawa, czwartek 16 grudnia
Halina próbowała popełnić samobójstwo. Zażyła czterdzieści pastylek valium i sześć podwójnych proszków tuinalu. Uratowało ją tylko to, że jej organizm jest przyzwyczajony do valium, którego używa od lat jako środka nasennego. [...]
Rozpacza, że się obudziła. Postanowiła to zrobić, bo nie może dłużej żyć w tym świństwie, przy tych najściach «klasy robotniczej», przy tych listach z posądzeniami o kradzież komitetowych pieniędzy”. Jest w stanie głębokiego szoku. Wylewa się z niej rozpacz i nienawiść. Siedzimy przy niej do późnej nocy: Jurek, Basia Wrzesińska, Tośka i ja. Jurek i Tośka zachowują się cudownie. Ja jestem pusty w środku. Nie myślałem, że ma tak mało odporności. Co będzie z nami dalej?
Marian Brandys, Dziennik 1976–1977, Iskry 1996, s. 40–42.

sobota, 12 listopada 2011

Odcinek 143: Marian Brandys, 1972 rok

Z dziennika Mariana Brandysa
Warszawa, niedziela 12 listopada 1972 roku
Władysław Broniewski
z trzecią żoną, Wandą.
Idąc do Stasiów Kowalewskich, mijam willę-muzeum Władysława Broniewskiego. Mimo pięknej tablicy na furtce z godzinami zwiedzania, sprawia na mnie wrażenie smutnej i zaniedbanej. Tak samo było zresztą i za życia Władka. Za bardzo ciążyła na atmosferze tej willi samotność i wzajemna nienawiść dwojga jej mieszkańców. Teraz króluje tam ona. Zwyciężyła Władka i syci się swoim zwycięstwem. Spotkałem ją w parę miesięcy po jego śmierci, wyelegantowaną i odmłodzoną. Kiedy spytałem zdawkowo, jak się czuje, odpowiedziała z tryumfalnym błyskiem w oku: „Wiesz, znakomicie! Nigdy tak dobrze się nie czułam!” Jest potworna, walczy o monopol na eksploatowanie pamięci Władka w sposób wzbudzający wstręt. Ale nie można jej odebrać stanowiska i pozostanie w lekturach szkolnych jako wierna towarzyszka życia Wielkiego Poety (Broniewski przysięgał mi, że ożenił się z nią po pijanemu). Jest ważniejsza od Stefanii Tuwimowej i Natalii Gałczyńskiej, bo one nie mają „własnego” muzeum. Tyle że Broniewski nie napisał o niej żadnego wiersza. Na jej szczęście! Zresztą i tak nie mógłby być opublikowany.
Na przykładzie Broniewskiego najlepiej się widzi różnicę między pamięcią o autorze a życiem jego dzieła. Byłem przecież z Broniewskim w serdecznej przyjaźni, a jednak kiedy wracam do niego pamięcią, przypomina mi się przede wszystkim jego pijacki bełkot i źle dopasowana proteza, i te dokuczliwe, pijackie telefony nocne, i ta jego okropna awantura z [żoną] Wandą, którą zakończyło się ostatnie u nich przyjęcie (było ono wyprawione właściwie na cześć Haliny [Mikołajskiej, żony Brandysa], bo Władek chciał ją bliżej poznać). Z dobrych wspomnień pozostał mi tylko jego życzliwy, prawdziwie słoneczny uśmiech i serdeczne dedykacje na książkach. Ale wiersze żyją nadal mocnym, pełnym życiem. Są zadziwiająco młode i dźwięczne, zachowały dawną moc wzruszania, setki tysięcy uczniów uczą się ich na pamięć, dziesiątki tysięcy miłośników recytują je na konkursach recytatorskich i przy innych okazjach.
Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 148–149.

piątek, 21 października 2011

Odcinek 121: Marian Brandys, 1972 rok


Z dziennika Mariana Brandysa

Warszawa, sobota, 21 października 1972 roku

Czarny dzień: umarła Madzia Samozwaniec. Sam się zdziwiłem, jak mnie to obeszło i zmartwiło. Madzia, którą się zawsze wspominało z uśmiechem rozbawienia lub irytacji, naraz stała się tematem poważnym i trudno się z tym oswoić. Dopiero co umawialiśmy się na brydża, dopiero co zapraszała do siebie Tośkę na świąteczną wizytę. I oto nie ma jej. Odeszła ostatnia z Kossaków, suto wyposażona we wszystkie zalety i wady tej „żywotnej do obrzydliwości” (jak mawiał Witkacy) rodziny, która zapisała kolorową kartę w historii polskiej kultury, spiła wszystkie miody życia i odeszła, nie pozostawiając epigonów. 
Magdalena Samozwaniec z ojcem, Wojciechem Kossakiem.
Po raz pierwszy widziałem ich w komplecie na premierze sztuki Jasnorzewskiej-Pawlikowskiej we wczesnych latach trzydziestych. Najpierw rozpoznałem wspaniałą głowę Wojciecha Kossaka, potem Madzię, którą znałem z fotografii w „Wiadomościach Literackich”, wreszcie Jasnorzewską-Pawlikowską. Zachowywali się niemożliwie (tak jak Madzia zachowywała się do końca życia). Głośno rozmawiali, śmieli się, absolutnie nic sobie nie robiąc z otoczenia. Ludzie zaczęli psykać, przywoływać ich do porządku, ale ktoś dał cynk, że to Kossakowie, i oburzenie natychmiast zmieniło się w adorację.
Magdalena Samozwaniec z mężem,
Zygmuntem Niewidowskim
.
Zawsze otaczała ich adoracja (typu trochę wańkowiczowskiego). Konsumowali życie jak soczysty befsztyk podlany dobrym alkoholem. Madzi bardzo tej adoracji brakowało. Zawsze miała wokół siebie wspaniałych, arystokratycznych kawalerzystów, którzy zabijali się o nią. Na koniec pozostał jej tylko ten koszmarny Zygmuś, coś pośredniego między gangsterem a sutenerem. Przez długie lata roztaczała przed przyjaciółmi mit o swoim szczęściu domowym i o miłości Zygmusia. Ale ostatnio zaczęła mówić prawdę: o wymaganiach pieniężnych Zygmusia, o tym upokarzającym życiu we troje (o rzekomej siostrzenicy Zygmusia, którą razem z nim miała na karku, mówiła: „moja domowa pomoc erotyczna”). Madzia była stale niepoważna. Przypuszczam, że stało się to u niej jakby świadomą zasadą życiową. Był w niej jakiś „bohaterski dantyzm”. Alicja Sternowa mówiła o niej „nasza klownessa”. Trafiła w dziesiątkę. Madzia rzeczywiście była jakimś skrzyżowaniem klowna z contessą i był w niej jakiś tragizm klownowski. Przez długi czas irytowała mnie piekielnie. Ale potem przekonałem się do niej i zacząłem ją szanować. Była samolubna, infantylna, niekiedy trudna do zniesienia. A jednocześnie miała w sobie jakąś wielką kulturę i godność. Umiała ukrywać swoje cierpienia, samotność, lęk przed śmiercią, umiała umierać stojąc. Ostatnio wyglądała już bardzo staro. Całą twarz miała pokrytą drobniutką siatką zmarszczek. Straszny Zygmuś w czasie jednej ze swoich sakralnych wizyt w Oborach zdobył się w mojej obecności na brutalny żart. Całując ją w policzek powiedział: „Ach te moje wafelki!” Zdumiała mnie literacka trafność przenośni tego prymitywa. Madzia to dostrzegła i wyjaśniła pogardliwie: „Jego ojciec miał fabryczkę wafli pod Wadowicami”. No cóż, Madziu, nie zagramy już chyba w brydża.

24 października 1972 roku
Zadzwoniła Ewa Fiszer. Ona zawsze dzwoni wtedy, kiedy w szczególnym napięciu czekam na inne telefony. Wróciła z Obór i opowiedziała mi o ostatnich miesiącach życia Madzi Samozwaniec. Okazuje się, że umarła na raka, który przerzucił się już na cały organizm. Przed trzema tygodniami przyjechała w takim stanie do Obór. Starała się prowadzić normalne życie, ale miewała napady szalonych bólów. Mówiła, że to półpasiec. Lekarzy nie uznawała, nie poddawała się żadnym badaniom. Na bóle się skarżyła, ale w taki sposób, w jaki człowiek skarży się na bóle głowy. Jednak po dwóch tygodniach stan jej się tak pogorszył, że Ewa zatelefonowała do Zygmusia. Madzia pozwoliła się odwieźć do Warszawy, ale na szpital się nie zgodziła. Odwieziono ją tam dopiero po krwotoku. W szpitalu umarła po trzech tygodniach.

Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 116–117, 120.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Odcinek 69: Marian Brandys, 1978 rok

Z dziennika Mariana Brandysa
Warszawa, środa 30 sierpnia 1978 roku
Dziś w radio takie zagłuszanie jak za najlepszych czasów zimnej wojny. Przypuszczam, że to skutek wizyty Gierka na Krymie. Halina [Mikołajska, żona autora] mówi: „Dostali pożyczkę na zagłuszanie”. Nie byłoby w tym nic dziwnego, zważywszy, że Radio „W[olna] E[uropa]” stało się ostatnio masowym przekaźnikiem wydawnictw opozycyjnych.
Wczoraj tłumne najście KOR-u na nasz dom. Romaszewscy, Michnik, Kuroń, młodzi ludzie z teatru. Całe towarzystwo w humorach znakomitych. Mają z czego być zadowoleni. Pomimo niezliczonych przeszkód „Robotnik” ukazuje się w nakładzie ponad dziesięciu tysięcy i jest natychmiast rozprowadzany do ostatniego egzemplarza po zakładach pracy. Ponadto Romaszewscy z pomocą korowskiej młodzieży odmalowali gruntownie mieszkanie pani mecenas [Anieli] Steinsbergowej [współzałożycielka Komitetu Obrony Robotników]. Starsza pani przyznała kiedyś w ich obecności, że nie starcza jej już sił na zorganizowanie remontu bardzo zdewastowanego lokalu. Romaszewskim nie trzeba było dwa razy powtarzać. Namówili panią Anielę, aby na tydzień przeniosła się do przyjaciółki, a sami zabrali się do odnawiania jej mieszkania, przeznaczając na to ostatnie sześć dni swojego jakże zasłużonego urlopu. Czy można tych ludzi nie podziwiać? [...]
Zofia i Zbigniew Romaszewscy na ławie oskarżonych
w procesie Radia Solidarność, 1982 rok.
Zastanawiałem się, jaka jest zasadnicza różnica między Haliną i mną a Romaszewskimi i innymi czynnymi korowcami. Oni mają do czynienia z konkretnymi pracami i realnym niebezpieczeństwem. Są tym całkowicie pochłonięci. Widzą bezpośrednie efekty swego działania i mają poczucie, że uczestniczą w czymś wielkim. My natomiast między jedną a drugą akcją protestacyjną jesteśmy zawieszeni w powietrzu. Udział w opozycji wytrącił nas z działalności zawodowej, a nie staliśmy się (i wcale stać się nie chcemy) zawodowymi działaczami społeczno-politycznymi. To nieokreślone stanowisko powoduje coraz głębszy rozstrój nerwowy i wypełnia poczuciem klęski.
Chociaż i zawodowi działacze korowscy miewają swe chwile słabości. Niedawno się dowiedziałem, że Gaja Kuroniowa – ta niezłomna i zawsze pogodna opoka ruchów wolnościowych ostatniego dwudziestolecia – ulega niekiedy tak silnym depresjom, że musi być stale pod opieką lekarza.
Halina mówi: „My jesteśmy od firmowania, to także coś znaczy”. [...]

Marian Brandys, Dziennik 1978, Iskry 1997, s. 123–125.

środa, 17 sierpnia 2011

Odcinek 56: Marian Brandys, 1972 rok

Z dziennika Mariana Brandysa

Obory, czwartek, 17 sierpnia 1972 roku

Magdalena Samozwaniec
U mnie możliwie. Ale dziś napisałem tylko niecałe pół strony. Wczoraj była Tośka. Bardzo miła i bardzo ją tu lubią. Słuchała ciekawych rozmów z Parandowskimi i z Madzią Samozwaniec. Dzięki temu wprowadziła się trochę w klasykę i mam nadzieję, że pobudzi to jej zainteresowania czytelnicze. Madzia opowiadała o swoich kłopotach w związku z książką, którą napisała o swojej siostrze Lilce (Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej). Redaktorzy wydawnictwa bardzo ją sprawdzają, lękając się jej zbyt niefrasobliwego stosunku do dokumentacji rodzinnej. „Przedstawiłam ją (Pawlikowską) jako ehotomankę, ale ona taka była. To znaczy musiała kochać”. Mówi także o planach następnej książki: wspomnienia o wybitnych ludziach, których znała. No, nie zazdroszczę tym nieboszczykom. Na koniec dwie wspaniałe anegdotki o Ludwiku Hieronimie (Ludwiczku) Morstinie. Pytano go, czy zjadłby talerz g...., gdyby za to wróciły przedwojenne czasy. Ludwiczek na to: „Popłosiłbym o łepetę”. Kiedyś na jakimś zebraniu powiedział: „Po co nam Akłopol, skoro mamy Kłaków”. Druga anegdota o jego żonie, prawnuczce generała Henryka Dąbrowskiego. Przed wojną głowa jej figurowała na dwuzłotówkach. Kiedy raz w prasie zaczepiła Antoniego Słonimskiego, odpowiedział: „Od razu widać, że to nie orzeł pisał, tylko reszka”. Kiedy ktoś wiedzący, że L.H. Morstin poznał w Zakopanem Lenina, pytał, dlaczego nigdy nic o tym nie napisał, pani Morstinowa odpowiedziała: „Mój Boże, gdyby Ludwiś chciał pisać o każdym, kogo znał!” Notabene pani Morstinowa na rok przed śmiercią bardzo mnie namawiała, żebym napisał coś o generale Dąbrowskim. [...]
Potem oboje Parandowscy mówili o Jerzym Kowalskim i o dziwnym stosunku między Anną Kowalską i Marią Dąbrowską. Z obu stron miłość i nienawiść. Widać to już z pewnych akcentów w pamiętnikach Kowalskiej. W pamiętnikach Marii Dąbrowskiej jest podobno piekło. Parandowscy byli u Jerzego Zawieyskiego na miesiąc przed jego śmiercią. Siedzieli obaj z Trębaczkiewiczem nad pamiętnikami Marii Dąbrowskiej, które dano im do czytania. Byli wstrząśnięci. Właśnie tym piekłem. Piekłem nienawiści do najbliższej przyjaciółki.
Pani Myszka Kowalewska opowiadała mi, że Noce i dnie są sagą o rodzinie Gałczyńskich (nic wspólnego z Konstantym). Gałczyńscy, kiedy się dowiedzieli, że Maria Dąbrowska pisze sagę rodzinną, ogromnie ją fetowali. Po ukazaniu się książki chcieli jej wytoczyć proces.
Urocza wnuczka Parandowskich, mała Joasia Szczepkowska, jest w szkole teatralnej. Podobno bardzo zdolna. Kto wie, może będzie to przyszła gwiazda sceny polskiej. Kim będą te wszystkie młode, urocze dziewczyny z naszego środowiska? [...]

Marian Brandys, Dziennik 1972, Iskry 1996, s. 16–17.