Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobkowski Andrzej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bobkowski Andrzej. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 19 sierpnia 2014

Odcinek 1145: Andrzej Bobkowski, 1943 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

19 sierpnia 1943 roku
Andrzej Bobkowski z żoną, Barbarą.
Pisałem dziś całe przedpołudnie listy. Nie lubię pisać listów, bo nigdy nie potrafię ich pisać w skrócie. Piszę zwykle o tym, o czym nie miałem sposobności porozmawiać z daną osobą. I przyszło mi przy tej robocie na myśl, jak bardzo podupadła dziś umiejętność pisania listów. Dziś właściwie już nie pisze się: jest to albo telegrafowanie, albo telefonowanie po zniżonej cenie na papierze listowym. Kogo nie stać na depeszę lub na telefon, ten pisze „list”. Z współczesnego życia znikła korespondencja, a w ślad za nią, lub może równocześnie, sztuka rozmowy. Ludzie przestali być czuli na sposób i formę porozumiewania się zarówno pismem jak i słowem. Styl przemysłowo-handlowy zapanował w tych dziedzinach niepodzielnie. Szkoda. Szkoda przede wszystkim korespondencji tych wielu dobrych pisarzy i wielkich umysłów dzisiejszej epoki, która nie będzie istnieć w wielu wypadkach tylko dlatego, że ludzie ci mogli się porozumieć z innymi w inny sposób, a nie listownie. Brak będzie tych choćby krótkich bilecików, które tyle mówią. Jak ten bilecik Balzaca: „Mój drogi Posperze, (zapomniał o „r” w pośpiechu) przyjdź dziś wieczorem do Laurent-Jana, będą tam k... d... dobrze ubrane - Balzac”. Przecież najwięcej warta z całego Flauberta jest jego korespondencja. Może właśnie dlatego, że przywiązywał do listów mniejszą wagę i nie torturował tu swojego stylu.
Przedłużyłem sobie urlop o dwa dni i wyjedziemy dopiero 24-go. Część rzeczy wyślemy autobusem do Le Mans, a sami pojedziemy na rowerach. Są to chyba ostatnie wakacje wojenne. W przyszłym roku nie da się już pewnie wyjechać. Wojna trwa już cztery lata, ale dla Francji jeszcze się nie zaczęła. Dla niej i w znacznej mierze dla innych krajów zacznie się ona dopiero — po wojnie. Niemcy wytworzyli potworną w swych dalszych skutkach równowagę zupełnej nierównowagi. Gdy to pęknie, zapanuje nieopisany chaos. [...]
Andrzej Bobkowski.
Mijają dni ciche i słoneczne. Pogoda prześliczna, sierpniowe upały. Pachną rozgrzane drzewa, kamienie i ziemia. Popołudnia są jakby przydymione, a krzaki przydrożnych jeżyn pokryte kurzem. Z dala dolatuje przytłumiony łoskot elektrycznych młockarni. Maszyna cichnie, połykając puszyste snopki, zwalnia i męczy się, a wyrzuciwszy słomę, znowu łomota głośniej, swobodniej. W oddali rzuca przenikliwy świst mała, wąskotorowa lokomotywa, dudni i syczy groźnie, chcąc koniecznie udawać dorosłą. Migają wśród drzew miniaturowe wagoniki czerwone i zielone, wiją się i okręcają jak pociąg na karuzeli.
Odpocząwszy chwilę po obiedzie, wychodzimy do garażu po rowery. Mrużymy oślepione słońcem oczy, a nagle przejście z chłodnego pokoju w rozpalony ogród wywołuje dreszcze. Są to chwile, w których chciałoby się nie chodzić, lecz pływać w powietrzu. Ręce i nogi stają się leniwe, myśli plączą się. Czuję się jak mucha siedząca na starym lepie: co odklei się w jednym miejscu, to przykleja się w drugim. Siadamy na rowery i jedziemy. Budzimy się naprawdę dopiero w cieniu drzew, nad wodą lub w odświeżającym chłodzie wielkich paproci. Szukamy grzybów i suszymy je na słońcu. Jemy wielkie jeżyny, rozgrzane i słodkie. Zapachy budzą wspomnienia i napełniają mgłą tęsknoty... Rozmawiamy. Będąc we dwoje i sami, najbardziej odczuwamy pełnię wszystkiego. Miłość i przyjaźń... Trzeba tylko rozumieć, zawsze starać się rozumieć. Miłość? - Jak wszystko, tak i to wymaga pracy - zwyczajnej, codziennej. Nawet miłości nie można puszczać bez steru, na wiatr. Nic nie jest tak omylne, jak tak zwane „nieomylne instynkty”.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 448-449.

piątek, 4 lipca 2014

Odcinek 1099: Andrzej Bobkowski, 1949 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

„Jagiełło", 4 lipca [1949 roku]
Andrzej Bobkowski z żoną Barbarą, nad Pacyfikiem, 1958 r.
Bardzo dobrze wyznaczyli ten zwrotnik Raka, bo po przepłynięciu go dziś nad ranem rzeczywiście odczuwa się różnicę. Niby ciągle to samo, a jednak inaczej. Słońce staje się coraz cięższe. Wydaje się, że każdy promień przenikający przez szpary w płóciennym dachu przybrał na wadze i już nie pada, lecz zwala się na pokład, jak rozżarzona szyna wysuwająca się spomiędzy bębnów walca. Kolor horyzontu też zmienił się, zgęstniał i uwyraźnił. Z fiołkowej wody podrywają się bezustannie stadka latających ryb i furkają jak ważki nad łąką. Zaczyna być naprawdę egzotycznie.
Siedzę na leżaku i teraz już zdecydowanie nic nie robię. Patrzę, rozglądam się. Chwilami uczucie snu; jednego z tych snów, jakie nawiedzały mnie za dawnych lat po przeczytaniu książki Conrada, Londona albo Maughama i po których zrywał się w duszy wiatr i ciągnęło człowieka gdzieś tu. „Chciałeś, to masz" — mówię do siebie, lecz trudno mi w to uwierzyć. [...]
Koło jedenastej poproszono mnie razem z żoną (jako że od pióra) do intendenta Włocha, zastępcy B., gdzie spotkaliśmy się z jakimś dziennikarzem włoskim i z jakimś Hiszpanem, też podobno dziennikarzem. U nich co drugi to periodista. Po czym oprowadzono nas po okręcie. Zwiedzaliśmy kuchnię, piekarnię, cukiernię, pralnię, potem I i II klasę, a w końcu mostek kapitański, gdzie tłumaczono nam oczywiście „kurs". „Jagiełło" został nam przedstawiony dokładnie. [...] W tej chwili ten jeden polski okręt jest najlepszym, najwygodniejszym i w ogóle „naj" na tej trasie. W porównaniu z nim inne statki przypominają po prostu galery. Czytałem listy o nich — brud, karaluchy w zupie, pasażerowie III klasy traktowani jak bydło. Czekałem cierpliwie. Tu zjadamy około pięćset kilogramów mięsa dziennie, nie licząc drobiu i wędlin. Wszystko czyste. Mięso częściowo argentyńskie mrożone, częściowo świeże, zamrażane na statku. Specjalne chłodnie o różnych temperaturach zależnie od przechowywanych produktów. Bardzo przyjemnie było w tych chłodniach — szczególniej w chłodni owoców, gdzie około osiemdziesiąt tysięcy jabłek i pomarańczy pachniało wspaniale.
Statek pasażerski Jagiełło.
Po zwiedzeniu okrętu zostaliśmy przyjęci przez kapitana G. w jego kabinie świetnym cocktailem z uroczymi oliwkami. Rozmowa ogólna toczyła się z włoska po hiszpańsku, z nami po polsku. Znowu okaz człowieka, którym można być jedynie zachwyconym. Prostota głębokiej kultury, tego czegoś nieuchwytnego, co od razu „chwyta". Mrugam ukradkiem do żony i mam ochotę cmokać jak przy dobrym winie. Rozmowa. W niej, od czasu do czasu, zgrzyta jakiś obraz z tych strasznych lat, obraz tego człowieka z łopatą w ręce, zagłodzonego, i po tym wszystkim, od pierwszej godziny wydobycia się z dna, już organizującego ratunek jakichś resztek w Gdyni, już żyjącego na nowo myślą o nowym. Jesteśmy narodem o głupich, irytujących wadach, przywarach i narowach, ale produkujemy ludzi w gatunku naprawdę rzadko spotykanym wśród innych.
Potem trochę humoru. Opowiada nam, że na Maderze mieszka pewna rodaczka o wysokim nazwisku. Gdy „Jagiełło" zatrzymał się tam w czasie ostatniego rejsu, na pokładzie zjawił się jakiś Belg, wysłany przez nią, który w zawiłej rozmowie wyjaśnił kapitanowi, że princesse chętnie przyszłaby na statek z wizytą, ale obawia się, żeby jej nie porwano. Belg użył wyrazu kidnapped, choć mam wrażenie, że wiek owej osoby już nie tylko nie usprawiedliwiał tego zwrotu, ale nawet o raptus puellae [porwanie dziewicy] nie mogłoby być mowy. Tym razem wizyta odbyła się już bez uprzedniego wysyłania posłów belgijskich. [...]
Około pierwszej wracamy do siebie i o czwartej jesteśmy znowu na herbacie u B. Życie wielkoświatowe! Rozmowa prawie do zmroku. Słońce gaśnie za dziobem, niebo staje się gołąbkowe, wypryskują gwiazdy jedna po drugiej. Postanawiamy dziś spać na pokładzie, bo w „Majdankach" gorąco i zaduch zaczynają być trudne do zniesienia.
Andrzej Bobkowski, Z dziennika podróży, Biblioteka Więzi 2008, s. 97-99.

sobota, 14 czerwca 2014

Odcinek 1079: Andrzej Bobkowski, 1941 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

14 czerwca 1941 roku
Paryżanka z niemieckim żołnierzem, 1941 rok.
Pola Elizejskie. Słońce i kapelusze, kapelusiki, turbaniki z kwiatów, mgła woalek. Malowane nogi, suknie jak gdyby z nieśmiałymi tiurniurkami, uczesania a la 1900. Ciastka z poziomkami na tarasie kawiarni. Przechodzą twardym krokiem Niemcy, wypatrując „zdobyczy". Jest w czym wybierać. Obok nas dwóch Niemców z żonami. Dwie olbrzymie Walkirie o powierzchowności „gromu z jasnego nieba" w tym kolorowym i jasnym otoczeniu. Wyglądają jak kariatydy wśród figurek tanagryjskich. Czuć od nich kapustą kiszoną i piwem, i taką wspaniałą kuchnią z rzędami fajansowych słoików z napisami: „Reis”, „Salz”, „Pfeffer”. A na ścierkach wyhaftowane złote myśli.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 179.

czwartek, 17 kwietnia 2014

Odcinek 1021: Andrzej Bobkowski, 1943 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

17 kwietnia 1943 roku
Materiał z Lyonu, ok. 1735 r.
Po południu na wystawie jedwabiów lyońskich w „Pavillon de Marsan". Stare jedwabie z okresu Empire, Restauracji, Ludwika Filipa. Cudowne portiery tkane na dwie strony, wspaniałe obicia na ściany i obicia mebli. Te stare, grube jedwabie są wprost mięsiste i soczyste jak grube liście. Ukradkiem zbliżałem się do nich i brałem je w rękę, rozkoszując się dotykaniem tych resztek dawnej świetności. W pierwszej sali stał tron Napoleona. Prosty, proporcjonalny, obity zielonym jedwabiem ze złotym „N" i pszczołami. W drugiej łoże Ludwika XVIII, szerokie, wygodne, jedwabne. A dalej obicia, portiery, meble. Ile w tym harmonii, spokoju i taktu. Potem już nowsze rzeczy. To ciekawe, ile uroku ma jednak francuska secesja. Jest w niej lekkość i zupełnie specjalny smaczek. To nie ciężka i niestrawna secesja niemiecka lub austriacka. We francuskiej secesji jest coś z paryżanki. Okres powojenny słabszy. Ciągłe szukanie celem nieznalezienia niczego (gdyby się wiedziało, że się coś znajdzie, to szukanie straciłoby cały urok - powiedział mi raz jeden malarz w Krakowie) wszystkich „izmów" w sztuce zakradło się i do jedwabiu. Zimnokrwistość, to cecha całej sztuki między tymi dwiema wojnami. To sztuka wyrażania instynktów - nie uczuć.
„Imprimees" z 1942 są śliczne, pełne smaku i „nawiązane" z całą francuską zdolnością w tym kierunku. Po wystawie poszliśmy do Rebattet na lody i ptifurki. Dzień słoneczny i ciepły. Drzewa w Tuilleries pokryte zielonym puchem, lekkim jak mgła. Widać wyraźnie ich szkielety, widać każdą gałązkę na tle błękitnego nieba, a równocześnie jest już zielono. Zdjęcie rentgenowskie w kolorach. Ludzie łażą już letnim krokiem.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 404.   

sobota, 15 lutego 2014

Odcinek 960: Andrzej Bobkowski, 1941 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

15 lutego 1941 roku
Ślub w 1940 r.
Byłem dziś świadkiem na ślubie Antka. Drugim świadkiem był patron jego hotelu, gruby i wąsaty Francuz; sympatyczny okaz prowincjała „pomimo wszystko". Ten nigdy nie będzie paryżaninem. Pojechałem na rowerze, a potem we czwórkę poszliśmy do Merostwa. Tam czekaliśmy chwilę na korytarzu. Przyszedł ospały i oblepiony wstążeczkami orderów woźny, i otworzył nam salę ślubów. Jest to specjalna sala, ozdobiona zwykle boazeriami, wysłana dywanem, oficjalna. Można by być wniesionym do niej w głębokim śnie i po przebudzeniu się na pewno nie powiedziałoby się „dzień dobry", lecz République Française - Liberté, Egalité, Fraternité.
W końcu sali stoi wielki stół, przykryty zielonym suknem. Przed nim dwa wielkie fotele dla nowożeńców, po bokach, pod ścianą, krzesła dla świadków. Dalej rząd krzeseł dla widzów i zaproszonych z rodziny. Jak w kinie. Usiedliśmy tam i czekali na inne pary, bo mer załatwia zwykle seryjnie tę uroczystość. Po chwili przyszła jakaś para z tłumem krewnych. Wszyscy wymalowani już dobrze na czerwono winem. Ciągnęło od nich jak z beczki, z której wysączono przed chwilą resztki „pinard". Zaczęli gadać wszyscy naraz i oczywiście o jedzeniu i o kartkach żywnościowych. Potem weszły inne pary z rodzinami i w sali zrobił się tłum. Wszedł woźny, zamknął okiennice i zapalił wielkie i lśniące świeczniki i żyrandole. To tak wytworniej przy sztucznym świetle. Podszedł do wejścia i zawołał: Monsieur le Maire! Wszyscy wstali, jak dzieci w szkole. Mer wszedł w czarnym ubraniu, przepasany trójkolorową szarfą. Usiadł za stołem i wtedy my także usiedliśmy z powrotem. Dwaj pisarze zajęli miejsca po obydwu stronach stołu. Grzebali w papierach. Tymczasem publiczność zaczęła na nowo gwarzyć. Jowialny patron hotelu, drugi świadek Antka, zapytał mera głośno, czy na ślub nie potrzeba kartek. Zapytanie to wzbudziło śmiech. Odpowiedź mera, bardzo dowcipna, jeszcze bardziej wszystkich rozbawiła.
- Non, monsieur, d'ailleurs c'est deja rationne: une femme pour toute la vie [Nie, proszę pana, zresztą żony już są na kartki: jedna na cale życie]. Spożycie ograniczone. Ulewa dowcipów i dwuznaczników na temat „jednej kobiety na całe życie".
Tymczasem woźny usadził Antka i jego przyszłą żonę na fotelach, nas na krzesłach świadków. W sali uciszyło się. Podszedłem do stołu, podałem mój etat civil, podpisałem się na akcie ślubu. Jeden z pisarzy odczytał personalia młodej pary, łamiąc sobie język na ulicy Kruczej i na nazwisku panieńskim matki Antka. Mer wstał - z nim cała sala. Odczytał wszystkie paragrafy, małżonkowie wypowiedzieli swą wolę i znowu kilka paragrafów, w których była mowa o tym, że mąż powinien opiekować się i utrzymywać żonę, żona zaś powinna troszczyć się o dom, nawet coś o jedzeniu krótko i praktycznie - po napoleońsku. Mer pogratulował młodej parze i podał rękę nowożeńcom. Wyszliśmy. Przy wyjściu woźny wręczył Antkowi livret de familie - książeczkę rodzinną. Jest to książeczka, w której wpisane są wszystkie dane małżonków i data ślubu. Dalej idą rubryki: dziecko urodzone dnia, dziecko umarło dnia, żona umarła dnia, mąż umarł dnia, rozwód nastąpił dnia... na podstawie orzeczenia sądu itd. Wszystko jest przewidziane i na wszystko jest odpowiednia rubryka. Jest to na pewno bardzo wygodne.
Wyszliśmy z Merostwa. Dzień słoneczny i mroźny. W hotelu patron postawił kolejkę aperitifów. Antek drugą i ja trzecią. Wróciłem do domu.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s.  168-169.

czwartek, 26 grudnia 2013

Odcinek 909: Andrzej Bobkowski, 1941 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

26 grudnia 1941 roku
Andrzej Bobkowski z żoną, Barbarą.
Dziś trzecia rocznica naszego ślubu. Jakoś się przyzwyczaiłem.
Musiałem być dziś rano w prefekturze w sprawach urzędowych. Ponieważ mój „baranek" nie przychodził, usiadłem na ławce, aby poczekać. Obok mnie siedziała para żebraków, staruszków. Ona trochę pochylona, ale jeszcze pełna życia, on bardziej apatyczny i obojętny. Ubrani obydwoje w resztki starych ubrań, zawinięci w jakąś niesamowitą ilość szmat, łachów, chustek, szalików. A w tym dziesiątki kieszeni i schowków, po których każde z nich wodziło ręką odruchowo, zupełnie automatycznie - jakby chcąc się przekonać, czy wszystko znajduje się na swoim miejscu. Czasem on lub ona wyjmowali coś w na wpół zamkniętej dłoni i prawie nie odsuwając ręki od schowka patrzyli, przekładali do innej kieszeni lub zostawiali na tym samym miejscu. Robili ten inwentarz wolno i dokładnie, warstwa po warstwie, milcząco... Ruchy podobne do spokojnego drapania się w coraz to innym miejscu. Potem ona pochyliła się w jego stronę i zaczęła mu poprawiać szalik; następnie zdjęła mu kapelusz i wygrzebanym z trzydziestej ósmej kieszonki czwartej warstwy okruchem grzebienia przyczesywała mu długo dwie kępki włosów na skroniach. W końcu ze stojącego u jej stóp worka wyjęła kawałek chleba, łamała go na kawałki i wsadzała mu do ust. A on żuł bezzębnymi szczękami, wprawiając brodę w jakiś dziki taniec wokoło górnej wargi i spoglądając gdzieś w dal przed siebie. Miał w sobie coś z królika, któremu podsuwa się pod pyszczek listek po listku. Od czasu do czasu stara drapała go z czułością pod brodą coś przy tym mrucząc z zadowoleniem, niemal pomiaukując jak kotka liżąca, kocięta. On dawał się pieścić, obojętny i podwójnie nieruchomy w porównaniu z szalonym kołowrotkiem jego szczęk. Rozrzewniająca ohyda. 
Mimo woli pomyślałem sobie, że tych dwoje może być szczęśliwszymi niż wielu ludzi na świecie.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 222-223.

sobota, 2 listopada 2013

Odcinek 855: Andrzej Bobkowski, 1940 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

2 listopada 1940 roku
Grób Fryderyka Chopina.
Dzisiaj Dzień Zaduszny. Tak jak w zeszłym roku poszliśmy na cmentarz Père-Lachaise. Dzień był słoneczny i ciepły, na cmentarzu mało ludzi, bo większość była wczoraj. Poszliśmy najpierw na grób Chopina. Dużo na nim kwiatów, jakiś bukiet przewiązany szeroką, biało-czerwoną wstążką. Położyliśmy nasz bukiecik, też przewiązany polską wstążką i zapaliliśmy świeczki które nam zostały jeszcze z mojego urodzinowego tortu w zeszłym roku. Na tym grobie nie myślę i nie modlę się. Modlę się melodiami, które jedna za drugą dźwięczą wewnątrz. Najczęściej powracają moje ukochane, a tak rzadko grane „Rondeau" i „Berceuse".
Przy grobie stała jakaś starsza Francuzka i zapytała, czy jesteśmy Polakami. Potem powiedziała, że to ładnie z naszej strony, że tak pamiętamy że ona co rok przychodzi tu i że bardzo kocha Polaków. „Tak dzielnv i szlachetny naród, jak wy, nie może zginąć i nie zginie". Daj ci Boże zdrowie. Nie mogę już tego słuchać. To tak, jak „macie tu dziadku grosika i jak wam czego potrzeba, to sobie kupcie". Po czym zamyka się drzwi siada w fotelu i czyta książkę, jedząc czekoladki. Odpowiedziałem jej jednak, jak na Akademii przyjaźni polsko-francuskiej, to znaczy to samo o Francji. Pierwszy raz w historii i my, i oni, jesteśmy w podobnej sytuacji. Chociaż to, co dla nas jest klęską, to dla nich tylko przegraną. Różnica ta jest tak wielka, że trudno porównywać. Gdy my cierpimy, oni znoszą to, gdy my nie mamy nic, oni mają pozory, gdy my nie możemy nie myśleć, oni nie myślą i żyją. Oni są jak człowiek bogaty, który żeby nie wiedzieć ile przegrał, to zawsze jeszcze znajdzie oparcie; my jak nędzarz, który wszystko postawił na jedną stawkę, przegrał wszystko i ma do odrobienia wszystko.
Grób Oskara Wilde'a.
Tak jak w zeszłym roku, tak i w tym, stojąc nad tym grobem myślałem o podobieństwie Jego czasów z naszymi. W zeszłym roku był tu w Paryżu rząd polski, wielka i nieciekawa emigracja i wszystko było, jak we wstępie do „Pana Tadeusza" - jak za Jego czasów. W tym roku rozwiało się wiele nadziei, emigracja powędrowała do Anglii, a w Paryżu zostały niedobitki, które zgodnie z polską tradycją żrą się między sobą pomimo małej liczby. Bridge powinien być uznany za polską grę narodową: licytacja i rozgrywki. To jedno, co nasi potrafią robić bez zarzutu.
Od grobu Chopina poszliśmy na grób Oskara Wilde'a. Mój skromny bukiecik był jedynym, który ożywił ten wielki i aż za wielki grobowiec. Potem jeszcze kilka minut skupienia przed grobowcem Balzaca. Tam w dole jego Paryż. Niebo czerwieni się na zachodzie, a bliżej morze sinych dachów we mgle. To te dachy barwią ją tak dziwnie. „Puszczają" we mgle. Na ścieżkach cisza, tłum grobów i zapach astrów. Wieńce z blachy lub z koralików wyglądają jak obwarzanki.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 150-151.

piątek, 23 sierpnia 2013

Odcinek 784: Andrzej Bobkowski, 1940 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

23.8.1940
Andrzej Bobkowski.
Tadzio nawarzył piwa. Rąbałem dziś rano drzewo na obiad, gdy nagle wpada na rowerze zdyszany Tadzio, blady, półprzytomny i wrzeszczy: „Señorita się zabiła, Señorita się zabiła". Okazuje się, że zabrał jednak ze sobą Señoritę nad morze i kiedy zjeżdżali z przełęczy w paśmie wzgórz koło Gruissan, Señorita nie hamowała i wyleciała na tym najgorszym zakręcie na kamienie. Tadzio dyszy: „Panie Be to siła odśrodkowa - pan rozumie? Teraz leży cała we krwi. - Jak jej dotknąłem to już stygła" - jęczy Tadzio. Pędzimy na miejsce wypadku. Rower leży, kałuża krwi, Señorita ulotniła się. Musiał ją ktoś zabrać do szpitala w Narbonne. Pędzimy do Narbonne. Po drodze spotykamy samochód doktora z Gruissan. Mówi nam, że to on odtransportował la jeune fille (żeby on wiedział) stan niegroźny, na tym zakręcie ciągle ktoś się tłucze. Walimy do szpitala. Lekarz widzi, że jesteśmy Polakami (raczej słyszy) i uśmiechnięty, przedstawia się dowcipnie: „Trocki jestem - nie Lew!" Zaprowadził mnie do Señority. Leżała nieprzytomna, połowa twarzy krwawa maska. Trocki powiedział, że musi „się poleżeć" i po opatrunku może wracać do Carcassonne. Niech leży. Tadzio chodził niespokojnie po korytarzu. Wyszliśmy na rum. Wypiłem z nim „na ty". Rozpogodził się prędko i zaczął bajtlować o Opatrzności i że „widocznie tak było zapisane". Opowiedziałem mu, że przed nim już był taki jeden i nazywał się Kubuś Fatalista. Tadzio nauczył się ode mnie zwrotu „może podyskutowalibyśmy na ten temat". Bardzo mu się podoba i okropnie śmieszy. Chichotał i powiedział mi: „Słuchaj, może podyskutowalibyśmy na ten temat". - „Czy na temat Diderota?" - zapytałem. - „Nie, na temat Señority. Szkoda - to dobra robotnica..." - „A ty będziesz płacił za opatrunki - dobrze ci tak!"
 Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 52.

środa, 19 czerwca 2013

Odcinek 719: Andrzej Bobkowski, 1948 rok

List Andrzeja Bobkowskiego do matki

19 czerwca 1948 roku
Andrzej Bobkowski  z żoną.
Kochana moja, jedyna Kiciuniu!
Piszę ten list na trzy godziny przed odjazdem do Cannes, skąd odpływamy 24 bm. Już wszystko popakowane, część rzeczy już nadana na bagaż; już pożegnaliśmy się z wszystkimi. Pokój jest [zarzucony papierami?], puste półki - i szafy - stoją tylko podręczne walizki. Zaczął padać deszcz i dzień jest szary. Usiadłem, aby pożegnać się z Tobą tu, gdzie przez tyle lat krążyłaś, niewidzialna, obok tych wszystkich dobrych ludzi, z którymi tak trudno mi było się żegnać. I Ty tu żyłaś - teraz jedziesz ze mną gdzie indziej. Dopiero, kiedy naprawdę nadeszła godzina odjazdu, zdaję sobie sprawę, jak mimo wszystko ciężko było mi rzucać ten kawał życia, kawał życia najbardziej ważny dla mnie. Bo co tu dużo gadać: ma formation d'homme s'est faite ici - jak to się dobrze określa po francusku. Przyjechałem tu mając 26 lat - wyjeżdżam, mając dobre 34. Z młodzieńca, głupiego i naiwnego, nierozgarniętego, kulturalnie ledwie ociosanego, stałem się tu mężczyzną, człowiekiem. Wrosłem w tę Francję całą duszą, każdym nerwem. Ona oszlifowała i wykończyła we mnie wszystko to, co wyniosłem z domu dzięki Tobie i Tatkusiowi. Ta Europa, którą Wy mnie daliście w wychowaniu, tu znalazła ziemię i rozkwitła. Nie wstydzę się powiedzieć, że pokochałem ten kraj całą duszą. Bezinteresownie i szczodrze dał mi mnóstwo. Czuję to właśnie teraz, kiedy już wyjeżdżam. Nie mów tego innym, bo nie zrozumieją, ale Tobie mogę powiedzieć śmiało, że jest ta Francja dla mnie drugą ojczyzną. Nie pisałem do Ciebie ostatnio, bo po Twojej kartce oczekiwałem listu. Jakoś nie przyszedł. Tymczasem ja miałem już wyjazd w głowie i nowe rzeczy do załatwienia z monstrualnym pakowaniem włącznie. Trochę mi ciężko opuścić ten hotel bez słówka od Ciebie, ale dam Ci mój nowy adres i napisz już tam. Napisz z końcem czerwca lub początkiem lipca, to wtedy zastanę już Twój list na miejscu. Będę go bardzo potrzebował. Jakoś ledwie mogę pisać. Jestem okropnie zmęczony i smutny. Ciągle mam ochotę płakać. Każdy przedmiot, każde głupstwo, to historia tych lat ciężkich, ale w sumie jakże ładnych i szczęśliwych. Mam ochotę płakać, bo mi żal rozstawać się z ludźmi, którzy mnie, (a ja ich), naprawdę pokochali. I to nie Polacy. Żegnając się z naszymi wieloletnimi przyjaciółmi Chopinami, z ich dziećmi, z chrzestną córką Basi, dopiero zobaczyliśmy, jak bardzo jesteśmy związani. Płakaliśmy, tuląc się nawzajem, jak najbliżsi. Jego przyjaciel, bogaty przemysłowiec, którego poznaliśmy dwa lata temu i z którym od pierwszego wejrzenia b. polubiliśmy się, przyjechał dziś sam ciężarówką po nasze graty, pomagał mi znosić walizki. Potem usiadł u nas w pokoju i nagle powiedział: „Jakby wam tam nie poszło, to od razu napiszcie i wracajcie, ja wam pomogę, jakbyście nie mieli pieniędzy. Nic się o to nie troszczcie". To nie było powiedziane na wiatr, par pure politesse. Pomyśl - to Francuzi, obcy ludzie. Zupełnie nie potrafię Ci opisać wzruszenia, jakie mnie ogarnęło. Podszedłem, uściskałem go, a on w płacz. Kochani ludzie. [...] Ona dała nam na drogę po złotym medaliku ze św. Krzysztofem. Bardzo ją i jego kochamy. Tak się plątam w tym liście przez łzy, ale co robić. To wyjazd z domu, trudno i darmo. To nie wyjazd z obcego kraju. Czuję to teraz aż do bólu, czuję w ściśniętym gardle, przez które ledwie może się przepchnąć dym z papierosa. Myślę o Tobie, o tych latach, wśród których co rano, na dole, wyglądałem listów od Ciebie. Partir c 'est mourir un peu - powiedziałbym raczej w moim wypadku: c'est mourir beaucoup. [...] Kiciu - drugą część tego listu wyślę Ci z Cannes. Ściskam Cię jeszcze na Bld. de Reuilly przed oknem w moim starym fotelu. Mocno całuję i okropnie płaczę, płaczę jak mały Dziuś. Trzymaj się i nie daj się, Twój tylko
Jędrek

Andrzej Bobkowski, Listy z Gwatemali do matki, Twój Styl 2008, s. 23-25.

czwartek, 4 kwietnia 2013

Odcinek 652: Andrzej Bobkowski, 1943 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

4 kwietnia 1943 roku
Andrzej Bobkowski z żoną, Barbarą.
Słońce i wiosna. Niedziela. Wróble oszalały. Królik konsjerżki uciekł z klatki i zwiedza ostrożnie podwórze. Jedno ucho zwisa mu na bok i jest przekomiczny. Biała kula puchu na nogach. Śmieję się, bo ma w ruchach coś złodziejsko-łobuzerskiego. Wolno wślizguje się w krzaki i nagle wypada z nich prosto przed siebie, pędząc na złamanie karku. Wychylam się przez poręcz i rzucam okruszki z chleba. Wróble nurkują z drzewa na ziemię, porywają zdobycz i uciekają. Królik coś tam zrozumiał, ale nie całkiem. Patrzy na wróble i ma rozczulająco głupią minę. Niemal widać, jak w tej głowie coś się plącze i tumani. Konsjerżka wyszła z „loży" krokiem przetłuszczonej kaczki, coś zakwakała, weszła do klozetu, oczywiście nie zamykając drzwi. Spuściła wodę i wylazła. W ciszy porannej i słonecznej woda szumi jak cały wodospad. Znowu kwaka sama do siebie i stara się złapać królika. Słońce oświetla już dachy domów i niedługo wpadnie do naszego pokoju. Jestem głodny i cieszę się na śniadanie i na pierwszego papierosa. Pojedziemy na rowerach do lasku. Absolutnie nic nie myślę. Żyję. Gorąca herbata, chleb z serem, potem z konfiturą. Papieros. A potem mam ochotę cały wskoczyć do umywalni. Łażę nago po pokoju. Szkoda, że jeszcze nie można jechać w szortach. Z sąsiednich domów dolatuje muzyka z radia. Wykarmiany na Wielkanoc kogut, zawieszony w klatce na jakimś tam balkonie, zapiał. Żeby tylko deszczu nie napędził. Stara Horwatowa, służąca babci, zawsze mówiła, że jak kogut pieje w dzień, to „na plusk". O jednym moim kuzynie mówiła, że „jest taki czysty, że można by się z niego kawy napić". Babcia mówiła „ta stara Horwatka" i twierdziła, że w Krakowie wszystko jest droższe niż w Bochni. Postanawiamy zjeść obiad wcześniej i pojechać po obiedzie. 
Bombardowanie Paryża, 1943 rok.
Schodzę na dół do rowerów i nagle piekielny huk. Salwa wszystkich dział przeciwlotniczych w całym Paryżu. Potem odległy grzmot, trwający minutę, może dwie, i stłumione brzęczenie motorów. Wyskoczyłem na podwórze, ale nic nie widać. Przeszli wysoko zagubieni w błękicie wiosennego nieba. Oporządziłem rowery i zjedliśmy obiad. Wyjeżdżamy. Na avenue Daumesnil ciągnie jeden nieprzerwany sznur ludzi w kierunku lasku Vincennes. Wózki dziecinne piszczą, szurgot tysięcy stóp. Wszyscy idą niedbale, rozleniwieni, rozklejeni. Już są wiadomości - bombardowali „Renault". Dużo osób zabitych na polu wyścigowym Longchamps, gdzie spadło kilka bomb w tłum ludzi na wyścigach. Nie popisali się ci Amerykanie - gdzie Longchamps i gdzie „Renault"? Seryjna robota. Tam śmierć, strzępy ludzkie i ruiny domów, setki zabitych i tysiące opłakujące najbliższych, tu słoneczny dzień, tłum rozba-wionych ludzi, beztroska perląca się w kieliszkach pitego na tarasach musującego wina. Garcon, un verre de mousseux. Śmiechy, chłopiec całuje dziewczynę, matka bawi się z dzieckiem, jadę i cieszę się słońcem. Już chwila napięcia minęła, huk i warkot czteromotorowych potworów z w głąb i przestał istnieć. Życie... Z drzew buchają już iskierki świeżej zieloności, drżą w słońcu i puszą się. 
Ewakuacja po bombardowaniu Paryża.
Daleko za Paryżem, w pobliżu Joinville siadamy na trawie. Ziemia jest jeszcze wilgotna i chłodna. Jemy czekoladę i biszkopty, skręcam papierosa i dymię w niebo. Basia pisze jakiś wiersz. Jeden z tych jej wierszyków, prostych i dziecinnych. Szuka rymu do "fortepian". Też pomysł. Mówię: "sobiepan". - „Jędrek, jakiś ty głupi" - słyszę odpowiedź poetki. Patrzę w niebo i myślę, jakimi słowami można by wyrazić uczucie absolutnego szczęścia, soczystego jak wielka gruszka. Słońce jest białe, płynne, rozlewa się i grzeje. Późnym popołudniem zajeżdżamy do Fontenay do Robertów. Obydwoje są w ogródku i grzebią się w ziemi. Gromadka dzieci jest rozbawiona i na progu stoi najmłodszy Filip. Na wszystko, co się do niego mówi, odpowiada doskonale podsłuchanym u dorosłych „Hein? Hein?" Mówić nie umie, a tego już się nauczył. Basia przegląda greckie książki Jacques'a i konstatuje, że wszystko zapomniała. Mówię jej, żeby się nie martwiła, bo najważniejsze jest to, co się zapomniało, jak to ktoś tam powiedział. Jemy kolację z Robertami i wracamy o zmroku. Jest chłodno i tylko gdzieniegdzie wpada się w falę ciepłego powietrza. Pachną jabłonie i świecą w mroku białością i bladym różem. Czarne zręby zamku Vincennes rozpuszczają się w coraz to ciemniejszym niebie. Życie, to zwykłe i codzienne, może być wspaniałe.
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Wydawnictwo CiS 2011, s. 397-398.

wtorek, 19 marca 2013

Odcinek 636: Andrzej Bobkowski, 1958 rok

List Andrzeja Bobkowskiego do matki

8a. Avenida „A" 7-98
Zona 2
Guatemala - Guatemala, C.A.
19 marca 1958 roku

Andrzej Bobkowski w Gwatemali.
Kochana moja, najdroższa Kiciuniu!
Dostałem wczoraj Twój list i ucieszyłem się, że przynajmniej Ty nie byłaś chora. Bo już się bardzo niepokoiłem. No ale chwała Bogu. [...]
Jeżeli chodzi o najważniejsze, to wysłałem Ci znowu trochę pieniędzy. Nie zdążyłem wcześniej i już chyba przed świętami nie dostaniesz, ale pewnie zaraz po świętach. Oni teraz już nie podejmują się wypłat złotowych i wypłacają w banknotach dolarowych. Powinnaś dostać 20 dol. Jak to wymienisz, to już ty lepiej wiesz niż ja. Jestem ciekawy, czy potem nie nasolą Ci jakiego podatku od tego, bo czytałem, że osobom otrzymującym paczki z zagranicy walą podatek od tego, czy też zwiększają im wymiar podatku. Cudna ta gospodarka ludowa i postępowa. Wysyłasz paczkę przez PKO bez cła, jak się reklamują, płacisz za taką paczkę poczwórnie albo poszóstnie drożej, niż gdyby to kupić w sklepie, zapakować i wysłać. A potem jeszcze odbiorcy walą od tego podatek. Naprawdę - takiego wyzysku, bezczelnego i bezwstydnego, nie potrafił wytworzyć nawet najprymitywniejszy kapitalizm. Ale nie rozwodzę się na ten temat, bo to można oszaleć. Cały marksizm nie ma nic wspólnego z koncepcją rozumową, ideologiczną itp. To po prostu ślepa wiara, mistyka, uparta abstrakcja, wobec której nawet ordynarna dewotka wydaje się okazem inteligentniejszym od takiego „naukowca".
Co do książki, to oczywiście teraz już będę reklamował. Ale to chyba tylko po to, aby po kilku miesiącach dowiedzieć się, że na mocy jakiegoś tam okólnika z czasów tzw. stalinowskich przesyłka książek i druków jest zabroniona itp., czyli XX wiek, postęp, wolność, równość i braterstwo, czyli smród, nędza i ubóstwo. [...] Jaka to była sielanka carskie czasy i carski zabór... Przerzucałem niedawno „Listy" Słowackiego i myślałem... [...]
Ten młody pisarz od nas, autor „Pierwszego kroku w chmurach", Marek Hłasko, wywiał do Paryża i jest w Paryżu. Kto wie, czy nie przyjedzie tu do mnie na „rekolekcje". Ma rację chłopak, bo u nas już go zaczęli chrupać z kościami i szybko by go zjedli. Tylko za prawdę. To wielki talent. A że on dobry mechanik samochodowy, to się o niego nie boję, bo sobie da radę byle gdzie. Żeby go dokumentnie „skończyć", powołali go do służby wojskowej - do łodzi podwodnych, gdzie służba trwa 3 i pół roku. Masz pojęcie? Więc nawiał. G. [Giedroyć] chce mi go posłać tutaj na miesiąc, żebym go wprowadził w nowy świat, bo ew. chce się osiedlić w USA. Skonfiskowaną u nas książkę wyda teraz w Paryżu. Filmy, które robił, poobcinali mu tak, że pozrywał umowy. Po czym nazywa się to kultura socjalistyczna. O rany Julek... A ci od „polskiej drogi do socjalizmu" zamienili się całkiem w Towiańczyków. Jak Kisiel przyjechał, to powiadam Ci, nie przemawiał - on wieszczył, jak sama matka Makaryna Mieczysławska. [...]
Z Kazimierzem [Brandysem] miałem hecę, bo koniecznie chciał mnie ściągać do N. Yorku i nawet gwarantował pracę za 600 dol miesięcznie. A wszystko przez to, że „po śmierci Lechonia nie ma tu właściwie z kim gadać". Musiałem mu długo klarować, że tak ciężko wywalczonej wolności i niezależności (jemenw-dupizm absolu, jak to nazywam) nie rzuca się lekko, że kocham tropik, że dopiero tu odżyłem i może coś więcej zdołam napisać itd. Mało ludzi może to zrozumieć. Kilka miesięcy temu koniecznie mnie chcieli w Monachium, płacąc podróż, dając darmowe mieszkanie i dobrą pensję. Odesłałem do wszystkich diabłów. Z rosnącym strachem konstatuję, że ludzie zaczynają nie rozumieć, co to znaczy, „chce się być wolnym". To ja dziesięć lat męczę się jak zwierzę, jak bydlę pociągowe i wreszcie dochodzę do momentu, w którym jestem jednym z bardzo nielicznych, którzy peuvent avoir dans la dupe tout ce qui leur plait - to nie, ciągną na posadki, żeby faceta uzależnić, bo jakże to, intelektualista, pisarz i musi zarabiać pracą rąk na chleb, sklepikarz. A między nami ja jestem bardziej dumny z tych dziesięciu lat „niedania się" i z tej sklepiczyny niż z wszystkich wypocin, które napisałem. [...]
Stanisława Bobkowska, matka Andrzeja.
Egoistą nie jestem, gdybym miał na to, pomagałbym wszystkim i nie tylko starał się pomagać Tobie. (Bo wcale nie ukrywam przed sobą, że jak dotąd tylko staram się pomagać Ci, a nie pomagam w pełnym tego słowa znaczeniu). Ale jak wytłumaczyć, że choć my tutaj nie żyjemy w zwierzęcych warunkach socjalistycznych, to jednak też nie jest łatwo i różowo. Mama Basi pisze, że może Jasiek mógłby przysłać Marynie, żeby do nich pojechała. No z czego? Mają samochód, bo go muszą mieć - i wcale nie dla przyjemności, mają to i mają sio, ale to wszystko ciągnięte za włosy, a nie „dostatki" i „luksus". Gdybym miał na to, to też kupiłbym samochód, bo go potrzebuję, w sumie tak samo jak patelni czy noża i widelca. A u nas - dziś bardziej niż przed wojną myśli się od razu, że jak ktoś ma samochód, to znaczy się milioner. Nie wiem, skąd ten jakiś chłopak w Krakowie miał mój adres i kilka dni temu dostałem list z prośbą: ma 18 lat, rodzice nie mają środków na kształcenie go, więc może ja mógłbym mu pomóc w dalszym kształceniu się. Tak - po prostu - wysyłaj paniczowi co miesiąc, bo on ma ochotę kształcić się. Napisałem mu bardzo brutalnie, że ma 18 lat, dwie ręce i głowę na karku i jeżeli chce się kształcić, to niech próbuje to najpierw zrealizować na własny rachunek. Ja miałem 35 lat, a nie 18, i też miałem tylko dwie ręce i nic więcej i na całe lata musiałem zapomnieć o moim wykształceniu, o wszystkim. Dziury w niebie nie będzie, jeżeli pozostanie robotnikiem i spróbuje się sam kształcić. Jak zechce, to się i tak wykształci. Kochana Kiciuniu, kończę już. Może ten list dojdzie jeszcze przed świętami. Ściskam Cię mocno i życzę dobrych świąt, mocno Cię do serca tulę, pozdrów wszystkich i napisz znowu choć parę słów od razu, jak dostaniesz te pieniądze, bo chcę być pewny. Całuję, Twój
Jędrek
Andrzej Bobkowski, Listy z Gwatemali do matki, Twój Styl 2008, s. 212-216.

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Odcinek 572: Andrzej Bobkowski, 1958 rok

List Andrzeja Bobkowskiego do Anieli Mieczysławskiej

14 stycznia 1958 roku
8a, Avenida „A" 7-98
Zona 2
Guatemala — Guatemala, C. A.
Aniela Mieczysławska.
Bardzo droga Pani Anielu,
Dziękuję najserdeczniej za list. Co znaczy krótka znajomość, ja się pytam? Myśmy się znali, jak jeszcze nie znaliśmy się. Pani droga — do niewielu ludzi jestem przywiązany jak do Pani, kobita na medal, sądzę, że przyjaźń bardzo prawdziwa i tym prawdziwsza, że Pani mi się od razu bardzo podobała, całkiem zwyczajnie podobała. To chyba zupełnie normalne. Ja strasznie lubię Pani głos, to urocze cognac-contralto od razu mnie wzięło i wcale nie dlatego, że byłem solidnie pod gazem.
Co do ewentualnej pomocy, to już Pani wie: jak ja napiszę, że potrzebuję, to będzie znaczyć, że NAPRAWDĘ potrzebuję i dlatego mon cas będzie zawsze bardzo łatwo rozstrzygnąć. Bobek pisze, że potrzebuje pomocy, to znaczy się nie ma gadania — potrzebuje. I wtedy Aniela będzie robić, co może. Tymczasem naprawdę nie potrzebuję — niech się Pani skoncentruje na Rafale Malczewskim, który mi nie daje spać i mam nawet lekki kompleks na jego punkcie, bo konkurs na nowelę w londyńskich „Wiadomościach" wygrałem ja i dostałem 300 dol. [...] Nie — tymczasem dam sobie radę — do tego mam moją cudną Dauphine i gdyby mnie przycisnęło, to jeszcze zawsze mogę najpierw sprzedać tę uroczą kobietę-samochód, potem mogę sprzedać moje wspaniałe rewolwery, całą kolekcję (to tutaj zawsze sprzedaje się bez straty) itd. A dopiero potem będę krzyczał SOS. Mam jednak nadzieję, że Dofinki nie sprzedam i że jeszcze powiozę nią i poobwożę nią kochaną Anielę po Gwatemali. I jeszcze se razem postrzelamy z rewolwerów, bo coś mi się widzi, że to by się Pani mogło podobać, takie pif paf. Ja pasjami lubię strzelać do celu.
Halina i Kazimierz Wierzyńscy, Frascati 1965 rok.
Muszę Pani opisać jedną cudowną rzecz. Jak byłem u Wierzyńskich, to raz wieczorem wyprałem sobie koszule i potem prasowałem. Pani Halina mi towarzyszyła i w czasie prasowania rozmawialiśmy na tematy religijne.  Ja jej  przedstawiłem mój punkt widzenia, bo ich ciekawiło (a raczej ją), że u mnie to się dość często pląta po mojej pisaninie. Dziś dostaję list od niego z jej przemiłym dopiskiem zakończony podpisem: „Amities — Andre Gide"  [nawiązanie  do anegdoty, według której w kilka dni po pogrzebie Gide'a Mauriac otrzymał depeszę: „Piekła nie ma. Idź na całość. Zawiadom Claudela. Andre Gide"]. Czy Pani czuje tę finezję? Coś takiego, taki dowcip, coś tak cieniutkiego nie zdarzyło mi się dosłownie w życiu. Szalałem, miałem ochotę tę kobietę udusić z zachwytu. Od razu jej odpisałem i podpisałem: „(aussi) Andre (mais jamain) Claudel". Po czym dodałem, że tego piernika nie znoszę, co jest szczerą prawdą, bo to nudna poetycka kruchta. Nie — mówię Pani — czegoś tak dowcipnego nie zdarzyło mi się nigdy dostać. Warto żyć, żeby się z takim dowcipem spotkać. A to ci z cicha pęk, ta Pani Halina. Podbiła mnie na resztę życia. Jak tylko zobaczyłem, jak ona prowadzi samochód, to sobie od razu pomyślałem, że tam coś siedzi. Trudno mi powiedzieć, co to było. Urocza kobieta — teraz nie mam innego wyjścia i muszę być tego zdania. [...]

Andrzej Bobkowski.
Miałem od Jerzego Giedroycia wspaniały list. Zaimponował mi. Ten ma napęd rakietowy. Żeby go użyli jako paliwa napędu do rakiety, to bylibyśmy już na Marsie. To jest cholera dopiero. On już wydaje Dżilasa i już kroi Pasternaka. [...] Poza tym napisał mi, że w kraju wyją z zachwytu nad moją książką, ale cenzura zdejmuje artykuły, jak np. Pawłowi Hertzowi w „Przeglądzie Kulturalnym". I to samo Przybosiowi. Bardzo się z tego ucieszyłem i z cenzury co do mojej osoby jestem dumny. Tymczasem mocno całuję i ściskam, zawsze oddany
Andrzej
Dziś najpierw zawiozłem jednego naszego kota do weterynarza, bo dostał zapalenia płuc, a potem siebie na opatrunek. Już mogę siedzieć, bo na d... udzie mi się zagoiło całkiem. Na plecach jeszcze nie.
Andrzej Bobkowski, Aniela Mieczysławska, Listy 1951-1961, Więź 2010, s.109-112.

wtorek, 3 lipca 2012

Odcinek 377: Andrzej Bobkowski, 1949 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego, pisanego podczas podróży statkiem do Gwatemali

„Jagiełło”, 3 lipca 1949 roku
Andrzej Bobkowski z żoną w Gwatemali.
Młoda Hiszpanka, prosta dziewczyna, śpiąca obok żony, poprosiła ją dzisiaj, żeby nie ścieliła swojej pryczy. „Mnie się tak nudzi, że chętnie będę pani codziennie ścielić łóżko”. Ja pewnie także się nudzę, bo jednak czytam dalej ostatnią powieść Andre Maurois'a Terre promise. Ostatnia nowość, czyli można by powtórzyć to, co Sienkiewicz napisał z górą kilkadziesiąt lat temu w jednym z listów z Paryża: „Wojna, miecz, ogień srożą się nad krajem, a w powieści przyjaciel żonę mężowi bałamuci; cesarstwo rozpada się w gruzy, przyjaciel żonę bałamuci; nastaje rzeczpospolita, walka partii, korab narodowy, bity wichrami, chwieje się, przechyla, skrzypi — przyjaciel żonę bałamuci”. — Faktycznie!
Terre promise to coś w rodzaju „Sprzysiężenia” dla pań, tylko o całe niebo gorzej napisane. Uf! Patrzę na morze i dochodzę do wniosku, że ta książka jest jeszcze bardziej płaska razem z jej językiem i myślą. Banał absolutny, krańcowy. Może to służyć jako jednostka pomiarowa banału. Ale to nic. Jedna z bohaterek powieści, coś w rodzaju „Szału” Podkowińskiego, przebywa czasowo w Warszawie i ma tam szalone powodzenie: „Marszałek Piłsudski ściele się u jej stóp; Paderewski gra dla niej Sonatę księżycową — pisze Monsieur Maurois. Chciałoby się powiedzieć ce pauvre Monsieur Maurois. Trudno — nawet inteligentni Francuzi (nie można Maurois odmówić inteligencji) nie są w stanie wystawić nosa poza pograniczne departamenty.
Cudowny wieczór. Noce są już jakby miększe i gwiazdy pozmieniały miejsca. Morze staje się srebrne, cisza i coraz cieplej. Jest to jak zbliżanie się do ognia na kominie. Tam, od przodu, skądś z daleka, przenika już zupełnie inny gatunek powietrza — nieznany i zaciekawiający. Około czwartej nad ranem mamy przepłynąć zwrotnik Raka.
Andrzej Bobkowski.
Andrzej Bobkowski, Z dziennika podróży, Biblioteka Więzi 2008, s. 96-97

czwartek, 28 lipca 2011

Odcinek 36: Andrzej Bobkowski, 1940 rok

Z dziennika Andrzeja Bobkowskiego

28 lipca 1940 rok

Andrzej Bobkowski
Czy znasz nastrój i życie w południowych miasteczkach Francji? Zawsze o tobie myślę i tak mi żal, że nie jesteśmy razem. Mielibyśmy tyle tematów do rozmowy i tyle okazji do przeżywania tego, co innym wymyka się, przecieka między palcami i wydaje się nudną monotonią.
Była wojna, jeszcze trwa, lecz dla nich podobno już minęła, a tu w ogóle nie dotarła. I oni się nie zmienili. Wychodzę pod wieczór. Słońce zapadło za domami i czuć je jedynie w wąskich uliczkach, grzeje jeszcze poprzez spopielałe w żarze dnia kamienie, bucha gorącem od ścian domów. Godziny między zachodem a zapadnięciem nocy są godzinami bez kolorów: na co spojrzysz, wszystko ma ten sam odcień popielatobiały, mglisty jak spłowiała akwarela.
Zamknięte w dzień okiennice otwierają się teraz, a przed drzwi domów wynoszą stołki, taburety, fotele i ławki. Siedzą na nich ubrane w czerń stare kobiety; szyją, szydełkują, cerują i mówią. Mówią śpiewną, niemal fonetyczną mową francuskiego południa. Jak w "Fanny" i "Mariuszu" Pagnola. O szarej godzinie wszyscy są przed domem i siedzą tak do późnej nocy. Młode dziewczęta są śniade i mają czarne włosy, chłopcy też są ciemni i zwykle mali. Wieczorem uganiają na rowerach.
Idę na zamek... Jest już zupełnie ciemno. Podchodzę na wał i obchodzę mury od zewnątrz. Na niebie wypryskują gwiazdy, jak bańki gazu w wodzie sodowej, wyraźnieje tuman pyłu drogi mlecznej. Zamek, całe miasteczko wewnątrz opasane murami, stają się tajemnicze. Jak ilustracje do bajek. Przez most, niegdyś zwodzony, wchodzę do środka. Znam tu już wszystkie przejścia i włazy. Wspinam się po murze, potem po kamiennych schodach na wieżę. Wdechuję głęboko świeży powiew nadlatujący od Pirenejów. Kładę się na podłodze i patrzę w niebo. Wtedy jest naprawdę sklepieniem. Czasem prawie usypiam.
Wracam powoli i przed hotelem wstępuję do mojego bistra na rum. Za stolikiem kilku malowniczo brudnych i malowniczo ubranych Cyganów hiszpańskich. Piją piwo i charczą. A przy innym stoliku obywatele miejscowi grają w belotte [popularna gra w karty] – grają rękami, nogami, głowami, całym ciałem i krzyczą. Wrzeszczą z emocji. Piję rum i zapalam papierosa. Noc jest znowu upalna i będzie się spało półsnem. O jedenastej zamykają bistro. Siwa patronka człapie do balustrady skwerku i woła przeciągle: "Toto, Toto, minou, minou..." [kici, kici...] Ale "Toto", wielki, czarny kocur, znikł. Poniosła go upalna noc. Rano odnajdzie się pod drzwiczkami lodowni, węsząc zamknięte wewnątrz mięso. Staruszka powie mu: Méchant Toto, la viande n'est pas pour toi - oh non! [Niedobry Toto, nie dla ciebie mięsko, o nie!] i obejrzawszy się, czy druga staruszka, jej siostra, nie widzi, odkraje kawał mięsa i schowa "Toto" ze zdobyczą za ladę. A potem krzyknie piskliwym głosem: Du café pour monsieur! [Kawa dla pana!] Będę pił kawę...
Andrzej Bobkowski, Szkice piórkiem, Instytut Literacki 1957.

Za dzisiejszy fragment serdecznie dziękujemy Annie