Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blixen Karen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Blixen Karen. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2013

Odcinek 805: Karen Blixen, 1917 rok

List Karen Blixen do Ellen Dahl

Bogani 13 wrześ. 1917
Karen Blixen.
...Nie potrafię nawet wyrazić, jak bardzo ucieszył mnie Twój list z Paryża, raduje mnie myśl, że jesteś tam z Knudem i uświadomiłaś sobie rozkosze Paryża i Francji. Nawet kiedy byłam tam podczas wojny w 1915, uważałam, że Paryż promienieje blaskiem, nieobecnym w żadnym innym miejscu, a powaga wojny nie pozostawała wcale w sprzeczności z pięknem i życiem tego miasta, sądzę zresztą, że największy urok Paryża, w ogóle całej Francji, i geniusz Południa polega na tym, że wszystko tam staje się harmonią; oni potrafią zebrać rozmaite elementy życia w jedno piękno. Wszystko, co u mniej doskonałych natur stanowi przeciwieństwo: ciało i duch, natura i ideał, teoria i praktyka, sztuka i życie, życie i śmierć - tutaj współbrzmi w najpiękniejszym akordzie. Chciałabym bardzo, abyście Ty i Knud mogli spotkać nas w Paryżu w kwietniu 1919, kiedy będę wracać do domu. Dla mnie Francja na zawsze pozostanie świętą krainą, stamtąd pochodzi piękno i wolność, najbardziej boskie moce życia [...]
Ostatnio jest tutaj cudownie - niestety, mocno pada, ku wielkiej rozpaczy Brora, który w tym czasie wyrywa flax, ale wśród deszczowych dni zdarzają się też i piękne, jak w maju w domu, kiedy zieleń jest taka świeża, a powietrze jak w Fontainebleau. Mam duży zielony trawnik od frontu - otacza zresztą dom ze wszystkich stron, ponieważ Njovana Bogani - Leśny Dom - położony jest w środku dużego lasu, ale nie doszłam jeszcze do tego, by kosić go kosiarką, z wyjątkiem tego fragmentu z przodu - co jest bardzo popularne wśród totos pasących kozy; niekiedy mam tu 100 kikujuskich kóz i owiec i gromadę małych brunatnych dzieci, które ich pilnują, i myślę, że przy grze delikatnych cieni drzew na trawie nawet w Arkadii nie ma bardziej porywającego widoku. Czasami grają na fujarkach i tańczą; ostatniej niedzieli urządzili przed moim domem wielkie tańce, ponad 1000 ludzi [...]
Dzieci z Dahomeju.
Mam Faraha, który jest prawdziwym aniołem, i w ogóle niezrównanych boyów, a także małego, 10-letniego somalijskiego chłopca, Abdullaha, którego, jak mi się wydaje, kocham, jakby był moim synem. Przed kilkoma dniami odwiedziłam jego matkę w dzielnicy somalijskiej w Nairobi, ich sposób życia jest bardzo interesujący, poza tym Somalijczycy otaczają się wieloma pięknymi przedmiotami, szczególnie ładnie wyplatają barwioną słomę i haftują. Gniewa mnie książka Johannesa Poulsena, w której twierdzi, że mahometanizm jest odarty z ducha. Moim zdaniem, nie ma ludzi o większej dumie, spokoju, odwadze i poczuciu własnej godności niż mahometanie; moimi najlepszymi przyjaciółmi są właśnie oni, o niebo przewyższają tutejszych Anglików. Ponieważ Johannes Poulsen, pisząc te słowa, nie widział niczego innego poza Port Saidem, to tak, jakby jakiś człowiek, zobaczywszy jedynie Nyhavn i Lille Kongensgade, wydawał swój wyrok na chrześcijaństwo - a poza wszystkim, najbardziej odarty z ducha jest sam Johannes Poulsen; dziwi mnie, że tak na wskroś płytka i nędzna książka mogła odnieść taki sukces w kraju...
Karen Blixen, Listy z Afryki (1914-1924), red. Frans Lasson, tłum. Iwona Zimnicka, Muza 1999, s. 86-87.

czwartek, 3 stycznia 2013

Odcinek 561: Karen Blixen, 1928 rok

List Karen Blixen do matki, Ingeborg Dinesen

Ngong. 3 stycznia. 1928 roku
Denys Finch Hatton i Karen Blixen na polowaniu.
 ...Denys i ja urządziliśmy spokojną powtórkę naszego świątecznego obiadu, z iluminacją i świerkiem, lecz zrezygnowaliśmy z siedzenia do północy, żeby pożegnać stary rok. Nie mogę powiedzieć nic innego, jak to, że był to cudowny rok, z Twoimi odwiedzinami i, pomimo wszystkich zmartwień, z zadowalającymi wynikami na farmie, z długimi odwiedzinami Denysa i dobrymi wiadomościami z domu.
Opowiem Ci teraz o czymś zabawnym, co zdarzyło się w Nowy Rok. Bardzo wcześnie rano Denys i ja zrobiliśmy nasze minds up, że spróbujemy przejechać nową drogą z Ngong do Narok i dogonić wspomniane safari, żeby zawieźć im jakieś strzelby i lornetki, które chciał im pożyczyć. Nie jechaliśmy dotychczas tamtą drogą i zresztą okazało się, że jest gotowa zaledwie w połowie, nie spotkaliśmy więc safari. Był najcudowniejszy przejrzysty poranek, a droga jest bardzo piękna - schodzi w dół tam, gdzie Thomas polował z Palmem, i bardzo dobrze wykonana; żałowałam, że nie zrobiono jej, kiedy Ty tu byłaś, to naprawdę wycieczka dla Ciebie. Widzieliśmy mnóstwo game, elandów, zebr i grantów. Nagle, kiedy przejechaliśmy 15 miles od domu, Kanuthia wskazał na prawo i szepnął "simba" i rzeczywiście - nad ogromną ciemną masą, która później okazała się zabitą żyrafą, wznosił się wielki lew, pyskiem zwrócony w naszą stronę. Lwy ostatnio bardzo dokuczały Masajom i Game-Department już wcześniej prosił Denysa, żeby próbował na nie polować, uznaliśmy więc, że to dobra opportunity. Denys powalił go dwoma strzałami z odległości około 250 jardów - starego lwa, bez szczególnie pięknej grzywy, lecz jakież one wielkie i wspaniałe, i jak cudownie było znów je zobaczyć. -
Zdjęcie z filmu "Pożegnanie z Afryką".
Okryliśmy go ciernistymi gałęziami, żeby zdjąć skórę w powrotnej drodze, i pojechaliśmy dalej po to, by, jak już mówiłam, za 6 miles dotrzeć do końca całej drogi, musieliśmy więc zawrócić i jechać z powrotem. Miałam się rozglądać za żyrafą, żebyśmy jej nie minęli, i gdy ją dostrzegłam, ledwie mogłam uwierzyć własnym oczom: stał na niej drugi lew i patrzył na nas - absolutnie wspaniały, black-maned, wielki lew, chyba najpiękniejszy, jakiego widziałam. Wydaje mi się, że to jeden z najcudowniejszych widoków na świecie. Siedzieliśmy chwilę, zastanawiając się, czy powinniśmy go upolować, czy nie, lecz doszliśmy do wniosku, że koniecznie musimy go mieć, i akurat kiedy chciał już odejść, Denys strzelił; lew wyskoczył wysoko w powietrze i zaraz spadł. Denys twierdzi, że to najlepsza skóra, jaką kiedykolwiek zdobył; grzywa była całkiem czarna i spadała aż na łopatki. - Zdjęliśmy skóry z obu, a potem bardzo dumni i zadowoleni zjedliśmy noworoczne śniadanie, które zabraliśmy ze sobą, składające się z chleba, sera, rodzynek i migdałów, a także butelki czerwonego wina, w przejrzystym cudownym powietrzu, z Ngong Hills i świeżymi zielonymi równinami wokół nas; wydaje mi się, że nie przeżyłam cudowniejszego noworocznego poranka. Zawieźliśmy potem skórę do Nairobi - utrzymujemy zresztą w tajemnicy przed wszystkimi, gdzie spotkaliśmy te lwy, żeby całe Nairobi nie zaczęło tam jeździć na polowanie. Nie potrafisz sobie wyobrazić, jak wielka wydaje się żyrafa, kiedy tak leży na ziemi - i jak potrafi cuchnąć! Kanuthia dostał 4 butelki tłuszczu z lwów, z których jedną Denys odkupił od niego dla Poor Singha; Tommy na pewno pamięta, jak bardzo mu zależało na lwim tłuszczu. Jeśli rok 1928 okaże się równie wspaniały i zabawny, to jest na co się cieszyć.
Denys wyjeżdża jutro na swoje safari...

Karen Blixen, Listy z Afryki (1925-1931), red. Frans Lasson, tłum. Iwona Zimnicka, Muza 1999, s. 125-126.

niedziela, 2 września 2012

Odcinek 438: Karen Blixen, 1928 rok

List Karen Blixen do matki, Ingeborg Dinesen

Ngong. Niedziela 2 września. 1928 roku
H.Ch. Andersen z czytelniczkami.
Moja jedyna, ukochana śnieżnobiała owieczko.
Najpierw wiele, wiele 100-krotnych podziękowań za baśnie H.Ch. Andersena i za środek upiększający. Niektóre książki, poza rozkoszą, dostarczają przeżyć i zawsze uważałam, że właśnie do nich należy Andersen. Jakąż cudowną, wspaniałą cechą jest fantazja - tak, z wiekiem umacniam się w przekonaniu, że jest ona w zasadzie prawdziwym darem bożym, fundamentem wszystkiego innego - (dlatego też, moim zdaniem, to takie zabawne i interesujące, że współczesna nauka dopuściła ją, czy też się z nią zadała, w tak dużej mierze, patrz: Einstein, Haldane etc). Ludzie pozbawieni fantazji są „najgorsi”, ponieważ nic nie rozumieją, jak starsi panowie w Głupim Jasiu, jedynie ci, którzy ją mają, potrafią dostrzec prawdziwą istotę rzeczy, przed nimi otwierają się wszystkie drzwi. Siedziałam sama wieczorami, zaśmiewając się w głos z Na podwórku - musiałam kiedyś, w jakimś momencie życia spotkać „Portugalkę”, lecz nie mogę sobie przypomnieć, gdzie. Andersen potrafi też być nieopisanie prosty i wzruszający w innych rzeczach, to jak skrzypce - a on jest wielkim czarodziejem [...]
Karen Blixen w 1930 roku. Po lewej stronie Farah Aden  
z synem, Saufe, po prawej Juma i  jego syn  Tumbo.
Musiałam niestety zawieźć Jumę do szpitala, bardzo chorego na zapalenie płuc. Wiedziałam, że choruje, dałam mu nawet lekarstwo, ale nie przypuszczałam, że tak z nim źle, a tym obrzydliwym babom, jego żonom, nie chciało się po mnie posłać; native kobiety są wstrętne, kompletnie pozbawione uczuć. W niedzielę w nocy usłyszałam, że ktoś idzie przez dom i wpada na wszystko - pomyślałam, że bez względu na to, kto to jest, musi być kompletnie pijany, lecz ukazał się Juma, wyglądał jak śmierć i ledwie mówił. W poniedziałek rano zabrałam go więc do szpitala, było z nim bardzo źle. W piątek posłał po mnie; był pewien, że umrze, i chciał sporządzić coś w rodzaju testamentu, polegającego w głównej mierze na tym, że w spadku przekazywał mi w posiadanie Tumbo. Tumbo sam był przy tym i jest tu teraz, taki cichy i posmutniały, natomiast żony, te głupie kobiety bez serca, pozostają obojętne. Mam co prawda nadzieję, że Juma z tego wyjdzie, jest jednak stary i wychudzony, a to taka poważna choroba [...]
Karen Blixen, Listy z Afryki (1925-1931), red. Frans Lasson, tłum. Iwona Zimnicka, Muza 1999, s. 179-180.

sobota, 17 marca 2012

Odcinek 269: Karen Blixen, 1929 rok

List Karen Blixen do matki, Ingeborg Dinesen

Ngong. Niedziela 17 marca 1929 roku
Karen Blixen.
Ukochana śnieżnobiała owieczko.
Wysyłam Ci zdjęcie mojego domu, które Denys zrobił z powietrza; Alego, mnie i, zdaje się, jakieś psy widać przy południowej werandzie, a grupę rozmaitych boyów siedzących na murku po drugiej stronie. Czy to wszystko nie wygląda jak zabawka? - Myślę, że nadawałoby się do powiększenia, ale nie wiem, czy miałabyś na to ochotę, mogłabym Ci wysłać film. Denys zrobił też drugie z aeroplanu, lepsze, moim zdaniem, bo wykonane z jeszcze większej wysokości, widać więc okolicę jak na mapie, ale go nie mam; postaram się wysłać Ci je po jego powrocie [...]
Denys wyjechał we wtorek rano i oceniał, że wróci do domu pod koniec miesiąca.
W środę rano cała męska część mojego gospodarstwa pojechała do Nairobi do kościoła, bo skończył się nareszcie ramadan. Wyruszyli przed świtem, wyszłam zobaczyć, jak odjeżdżają, wszyscy wystrojeni. Tumbo miał na sobie tyle ubrań, że wyglądał jak wypchana świnka; ich rzeczy, kiedy ubierają się naprawdę odświętnie, są zresztą bardzo piękne. Gdy patrzyłam, jak ludzie wstają i stroją się do kościoła w świetle lampy, to przypominał mi się świąteczny poranek u nas - wypiłam w domu Faraha z całym towarzystwem filiżankę herbaty z kardamonem, którą właściwie bardzo polubiłam. Kobiety nie wybierały się z nimi, to nie wypada; ideałem prawdziwie przyzwoitej kobiety somalijskiej jest najwidoczniej nigdy nie pokazywać się poza domem. Potrafię dostrzec pewną poezję w mahometańskim pojmowaniu kobiety i jej miejsca w świecie jako korony życia i największego skarbu mężczyzny, oni też wydają niemal wszystkie pieniądze na swoje żony i na pewno w pewnym sensie wysoko je cenią. Somalijki są również wolne od wielu zmór dręczących kobiety europejskie; chyba nie do pomyślenia jest, by mahometanki nikt nie utrzymywał - tytuł zamężnej kobiety, bieliźniarkę, welon ślubny i dzieci mają, zdaje się, zagwarantowane; lecz czuję się wobec nich jak wobec ludzi, którzy zapewniają mnie, że walka z bykami to najlepszy sport, pokaz odwagi i zręczności etc. - w pewnym sensie byłabym skłonna im uwierzyć, lecz całość instynktownie budzi we mnie tak wielką odrazę, że z góry muszę rezygnować z wszelkich prób wyniesienia z tego czegokolwiek dla siebie; nie dość, że za nic pod słońcem nie chciałabym oglądać walki byków, to wydaje mi się jeszcze, że nie mogłabym żyć w społeczeństwie, które w tak dużej mierze się tym przejmuje, i nie potrafię zaniechać starań wyciągnięcia moich mahometanek choć trochę z klatki.
Dom Karen Blixen.
Nie mogę pogodzić się z tym, że Halima, pewnie trochę młodsza od Missen, jest do tego stopnia ofiarą złożoną na ołtarzu konwenansów, że nigdy nie wolno jej wybrać się razem z Titi, Tumbo i ze mną, kiedy idziemy nad staw łowić ryby albo wybieramy się na drugą stronę rzeki popatrzeć na game. Całym światem tego nieszczęsnego dziecka ma być dom i ta nędzna kuchnia, inaczej nigdy nie będzie prawdziwie uroczą somalijską dziewczyną - a ona jest taka żywa i bystra, uwielbiałaby jeździć konno i baraszkować jak Missen [...] Nie ma takiej ceny na świecie, która zrównoważyłaby moje konne przejażdżki, podróże, safari; nawet gdybym mogła w oczach całego świata mieć tyle uroku co sama Dziewica Maryja, nie zrezygnowałabym ze swej swobody wobec przyrody i ludzi i nie zgodziłabym się na zamknięcie w czterech ścianach i otrzymywanie całego życia z drugiej ręki, poprzez mężczyznę.
W czwartek zawiozłam Fathimę, Halimę i dziecko na herbatę do Mrs Bruce Smith, dobrodusznej osoby, potrafiącej zrozumieć i zainteresować się moimi różnymi protegowanymi. Było to nadzwyczaj udane spotkanie; po powrocie do domu powiedziały mężczyznom, że miały o wiele lepsze Xmas niż oni, a Shimbir, jak nazywane jest dziecko - imię znaczy „ptak” i zostało mu nadane, ponieważ leży w łóżeczku i śmieje się, gaworzy i śpiewa - zachowywał się wzorowo i zrobił wielką furorę. Wydaje mi się, że Mrs. B.-S. ostatnio jest dość trudno; chyba mąż działa jej na nerwy, co doskonale potrafię zrozumieć, i nie wie, jak w ogóle radzić sobie z życiem. Ona i Mrs Steele przyjechały tu konno któregoś ranka i rozmawiały o bezsensowności małżeństwa; uważam wprawdzie, że obie są zakochane w swoich mężach i że mężowie robią dla nich, co w ich mocy, przyjmują jednak za rzecz oczywistą, że mogą swoje żony uplasować w takiej egzystencji, która wcale im nie odpowiada, lecz jest od początku do końca wybrana przez mężczyznę, a one mają się tylko w nią wpasować i być szczęśliwe, uszczęśliwiając męża.
Denys Finch Hatton, Rose Cartwright
i Karen Blixen z Halimą i Tumbo,
dziećmi służących.
Jakaś zmiana w tym względzie musi nastąpić, i uważam, że to, na czym będzie polegała, całkowicie zależy od kobiet; pewna trudność, moim zdaniem, tkwi w tym, że kobiety z reguły nie uświadamiają sobie, o ile więcej, ogólnie rzecz ujmując, dla nich niż dla mężczyzn znaczy być kochaną i podziwianą, mieć kogoś, kto makes fuss about, jest im wdzięczny i nie może się bez nich obyć etc; kiedy jednak przyjdzie co do czego, nie potrafią z tego zrezygnować, nie chcą płacić takiej ceny, tylko myślą, że to i tak się da zrobić, za jedyne sprawiedliwe rozwiązanie uważają eat their cake and have it. Wiele kobiet w ogóle okazuje pewną nieuczciwość w swej filozofii życiowej, jak na przykład wtedy, gdy wydaje im się, że mogą dostać najwspanialszy kapelusz w sklepie za cenę przypiętą do najmarniejszego i właściwie ogarnia je gniew, gdy modystka nie zgadza się na targowanie...
Karen Blixen, Listy z Afryki (1925-1931), red. Frans Lasson, tłum. Iwona Zimnicka, Muza 1999, s. 201-203.