Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boy-Żeleński Tadeusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Boy-Żeleński Tadeusz. Pokaż wszystkie posty

środa, 22 czerwca 2016

Odcinek 2068: Tadeusz Boy-Żeleński, 1917 rok

List Tadeusza Boya-Żeleńskiego do Anny Leszczyńskiej

22 czerwca [1917 roku]
Moja droga pani Niusiu!
Dziękuję najserdeczniej za miły list i za pamięć — zawsze z jednaką radością i
Anna Leszczyńska ps. Anna Belina.
dreszczykiem w krzyżach dostaję do rąk kopertę z pismem Niuśki. Wiem od Mamy o pani sukcesach, którymi się bardzo cieszyłem, czemu pani nic nie pisze o swojej działalności? O sobie niewiele mam do doniesienia, mam się jako tako, żyję rozmaicie, ale bardziej z książkami niż z czym innym. Roboty popycham ciągle naprzód, ale druk teraz strasznie się wlecze, przynajmniej w stosunku do mojej niecierpliwości. W tej chwili drukuję 2 tomy Powiastek filozoficznych Woltera, a „trawię” Chateaubrianda, więcej dla własnej ciekawości niż dla jakiegoś celu. Memoires d’outre-tombe są interesujące. Zazdroszczę pani Niusi łódki i wody, czytałem gdzieś w pismach, że podobno w Warszawie jest moda najnowsza opalać ciało w przystani nad Wisłą? Tu gorąca przeraźliwe — mój dom cały od kilku dni na powietrzu, sam zostałem na całe lato na gospodarstwie.
Moja droga Niusieńko — trudno mi opisać, jak bardzo mi jest miła ta twoja niewinna perwersja imaginacji, która tworzy w tobie tyle sympatii i serdeczności dla mnie na odległość. Pozostaje mi tylko marzyć, żeby nigdy ta prześliczna fikcja nie była wystawiona na próbę rzeczywistości! To bez cienia złośliwości piszę, Niusieńko, całkiem po prostu.
Noc zapada w moim baraku — śpiewy smutne przejeżdżających żołnierzy — smutek wszędzie dokoła — gnębi mnie ta atmosfera!
Moje dziecko drogie, pozdrawiam cię najczulej i życzę samych przyjemnych rzeczy, twój bardzo naprawdę oddany
B.

Tadeusz Żeleński „Boy”, Listy, oprac. Barbara Winklowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1972, s. 123–124.

sobota, 24 sierpnia 2013

Odcinek 785: Tadeusz Boy-Żeleński, 1916 rok

List Tadeusza Boya-Żeleńskiego do Anny Leszczyńskiej

24 sierpnia 1916 roku
Tadeusz Boy-Żeleński, rys. S. Wyspiański.
Moja ty dobra, serdeczna pani Niusiu!
Dostałem pani list, choć z wielkim opóźnieniem, nie ma pani pojęcia, ile mi dobrego zrobił, jak mnie orzeźwił i dodał ochoty do wszystkiego! do tego stopnia, że mi się zaraz wieczór ulągł ordynarny, wesoły wierszyk, bezpośrednio wynikły z tego ucieszenia, chociaż zupełnie odległy tematem! Tak strasznie, strasznie mi miło, że się tak rozumiemy coraz lepiej, tak mi szerzej się oddycha, ach, pani Niusiu, niech pani zawsze dla mnie zachowa te najlepsze struny z siebie, tyle ma pani dokoła materiału ludzkiego na wygranie tych innych, nie ma obawy, żeby miały zardzewieć! Żal mi bardzo, że nie wiem, kiedy panią zobaczę, ale rozumiem, że musi pani tam walczyć — niech mi pani wierzy, że nie ma godziny w dniu, żebym nie pomyślał o pani Niusi, co tam robi (może to niebezpiecznie?! niedyskretnie??!), i bardzo serdecznie w myśli pani łapki na drogę życia nie uścisnął. Może we wrześniu uda się pani wpaść do Krakowa? Dziękuję bardzo za przysłanie felietonu, bardzo lubię wiedzieć, jakie echa coś wywołuje, a tu nie ma żadnej styczności. Jeszcze nawet mam jedną prośbę w tym zakresie. Mianowicie w „Tygodniku Polskim” czy jakimś podobnym piśmie, w każdym razie tym, które redaguje redaktor Simon (to się pani Niusia łatwo dowie które), były podobno dwa felietony z powodu mnie, ale nie wiem o czym. Gdyby pani Niusia przez którego ze swoich galopantów mogła mi je sprokurować, byłbym bardzo wdzięczny. Cieszę się niezmiernie, że projekt Balzaka tak się pani podoba — dla mnie to jest cudowny pisarz, ze wszystkich wielkich francuskich najbardziej dla mnie ludzki — niezmiernie mi się uśmiecha to długie pożycie razem. Robię go w szalonym tempie, z końcem szóstego tygodnia roboty skończę 3-ci tom, w ten sposób aż 25 tomów by na rok wypadło! (oczywiście nie wykończonych, tylko brulionu). [...] Syn mój zakochał się straszliwie w Rabce w jakiejś dziewczynce małej z nogą w gipsie, podobno ją strasznie pielęgnuje, i kiedyś dostałem od niego list: „Błagam Tadzia, żeby mi Tadzio przysłał 4 korony, nie mogę napisać na co, ale może być Tadzio pewny, że na nic złego.” Otóż dowiedziałem się, że te miało być na mszę za wyzdrowienie tej dziewczynki! Wstyd mi za niego, że się pani Niusi sprzeniewierzył, ale cóż! noga w gipsie to potęga! Och, to współczucie!
[...] Ja list wysyłam na Piotrków, pod adresem Rostworowskiego, może tą samą drogą mógłbym mieć wiadomość znów o pani. Tak się cieszę, pani Niusiu, tak się cieszę — już wszystko będzie dobrze zawsze, prawda? Wstyd mi, że pani będzie miała tyle do opowiadania, a ja nic! tak coraz bardziej nałogowo na wewnątrz żyję, że to się w zupełne kalectwo zamieni! Ciągle sobie uprzytamniam w marzeniach tę chwile, jak będziemy sobie siedzieli przy wykwintnej kolacji, to znaczy sznyclu z piwem, i rozmawiali pysznie. Moja droga pani Niuśku, jeszcze raz dziękuję za wszystkie przyjemne i pochlebne rzeczy, jakie mi pani napisała, widzę, że zyskuję, oglądany z daleka, jak freski na starej katedrze! Rękę ściskam pani i masę dobrych słów i życzeń posyłam!
T.
Tadeusz Żeleński „Boy”, Listy, oprac. Barbara Winklowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1972, s. 76–77.

wtorek, 15 stycznia 2013

Odcinek 573: Tadeusz Boy-Żeleński, 1927 rok


Recenzja Tadeusza Boya-Żeleńskiego ze sztuki „Ten pierwszy” Mirande’a i Mouezy-Eona

Teatr Ćwiklińskiej i Fertnera. Ten pierwszy, komedia w trzech aktach Y. Mirande’a i Mouezy-Eona. Przekład T. Kończyca. Reżyseria Jana Janusza. Dekoracje i wnętrza Elżbiety Mucharskiej i Józefa Galewskiego (15 I 1927).

André Mouëzy-Éon, współautor sztuki.

Temat ten mieszkał już na wszystkich piętrach. Balzak wysunął zeń jedno ze swoich najdramatyczniejszych opowiadań: historię pułkownika Chabert, bohatera napoleońskiego, rzuconego do dołu z trupami, wymazanego z listy żywych, który wróciwszy po latach nędzy i tułaczki, zastaje żonę poślubioną innemu, widzi nowy obcy świat, gdzie nie ma dla niego miejsca, i po daremnych próbach walki o swoje prawa, odchodzi dobrowolnie, aby się ponownie pogrzebać za życia.
Huragan wojny, który tak niedawno zmiótł tyle domów, tyle istnień, musiał odnowić aktualność tego tematu. Osnuto koło niego parę dramatów, kilka komedii... Bo nie ulega kwestii, że mimo posępnego tła samego konfliktu, mieści się w nim sporo elementów komediowych. Komizm wynika z samego zderzenia faktu z aktem, rzeczywistości z papierem, śmierci cywilnej z niedelikatnym życiem, stawiającym wszystkich w tak kłopotliwej sytuacji. Niech się z tym zgmatwa węzeł uczuciowy, niech wreszcie patetyczność sytuacji rozmieni się na drobną monetę dnia powszedniego, a nie ulega kwestii, że jeszcze niejeden autor z talentem znalazłby w tym zużytym temacie dobrą komedię.
Spółka paryska jej nie szukała. Poprzestała na farsie. Bohaterem jej – młody wynalazca, który, kontuzjowany w wypadku kolejowym, stracił pamięć poprzedniego życia i rozpoczął nowe pod innym nazwiskiem, podczas gdy – wskutek skomplikowanej omyłki – pod jego własną firmą pochowano innego. Niespodziane zjawienie się nieboszczyka w ognisku domowym, gdzie wierna mu wciąż myślami żona zdążyła wszakże rozpocząć życie z drugim mężem, jego niezbyt udanym następcą, powrót do pierwotnej świadomości drogą hipnotyzmu i walka byłego wynalazcy, a obecnie fryzjera, o swoje prawa cywilne i małżeńskie stanowią treść drugiego i trzeciego aktu o efektach i humorze mocno ciągnionym za włosy. Doprawdy nie bardzo warto było brać za punkt wyjścia tylu niezwykłości, aby później puścić rzecz banalną koleją tuzinkowej farsy, z komisarzem policji przepasanym szarfą, z nieodzownym łóżkiem (w którym dla odmiany znalazło się sam na sam dwóch mężów), z panią Chaveau, która znów wpada z końcem aktu z okrzykiem: „To mój mąż!”, z wesołą panienką, która gotowa jest z każdym i zaraz, z jednym mężczyzną, który goni za każdą spódniczką, i drugim, za którym gonią wszystkie spódniczki etc., etc. Ten typ farsy robi wrażenie mechanicznej zabawki, która widocznie zawsze znajduje amatorów, skoro Ten pierwszy cieszy się w swojej ojczyźnie powodzeniem. Toteż stwierdzając, że komedia ta nie odznacza się ani wielką pomysłowością, ani lekką ręką, ani najlepszym smakiem, oddajemy ją z całym zaufaniem w ręce publiczności.
Tadeusz Boy-Żeleński, Flirt z Melpomeną. Wieczór siódmy i ósmy, Państwowy Instytut Wydawniczy 1964, s. 257–258.

niedziela, 23 grudnia 2012

Odcinek 550: Tadeusz Boy-Żeleński, 1926 rok


Tadeusz Boy-Żeleński, Recenzja sztuki H. Mannersa „Najdroższa moja Peg”

23 grudnia 1926 roku
Teatr Mały. Najdroższa moja Peg! Komedia w trzech aktach H. Mannersa. Reżyseria Karola Borowskiego. Dekoracje Stanisława Sliwińsklego.
Recenzent teatralny to osobistość, która musi kojarzyć w sobie najsprzeczniejsze przymioty: błyskawiczność kochanka, wytrawność historyka, bywalstwo globtrotera, no i radosną wrażliwość dobrze wychowanego dziecka, które za każdą zabawką znalezioną pod drzewkiem bije z zapałem rączkami i woła: „caca!”
Nie wiadomo, którą z tych osobistości dopuścić do głosu. Gdyby historykowi pozwolić rozpuścić gębę, wyliczyłby nam wszystkich mniej lub więcej rozkosznych „bębnów”, jakie (poczynając od wielkiej Joanny d’Arc) gorszyły i czarowały nas ze sceny swymi wybrykami; wczorajsza Peg byłaby ostatnim ziarnkiem tego różańca. Ze względu jednak na okres gwiazdkowy, uderzmy w ów ton bardziej dziecięcy: jak caca, to caca.
Stefania Jarkowska.
Ten ton będzie zresztą zgodniejszy z niewinną prostotą wczorajszej komedyjki, w której jedną z głównych ról kreuje niewymieniony na afiszu piesek, a cackanie się z nim zapełnia sporą część wieczoru. Jego właścicielka, owa Peg, żąda, aby jej psa lubili wszyscy, podczas gdy ona sama nie cierpi psów cudzych; nie jest to zresztą jedyny błąd logiczny tej fatalnie wychowanej dziewczyny. Ach, jak fatalnie! do tego stopnia, że z lubością wyrzuciłoby się ją za drzwi, mimo iż później żałuje się tego odruchu, gdyż Peg okazuje się niezłą osóbką; nie na tyle, bądź co bądź, aby jej to mogło wystarczyć w życiu, gdyby nie to, że autor, korzystając ze swej wszechmocy — która czyni go zaiste podobnym wróżce w bajce Or-Ota — wyposażył ją talizmanem. Talizman ten to testament wujaszka, czyniący ją milionową dziedziczką i wnoszący błogosławieństwo dostatku w dom, w którym ona przebywa i póki tam przebywa; czyż trzeba dodać, że testament ten służy mu zarazem do obnażenia interesowności i obłudy krewniaków? Przy tej sposobności załatwia się i porachunki narodowe: obłuda, interesowność, zepsucie — to Anglia; szczerość, uczciwość, swoboda, duma — to Irlandia, uosobiona w Peg, która jest córką tułacza, bojownika o wolność Irlandii. Muszą tu być akcenty, rysy, których my oczywiście tylko możemy się domyślać, a które na rodzimym gruncie wyróżniają ową Peg z plejady teatralnych bębnów, dopełniając jej obrazu swoistymi cechami. Ba! ta Peg urasta na chwilę do wyżyn małej bohaterki, kiedy ocaliwszy kuzynkę od popełnienia fałszywego kroku, tuż potem, w chwili niebezpieczeństwa, bierze jej winę na siebie, przyznając się do niegroźnej co prawda eskapady. Ale te tam perypetie, kończące się zresztą małżeństwem Peg z obojętnym nam przystojnym chłopcem, niewiele nas obchodzą; cała sztuka stoi właściwie monologiem Peg, ciętą impertynencją tej mademoiselle Sans-Gene — zawsze tak przychylny oddźwięk znajdującą w teatrze — jej prostotą w stwarzaniu i przecinaniu trudnych sytuacji. [...]
Najdroższą Peg grała p. Jarkowska, aktorka, która ma w sobie bardzo mało elementu dziewczęcego, natomiast posiada kipiący temperament i tupet sceniczny; to wszystko razem, połączone z jej pięknym basowym głosem, stworzyło figurę Peg dość problematyczną, trochę „kabaretową”, ale żywą, zabawną i szczerze oklaskiwaną przez publiczność.
Tadeusz Boy-Żeleński, Flirt z Melpomeną. Wieczór siódmy i ósmy, Państwowy Instytut Wydawniczy 1964, s. 254–256.

niedziela, 17 lipca 2011

Odcinek 25: Tadeusz Boy-Żeleński, 1919 rok

List Tadeusza Boya-Żeleńskiego do aktorki Anny Leszczyńskiej

17 lipca 1919 roku
Moja droga pani Niusiu.
Pierwszy list pani dostałem w miesiąc prawie po wysłaniu, nie rozumiem, dlaczego nie mogła go służąca doręczyć, bo nigdzie Krakowa, zresztą cóż prostszego jak wrzucić do skrzynki? Prawie zaraz potem dostałem i rugi, pocztą. Taki się zrobiłem Diogenes, że ani nie dziwiłem się, że pani nie pisze, ani że teraz napisała, po prostu ucieszyłem się listem. I bardzo serdecznie mi żal jest pani, pani Niusiu, że tak było z panią, nie wiem czemu, pierwszy raz mam wrażenie prawdy. Czy już lepiej, czy się odwróciło? Dobrze, że pani wytchnie trochę na wsi po tym forsownym życiu! Ja siedzę w Krakowie, nie chce mi się nigdzie w lecie ruszać, męczy mnie bardzo stykanie z ludźmi, o ile zaraz nie można się opłukać samotnością, więc już wolę tu siedzieć, mimo iż za drzewkami tęsknię. Kończę druk kilku książek przerwanych strajkiem. Czy dalej będzie możliwe to robić wobec ostatniego podniesienia cen druku, jeszcze nie wiem! [...] Książki, które wyszły [...], prześlę pani przy okazji, albo do Warszawy prześlę pani zlecenie do Gebethnera, żeby je wydał. Byłbym to dawno zrobił, ale wobec przerwanego porozumienia nie było sposobności. Również teatralne, o ile je zgromadzę, prześlę pani. Przypadkowo zupełnie w to wszedłem przez to, iż proszono mnie w "Czasie", aby napisać sprawozdanie z "Tartuffe'a", bo nie miał kto pisać, a potem się wciągnąłem i chętnie to robię, bo mnie to odświeża i stanowi antydot od tych kurzów bibliotecznych, w jakich żyję. Odbieram ciągłe komplementy i mam w tym "poważne stanowisko", co mnie bardzo śmieszy, bo mnie to wszystko razem nic nie obchodzi. [...] Papier się kończy, zatem dużo miłych słów, pani Niusiu, posyłam, jak również szlachetny gest tego przebaczenia, którego sobie pani życzy. I życzę, żeby wszystkie chmurki się rozproszyły i żeby Niusieńka opalała się w słońcu szczęśliwości jak pianka u cygarniczki w deseń swojej muślinowej koszulki.
Bardzo przyjazny
B.

Tadeusz Żeleński Boy, Listy, oprac. Barbara Winklowa, Państwowy Instytut Wydawniczy 1972, s. 144-145.