Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoszewski Miron. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Białoszewski Miron. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 lutego 2015

Odcinek 1204: Miron Białoszewski, 1976 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

środa, 4 lutego 1976 roku
Wyspałem się. Puściłem Judytę triumfującą Vivaldiego. Dzwonek.
Jan Józef Lipski (źródło).
– Kto tam?
– Jan Józef L. Ja tu do ciebie z pewną sprawą.
Od razu wiedziałem, że podpisywanie listu protestacyjnego przeciw zmianie pewnego punktu konstytucji i w sprawie nieograniczania wolności jednostki. Jan Józef L. dał mi do przeglądania to, co jest do podpisania. Ale ja spojrzałem na to i powiedziałem
– Nie będę studiował, bo i tak nie zorientuję się dokładnie, o co chodzi, ale podpiszę
– Podpiszesz?
– Podpiszę.
Podpisałem. On
– Cieszę się, że cię upolowałem. To tak jakbym upolował słonia.
Była mowa o pewnym intelektualiście aktorze, który wpadł w schizofrenię, wyskoczył oknem. Był narkomanem. Zdaje się, że oplatało go UB. Zdaje się – oczywiście to poszlaki – że to on powiedział o parodii Szpotańskiego na rząd Gomułki. I może o innych sprawach. I to raczej były powody samobójstwa i załamania.
Za stalinowskich czasów w Centralnej Agencji Fotograficznej dali jednej urzędniczce brulion, żeby tam wpisywała donosy. Urzędniczka rozpłakała się.
Kiedy czasy były trochę lepsze od gorszych, urządzono zebranie otwarte dla wszystkich. Każdy może mówić, co chce. Wystąpiła starszawa pani, z pochodzenia Rosjanka
– Chciałam zapytać, czy to tak można. Obok mnie mieszka – jak to się mówi – ubek. Zaczepił mnie na schodach „Ty kacapko, ty kacapko, niech tylko się coś zmieni, to my ci pokażemy”.
Na sali zebrań wszyscy zgłupieli.

Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Znak 2012, s. 94–95.

sobota, 12 lipca 2014

Odcinek 1107: Miron Białoszewski, 1976 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

12 lipca 1976 roku
Byliśmy z Lu. i Lu. u Hanny Kirchner, komentatorki i wydawczyni Nałkowskiej. Ma domek na Jelonkach. Te domki, mniejsze (jej jest mniejszy) i większe, dworkowate, przyjechały tu aż z Syberii po 1950 roku dla Rosjan, którzy w nich zamieszkali na czas budowy Pałacu Kultury. Po wybudowaniu Pałacu zamieszkali w domkach Polacy. Podłogi były czerwone, to pozamalowywali. Ściany w okropnych tapetach we wzorki. Pozmieniali. Ściany są z pilśni. Między domkami alejki, każdy domek ma swój ogród. Kirchner ma drzewa, łąkę, kwiaty. Mieszka w ciszy, osobno, w raju. Mieszka z córką. Córka wyjechała. Ona napiekła dań, przyjęcie zaczęło się od siedzenia pod wierzbą. Kirchner wprawdzie chciała, żebym ja usiadł gdzie indziej, bo lepszy widok na inne drzewa. Ale ja się uparłem pod wierzbą. Żałowała. Okazało się zaraz, że raj jest zakłócony. Pięć czy siedem lat temu uznano, że Kirchner ma za duże mieszkanie. Przyjęła na sublokatora asystenta z uczelni. Zamieszkał w trzecim pokoju, wejście z korytarzyka, ale przez werandę Kirchner. Dwa lata temu asystent sprowadził sobie babę
– Ale najgorsze – opowiada wysoka i bujna Kirchner, ubrana we włóczkową, do
ziemi, malinową suknię – najgorsze, że ona chyba zaszła w ciążę, rozumiecie, co za okropność, te ściany są z pilśni. Ja tak ją obserwuję, zaczęła nosić luźne bluzki, wdzianka.
Akurat się ukazali. On i ona. Wychodzili. On z rudymi bokobrodami, ona... Patrzę i nie wiem, mówię cicho
– A może ona nie jest jednak w ciąży?
– No niech pan się przyjrzy
Potem siedzieliśmy w pokoju. Ja dalej, że jednak sielanka. Kirchner na to, że leżała swobodnie w łóżku, czytała, a tam za oknem nagle ekshibicjonista. Pokazała nam przezroczyste pufy, żeby na nich siedzieć. Kiedy się w to siadało, uginały się, pierdziały. To taki dowcip zachodnioeuropejski. [...]

Os. Przyjaźń w Warszawie, 1961 rok. Fot. Zbyszko Siemaszko (źródło).
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Znak 2012, s. 369.

piątek, 30 maja 2014

Odcinek 1064: Miron Białoszewski, 1979 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

30 maja 1979 roku
Za dwa dni przyjeżdża papież. Przygotowania. Mobilizacja jedzenia. Milicji. Która ma tylko z daleka pilnować porządku, bo duchowieństwo polskie wzięło porządek bezpośredni na siebie. Zorganizowana jest papieska milicja z paradnymi czapkami i emblematami papieskimi.
Porobiłem zapasy na kilka dni w przewidywaniu pustek w sklepach. Na razie w sklepach pełno wszystkiego. Nawet coraz pełniej. Przejeżdżałem koło placu Zwycięstwa, widać olbrzymie podium, na którym ma się odbywać nabożeństwo odprawiane przez papieża. Dookoła pełno szlabanów żelaznych do porządku, do przepustu ludzi. A w promieniu placu na Marszałkowskiej, w Ogrodzie Saskim, na Senatorskiej, na Krakowskim Przedmieściu pełno straganów przygotowanych dla swoich i cudzoziemców z jedzeniami, z napojami. Przygotowane wychodki na kółkach. Takie zielone wagony. Wszyscy zajęci przyjazdem papieża. Wierzący, niewierzący, partyjni, bezpartyjni, starzy i młodzi. Polacy i cudzoziemcy. Ma zjechać iluś Niemców, Francuzów, ileś osób z demokracji ludowych. Tak, że jest zmartwienie o regulację tłumu. Podobno przyjazd i wysadzanie na peronach w Warszawie będzie ograniczone. Tak samo dojazd szosami do Warszawy.
Jan Paweł II na pl. Zwycięstwa w Warszawie, 1979 rok.
Gracja Węgierka przyjechała już do Warszawy. Zdobyła już przepustkę na plac Zwycięstwa na mszę papieską i chce potem papieża złapać w Oświęcimiu, w Brzezince, gdzie była jako więzień w czterdziestym czwartym roku. Jej znajoma chce kupić dla swojego syna samochód. I już wpłaciła dolary, ale bank jeszcze nie przelał tego na odpowiednie konto i tego samochodu nie można wykupić. Z tego samochodu ma korzystać Gracja. Bo syn tej jej koleżanki ma pojechać na Węgry na rok. Więc i na Węgrzech będzie Gracja z tego korzystała, i tu w Polsce. Zdaje się, że ma w tym bezpośredni udział pieniężny. Gracja chce przyśpieszyć kupno samochodu, tak żeby zdążyć na papieża. Żeby zdążyć i go gonić. Ale wątpliwe, czy to się uda.
Leszek zadzwonił do Jadwigi, zastał akurat mnie przy słuchawce. Spotkaliśmy się na skwerze Dąbrowskiego wieczorem. Ciągła susza od trzech i pół tygodni, Leszek podlewa wężem skwer, kwiaty i trawę. Powiedział
– Jest apel o podlewanie kwiatów i trawników. Ja wyjrzałem z balkonu i zobaczyłem, że kwiaty oklapnięte, pomyślałem sobie, co pod moim oknem kwiaty mają więdnąć? O nie!
Jest podniecony przyjazdem papieża, a jednocześnie podżartowuje
– Wojtyła chce sobie zrobić wjazd triumfalny. A jeszcze na to nie zapracował. Ilu ludzi przez całe lata, przez całe życie starało się o to, żeby zasłużyć na triumfalny przejazd. A tu u nas co? Cezaropapizm
Ludwik mówił do mnie, kiedy z nim rozmawiałem
– Papieżyzm, papieżyzm. Jeszcze tylko tego brakowało w Polsce. Papieża.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Znak 2012, s. 624–625.


poniedziałek, 21 kwietnia 2014

Odcinek 1025: Miron Białoszewski, 1978 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

21 kwietnia 1978 roku
[...] Poszedłem wieczorem na spacer. Za wysokie miotły na wodzie. Tej wody coraz mniej, bo sucho się zrobiło. Księżyc. Szedłem betonowymi płytami, dalej przez kocie łby, potem skręciłem w te drugie betonowe płyty. Po bokach słychać było kwilenia ptaków. Potem rechot żab. Potem jakiś ptak, którego wziąłem najpierw za psa. Potem były drugie kwilenia i drugie żaby. Świeciły rowy. Krajobraz dziwny, w dzień może nawet odstraszający. Drzewa przy drodze wykarczowane, a po bokach ziemia, glina, ślady jakichś niewiadomych mechanizmów. Dużo jeszcze po bokach błota i podmokłości. Ale pusto, pusto. Ani jednej chałupy. Tylko psy gdzieś z daleka. Zaszedłem pod jakiś chutor. Puste szopy. Nie wiadomo na co. I barak czy baraki. Z oświetlonymi okienkami. Wróciłem, żeby się nie stykać z ludźmi, bo po drodze nie spotkałem ani jednego człowieka i nie chciałem spotkać. Z glinianego pola na beton wyskoczyło zwierzę z łopotem łap. Obróciłem się. Zwierzę umkło na bok. Zapytałem głośno
– Kto ty jesteś?
Wtedy zwierzę wyszło na betonową drogę i poleciało dalej w swoją stronę. Był to pół zając, pół pies. Przynajmniej tak mi się zdawało w pustym księżycu. Zaszedłem pod stertę płyt betonowych. Rozsiadłem się tam na odpoczynek. W księżycu wyglądały jak sfinks czy jak mastaba. Fioletowe. Droga też w tych blokach fioletowa. Siedziałem. Coś nade mną czy za mną uderzyło o płytę. Za chwilę uderzenie bliższe. I trzecie jeszcze bliższe. Podniosłem się. Nie było nikogo ani niczego. Obszedłem mastabę dookoła. Wróciłem na dawne miejsce. Cisza. I znów stuknięcie. [...]
Bez tytułu, mal. Zdzisław Beksiński, 1975 rok.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Znak 2012, s. 522.

czwartek, 29 sierpnia 2013

Odcinek 790: Miron Białoszewski, 1978 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

Skopje, 29 sierpnia 1978 roku 
Pojechałem ostatniego dnia w Skopie na miasto autobusem sam. Odnalazłem drogę przez skały i nad tamą z niebieską wodą do starej cerkiewki. Tam klasztor. Freski z trzynastego wieku. Było tylko dwóch studentów malarstwa. Przewodnik coś mówił, co właściwie w połowie rozumiałem, i kazał długo oglądać bez pośpiechu. Spytał mnie, co mam za znaczek w klapie. Ja powiedziałem, że zjazdowy i że mogę mu dać. Ucieszył się.
Skopje, tama na jeziorze Matka.

Te cerkiewki tutejsze mają specjalny nastrój. I to trzeba wszystko oglądać właśnie tu na miejscu. Pustelnie. Miejsce po pustelnikach, którzy tu kontemplowali i słuchali śpiewów. Freski malowało dwóch malarzy, zdaje się, zakonników, którzy chodzili od miejscowości do miejscowości.

Wracałem w upale, jednak niezmęczony, tylko przykrywałem sobie głowę torbą. Góry z willami, tych bogaczy. A dalej uboga wieś. W dole jakiś osiołek, ktoś kąpie się w rzece. Potem same skały. W pewnej chwili grota. Zajrzałem z ciekawości. A tam coś zaszumiało. Myślałem, że człowiek. Może robi kupę. A może zwierzę. Coś wyszło na wysokości łokcia. Cofnąłem się, ale zajrzałem jeszcze raz. Wpatruję się, coś chuchnęło. Na wysokości łokcia coś zaczęło świecić. Wyłonił się długi nos, wielkie śliskie oczy, wpatrzone we mnie. Pysk krowy. Małej krowy. Bała się mnie więcej niż ja jej. Zacząłem ją uspokajać po polsku
– Nie bój się, no nie bój się
Ostatni dzień i ostatnia noc w Skopie [sic!]. Po dwóch miesiącach burza i wielki deszcz całą noc. Huragan. Wszedłem do łazienki, a tam w popłochu dwa prusaki. Uciekają w moją stronę, zamiast w odwrotną. Pewnie myślały, że trzęsienie ziemi. Ale przecież one urodziły się już dawno po trzęsieniu ziemi. Może atawizm?
Spotykane na drodze w południe Macedonki w ornatach i szarawarach z chustami, idące spokojnie, niosące jeszcze coś na głowie, wyglądały jak jakieś przedziwne stwory, mamuny. Zszedłem raz do domu towarowego w Skopie, tego obok, bo tam kupowałem sobie na noc brzoskwinie, winogrona, sery i banany, i wstąpiłem do wychodka na siusiu. Kiedy chciałem wyjść, baba w szarawarach z cybuchem w ustach zatrzymała mnie i kazała sobie zapłacić za siusianie dinara. Pomyślałem, że skoro dinar za siusianie, to drogo. W Belgradzie okazało się, że tramwaj kosztuje dwa czy trzy dinary.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 559–560.

czwartek, 15 listopada 2012

Odcinek 512: Miron Białoszewski, 1982 rok



Z dziennika Mirona Białoszewskiego

15 listopada 1982 roku
Chodziłem po dzielnicy chińskiej i po innych bliżej cypla. Ziąb. Im bliżej cypla, tym większy wydmuch. Między Chińczykami nie ma się uczucia obawy, co nie zawsze między Murzynami. Dużo ich pijanych, Murzynów, gadających do ulicy. W sklepach i sklepikach chińskich często taniej niż gdzie indziej. Stare Chinki na zakupach, jak żony ostatniego wcielenia Buddy, półożywione.

Dzielnica chińska w Nowym Jorku, lata osiemdziesiąte.
Dzwonił Miłosz. Mówiłem mu o jego pisaniu. On, że stara się nie rozgraniczać prozy od wierszy. Ja mu na to, że niektóre jego wiersze są esejowate. Przytaknął, jakby z wahaniem. Zwierzyłem mu, że czuję się wobec niego gapowaty, intelektualnie nierozgarnięty. On na to, że mi trochę zazdrości mojego pisania połączonego z ulicą Warszawy. On tego nie miał, bo w jego stronach było się między językami. Polacy mówili jak gdyby językiem z kronik, Białorusini po swojemu. Rozmowa zeszła na Nowy Jork. Dopiero od Miłosza dowiedziałem się, na czym polega zmiana. Kiedy on tu przyjechał, pod ziemią było całe drugie miasto. Potem to zniknęło. W subwayach pusto i niebezpiecznie.
Trochę pożałowałem tego podziemia żywego, ale pewnie dzięki temu jeszcze żywiej jest na wierzchu. Chodziłem dziś kilometrami ulic sklepowych i stragano­wych. Kupiłem zegarek za 6 dolarów. Jednorazowy, jak się zepsuje, to przepadło. To tyle, co kino. A na prezent dobre. Do kina też pojechałem wieczorem. Na Poltergeist. Gdybym tu dłużej mieszkał, pewnie bym się ogłupił. Ale może nie. Pornografia zupełnie mnie dziś nie ciągnęła. Ponadto – zaczął działać zmysł oszczędności. W drodze powrotnej bardzo zmarzłem. Zmęczenie tym większe. Zacząłem uważniej przechodzić przez ulice. A tych jezdni strasznie dużo.
O Niagarze Miłosz, że już dawno niemodna. Teraz modny Grand Canyon.
Kilka razy w różnych miejscach nagle wpadał mi w ucho Mozart. Odczuwałem to jako wezwanie do Europy, na swoje łóżko. Mozart o wiele bliższy niż Manhattan z jego ludźmi.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 828–829.

środa, 29 sierpnia 2012

Odcinek 434: Miron Białoszewski, 1978 rok


Z dziennika Mirona Białoszewskiego

Skopje, 29 sierpnia 1978 roku
[...] Zjazd [festiwal poezji] się kończy. Zawieźli nas na upał pod daszki na długi nudny obiad. Obok motel i jezioro między samymi kamieniami. W Ohrydzie [sic!] w starym soborze, prostokątnym, nie centralnym, Świętej Zofii, późnym wieczorem, a właściwie w nocy, odbyło się wręczenie nagrody i tak zwana koronacja starego poety hiszpańskiego Albertiego. Alberti dostał nagrodę za swoją twórczość poetycką. Stał we wnęce głównej cerkwi pod Mądrością Bożą z wyciągniętymi rękami na fresku. Sam wyglądał w długich siwych włosach, z wyciągniętymi rękami i przemawiający patetycznie jak Bóg Ojciec. W rzędach krzeseł w cerkwi, w światłach siedzieli eleganccy ludzie, intelektualiści rozmawiający wszystkimi językami świata. Damy w oryginalnych sukniach.
Ja chodziłem po kruchcie oddzielonej od reszty murami. W cieniu oglądałem freski jeszcze nieodnowione. Różne postacie białe, w pochodach, a przez prześwi­ty oglądałem całą uroczystość, chodząc.
Ochryda, Sobór św. Zofii.

W Skopie [sic!] dzisiaj czytanie wierszy na tureckiej górze. Nad twierdzą turecką. W różnych językach świata. Wsiedliśmy do autobusu, żeby nas tam zawiózł. Zobaczyłem Rumunkę, która przedtem za każdym razem z kim innym szła i mówili, że co kilka godzin zmienia partnera do flirtu. Teraz siedziała uśmiechnięta w dziw­nym, jakby ślubnym stroju. Ktoś mi powiedział, że ona jest w stroju ludowym ru­muńskim. W kolorowym welonie. Na tureckiej górze noc, w dole światełka miasta, pod podcieniami ustawili nas, a właściwie usadzili w osobne rzędy krzeseł, naprzeciwko rzędy krzeseł z widownią. Pośrodku estrada. Oryginał czyta autor, po jednym wierszu, tłumaczenie po macedońsku czyta aktor albo aktorka. Pierwsza wystąpiła Brazylijka, ciemna, w czerwonej sukni. Potem Francuz czytał jakiś nudny wiersz o braku broni. Poświęcony partyzantom tutejszym, wspomnieniowy. Ten wiersz wszystkich nudził, jak i większość innych. Niektórzy czytali wiersze napisane tu i poświęcone Macedonii. Rumunka mówiła coś nastrojowo o księżycu

– Luna – luna

Ja przeczytałem szybko i rytmicznie Wywód jestem’u. Już po polsku miałem spore brawa, co mnie zdziwiło. Aktorka przeczytała to po macedońsku bardzo dobrze. Uśmiechy ze śmiechami. Czyli żywy odbiór. Tłumaczył ten wiersz nasz opiekun – Macedończyk. Podobno było mu trudno przetłumaczyć, ale mi się wydawało, że ten przekład mu wyszedł dobrze. [...]
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 558.

niedziela, 8 lipca 2012

Odcinek 382: Miron Białoszewski, 1979 rok

Z dziennika Mirona Białoszewskiego

Niedziela, 8 lipca [1979 roku] przed południem, pochmurno, u siebie na Lizbońskiej
Warszawa, ul. Lizbońska.
Wszedłem w trans wyglądania oknem. Znalazłem punkt środkowy. Bardzo niepozorny. Narożnik małego murku z rozchodzącymi się ścieżkami asfaltowymi. Długo wyglądałem oknem i patrzałem w ten murek, czekając, aż ktoś będzie szedł. Mijało pół godziny, godzina, półtorej, nikt nie szedł. Zdawało mi się, że zetknięcie się idącego człowieka z nieruchomym narożnikiem murku to będzie wydarzenie. Zza chmur chwilami przeświecało nie samo słońce, ale jego blask. Bałem się, że się rozświeci i wtedy kontemplacja okienna będzie uniemożliwiona. Zachmurzyło się więcej. Zaczął padać drobny deszcz. I wtedy wyłoniły się postacie z psami, z parasolkami. Zaczęły mijać narożnik muru. Ale wtedy bardzo mnie zajął ktoś starszy, z wąsikiem – tak mi się zdawało – idący drobnym, chińskim kroczkiem zupełnie inną ścieżką do któregoś z bloków, co i raz przystający i ocierający jeden but o trawę. Skojarzyłem go z Konfucjuszem. Możliwa ilość szczęścia dla możliwej ilości ludzi.
Lewy widok, gocławski, już na pół zabudowany. Dobrze, że jest na pierwszym planie dzika łączka, ta zostanie goła. Naprzeciw dalekie Siekierki. To tam, kiedy byłem na sprawdzeniu widokowym, wlazłem na puste pole pełne zielska. Wysokiego. Dzikiego. Daleko. Na końcu tego wału. Za wałem domyślna Wisła. Pusto, sierpień, nikogo dookoła. Wyobraziłem sobie, że tu, w tych zielskach, na tle tego wału Abraham składał Izaaka na ofiarę. Po bokach żółte kwitnące guzikowce. O słodko-ostrym zapachu. Wracałem górą, po wale. Nagle usłyszałem za sobą ludzki oddech, coraz szybszy, coraz bliższy. Minął mnie biegnący żołnierz. W stronę jakiegoś domku. Za chwilę znów dyszenia. Dalsi żołnierze.
Środek niedzieli. Podchodzę do okna. Koło murku przechodzi pani z parasolką. Ociągającym się krokiem. Lewą asfaltową ścieżką idzie pan pod parasolem. Pani się ogląda. Pan przyśpiesza. Przechodzą w prawo, znikają za blokiem. Z prawej strony nadjeżdża rower z chłopczykiem. Za nim drugi. Jednakowy. Aha, to bliźniaki.
Teraz znowu nic się nie dzieje. Odchodzę od okna, wchodzę do pokoju.Siadam na tapczanie. Półświatło od lampy. Półcień, na tle czarnych zasłon okiennych wielki bukiet dwuletni, zastępuje mi topolę z placu Dąbrowskiego. Z kuchni odbity od okna poblask zielonożółty. Wstaję. Idę do okna. Deszcz przestał pada. Jeszcze nie samo słońce. Wracam do pokoju. Siadam na tapczanie. Patrzę w drzewo z zielska. Idę do okna. Dwie rozhuśtane huśtawki. Same. Chłopczyka, który przedtem tu się huśtał, dawno już nie ma. A huśtawki ciągle mijają się, już mam wrażenie, że jedna dorównuje drugiej. Ale nie. Tamta ciągle się nie daje. I mija ją. Po długiej chwili sytuacja prawie taka sama. A może nie było chłopczyka?. Może huśtawki same się huśtają już od dłuższego czasu tylko od wiatru? [...] Dalej niedziela. Pochmurna. Trochę postukująca, ale spokojna. Dolazłem do okna. Znów deszczyk. Mijający się ludzie na asfaltowej ścieżce przed murkiem, przy murku, za murkiem. Ale już mnie to wszystko tak nie cieszy jak przedtem. Poczekałem w pustce na ruchomy obraz. Nasycenie jak po filmie. A więc i po filmie z dużym dzianiem się dramatycznym nasycenie aż do znużenia i po nicniedzianiu się nasycenie aż do znużenia. Podobnie.
Miron Białoszewski, Tajny dziennik, Wydawnictwo Znak 2012, s. 640–641.