Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beksiński Zdzisław. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Beksiński Zdzisław. Pokaż wszystkie posty

środa, 13 kwietnia 2016

Odcinek 2051: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

13 kwietnia 2004 roku
Subject: Re: koniec świąt
Pyta Pani, czy człowiek jest na ziemi za karę. Nie zna Pani Pisma Świętego i
Obraz Zdzisława Beksińskiego
dlatego, jak ju
ż pisałem, będzie się Pani smażyć w piekle. Oczywiście, że człowiek jest na ziemi za karę w efekcie wygnania z Raju, bo skosztował jabłka z drzewa wiadomości złego i dobrego, co się tłumaczy symbolicznie bardzo prosto. Drzewo symbolizuje po prostu świadomość. W momencie jej uzyskania straciliśmy i zwierzęcą niewinność i szczęśliwość, zaczęliśmy zadawać sobie pytania o sens sami wygnaliśmy się z Raju, a teraz w pocie czoła pracujemy na chleb swój, a ziemia rodzi nam osty i ciernie. Oczywiście, że jesteśmy na ziemi za karę. Nie trzeba było zaczynać myśleć. Nasza świadomość i konieczność bycia człowiekiem cholernie nam ciąży. Czytałem gdzieś u jakiegoś etnografa, że gdy Bóg l ukazał się w jakiejś wiosce w Południowej Ameryce i powiedział, że daje ludziom 24 godziny, w czasie których mogą robić, co tylko chcą, i żadne normy nie obowiązują, to wszyscy postąpili identycznie: rozebrali się do naga i biegali, wyjąc, a niektórzy sprawniejsi, powłazili na drzewa. To bardzo pouczający przykład. Mowa i cywilizacja, którą symbolizuje ubiór, bardzo nam ciążą. Gdyśmy mowę mogli ograniczyć do wycia, wszyscy zaczęlibyśmy tylko wyć. W jakimś sensie modelowym przykładem na to, są posiadacze samochodów. Ich język ograniczony jest przez klakson. Proszę zwrócić uwagę, że gdy tylko mogą, to nadużywają tego języka w sposób prawie absurdalny. Potrafią trąbić, jeśli chcą skręcić w prawo, a ktoś stoi na światłach na prawym pasie. Przecież wycie niczego nie zmieni, bo facio nie uniesie się w powietrze, no, ale pojawia się nareszcie okazja, by wrócić choć na moment do Raju zwierzęcej szczęśliwości sprzed skosztowania Jabłka z drzewa wiadomości złego i dobrego. Tak, proszę Pani: jesteśmy na ziemi za karę. Pięknie pozdrawiam
Beksiński

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 99.

piątek, 6 lutego 2015

Odcinek 1205: Zdzisław Beksiński, 2005 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

6 lutego 2005 roku

Subject: Re: zawalony dzień
Wisłocka. Nie mogłem skojarzyć, skąd znam nazwisko, ale od czego internet.
Wiem już, o kogo biegnie, ale nie czytałem dzieła, na którym wychowały się trzy pokolenia, jak informuje internet. Jestem poważnie niedokształcony w sztuce kochania i nawet pornokasety wprawiają mnie w kompleksy. Dlaczego ta cholerna gra wstępna musi trwać tak długo? Ja mam podejście jednego z bohaterów Hemingwaya, który marzył, żeby z kobietami dało się to robić „bez tego całego gadania”. Powiedziałem to przedwczoraj memu młodszemu koledze, a kumplowi mego syna, który ma poniżej 50 i uprawia życie playboya. Przygruchał ostatnio przez internet jakąś dzieweczkę z Siedlec, która przyjeżdża do niego co tydzień do Warszawy. On, jak playboy starej daty, robi jakąś wytworną kolację i zapala świece, a ona chce od razu do łóżka. „Akurat jak dla pana!”, powiedział mi z przekąsem. Rzeczywiście – gdybym nie był już stary, to taki układ by mi odpowiadał, czyli bez świec i kolacji. Szczególnie, że on robi łososia, a ja ryb nie cierpię. Miałbym się aż tak męczyć dla seksu? Pozwoliłem sobie zakpić z nowoczesności i internetu, że przecież raz na tydzień to nawet proboszczowi nie wystarcza, więc ta biedna dziewczyna nie tylko musiała wydać kasę na komputer i połączenie z internetem, ale musi jechać z piątku na sobotę do Warszawy, a z niedzieli na poniedziałek do Lublina, we wtorek do Białegostoku, tylko środę i czwartek ma wolne od podróży, bo wtedy mąż nie ma dyżuru i jest w domu i tak dalej. Majątek wydaje na koleje państwowe, wędzić się musi przy świecach i kolacjach, a może podobnie jak ja nie cierpi ryb, zaś wystarczyłoby kupić w seks-szopie pozłacany wibrator i zamknąć się codziennie wieczorem na 15 minut w łazience i po sprawie. Zaoszczędzony czas mogłaby poświęcić na samodoskonalenie się, a zaoszczędzone pieniądze na nowe kiecki. Nie wiem, czy moje rady są zgodne ze sztuką kochania, ale na pewno oszczędzają czas, zdrowie i pieniądze. Pięknie pozdrawiam
Beksiński (ta świnia)

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 210–211. 

piątek, 19 września 2014

Odcinek 1167: Zdzisław Beksiński, 2003 rok


E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

19 września 2003 roku
Subject: Re: Murzyn z bliska
Co do mieszkania obok, to generalnie nie cierpię na nadmiar przestrzeni życiowej, a żona zawsze narzekała, że mieszkamy w fabryce i już za jej życia robiliśmy starania o odkupienie jakiegoś mieszkania na styk z naszym, przebicia drzwi etc., ale nikt nie chciał nam odsprzedać. Przed rokiem udało się zamienić dwupokojowe mieszkanie syna po remoncie na zrujnowaną kawalerkę obok, dopłacając jeszcze 25 000 zł (ja z reguły robię takie świetne interesy). Początkowo myślałem o pomieszczeniu tam w niesprecyzowanej przyszłości kogoś, kto zajmie się mną, gdy do reszty zgrzybieję, ale nagle z lewej i prawej zaczęły sypać się oferty nie do odrzucenia. A to czyjś syn idzie na prawo i szuka stancji, a to dalsza rodzina przeprowadziłaby się tam na jakiś czas w poszukiwaniu zaczepienia w Stolicy, a to panienka, która wpadła na pomysł, by się mną na starość opiekować (to nią trzeba by się było opiekować, ułatwiając jej co miesiąc dociągnięcie do pierwszego i chroniąc przed prozą życia – spróchniała lipa, ale jednak osłania od deszczu), po mojej odpowiedzi odmownej, zaserwowała mi koleżankę ze studiów, która jest rzekomo „bardzo ładna” i szuka mieszkania, i obejmie nade mną opiekę – spieprzaj, babo, gdzie raki zimują. Kto tylko przyjeżdża na dwa dni do Warszawy, jak w dym do mnie, bo ja mam gdzie nocować ludzi; ostatnio nocowałem u siebie (spałem już w kawalerce) małżeństwo rówieśników ze Szwecji (kuzynka wyszła za Szweda), zaraz po nich kuzyna. Jednym słowem, prowadzę hotel. Zajmując samemu oddzielne mieszkanie, nie przeżywam stresów związanych ze wspólną łazienką i WC oraz tym, że ktoś śpi w drugim pokoju, a dla mnie od ZAWSZE była to sytuacja maksymalnie stresująca. Początkowo planowałem, by to właśnie gości umieszczać w kawalerce, ale właściwie mam tam większy tapczan, więcej miejsca, o wiele większą wannę etc., więc dlaczego mam sam się tam nie przenieść. Gdy nadejdzie era opiekunki – bo na razie daję sobie jakoś radę sam, a nawet czasami potrafię w trakcie obiadu nie oblać się jedzeniem, trafiam (pewnie Pani nie uwierzy!) widelcem do ust, a nie w oko i pamiętam jeszcze, by spuścić spodnie, korzystając z WC, a także (o dziwo!) pamiętam jeszcze, jak się nazywam i gdzie mieszkam – to wtedy mam już miejsce, by ulokować osobę do stałej opieki. Póki co, cieszę się, że mam swój azyl w sytuacji, gdy kogoś muszę przenocować. Pięknie się kłaniam
Beksiński
 
Mal. Zdzisław Beksiński, 1972 rok.

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 27–28.

niedziela, 13 lipca 2014

Odcinek 1108: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

13 lipca 2004 roku
Subject: Re: przeniesienie
Moją normą przed stu laty, było zawsze 2 kg krówek w trakcie oglądania jakiegoś filmu z kasety. Zjadałem je przez około pół godziny. Wcale wtedy nie tyłem!!! Nie lubię ciągnących się, lecz kruche oraz bez smaków dodatkowych typu kawowa, orzechowa, kakaowa etc. Nie mogłem przekonać mojej żony, że jak się włoży do ust 10 lub 20 landrynek, to smak jest wspanialszy niż przy jednej. Śmietanę z lodówki (była za komuny taka 12% Śmietanka Wola termizowana – moja ulubiona, teraz to już nie istnieje) lubiłem do pierogów ruskich, ale takich, jakie robiła moja matka, a potem moja żona. Tu ważne jest Know How. Potrafiłbym samemu takie wykonać, ale mi się po prostu nie chce pracować nad jedzeniem, natomiast to, co jest w sklepach, to parodia pierogów ruskich. Fuj!!! Truskawki lubię, ale pół na pół z cukrem pudrem. Nie jadam, bo z nimi jest za wiele zachodu. Trzeba kupować z łubianki, potem płukać, potem odrywać ogonki – koszmar! Czekam: może jeszcze za mego życia wymyślą jakieś truskawki syntetyczne w tubach albo w bloku, od razu dosłodzone i tak dalej. Uwielbiałem poziomki ze śmietaną, ale ta śmietana musiała być bardzo rzadka i ubita pół na pół z cukrem. Dawniej piłem około 10 szklanek Neski Gold dziennie i do każdej dawałem 7 czubatych łyżeczek cukru, ale nie takich jak dla lalki Barbie, tylko klasycznych, dużych łyżeczek. Gdy cukier był na kartki, sprowadzaliśmy go via Kotwica lub Pewex. Wczoraj znajoma pani ze Śląska (która przysłała mi książkę dr. Kwaśniewskiego i namawiała do lektury, ale od razu dałem ją pani Lidii) gadała przez dwie godziny nieustannie o tym, jak to wspaniale można się odżywiać metodą dr. Kwaśniewskiego. Kupuje schab, piecze go przez godzinę ze śliwkami, robi sałatkę z pomidorów etc. Boże, to już lepiej od razu umrzeć, by się tak nie męczyć! Gotów jestem sprawie obiadu poświęcić dziennie maksimum 10 minut, razem z przygotowaniem, zjedzeniem i umyciem po sobie. Poza tym nie cierpię schabu. Coli nie można, bo zawiera fosforany. Cholera. To nie dla mnie. Nie mogę więc pić najwspanialszego napoju w całej historii świata, nie mogę jeść najwspanialszych hamburgerów McRoyal!!! Mam jeść paskudny schab ze śliwkami, a od tego podobno nawet moja prostata zmaleje o 20%. Na pohybel!!! Jeśli ktoś oddaje się psychoterapeucie na zasadzie kompletnego uzależnienia... Tego nijak nie potrafię sobie wyobrazić, może dlatego, że znałem kilku psychoterapeutów, i to raczej ja potrafiłem ich uzależnić od siebie, no, ale nie byłem ich pacjentem. Mój syn, będąc po próbie samobójczej w 1979 pacjentem psychoanalityka, tak nim manipulował, że ten skarżył się nawet na to koledze po fachu, który z kolei był moim kumplem. Kompletne uzależnienie? Chętnie wierzę, ale nie rozumiem. Pięknie pozdrawiam
Beksiński
Mal. Zdzisław Beksiński.

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 122–123.

piątek, 18 kwietnia 2014

Odcinek 1022: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

18 kwietnia 2004 roku
Była nie tylko „nizinierowa”. Wszystko, co żyło, nie latało, nie pływało w stawie i nie było człowiekiem, nosiło nazwę „gadzina”. Zamiast pastylki i zastrzyki mówiono plastylki i zaszczyki, zamiast gzyms mówiono grzyms, zamiast taboret mówiono taborek (liczba mnoga taborki). Ostatnio, gdy razem jeszcze z moją żoną, ustalaliśmy w Sanoku wykończenie grobowca rodzinnego właśnie z myślą o niej, usłyszałem nową nazwę i powtarzaną wielokrotnie, więc nie mogło być mowy pomyłce, czyli „kampinos”. Żona chciała obłożenia starego i popękanego grobowca łatwymi do mycia płytami kamiennymi, przy czym ja proponowałem jakieś włoskie, całkiem gładkie i czarne, ale ona wybrała jakiś granit południowoafrykański, bo był tańszy (zawsze mnie stopowała). Usiłowałem kamieniarza przekonać, by zrobił prostą kostkę, czyli takie Mauzoleum Lenina, ale on się uparł, że musi być kampinos i bez kampinosa to on się roboty nie podejmie. Wg szwagra – a chyba miał w tym wypadku rację – kamieniarz bał się, że nie potrafi dopasować płyty górnej do bocznych, a jeśli będzie kampinos, czyli po prostu gzyms szerszy od bryły, to ewentualne niedopasowania łatwe będą do ukrycia. Nie było wyboru. Zaakceptowałem kampinos (nie znoszę takiego gzymsu, bo grobowce wyglądają jak stoły nadające się do przykrycia obrusem), bo żonie było wszystko jedno. Potem dopiero przyszło mi do głowy, że słowo wzięło się od terminu „kapinos”, którym w gzymsie określa się półokrągłe podcięcie od spodu zapobiegające podciekaniu wody na ścianę. To od nosa i od kapania. No cóż. Ten grobowiec – z mojej winy – był już wtedy nie do uratowania od strony wyglądu i można go było tylko obłożyć tymi płytami granitowymi.
Portret żony, fot. Z. Beksiński, 1956-1957 (źródło).
Przed laty był to niski grobowiec z leżącym ukośnie i pochyło na bryle kamiennej krzyżem – dzieło mego dziadka, który był w Sanoku budowniczym. Krypta była poniżej terenu, a pozioma płyta dostępu od góry. Gdy chowaliśmy ojca, sam jeszcze przesuwałem wraz z grabarzem trumny na dole: babcia, potem ciotka, czyli siostra ojca, która zmarła na raka, gdy ja byłem na studiach, jakieś dziecko. Bywała tam chyba okresowo woda, bo ciotka leżała na boku i trzeba było trumnę ustawić poziomo. Ciotka zaturkotała w trakcie ustawiania do poziomu jak pudło pełne starych rupieci. Do dziś to słyszę. Jej mąż zginął w Katyniu lub Miednoje, jej syn – absolwent szkoły filmowej w Łodzi – zapił się (ale już w wiele lat potem) na śmierć. Mimo tych porządków trumna z ojcem ledwie się zmieściła i matka zaczęła naciskać, by grobowiec rozbudować, zlikwidować rzeźbę bryły kamiennej i krzyża i dobudować część naziemną. Naszkicowałem, jak ma to wyglądać, ale roboty wykonywał idiota, który spieprzył wszystko, co się dało. A – małodusznie – nie nadzorowałem jego roboty, bo to było parę kilometrów od domu, lecz malowałem. Mea culpa. Potem następowały kolejne przeróbki, bo to krzyż betonowy na stropie utrudniał odpływ wody, a po jego skuciu całość wyglądała jak zsyp na śmieci. Tak więc na miarę skromnych środków, jakimi wtedy dysponowaliśmy, obłożono beton lastrikiem i grobowiec wyglądał wtedy jak zsyp obłożony lastrikiem, ale stawał się coraz grubszy. W końcu w 1998 obłożono go tym granitem południowoafrykańskim i wygląda teraz jak Mauzoleum Lenina, tyle że z kampinosem. Jest tam także miejsce dla mnie, ale ja mam kompletnie w dupie to, gdzie będę leżeć i jak będzie wyglądać grobowiec. W każdym razie nad głową będę mieć kampinos. [...]Pięknie pozdrawiam Beksiński
Grób rodziny Beksińskich w Sanoku (źródło).
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 101–102.

poniedziałek, 24 lutego 2014

Odcinek 969: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

List Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

24 lutego 2004 roku
Że też ANI RAZU w całym swym długim życiu nie sprawdzałem swej potencji rano. We wszystkich porach dnia, najczęściej wieczorem, a raz przy pełnej sali w loży teatru Słowackiego w Krakowie na socrealistycznej sztuce „Lubow Jarowaja”, miałem – używając stylu Kałużyńskiego: pełne pożycie męsko-damskie, ale Bóg mi świadkiem, że nie przypominam sobie, bym to robił rano. Nawiasem: To, że robotnicy wstają o 6 i o 7 jest typowym wyobrażeniem inteligenta, który nigdy nie pracował fizycznie. Do fabryki wstaje się o 4, a najdalej o 5 rano. Za pięć 7, syrena fabryczna już ryczy, że można ogłuchnąć, a najbardziej spóźnieni, świńskim truchtem podbiegają pod bramę. Przedtem słychać tylko w półmroku łomot setek butów po chodniku. Nikt nie rozmawia. Wszyscy, idąc, jeszcze śpią. Tych, co musieli wstać o 4, podwożą autobusy zakładowe. O godzinie 7 wygrzebuje się z barłogu codziennie taki leniwy, rozkapryszony i cyniczny starzec jak ja, dawniej przy dźwiękach Radia Eska, a teraz przy Radio Zet. Zresztą jedno warte drugiego. Bardzo dziękuję za życzenia. Żeby się jeszcze chciały spełnić...
Beksiński

Powrót z pracy, mal. L.S. Lowry, 1929 rok.
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 86.

czwartek, 30 stycznia 2014

Odcinek 944: Zdzisław Beksiński, 2004 roku

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

30 stycznia 2004 roku

To są właśnie te subtelne różnice w ocenie urody, gdy ocenia płeć własna lub
Joanna Brodzik i Paweł Wilczak
jako w serialu „Kasia i Tomek”.
przeciwna. Nieustannie dzi
ęki Pani się uczę, bo – mówiąc słowami poety – martwe znam prawdy nieznane dla ludu", więc wczoraj w ramach edukacji poszukałem w internecie, jak wygląda Kasia i Tomek, ale ani Kasia, ani Tomek nie są w moim guście. Nie żeby byli brzydcy, ale po prostu niczego szczególnego w nich nie widziałem. Ja bym się akurat w tym brodziku nie zanurzał, ale ilekroć o jakiejś dziewczynie mówiłem, że mi się podoba, tylekroć słyszałem, że wygląda jak dziwka lub jak panna sklepowa. Nic na to nie poradzę: mam, jak widać, zły gust. Nie mogę nawet powiedzieć, że tylko panie tak stwierdzają, bo panowie, gdy im wyjawiłem wstydliwą tajemnicę, że nie znoszę dużych biustów, jednogłośnie twierdzą, iż jestem zakłamany. A ja nawet oglądając porno, pomijam z niechęcią, a nawet czasami obrzydzeniem cycate amerykańskie ideały urody, może dlatego, że moja mama była cycata? Podobnie (już poza problematyką biustu) nigdy nie podobała mi się Marylin Monroe, która podobno podobała się wszystkim. Jestem, jak widać, białą wroną. Przed dziesięciu laty takim olśnieniem dla mnie była dziewczyna, która wystąpiła w małej rólce w pierwszym (były dwa) teleklipie Crazy" grupy Aerosmith, niejaka Alicją Silverstone (uroda panny sklepowej, jak określiła to jedna z moich znajomych). Coś miała w sobie, raczej w twarzy czy w ustach takiego... O Jezu! Dostałem jak pałką w łeb. Minęło lat, a ja pamiętam to wrażenie, jak by to było wczoraj. Teraz jednak została seryjną aktorką, ucywilizowali ją, uczesali, nosi dekolt i szpilki, seryjny produkt drugiej ligi Hollywood, zresztą to już staruszka około trzydziestki – no, ale ja ją jeszcze pamiętam w tej rólce – nikt ze znajomych jakoś nie podzielał mego entuzjazmu.


A propos brodzika, to już mi go zamontowali. Dwukrotnie w trakcie awarii wyżej lub niżej wpadali panowie w kufajkach i wśród bojowych i zagrzewających do pracy pokrzykiwań kurwa, kurwa, rozwalali młotami mur, by dostać się do pionów. Raz rozwalili też zlewozmywak, bo posypały się nań cegły. Do dziś piony zamurowane są na trupa i zaklejone tapetą, ale teraz „za jednym brudem” chcę to wreszcie załatwić. Nie musiałem robić tego wszystkiego, bo na dziś konieczne było tylko powtórne okaflowanie łazienki, ale wiedząc, jaki to spowoduje brud, postanowiłem zrobić wszystko, co latami odkładałem, a co może stać się konieczne za rok czy dwa, jeśli dożyję. Pięknie pozdrawiam
Beksiński
[...]

Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 78–79.

niedziela, 22 grudnia 2013

Odcinek 905: Zdzisław Beksiński, 2004 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

22 grudnia 2004 roku
Subject: Re: A jednak!
Całą noc nie spałem, bo kupiłem wczoraj z biegu aparat OLYMPUS E-300, który jest
Zdzisław Beksiński, Autoportret, 1956-1957.
całkowitą nowością, ale oczekiwaną już od kilku miesięcy. W Media Markt otrzymali tylko jeden egzemplarz (bo normalnie nie kupuję niczego z gabloty) i dyżurni kretyni „uzbroili” go i postawili w gablocie na godzinę przed moim przybyciem, robiąc przy okazji odcisk dłoni na tylnej soczewce obiektywu. Gdyby nie to, że jeśli aparat zda pomyślnie testy, które mam zamiar dziś przeprowadzić, i tak wymienię obiektyw na inny, droższy ze szkłami ED, który kosztować będzie tyle, co cały aparat z tanim obiektywem, to chyba szlag by mnie na miejscu trafił. Jestem przeciwnikiem kary śmierci, ale za zostawianie odcisków palców na obiektywach czy płytach należałoby winowajców rozwalać od razu i bez sądu, a zwłoki zostawiać jak w średniowieczu przed wejściem do sklepu, innym subiektom dla postrachu. Widok daktyloskopii w takich miejscach, budzi we mnie zwierzę. Jak Pani się domyśla, to od momentu kupna, nie jestem w stanie ani myśleć, o czym innym, ani nawet rozmawiać i korespondować z damami o czymś innym, no, a ten temat, na pewno Pani nie zwilży. Dziś zawieszam malowanie i cały dzień poświęcę na testowanie sprzętu. [...]

Pięknie pozdrawiam
Beksiński
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 194–195.

środa, 23 października 2013

Odcinek 845: Zdzisław Beksiński, 2003 rok

E-mail Zdzisława Beksińskiego do Liliany Śnieg-Czaplewskiej

23 października 2003 roku
Subject: Re: ple, ple, ple
Nie mam ścian z afrykańskiego drewna doussie ani ścian retro w kolorze ziemi prowansalskiej, ale za to mam ściany pomalowane na kolor PepsiMax, bo przedwczoraj wieczorem z niepełnego kartonu pepsi, jaki niosłem z magazynku do kuchni, wyślizgnęła się jedna butelka wielkości BigŁyk, spadła na podłogę i eksplodowała, skacząc jak wielkanocna, wyładowana płonącym prochem „żabka" i obsikując wszystko pianą. Trochę to przypominało opowieść mego kumpla sprzed lat o tym, jak po pijaku wypadła jednemu z krasnoarmiejców pepesza i zaczęła, skacząc po podłodze, samodzielnie opróżniać magazynek 72 naboi. Wszystko, łącznie ze mną, zostało oblane brązową pianą. Obrazy, ściany, lustro, szafa. Jak to dobrze, że piję pepsi bezcukrową!!! No nic: przyjdzie walec i wyrówna, czyli wyzdrowieje pan Krzysztof i odmaluje. Na pewno pan Krzysztof nie jest nie do zastąpienia (Jeśli Dwurnik za drogi, to można zastępczo kupić Beksińskiego), tylko jak znaleźć zastępstwo? Na 10000 rzemieślników, reklamujących się w prasie jako szybko, fachowo i tanio”, 9999 jest idiotami podobnymi do tych, jacy w lecie zdemolowali przy okazji remontu balkonów wszystko wokoło i to na sumę wielokrotnie przewyższającą to, czego dokonali. Jeśli się w końcu trafi w drodze przypadku na kogoś takiego jak pan Krzysztof, to się go już człowiek trzyma i poniekąd od niego uzależnia. Poza tym wirusowe zapalenie płuc, to wirusowe zapalenie płuc. Nie można traktować drugiego człowieka jak maszynki do wykonywania poleceń, nawet jeśli mu się sporo płaci. Howgh. Napisałem, co myślę.

Beksiński
Mal. Zdzisław Beksiński, 1978 rok.
Liliana Śnieg-Czaplewska, Bex@. Korespondencja mailowa ze Zdzisławem Beksińskim, Państwowy Instytut Wydawniczy 2005, s. 35.